DRUKUJ

 

Tajemnicza skrzynka

Publikacja:

 05-06-05

Autor:

 anmatan
Rozdział I

Maricn! Marcin!!! Wstawaj. To mama inaczej niż zwykle budziła mnie dzisiejszego poranka. Otworzyłem zaspane oczy spojrzałem na zegarek. Już siódma, rzeczywiście późno, a lekcje zaczynają się w pół do ósmej. Stało się coś? Zapytałem. Wstawaj, bo się spóźnisz. Ja też dzisiaj zaspałam. Leniwym krokiem skierowałem się w stronę łazienki. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem swoje odbicie. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że na samym środku nosa pojawił się wielki jak groch rudy pieg. A to, co znowu? Wczoraj tego nie miałem. Postanowiłem, że będę o tym myślał w szkole na mniej interesujących lekcjach.. Szybko wycisnąłem pastę na szczoteczkę i zacząłem okrężnymi ruchami szorować zęby. Oczywiście nie mniej niż pięć minut. Ostatnio mieliśmy w szkole pogadankę z panią stomatolog, która mówiła jak ważne jest mycie zębów zwłaszcza w moim wieku. Wziąłem to sobie naprawdę do serca. Marcin– usłyszałem głos mamy dochodzący z kuchni. Masz zrobione kakao i kanapki na stole. Ja już musze iść do pracy, bo jestem naprawdę spóźniona. I nie zapomnij zamknąć drzwi na klucz, a jak wrócisz ze szkoły to nie wpuszczaj nikogo obcego do domu. Te i inne przestrogi słyszałem z siostrą codziennie. A kto mógłby przyjść do nas pod nieobecność rodziców? Zacząłem się zastanawiać. Może listonosz?, Pan hydraulik?, Przecież wszystkich znam, to, dlaczego miałbym ich nie wpuścić? Ale skoro mam tak mówi to chyba wie najlepiej. Ona zawsze wie wszystko najlepiej. W drodze do szkoły zacząłem się zastanawiać nad zawartością dziwnej paczki znalezionej wspólnie z moim kuzynem Matim. Było to w czasie ostatniej wizyty u mojego dziadka, który mieszka w tym samym domu, co Mati jego rodzina. Wybraliśmy się wspólnie do pobliskiego lasu szlakiem partyzantów. Mati prowadził przez leśne zarośla, aż doszliśmy do starego okopu, porośniętego mchem. Jak wiadomo mech rośnie w cienistym miejscu, więc raczej była to strona północna. Uczyłem się tego w szkole. Na dnie okopu leżało mnóstwo pordzewiałych puszek i stłuczonych butelek. Nagle moją uwagę przykuł dziwny przedmiot wystające ze ściany okopu. Niczym nie przypominał jednak puszki ani starego słoika. Ciekawe, co to może być? Zamruczałem pod nosem. Wtedy Mati wskoczył do okopu i wyciągnął rękę w kierunku tego przedmiotu. Nie dotykaj!!! Krzyknąłem. To może być niewypał. Mati spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Co mówisz? Jaki niewypał? Pewnie stara skrzynka. Już nie raz takie w lesie widziałem. Ja jednak miałem poważne wątpliwości czy Mati ma rację. Oglądałem kiedyś taki film o saperach, którzy takie i inne przedmioty niszczyli na poligonie. Drżącym krokiem przytrzymując się krzewu, powoli zacząłem schodzić w głąb okopu. Mati patrzył na mnie jak by zobaczył ducha. No i czego się boisz? Zapytał ze śmiechem. Rzeczywiście z bliska nie wyglądało tak groźnie. Kawałek drewnianej skrzynki, głęboko osadzony w ścianie okopu. I co o tym myślisz? Zapytał Mati, ale już nie tak pewnym głosem jak przedtem. Robiąc mądrą minę patrzyłem w nasze znalezisko jak przysłowiowa sroka w kość. Hmm wydaje mi się, że to może być skarb zakopany przez Niemców w czasie drugiej wojny. Mówiłem to jednak bez przekonania. A ty, co o tym myślisz? Spytałem Matiego. Ja też myślę, że to skarb, na pewno skarb! Krzyczał Mati z podnieceniem. Huraaaa! Jesteśmy bogaci, jesteśmy bogaci i zaczął tańczyć jakiś dziwny indiański taniec. Teraz ja stałem osłupiały i dumny, że mój pomysł zrobił na nim takie wrażenie. Ale to ja będę kapitanem skarbu, bo ja zobaczyłem go pierwszy, szybko powiedziałem. A ja wskoczyłem do okopu, przekomarzał się Mati. Dobra obaj jesteśmy kapitanami powiedziałem. Ale nikomu o nim słowa. To będzie nasz sekret. Jak bonie dydy zakrzyczał Mati bijąc się ręką w piersi. Słowo zucha. Obaj byliśmy w drużynach zuchowych, ale każdy w innej miejscowości. Jedno, co nas łączyło naprawdę to przyjaźń i harcerstwo. Tak wspominając naszą przygodę dotarłem do szkoły. Nasza pani wychowawczyni ma na imię Ania i jest naszą prawdziwą przyjaciółką. Bardzo często rozmawia na lekcjach o naszych problemach i a my też chętnie jej o wszystkim opowiadamy.
Bardzo mnie kusi żeby opowiedzieć jej naszą tajemnicę, ale przyrzekłem Matiemu i jako zuch słowa musze dotrzymać. Resztę dowiecie się w dalszej części moich przygód niebawem.

Rozdział II

Sobota to wspaniały dzień. W piątek do wieczora odrabiałem lekcję, ale za to wiem, że mam dwa dni wolne. Naprawdę warto się uczyć. Myśl o tym, że pojedziemy całą rodzinką do dziadka nie dawała mi spokoju. Spotkanie z Matim , wyprawa do lasu pełna emocji i niespodzianek, wieczorem harcerskie ognisko. Zapowiada się to wszystko wspaniale. W tajemnicy przed wszystkimi zabrałem latarkę i lornetkę. Oglądałem to na filmach. Każdy detektyw posiada takie akcesoria. Podróż do dziadka naszym zabytkowym samochodem nieco mi się dłużyła. Mama i tata śpiewali po drodze piosenki, a moja siostra bacznie przyglądała się na mój dziwnie wypchany plecak. Co ty tam masz? Zapytała Dorota wskazując palcem na wystającą z plecaka latarkę. Nie pokazuje się palcem - upomniałem ją na wzór taty. W sumie zadaje sobie pytanie, dlaczego ten palec nazywa się wskazujący? Dorota moja siostra zawsze była ciekawska i rzadko, kiedy umknęło coś przed jej sokolim wzrokiem. Nie chciałem zdradzać jej moich planów. Pomimo znacznej w mojej ocenie różnicy wieku dwóch lat była bardzo mądra i spostrzegawcza.. Dziadek przywitał nas jak zwykle serdecznie. Zapach świeżo upieczonej babki czułem z daleka. To nasza kochana babunia piekła najsmakowitsze łakocie przed każdym naszym przyjazdem. Marciiin!!! Usłyszałem głos mojego przyjaciela. Z okna zobaczyłem wesołą twarz Matiego. Wybiegł szybko przed dom i rzucił się na mnie jakby mnie nie widział dwa lata. Nie wygadałeś się? Szepnął mi do ucha. No, co ty? Przecież to tylko nasz tajemnica. Dorota w tym czasie przyglądała się nam uważnie, jednocześnie udawała, że nie widzi naszej tajemniczej rozmowy. Powiedzieć jej? Zapytałem Matiego. Ten spojrzał na mnie wielkimi oczami, otworzył szeroko usta, unosząc ramiona jak ptak próbując wyrazić swoje niezadowolenie. Przerwałem mu jednak przytaczając argumenty nie do odrzucenia. Przecież to moja siostra, znasz ją.. Będzie milczałam jak grób, a poza tym mama i tak karze mi ja zabrać wszędzie ze sobą. OK. Niech będzie – wymruczał pod nosem Mati. Dorota chyba tylko na to czekała. Szybko podbiegła do nas i miejsca zapytała: zabierzecie mnie ze sobą? Obaj jak na komendę skinęliśmy głowami w geście aprobaty. W końcu ona też jest Zuchem, kontynuowałem swoją argumentację. Rodzice oczywiście zajęci sprawami organizacji popołudnia nie zwracali na nas wcale uwagi. Wykorzystaliśmy ten moment natychmiast. Idź po łopatę – krzyknąłem do Matiego, a sam wyjąłem z mojego plecaka wszystkie akcesoria, które mogły się przydać podczas wyprawy do lasu. Tym razem drogę pokonaliśmy znacznie szybciej. Dorota dreptała za nami i o dziwo nie marudziła, że kłują ją leśne chaszcze. Gdy stanęliśmy na krawędzi okopu nasz skarb nadal tkwił niezmiennie w miejscu jego odkrycia. Tylko ostrożnie! Powiedziałem do, Matiego, który łopata odgarniał piasek wokół naszego skarbu. Po chwili ukazała nam się drewniana zielona skrzynka. Drżącymi rękami wyciągnęliśmy ja wspólnie na leśną polanę. W środku znaleźliśmy żołnierski mundur, złożony w kostkę. Nosił ślady działań wojennych. Był brudny i poszarpany. Dorota jako pierwsza rozłożyła go i uważnie zaczęła przeglądać jego zawartość. W kieszeni na sercu znalazła starą kartkę zapisaną niebieskim ołówkiem. To chyba kartka z pamiętnika! Krzyknęła Dorota. Czytaj szybko! Krzyknęliśmy jednocześnie. „ 22 Marca 1943 r. Sokolniki. Wspólnie z moim druhem kapralem Janickim wyruszyliśmy na zwiad. Napotkaliśmy oddziały wojsk niemieckich zmierzających w kierunku północnym. Rozpoczęła się zaciekła walka. Powoli zaczyna brakować nam amunicji”. Dalej zapisek był nieczytelny. Czytaj dalej! Ponaglałem Dorotę. Poczekaj, nie bardzo mogę odczytać. „ W razie mojej śmierci proszę powiadomić rodzinę. Kapral Władysław Dębicki, wieś Bartoszyn, powiat kielecki " I co z tym zrobimy? Zapytał Mati. Zaniesiemy rodzicom, zobaczymy, co oni na to powiedzą. Z wypiekami na twarzy wnieśliśmy nasz skarb do dziadkowego salonu. Dorotka szybko zrelacjonowała przebieg naszego odkrycia. Dziadek uważnie czytał list, a następnie powiedział. Pamiętam te walki w naszej okolicy. Głośno było o tych wydarzeniach. Musimy odnaleźć rodzinę żołnierza, i przekazać ten pamiętnik rodzinie. Jutro z samego rana pojadę do miejscowego urzędu i postaram się coś ustalić. Dziadek długo nie wracał, a my czekaliśmy siedząc jak na szpilkach. W końcu wrócił z dobrą nowiną. Rozmawiałem z rodziną żołnierza. Do tej pory nie wiedzieli gdzie zaginął w działaniach wojennych. Jutro mają do nas przyjechać. Będzie również przedstawiciel lokalnej prasy i przedstawiciele Urzędu Gminy. Nieźle narozrabialiście – uśmiechnął się dziadek. Nasza wieś stanie się sławna, a i o was pewnie usłyszą.Tematem dnia jak się domyślacie był nasz skarb. W niedzielę rano w asyście fotoreporterów, dziennikarzy i władz lokalnych, oraz rodziny kaprala Dębickiego udaliśmy się do miejsca naszego znaleziska. Dumnie opowiadaliśmy jak doszło do naszego odkrycia. Po powrocie do domu przygotowaliśmy pogadankę na naszą zbiórkę. To była niesamowita przygoda. Następne przygody jak zwykle niebawem.



Data:

 1-05-2005

Podpis:

 anmatan

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=15945

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl