DRUKUJ

 

Słodkogorzkie, cz. 9

Publikacja:

 06-01-10

Autor:

 ronnie
XIII

Prawda. Teraz ona napawała mnie obsesyjnym lękiem. Co będzie, jeśli faktycznie jestem w ciąży? – zadawałam sobie setki razy to samo pytanie. Szybko jednak odganiałam od siebie tę myśl, niczym natrętną muchę. Tak bardzo się bałam. Jednak z drugiej strony skrycie cieszyłam się z tego faktu. Zawsze marzyłam, żeby urodzić jego dziecko. Niezupełnie myślałam o czymś takim, ale miałam przynajmniej nauczkę na przyszłość, by rozważniej wypowiadać swoje życzenia.
Obudziły mnie pierwsze promienie słońca, przebijające się przez zasłonkę, którą wieczorem zasunęła Ewa. Spojrzałam na jej łóżko. Było puste. Po chwili ona ostrożnie wsunęła się do pokoju. Starała się mnie nie zbudzić. Nie mogła podejrzewać, że nie jestem w stanie zmrużyć oka. Odruchowo przymknęłam powieki, udając, że śpię. Wyrzuty sumienia dawały o sobie znać. Nie potrafiłam spokojnie patrzeć w oczy swej dawnej przyjaciółce. Oczywiście doskonale zdawałam sobie sprawę, że ona też nie jest aniołem i nie zawsze była wobec mnie w porządku, ale nie znaczyło to, iż mogę być tak samo podła jak ona. Nie, to zupełnie nie leżało w mojej naturze.
Nigdy jeszcze nie znalazłam się w tak skomplikowanej sytuacji. Nie mogłam przecież zostać kochanką narzeczonego mojej koleżanki. To by brzmiało jak scenariusz tandetnej opery mydlanej, tylko… to już się stało. Chcąc, czy nie chcąc byłam tą trzecią czyli – jeśli wierzyć filmom – byłam w najgorszym położeniu. On pewnie w końcu zrozumie, że tak naprawdę mnie nie kocha i wróci do niej, a ja pozostanę z niczym. Było jeszcze dziecko. Zdecydowałam, że muszę jak najszybciej zyskać pewność. Nadal wierzyłam, że to wszystko jest jakimś koszmarnym snem, a nie moim życiem. Choćbym nie wiem jak bardzo tego pragnęła – nie było już jednak odwrotu i jak zawsze mawiał mój tata – należało stawić czoło konsekwencjom swoich czynów, a nie chować głowę w piasek jak struś.
W drodze nad morze próbowałam się uśmiechać. Naprawdę się starałam. Ale widocznie nie nadawałam się na aktorkę. Usilne udawanie na nic się zdało. Przybrałam,
więc swój odwieczny wyraz twarzy, który Ewa nazywała po prostu nudnym. Adrian nie mógł się zbytnio do mnie zbliżać, ale widziałam jak cierpi. I rozpaczliwie chciałam go pocieszyć. Oddałabym życie, jeśli miałoby to zapewnić mu szczęście.
Jeszcze dziś rano błagał mnie, bym pozwoliła mu zerwać z Ewką. Powiedziałam, że jeśli to zrobi nigdy więcej mnie nie zobaczy. Nie wiem, co mną kierowało. Ona na moim miejscu nie zawahałaby się nawet przez chwilę. Pewnie przyłożyłaby jeszcze mnóstwo dodatkowych starań, by doprowadzić do rozstania. Poza tym doskonale wiedziałam, że go zdradza. A jednak… chciałam, chociaż na końcu okazać się od niej lepsza. Mieć nad nią moralną przewagę. Gdybym uległa Adrianowi pewnie do końca życia gnębiłoby mnie poczucie winy, nie pozwalając w pełni cieszyć się szczęściem. Z drugiej strony rozwścieczała mnie ta bezsilność. Ostatnie słowo jak zwykle należało do niej.
Rozpaczliwie szukałam pocieszenia. Kogoś, kto nie będzie mnie strofował czy pouczał, ale po prostu mnie wysłucha. Wtedy przypomniałam sobie o Nuce. Rozłożyliśmy koce na plaży, gdy oświadczyłam:
- Muszę kogoś poszukać.
Prawie biegiem doszłam do jej stałego miejsca, ale okazało się puste. Zacisnęłam mocno oczy, żeby się nie rozpłakać. Łudziłam się, że to wszystko jest tylko snem, z którego będę się śmiała po przebudzeniu.
Ktoś złapał mnie za rękę.
- Wszystko w porządku? – zobaczyłam zmartwione spojrzenie zielonych oczu Piotrka.
- Tak – wysiliłam się na słaby uśmiech – Dlaczego miałoby nie być?
- Nie wiem. Czuję, że coś się dzieje, ale nie potrafię ci pomóc, póki nie jesteś ze mną szczera.
- Nie, naprawdę wszystko jest ok. Skoro już się pofatygowałeś to może, chociaż pójdziemy na lody? – zaproponowałam zupełnie niespodziewanie dla samej siebie.
- Na lody? Zawsze – oznajmił z rozbrajającą szczerością, a ja w duszy odetchnęłam z ulgą, że udało mi się zmylić jego czujność. Nie miałam też najmniejszej ochoty wracać na koc.
Pociągnęłam go za rękę do znajdującego się nieopodal stoiska Zielonej Budki i już mogłam wybierać w rozmaitej gamie smaków i kolorów.
- Czego państwo sobie życzą? – zapytał szarmancko młody sprzedawca o urodzie Latynosa.
- O nie! Ja płacę za siebie. Wyszłoby na to, że naciągnęłam cię na lody – oświadczyłam Piotrkowi stanowczo.
- Dobrze, ale pamiętaj, że mam nad tobą przewagę. Wziąłem ze sobą portfel, a ty nie – wycelował palcem między moje oczy i widać było, że żartowanie ze mnie sprawia mu nie lada satysfakcję. Nie potrafiłam jednak się na niego gniewać.
- No, tak. Masz rację. Wobec tego zaraz wracam – powiedziałam i już chciałam się oddalić, gdy poczułam, że przytrzymuje mnie za rękę.
- Nie ma mowy.
Co miałam robić? Poddałam się i już w parę minut później mogłam rozkoszować się swoim śmietankowo – orzechowym lodem w polewie karmelowej, na którego miałam ochotę od samego rana. Sprzedawca odprowadził nas zdziwionym wzrokiem do stolika z parasolem, przy którym zasiedliśmy. W tle leciał przebój tego lata, trzech wyrostków zdzierało sobie gardła, wciąż powtarzając te same idiotyczne frazy. Lecz, gdy tak siedziałam sobie z Piotrem, nawet „numa numa yei” nie mogło wyprowadzić mnie z równowagi. Rozmawialiśmy o pozornie błahych sprawach, czego potrzebowałam teraz najbardziej.
- I wtedy do pokoju weszła jego mama… - zakończył opowiadanie o wyczynach swoich i Adriana.
- Żartujesz? – zapytałam, ocierając z twarzy łzy radości.
- No coś ty. To były czasy… - westchnął melodramatycznie, co jeszcze bardziej mnie rozbawiło. W towarzystwie Piotra zupełnie zapominałam o całym świecie. Problemy odpływały gdzieś daleko, było tylko to szczere spojrzenie pistacjowych oczu. Serce nie wycinało mi w jego obecności takich numerów jak w towarzystwie Adriana. Czułam po prostu błogi spokój, co zważywszy na sytuację było zbawienne.
- Teraz twoja kolej na zwierzenia – wyrwał mnie z zamyślenia jego głos.
- Co chcesz wiedzieć? – nie dawałam po sobie poznać, jak bardzo obawiam się tego pytania.
- Oj, Ala. Ja wszystko wiem.
- To znaczy? – spytałam słabo. Nie potrzebowałam lustra, by zobaczyć w wyobraźni jak zalewa mnie zdradziecki rumieniec.
- O tobie i Adrianie.
- Powiedział ci – przełknęłam ślinę i zwęziłam oczy jakbym chciała obronić się przed czymś.
- Nie musiał… wystarczy spojrzeć na was. Te ukradkowe gesty… Po prostu za dużo tych przypadków, kiedy znikacie razem nie wiadomo gdzie. Wczoraj po tej historii z omdleniem, spytałem go wprost. Wiesz doskonale, że Adrian nigdy nie był wyrafinowanym kłamcą.
- Tak…- spostrzegłam, że płaczę. Najchętniej teraz zapadłabym się pod ziemię.
- Przepraszam, nie chciałem sprawić ci przykrości. Ale ze mnie idiota. – Piotrek uderzył się wewnętrzną stroną dłoni w czoło. Wstał ze swojego krzesła i z właściwą sobie delikatnością zaczął mnie pocieszać. Przysunął się bliżej i zrobił jedyną rzecz, jaką mógł teraz uczynić. Objął mnie po przyjacielsku i wyszeptał do ucha:
- Nie ma nad czym rozpaczać. Powinnaś być raczej szczęśliwa. Poza tym, jeśli już chcesz płakać to może gdzieś, gdzie nie będziemy ściągać na siebie wzroku tłumu gapiów – próbował mnie rozbawić. Faktycznie, kiedy podniosłam głowę i dostrzegłam zaciekawione spojrzenia plażowiczów roześmiałam się przez łzy. Wyobrażam sobie, co o nas myśleli.
- Piotrek, nawet nie wiesz jak bardzo się boję. On nie może z nią zerwać, nie pozwolę mu na to. Nie chcę mieć jej na sumieniu.
- Nie myśl o tym teraz. Postaraj się uspokoić – poklepał mnie po plecach dla dodania otuchy –
Wiem, że to wszystko jest teraz trudne, ale za jakiś czas spojrzysz na to z większym dystansem i przekonasz się, iż wyjście z tej sytuacji było przez cały czas oczywiste.
- Nie wiesz wszystkiego – wyznałam. Musiałam wreszcie zrzucić z siebie ten ciężar. – Ja… mogę być w ciąży.
Puścił mnie:
- Teraz to ty sobie żartujesz – powiedział z nadzieją.
Pokręciłam przecząco głową.
- On o tym wie?
- Tak, ale co to za różnica…
- Skoro wie, to nie masz się, czym martwić – ponownie mnie objął – Znam tego gościa od lat, zresztą ty też. Oboje wiemy, że nie zostawi cię samej w takiej sytuacji. Poza tym, bez względu na to, co by się działo, pamiętaj, że masz przyjaciół.
- Dzięki – zdążyłam jeszcze powiedzieć, nim rozpłakałam się na całego.


XIV

Tak jak grzmieli poprzedniego dnia meteorolodzy od samego rana padał rzęsisty deszcz. Ociągając się, zwlokłam z łóżka. Bolał mnie każdy mięsień ciała, ale to mogłam znieść. Gorszy był strach, który powrócił wraz ze świtem. Wolnym krokiem dotarłam do toalety, a tam… zapomniałam o wszystkim. Miałam ochotę skakać do góry i krzyczeć z ulgi. Dostałam okres, co oznaczało, że nie jestem w ciąży. Wróciłam do pokoju zupełnie odmieniona:
- To co planujemy na dziś? – przeciągnęłam się.
- Ty to jesteś dziwna… Najpierw wyszłaś do łazienki z taką miną, jakbyś planowała tam powiesić się w kabinie prysznicowej, a wróciłaś uśmiechnięta od ucha do ucha. Co za huśtawka nastrojów. Zupełnie jakbyś była w ciąży. Alu… a może ja o czymś nie wiem? Czy ty i Piotrek przypadkiem nie…
Postanowiłam jej przerwać, bo dłużej nie byłam w stanie słuchać tych idiotycznych uwag.
- Nic z tych rzeczy. A źle się czułam, bo właśnie dostałam okres, czyli sama rozumiesz, że nie mogę być z nikim w ciąży – zakończyłam z triumfem i wyjrzałam przez balkon. Deszcz ustał, ale nie było nawet najmniejszych nadziei, że ujrzymy jeszcze tego dnia słońce.
- Teoretycznie masz rację, ale nie wiem czy słyszałaś, że okres nie zawsze oznacza, iż nie jest się w ciąży. Niektóre kobiety miesiączkują do któregoś miesiąca… Oczywiście nie mam co do tego pewności, sama nigdy nie byłam w ciąży – kontynuowała swoja tyradę Ewka, grzebiąc łyżeczką w serku waniliowym.
Niby takie niewinne stwierdzenie, a jednak ziarno wątpliwości w mojej głowie zostało zasiane. Postanowiłam jednak nie odpowiadać na jej wypowiedź.
- Co mamy dziś na śniadanie? – spytałam tylko.
- Nie wiem. Może obudź chłopaków, niech skoczą do sklepu.
- Lepiej sama pójdę – stwierdziłam, gdyż wcale nie miałam ochoty na wchodzenie do ich pokoju. Wiedziałam, że nie mogę unikać ich przez cały czas, a jednak trwałam w swoim irracjonalnym działaniu. Wzięłam plecak, sprawdziłam czy mam portfel i wyszłam. Mimo swojej ostrożności, na korytarzu i tak spotkałam Adriana. Chciał mnie pocałować, ale zbierając w sobie resztki sił, zdołałam go odepchnąć.
- Musimy z tym skończyć – oświadczyłam sucho.
- Ale, jeśli jesteś…
- Nie jestem. To pewne. W takim razie nic nas nie łączy – byłam okrutna dla niego i dla siebie. Choć ból rozdzierał mnie od środka, zachowywałam twardy wyraz twarzy. Wiedziałam, że muszę to zrobić. Już chciałam odejść, gdy zrozumiałam, iż jeśli to teraz zrobię, będę żałowała do końca życia.
- Adrian… przepraszam, zrozum, że nie mogę inaczej… Tu nie mają znaczenia nasze uczucia, tu chodzi o jej życie. Musisz uszanować moją decyzję.
- Uszanuję – odpowiedział zimno, aż zadrżałam, widząc surowy wyraz jego twarzy. Nie mogłam dłużej tego znieść. Pognałam przed siebie, o mały włos spadłabym ze schodów. Nie płakałam. Nie miałam już sił.
W pewnym sensie szukałam pocieszenia w zakupach. Chciałam zapomnieć. Dać się ponieść na fali beztroski. Nie chciałam wracać. Ponowne spotkanie z Adrianem było ostatnią rzeczą, jakiej w tamtej chwili pragnęłam. Wysłałam sms’a, że śniadanie zjem na mieście. Zamówiłam jajecznicę i grzanki w jakiejś przytulnej restauracji. Niespodziewanie zaczął dopisywać mi apetyt. Już nie zważałam na dietę, w obliczu złamanego serca, schodziła na dalszy plan.
Potem poszłam po prostu chodnikiem wzdłuż Gdańskiej, aż doszłam do centrum. Ogarnął mnie istny szał, by wydać pieniądze. Sama chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z własnych czynów. Weszłam do eleganckiego sklepu, którego szyld głosił: „Cudełko” i zamarłam. Znalazłam się w ogromnym pomieszczeniu między podświetlonymi witrynami ze szkła, w których poustawiane były niewiarygodne wprost ilości biżuterii. Aż kręciło mi się w głowie od tego przepychu barw. Nazwa sklepu idealnie odzwierciedlała to, jaki był. W istocie zapragnęłam nagle stać się posiadaczką tych wszystkich kunsztownych wyrobów sztuki jubilerskiej, jednak ceny w zupełności odpowiadały przedmiotom. Spędziłam tam ponad godzinę, ale w końcu musiałam zadowolić się srebrnym, oksydowanym krzyżem oraz kompletem, składającym się z kolczyków, bransoletki i łańcuszka, który zamierzałam podarować po powrocie mojej mamie. W ogóle niespodziewanie przypomniałam sobie o swej rodzinie, która – nawiasem mówiąc – nie miała bladego pojęcia, że wyjechałam. Uwielbiałam robić prezenty, więc zaczęłam szukać czegoś dla mojej młodszej siostry. Z czego ucieszyłaby się siedemnastolatka? Dobre pytanie. Sama już zapomniałam, jak to jest mieć naście lat. Uważałam się za starą, doświadczoną przez los osobę, której życie już niczym nie zaskoczy.
W końcu uznałam, iż najlepszym upominkiem dla Igi będzie ręcznie malowany obrazek anioła, których wszelkie podobizny zbierała od dziecka. Ponoć przynosiły jej szczęście. Kto wie, może gdybym i ja umieściła jeden z takich rysunków w swym mieszkaniu to wreszcie uśmiechnęłoby się do mnie szczęście?
- Brednie – odpowiedziałam sama sobie, a jakaś ekspedientka spojrzała na mnie jak na normalną inaczej.
- Słucham? – spytała.
Spojrzałam na to, co sprzedawała i przełknęłam ślinę. Na swoim stoisku miała chyba wszystkie cukierki świata. Skusiłam się.
- Poproszę te, te i te – wskazywałam kolejno ręką na swoje ulubione – Ach i jeszcze torebkę krówek.
Zastanawiałam się, kiedy ostatni raz miałam w ustach jakieś słodycze. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć owego zdarzenia. Może dlatego, że zawsze unikałam jak ognia cukierni i wszelkich miejsc, gdzie byłabym wystawiona na pokuszenie?
Teraz, perspektywa zjedzenia ich po tak długim czasie napawała mnie szczęściem.
Z wypakowanym plecakiem ruszyłam dalej, wprost na molo nad Zalewem Wiślanym, ale zatrzymałam się jeszcze po drodze, by kupić kartki pocztowe. „Do kogo je wyślę?” – myślałam uporczywie. Nie przypuszczałam, że potrafię zajmować się tak przyziemnymi sprawami. Jednak to właśnie one dawały mi ukojenie i pozwalały zapomnieć o problemach.
Było pochmurno, ale może to i lepiej. Dawało mi to większe pole do popisu,
jeśli chodzi o fotografię. W końcu byłam rasową dziennikarką. Postanowiłam napisać reportaż z tej podróży. Wyjęłam swój aparat cyfrowy i bez opamiętania zaczęłam pstrykać fotki. Poprosiłam jakiegoś przechodnia, żeby zrobił mi zdjęcie na tle kutrów rybackich. Zadowolona skierowałam się z powrotem, po drodze wstępując jeszcze na pocztę i do małego sklepu spożywczego. Miałam dość ograniczania się. Skoro życie pozbawia mnie największych przyjemności, czemu ja mam jeszcze dodatkowo przysparzać sobie cierpień? Zaopatrzona w mnóstwo toreb i torebeczek wróciłam do hotelu.
W pokoju zastałam Ewę. Miałam wrażenie, że nie ruszała się stąd przez cały czas mojej nieobecności.
- Jesteś wreszcie. Już myślałam, żeby zadzwonić na policje. Co tam kupiłaś? – zaciekawiona spojrzała na moje pakunki.
- Parę rzeczy – zbyłam ją – Gdzie wszyscy?
- Poszli na dół, grać w bilard. Chcemy później iść do latarni morskiej. Co ty na to?
- OK, idę z wami – w duchu odetchnęłam z ulgą, że nie muszę teraz przebywać w towarzystwie Adriana.

c.d.n.

Data:

 lipiec/sierpień 2004

Podpis:

 ronnie

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=21811

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl