DRUKUJ

 

zemsta bottleda

Publikacja:

 03-06-15

Autor:

 forgod



Zemsta Bottleda



To nie były dobre dni dla naszej wioski, zima była tak sroga, jak dawno na tych ziemiach nie było. Trwała całe sześć miesięcy a ostatnie śniegi znikneły dopiero z początkiem drugiego nowiu. W takich wioskach jak nasz głód zajrzał do wielu domów i ojcowie nieraz byli zmuszeni do wysyłania swoich dzieci do miast, aby tam zdobyły prace i środki potrzebne do przeżycia.
Wyruszyłem z początkiem lata do odległego o trzy dni drogi Lubzel, rządzonego wtedy przez mądrego i dobrego Urlicha I. Dostałem od rodziny trochę jedzenia i radę, aby przed nastaniem pełnej zimy nie wracać. Tak więc wczesnym rankiem wyruszyłem do Lubzel. Drogę miałem prostą, przez łąki i nie wielkie zagajniki lasu liściastego. Teren, przez który szedłem był delikatnie pofałdowany. Była piękna pogoda, świeciło słońce które ani na moment nie musiało się chować za chmurami. Byłem sam moi rówieśnicy odeszli do innych miast albo poszli za chlebem wcześniej niż ja. Mam na imię Gregory i nie mogłem wyruszyć wraz z innymi, ponieważ musiałem opiekować się chorym ojcem, ale gdy tylko mu się polepszyło mogłem a właściwie musiałem wyruszyć za chlebem. W domu został mój młodszy brat i dwie siostry - oni mogli przez lato z powodzeniem zająć się gospodarstwem i schorowaną matką. Dostałem prowiantu na kilka dni i obiecałem wrócić ze złotem, które miałem zarabiać w tym wielkim mieście. Przez pierwsze godziny szedłem polną ścieżką, którą podróżowali nieliczni w tych czasach wędrowcy, ja przynajmniej nikogo nie widziałem. Nie byłem głupi nie wiadomo jak może się skończyć takie spotkanie. Czasami można spotkać naprawdę nie bezpiecznych ludzi podróżujących i ograbiających swoich towarzyszy podróży. Jakiś czas po południu zrobiłem sobie przerwę na posiłek. Wyprawa była jak na razie bardzo monotonna, nic się nie działo. Poza tym, że teren robił się coraz bardziej falisty, ale wzgórza takie jak teraz mijałem a nawet większe były i w moich okolicach. Po południu, gdy słońce zaczęło się chylić ku ziemi postanowiłem poszukać jakiegoś strumienia, aby się napić świeżej wody i umyć, bo jak twierdziła moja mama to jest bardzo ważne, aby się myć jak najczęściej wtedy łatwiej znajdę pracę w mieście. Ruszyłem, więc w stronę gęstego lasku, teren się obniżał powoli, gdy się do niego zbliżałem. Po krótkiej chwili usłyszałem delikatny szum strumyka, który tam płynął sobie, kto wie od ilu lat lub wieków. Z torby podróżnej wyjąłem ser i świeży chleb, który mi w nocy upiekła mama. Gdy sobie przypomniałem jak się krzątała pół nocy, aby mi go upiec mimowolnie zakręciła mi się łza w oku, wiedziałem, że ona mnie kocha i chce dla mnie jak najlepiej. Chleb był pyszny długo potem takiego nie jadłem, musiałem całej swojej siły woli, aby nie go zbyt wiele, bo przecież pozostał przede mną szmat drogi gdzie raczej są małe, szanse, aby spotkać ludzi, którzy się zemną by podzielili swoją strawą. Z nazbieranych młodych gałęzi zrobiłem sobie prowizoryczny szałas i miejsce do spania. I po chwili smacznie spałem.
Zbudził mnie swąd spalenizny, nie znany mi przedtem o takim odcieniu. Dosyć przykry dla zmysłu powonienia. Powoli się obudziłem, niebo zaczynało robić się powoli szare. Wyszedłem z nie wielkiej kotlinki, w której spędziłem noc. Trawa była pokryta rosą a dookoła panowała mgła. Było mi zimno, pomyślałem aby rozpalić ognisko dla ogrzania się, ale najpierw chciałem sprawdzić źródło tego przykrego zapachu który spowodował moje przedwczesne zbudzenie się ze snu. W oddali pod lasem zobaczyłem kłęby dymu. Po chwili zobaczyłem, że w moim kierunku biegną dwie osoby, ale najwyraźniej mnie jeszcze nie zauważyły, po kilku sekundach z lasu wyskoczył jeździec na koniu i najwyraźniej je gonił. Stanąłem jak wryty i nie wiedziałem, co robić, rozsądek podpowiadał mi, aby czym prędzej uciekać, ale z drugiej strony ci ludzie potrzebowali pomocy. Jeździec szybko dogonił jedną z osób uciekających, wyciągnął miecz i ciął w głowę, trysnęła fontanna krwi i uciekający szybko zmarł. Wtedy już wiedziałem, co robić - uciekać, co sił w nogach i nie oglądać się za sobą. Biegłem najszybciej jak potrafiłem. Drugi uciekający musiał mnie zauważyć bowiem o zgrozo skierował się w moim kierunku. Szybko dobiegłem do strumyka i zanurzyłem się w nim tak, że tylko wystawały mi nozdrza, woda była przeraźliwie zimna, ale nie miałem złudzeń, co do mojego losu gdyby mnie dogonił wojownik na koniu. Skryłem się w sitowiu i czekałem aż będę mógł bezpiecznie wyjść. Po chwili zauważyłem, że drugi z uciekających miał najwidoczniej taki sam plan, ponieważ wskoczył do wody i zanurkował, zaraz potem usłyszałem tętent koni i zobaczyłem jeźdzca goniącego - w tej chwili mogłem powiedzieć - że nas. Ale na szczęście z powodu półmroku dojechał nad rzekę około pięćdziesięciu metrów od nas i nie miał w pojedynkę zbyt wielkich szans, aby nas odnaleźć. Przez chwilę się ucieszyłem, moje szanse na przeżycie wydatnie się zwiększyły. Moja radość była przedwczesna. Było tam kilku ludzi wszyscy uzbrojeni w kusze i miecze, na pewno nie mieli pokojowych zamiarów.
Usłyszałem, bowiem kilka głosów, które się naradzały nad tym, co robić. Jeden uważał, że zrobił to, co miał i może wracać zadowolony, ale drugi z nich przekonywał ich, że powinni kontynuować poszukiwania zbiega, aby go zabić a każda chwila zwłoki zmniejsza, szanse odnalezienia go. W końcu zwyciężyła opcja, że zadanie, które mieli wykonać zostało wykonane i mogą wracać. Gdy to usłyszałem z ulgi nieomal na głos nie westchnąłem, ale w porę się opanowałem, bowiem moi prześladowcy mogliby to usłyszeć i dokończyć swoje sprawy. Gdy głosy się oddaliły odczekałem kilkanaście jeszcze minut zanim się poruszyłem, zdrętwiałe kończyny bolały mnie nie miłosiernie nie mówiąc już o zimnie, które mnie otaczało z zewnątrz i wewnątrz. Najpierw wynurzyłem głowę z wody a potem tułów, powoli bardzo powoli, chociaż tak naprawdę to chciałem wyskoczyć z tej wody. Gdy już prostowałem nogi nagle ktoś mnie złapał od tyłu za gardło tak, że nie mogłem wydobyć z siebie głosu i powoli zanurzył w wodzie. Próbowałem walczyć, ale dosyć skutecznie mnie przytrzymywał w ten sposób, że moje gwałtowne ruchy umożliwiały mu skuteczniejsze przydusznie mnie. W końcu moja twarz zbliżyła się niebezpiecznie blisko wody, spróbowałem się wyrwać i wtedy straciłem przytomność. Ocknąłem się leżąc twarzą do ziemi nie byłem niczym skrępowany było mi tylko zimno. Pod twarzą miałem wilgotną trawę czułem jak woda ścieka zemnie byłem cały przemoczony, powoli się uniosłem na kolana trwożliwie się rozglądając na boki szukając człowieka, który nie omal mnie utopił. Ale nikogo nie było wokół mnie. Znajdowałem się w lasku nieopodal miejsca gdzie spędziłem noc. Wstałem i ruszyłem na poszukiwanie mojego tobołka, w którym miałem swoje rzeczy. Ostrożnie przeszedłem tych kilka naście metrów i go znalazłem. Wziąłem go na plecy i szybkim truchtem wróciłem do lasku. W lasku ktoś był. Stał tam wysoki mężczyzna w wieku około czterdziestu kilku lat ubrany bogato, ale funkcjonalnie w skórzany płaszcz. Nim zdążyłem się wycofać skinął na mnie dłonią abym do niego podszedł.
- Gdzie chodziłeś chłopcze? Zapytał.
- Ja, po swoje rzeczy panie ja tam spałem w nocy znaczy nocowałem i miałem tam swoje rzeczy. Kim jesteś panie?
Mężczyzna do mnie podszedł i zaczął mi się uważnie przypatrywać w końcu zadał pytanie.
- Co tu robisz, gdzie podążasz?
- Jestem mieszkańcem pobliskiej wioski idę za chlebem panie do Lubzel. Dlaczego ci mężczyźni pana gonili, kim pan jest czy to pan mnie zatrzymał wtedy w rzece?
- Jestem Patric Ainc kapitan straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I. Ci ludzie napadli na mnie i na posła, którego ochraniałem wraz z moimi nieżyjącymi jak myślę towarzyszami. Nie wiem, kim oni byli, ale muszę się dowiedzieć. Szukam teraz nowego sługi, dobrze zapłacę, jeżeli chcesz możesz mi towarzyszyć do Substu, jest to dwór księcia Sintha.
- Ale dlaczego nie możesz panie wrócić do Lubzelu po większe siły przecież ci, którzy dzisiaj ciebie napadli mogą się jeszcze gdzieś czaić na ciebie panie po drodze?
- Nie ważne, musimy ich dogonić i uwolnić posła zanim dotrą do Substu, nie mam czasu aby wracać do Lubzel wtedy będzie już za późno. Rozpalę ognisko aby wysuszyć ubrania a ty się zastanów czy chcesz ze mną wyruszyć.
- Dobrze panie wyruszę z tobą -powiedziałem te słowa słuchając siebie w osłupieniu, ale z drugiej strony nie spodziewałem się tak łatwo znaleźć pracę- nazbieram chrustu na ognisko, jest mi strasznie zimno.
Po rozpaleniu ogniska usiedliśmy bliżej ognia prawie nadzy aby nasze ubrania mogły jak najszybciej wyschnąć. Patric zaś podczas tego ogrzewania zjadł moje zapasy aczkolwiek się zemną podzielił. Po godzinie nasze ubranie były suche. Zapytałem którędy teraz ruszymy.
- Musimy mieć konie, pieszo nigdy ich nie dogonimy pomimo tego, że nie muszą się obawiać pogoni. Tutaj kilka godzin drogi stąd jest zajazd może tam zdobędziemy jakieś wierzchowce i prowiant na drogę. Umiesz jeździć konno?
- Nie panie - odpowiedziałem.
- Tego się obawiałem, ubieraj się wyruszamy.
Pomimo tego, że był starszy te kilka godzin marszu były prawie biegiem. Po drodze tylko dwa razy się zatrzymywaliśmy na krótkie odpoczynki.
Późnym popołudniem wreszcie dotarliśmy do starej oberży, która mieściła się w małej wiosce na trakcie prowadzącym do Lubzel z Substu. Mieściła się ona w centrum osady. Śmiało do niej weszliśmy. Karczmarz był człowiekiem gadatliwym, ale także takim, który znał swoją cenę tak, więc Patric Ainc musiał się mocno napocić zanim kupił dla nas dwa wierzchowce i wypytał się o naszych 'przyjaciół'. Dostaliśmy dwie najgorsze chabety, jakie w życiu miałem dotąd zobaczyć, oberżysta pewnie trzymał je na mięso i gdybyśmy ich wtedy nie kupili to za kilka dni ktoś mógłby je sobie zjeść ze smakiem. Dostaliśmy także trochę prowiantu na drogę. Podobno byli tutaj - pięć osób, zjedli posiłek i wyruszyli od razu w drogę mieli, więc nad nami kilka godzin przewagi a ale za to my mieliśmy gorsze konie - pomyślałem o tym wszystkim z ironią. Ruszyliśmy z kopyta odprowadzani ironicznym spojrzeniem byłego właściciela koni na których pomykaliśmy niczym gazele za agentami Sintha którzy uprowadzili posła. Na mnie Patric Ainc nie miał co liczyć w przypadku zbrojnej próby odbicia ofiary uprowadzenia. Nigdy w życiu nie brałem udziału w jakichkolwiek poważniejszych starciach narażających na szwank moje zdrowie. Ponieważ bardzo je sobie ceniłem i nie miałem zamiaru robić głupot typu atak na wyszkolonych agentów złego Sintha. Po wyjechaniu z wioski mknęliśmy przez kilka mil mijając pola i łąki po około dwóch godzinach "szalonego galopu" na naszych wierzchowcach dojechaliśmy do lasu, przez który prowadził trakt. Nie miałem wtedy żadnej praktyki w jeździe wierzchem dlatego też dużą trudność sprawiało mi uchylanie się przed konarami drzew. Patric Ainc przez całą drogę się do mnie nie odzywał, czyli traktował mnie jak swojego sługę, chociaż na początku wydawało mi się że chciał we mnie widzieć swojego pomocnika.
Nagle jadąc usłyszeliśmy słabe jęki dochodzące z lasu na prawo od traktu. Patric Ainc podniósł swoją rękę do góry dając znak abym się zatrzymał i zachowywał cicho.
- Zostań tutaj popilnuj koni ja pójdę zobaczyć co się tam dzieje.
Bezszelestnie zeskoczył z konia poczym znikną w gęstwinie ruszając w kierunku, z którego dochodziły jęki. Zdziwiła mnie sprawność mojego pracodawcy. Nie spodziewałem się bowiem tego po nim. Po kilku minutach wrócił.
- Gregory - wyszeptał - chodź ze mną musisz mi pomóc - powiedział.
Nieudolnie zeskoczyłem z konia i ruszyłem za nim. Po kilkunastu metrach dostrzegłem leżącego na ziemi mężczyznę. Obok były porozrzucane kawałki sznurka, pewnie był nim związany - stwierdziłem. Razem z Patriciem pomogliśmy mu wstać na nogi i usiąść na powalonym drzewie nie opodal. Był pobity, krwawił z wielu ran które jak to zwykle bywa w takich wypadkach nie były groźne.
- Był przywiązany do drzewa tymi linkami - powiedział do mnie Patric. - Gdybyśmy go nie usłyszeli za kilka godzin stałby się ofiarą zwierząt w tym lesie albo mógłby umrzeć z wyczerpania. On pewnie jest, sądząc po stroju kapłanem Bottleda. Widziałem już takich na dworze Urlicha I. Nie jest groźny.
Faktycznie człowieka którego uratowaliśmy wyglądał przedziwnie. Ubrany był w zieloną tunikę i niebieskie spodnie. A na stopach miał szpiczaste pantofelki z kolorowymi noskami.
- Kim jesteś - zapytał Patric?
- Jestem San sala Bim Bim kapłan Bottleda przyjacielu jak to dobrze zauważyłeś - i następcą dobrego Lmonki sala Rum Rum. Zostałem napadnięty przez czterech bandytów gdy jechałem do Subst. Podstępem zrzucili mnie z konia i okradli ale zdążyłem spłoszyć mojego rumaka. Bardzo byli przez to bardzo rozłoszczeni, dlatego tak mnie pobili i przywiązali do drzewa abym nie przeżył nocy.
- Jestem Patric Ainc kapitan straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I i ścigam tych ludzi. Zabili bowiem dwóch moich przyjaciół. A to jest Gregory mój sługa.
W tym momencie skinąłem głową.
- Niestety nie możemy dłużej z tobą rozmawiać musimy ich nadal gonić. Gregory wracamy do koni! Kilka mil stąd jest wioska, na pewno musiałeś ją mijać - tam ci pomogą.
- To nie możliwe - powiedział z całą powagą San sala Bim Bim - oni mi zabrali bezcenne relikwie muszę je odzyskać. Pozwól panie że się do ciebie przyłączę w pogoni za tymi złoczyńcami. Mówiąc to wstał pokazując że jest jeszcze w stanie chodzić.
- To nie możliwe - odparł również z całą powagą Patric Ainc - nie masz wierzchowca i za bardzo byś nas opóźniał w pogoni. Czekaj na nas w wiosce jeżeli bogowie nam pozwolą to będziemy tamtędy wracać.
Mimowolnie się wzdrygnąłem na dźwięk tych słów. A San sala Bim Bim przytknął dwa palce do ust i przenikliwie zagwizdał. Po chwili z lasu wynurzył się jeden z najwspanialszych rumaków jakie dane mi było w życiu zobaczyć. Był to ogromny gniadosz, który na nasz widok zaczął nerwowo parskać i kręcić głową. Ale San sala Bim Bim uspokoił go kilkoma słowami.
- Muszę odzyskać te relikwie są bardzo ważne dla mnie i dla wyznawców Bottleda miłościwego. Pozwólcie mi jechać z wami na pewno nie będę was opóźniać.
- Dobrze a czy masz jakąś broń?
- Wyznawcy Bottleda nie używają broni, aby nikt nie użył jej przeciwko nam. Ale postaram się pomóc wam bez użycia przemocy bezpośredniej.
- Jak -zaciekawił się Patric Ainc - poprosisz ich oto, aby oddali tobie te relikwie?
- Nie, ale mam swoje sposoby. Jedźmy już szybciej ich dopadniemy.
Wsiedliśmy na nasze konie i ruszyliśmy z kopyta, koń San sala Bim Bim ruszył truchtem.
Las, przez który przejeżdżaliśmy robił się coraz dzikszy. A wokół robiło się coraz ciemniej słońce chyliło się powoli ku zachodowi. Patric Ainc w pewnym momencie, gdy nie dało się już jechać z powodu zapadającego zmroku a konie wydawały się zmęczone postanowił rozbić obóz, w którym mieliśmy zostać na noc. Razem we trójkę nazbieraliśmy drewna na ognisko, które miało w nocy nas ogrzewać i odstraszać, co odważniejsze zwierzęta przed niemądrymi moim zdaniem pomysłami typu zabić i zjeść. Po rozpaleniu ogniska, przygotowaliśmy strawę na ogniu, jedzenie pochodziło od karczmarza, od którego kupiliśmy konie i sądząc po smaku koniem kiedyś w przeważającej części było. To był dobry moment, aby porozmawiać z San sala Bim Bimem, bowiem Patric Ainc nie zdradzał większej ochoty na jakąkolwiek konwersację.
- Co oznacza twoje imię - zapytałem nieśmiało kapłana.
- San sala Bim Bim to znaczy - mężczyzna, który woli zwierzęta. Jest to tytuł honorowy w nieustającej służbie Bottleda. Nasz kult pochodzi z pradziejów planety i jest tak stary jak nasza cywilizacja. Wtedy to dobry Bottled nakazał swoim uczniom wędrować po ziemi i zmieniać świat na lepsze. Musimy się ciągle udoskonalać, aby móc sprostać tym zadaniom. Ostatnio przed kilkoma laty wódz jednego z dzikich plemion z wybrzeża otrzymał w darze pewien złoty przedmiot. Gdy niedawno dotarł tam jeden z apostołów Bottleda z radością spostrzegł że jest to jeden ze świętych grzebieni Bottleda. Potem nastąpiły żmudne pertraktacje z plemieniem w sprawie zwrotu tego niesamowicie cennego dla naszej kultury przedmiotu wspominanego w świętych księgach. Osobiście go wykupiłem i teraz się boję, że znowu nam zniknie, dlatego też za wszelką cenę muszę go odzyskać jak najszybciej i dostarczyć do klasztoru.
- A co oznacz imię Lmonki sala coś tam, o którym wspomniałeś, gdy ciebie uwolniłeś Panie? - Zapytałem zszokowany odpowiedziami.
- Pewnie chodzi ci o wielkiego Lmonke sala Rum Rum. Imię jego oznacza: mężczyzna, który woli wiewiórki.
- No tak mogłem się domyśleć - odpowiedziałem na te słowa - położę się już spać, jeżeli pozwolisz Panie, nie znam zbyt dobrze Patrica Ainca ale wydaje mi się, że zbudzi nas dosyć wcześnie rano.
Wykrakałem. Zbudziło mnie mocne szarpnięcie za ramię.
- Wstawaj - powiedział szeptem Patric - twoja kolej na wartę w tych okolicach należy się mieć na baczności. Popilnuj ogniska tak abyśmy rano mogli zjeść coś ciepłego i zbudź mnie przed świtem.
- Dobrze panie - odpowiedziałem śmiertelnie zmęczony.
Wstałem zmarznięty i dorzuciłem do ognia, a po kilku godzinach śmiertelnej nudy zbudziłem Patrica. Zjedliśmy szybkie i skromne jak na mój gust śniadanie a właściwie śniadanko i ruszyliśmy w drogę. Przez kilka godzin nic się nie działo, ale nagle Patric uniósł rękę do góry, na ten znak się zatrzymaliśmy. Bezszelestnie zeskoczył z konia i zniknął w na polanie kilkadziesiąt metrów od nas. Po chwili wrócił podekscytowany.
- Tutaj spędzili noc. Są już niedaleko przed nami. Niezbyt się spieszą, muszą być bardzo pewni siebie. To jest nasz atut. Dzisiaj w nocy ich zabijemy.
Na dźwięk tych słów aż się wzdrygnąłem. Stwierdziłem, że jest to doskonały moment, aby powiedzieć, co o tym wszystkim myślę.
- Panie ja nie umiem zabijać i też nie bardzo chcę kogoś zabić.
- Wolisz sam umrzeć?
- Szczerze to wolałbym nic nie robić, nie potrafię walczyć. Nigdy nie miałem do czynienia z bronią, nie chcę zginąć bezsensownie.
- Śmierć w walce nigdy nie jest bezsensowna o ile jest to krew przelana w słusznej sprawie synu -próbował podnieść mnie na duchu Patric Ainc, marnie zresztą- nie martw się, jeżeli dobrze to rozegramy to nic się tobie nie stanie. A ty San? Potrafisz walczyć?
- Nie, natura zabrania mi odbierać życie.
- Mój plan jest taki: podejdziemy ich we śnie i poderżniemy dla dwojga z nich gardła a trzeciego załatwimy w uczciwej walce takie jest moje zdanie - powiedział krótko Patric, nawet nie zaszczycając nas skromnym chociaż spojrzeniem.- Jedźmy!
Wskoczył na konia i popędził przed siebie tak szybko jak pozwalał na to stan marnej chabety na której siedział. Spojrzałem na Sana i ruszyłem za Patriciem, pełen rozterek natury egzystencjalnej. Po następnych kilku godzinach zaczęliśmy dostrzegać coraz widoczniejsze ślady grupy ludzi, która przed nami tędy podążała.
- Nie martw się chłopcze - powiedział do mnie San sala Bim Bim kapłan Bottleda -
Już coś wymyślimy Bottled nad nami czuwa i oświeca swoją mądrością nasze czyny. Colwiek dzisiaj zrobimy będzie dobre.
Słaba to była pociecha, że patron mężczyzn którzy wolą zwierzęta i inne wiewiórki czuwa nade mną ale to było lepsze niż nic. Teraz byłem pewien że dowódcy przed krwawymi bitwami lub też kapłani w łatwy sposób mogli ze zwykłych ludzi robić wielokrotnych zabójców i morderców. Wystarczy powiedzieć coś w stylu ON ciebie obserwuje nie zawiedź i takie tam.
- Postaram się ci pomóc synu.
O zmierzchu się zatrzymaliśmy. Patric stwierdził że to niebezpieczne tak galopować dalej ponieważ w każdej chwili mogliśmy się natknąć na ściganych co zapewne by się skończyło dla nas źle.
Zeszliśmy z koni i pieszo szliśmy szybkim tempem przed siebie, co chwilę się zatrzymując i nasłuchując podejrzanych dźwięków. Szliśmy już w niemal całkowitych ciemnościach dość długo Patric kazał przywiązać konie i ruszyć już bez nich dalej. W pewnej chwili San sala Bim Bim kazał się nam zatrzymać.
- Słyszę ich konie to już niedaleko trochę w prawo - -powiedział nieco dla mnie abstrakcyjnie ponieważ trochę w prawo w całkowitych ciemnościach nic mi nie mówiło - mam coś dla was co pozwoli widzieć nam w ciemnościach. Mówiąc to wyjął z jednej z kieszeni malutki woreczek.
- Co to jest - spytał zainteresowany Patric Ainc?
- To starożytny środek używany przez wyznawców Bottleda, pozwala widzieć w ciemnościach oraz wzmaga odwagę w rozsądnych granicach oczywiście - mówiąc to wysypał odrobinę brunatnego proszku na drewnianą łyżeczkę, którą niewiadomo skąd wytrzasnął. Wytężając wzrok do granic możliwości dostrzegłem w śród tego proszku małe brązowe grudki. Z tego, co dowiedziałem się o Sanie i jego współ wyznawcach tymi grudkami mogło być wszystko - nawet kawałki wiewiórki.
- Ty pierwszy!- rozkazał wskazując na mnie Patric.
Nie chciałem mu się sprzeciwiać a San nie wyglądał na truciciela psychopatę tak, więc ostrożnie z powodu ciemności wziąłem od kapłana łyżeczkę i szybko zjadłem jej zawartość, tajemnicze grudki to były truskawki jak się przekonałem jedną z nich.
To niesamowite. Ten specyfik działał i to jak działał. Po chwili widziałem wyraźnie wszystko dookoła. Patric sądząc po jego minie chyba też. Niebo miało krwisty a raczej purpurowy kolor, drzewa były brązowe a trawa intensywnie zielona, chociaż wydawało mi się, że się porusza. Przystanąłem na chwilę trzymając się drzewa i się rozejrzałem w okolicy dostrzegłem teraz, że Patric ma przy sobie miecz i dwa sztylety zatknięte za pas. Podszedłem do niego i wyciągnąłem jeden z nich nie zareagował nasłuchując nieruchomo w końcu odwrócił się do mnie i uśmiechnął się. Jego oczy były dwoma czerwonymi plamami na tle trupio białej twarzy widząc to aż się przewróciłem na plecy gdyby nie jego ubranie nigdy bym nie powiedział, że to Patric Ainc kapitan straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I. San sala Bim Bim gdzieś się ulotnił nigdzie go nie było. W oddali zobaczyłem słabą poświatę ogniska, Patric także ją dostrzegł. Ruszaliśmy w tym kierunku w ogóle nie zwracając uwagi na zachowanie ciszy prawie biegliśmy a te ognisko się wcale nie przybliżało do nas. Nagle rozpętała się burza, ale wcale nie padało tylko biły pioruny i wiał silny bardzo silny wiatr wiał w naszą stronę z taką siłą, że ledwo szliśmy.W końcu doszliśmy do obozowiska naszych nieprzyjaciół. Wartownik siedział wpatrzony w ognisko a reszta jego towarzyszy spała, było to nie pojęte. Jak oni mogli spać w taką burzę? Niebo, co chwilę było rozświetlane przez błyskawice już mieliśmy wskoczyć w środek obozowiska, gdy coś nas powstrzymało. Gdzieś za nami rozbrzmiał krzyk, ale to, jaki krzyk. Był to odgłos mordowanego człowieka, który po chwili zmienił się w płacz dziecka śmiertelnie przerażonego. Przeszły mnie ciarki jak nigdy w życiu. To już usłyszeli. Wartownik nagle się odwrócił, spojrzał na nas i wrzasnął, miecz mu wypadł z ręki. Pewnie chciał uciekać, ale nie zdążył. Patric płynnym ruchem podciął mu gardło. Krew bryzgnęła dookoła, także na mnie, na twarz. Wstały jeszcze dwie śpiące dotychczas postaci. My staliśmy w miejscu przyglądając się tylko. Z lasu za nami napływały niesamowite dźwięki teraz było to wściekłe ujadanie psa i trzask łamanych drzew. Przed nami stały dwie uzbrojone postaci przyglądając się nam z szaleńczym strachem na twarzach. Z koron drzew spadały coraz większe gałęzie a pioruny biły coraz bliżej. Ich konie zerwały się i uciekły w las, ale niedaleko sądząc z agonalnych rzężeń. Gdy tylko odbiegły z pola widzenia usłyszeliśmy dźwięk rozrywania i plusk - wiedzieliśmy niemal na pewno - rozrzucanych wnętrzności na poszycie lasu. Coraz bardziej niepokoiłem się odgłosami, które zdawało się dochodziły za naszych pleców. Wtem wrogowie rzucili się do ucieczki i odbiegli w las. W stronę traktu, którym tutaj przyjechaliśmy. Do krzyków i rzężeń dochodzących z za naszych pleców gdzieś z lasu doszły jeszcze ich wrzaski i błagania. Powoli się odwróciłem mocniej zaciskając dłoń na trzymany ciągle nożu. To był on. To był San sala Bim Bim, wyglądał straszliwie aż mi się nogi ugięły pode mną: twarz miał całą we krwi we włosach resztki tkanek a na ubraniu obrzydliwe kawałki skóry, jasnej skóry niemal że fosforyzującej. Wydało się że unosi się nad ziemią. W jednej ręce trzymał kość z kawałkami ciała z których kapała krew a w drugiej coś jakby złoty grzebyk. Straszliwe wołanie dochodzące cały czas z lasy było na granicy bólu. San sala Bim Bim podniósł dłoń w której trzymał grzebyk go góry i dotknął swojej głowy potem podszedł do nas. Najpierw przeczesał włosy Patrica a potem zbliżył się do mnie. Ja się zawahałem widząc jak pada mój pan, ale kapłan Bottleda był szybszy i przeczesał również moje włosy, W tym momencie straciłem przytomność.
Obudziłem się ze straszliwym bólem w głowie, nie wiedząc czy aby to co się wydarzyło w ciągu ostatnich dni nie było tylko snem a właściwie koszmarem. Powoli uniosłem głowę, ale tak mi się w niej zakręciło że opadłem z powrotem. Zamknąłem oczy i zapadłem po raz kolejny w kojący sen. Sny miałem niesamowite ale jak to zawsze bywa nie mogłem sobie nic przypomnieć. Tym razem udało mi się wstać. Oparłem się na ramionach i rozejrzałem dookoła. Patric siedział przy ognisku i rozmawiał z jakąś kobietą, San sala Bim Bima nie było nigdzie w zasięgu wzroku. W końcu moje rozbudzenie zostało dostrzeżone przez kobietę która rozmawiała z moim pracodawcą. Ten wstał i podszedł do mnie.
- Jak się czujesz Gregory? - zapytał. Tym pytaniem trochę zbił mnie z tropu ponieważ nie pamiętam aby kiedykolwiek mówił do mnie po imieniu.
- Nic mi nie jest. Co się z nami stało? Kim Jest ta kobieta? Gdzie jest San sala Bim Bim? Gdzie jesteśmy? - pytałem.
- Nie wiem obudziłem się kilka godzin temu. Jesteśmy w miejscu gdzie zostawiliśmy konie przed uwolnieniem Pani poseł. Kapłana nie było. Nie wiem w jaki sposób tutaj wróciliśmy i jak dotarła tutaj Kari. Pozwól że cię przedstawię. Patric wstał podszedł do kobiety i powiedział - To jest mój sługa Gregory, pomógł mi Cię uwolnić pani.
- Dziękuję ci chłopcze odpowiedziała Kari - nagroda cię nie ominie, gdy tylko powrócimy na dwór Urlicha I. Strasznie wyglądasz. Jesteś cały we krwi a twoje oczy....
Wstałem i usłużnie się ukłoniłem. Kobieta ta była w sile wieku i widać było, że mają się ku sobie z Patriciem. Ta pogoń chyba nie tylko była powodowana rozkazami pana ale także czymś więcej, dlatego Patric tak się spieszył, aby odbić ta kobietę.
Była bogato ubrana, miała na sobie sporą ilość klejnotów, których nie ośmielili się odebrać jej porywacze. Wstałem i zjadłem skromny posiłek, ponieważ skończyła się nam zapasy. Nie brałem udziału w rozmowie, ponieważ dotyczyła nie znanych mi tematów. Usłyszałem tylko że porywacze dobrze się obchodzili ze swoją ofiarą. Co się tyczy nocy kiedy ją uwolniliśmy to ona nic nie pamięta a obudziła się tutaj razem z nami.
Z powrotem wynikł poważny problem, ponieważ mieliśmy tylko dwa konie i to w dodatku tej klasy że nie było co marzyć o tym aby można było jechać we dwójkę na jednym koniu. W końcu stanęło na tym że ja i Kari jechaliśmy na jednym koniu a Patric pogalopował do wsi po następnego rumaka dala pani poseł. Jechałem cały dzień z Kari na jednym koniu co kilka godzin się zmieniając miejscami aż nadszedł wieczór. Rozbiliśmy obozowisko i poszliśmy spać głodni niemiłosiernie. Rano zbudził nas głód więc nie tracąc ani chwili ruszyliśmy w drogę. Po kilku godzinach dotarł do nas Patric z dwoma nowymi końmi dużo lepszymi od tych którymi dotychczas dysponowaliśmy. Szybko coś zjedliśmy i pogalopowaliśmy do wioski w której wcześnie kupiliśmy nasze stare konie. Karczmarz uprzedzony o naszym powrocie wyszedł nam na spotkanie. Gdy mnie zobaczył zaczął krzyczeć i uciekł. Przyczynę tego poznałem dopiero wtedy gdy poszedłem się umyć w lustrze wody dostrzegłem swoją twarz.: cała była we krwi oczy podkrążone i czerwone białka. Przestraszyłem się, przecież od wydarzeń które miały miejsce tamtej pamiętnej dla mnie nocy minęło kilka dni już, a kolor moich białek się wcale nie zmienił.
Po sutej kolacji poszliśmy spać każde z nas w innym pokoju a nazajutrz wyruszyliśmy we trójkę do Lubzel gdzie jeszcze długo miałem pozostać jako czasem więcej a czasem mniej wierny sługa Patrica Ainca kapitana straży przybocznej jaśnie nam panującego Urlicha I. Nie rozmawiałem więcej z Patriciem o pamiętnej nocy w lesie a ani o San sala Bim Bimie. Woleliśmy o tym zapomnieć...




Data:

 02.02.20003

Podpis:

 forgod

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=219

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl