DRUKUJ

 

Huzia na Walentynki!

Publikacja:

 06-02-23

Autor:

 Robin Goodfellow
Huzia na Walentynki!

Szedłem 14 lutego ulicą Stawową w Katowicach. Każdy, kto przechadza się po tym mieście, wie, że na Stawowej zwykło stać najwięcej rozdawaczy ulotek. Nagle z dość zwartej grupki czterech osób wyskoczyła w moim kierunku dziewczyna, szybko recytując coś w rodzaju „szczęśliwego dnia świętego Walentego” czy „wesołego dnia zakochanych” i wręczając mi kartkę. Potem zaraz wycofała się do swoich. Odbąknąłem „dziękuję” i wziąłem, myśląc, że to pewnie reklama jakiegoś sklepu odzieżowego. Okazało się jednak, że jest to coś na wzór ręcznie robionej laurki. Na pierwszej stronie wielkie serducho i napis „Miłość???”, a w środku „… miło by było. – L. Junerka” (cóż to za człowiek? – sic!).
Uszedłem jeszcze kawałek, nim pojąłem, co mnie spotkało. Oto stałem się ofiarą walentynkowej prowokacji. Uszedłem parę kolejnych kroków i poczułem swąd. W miarę jak szedłem, śmierdziało coraz bardziej i zaledwie wsiadłem do autobusu na Mickiewicza, zrozumiałem, co jest źródłem odoru. A był to styl prowokacji.
Primo: co miało być celem ataku – miłość czy święto? Z przytaczanych słów pana Junerki wynikałoby, że sama miłość, ale skoro tak, to był to najgorszy dzień w roku na takie zabiegi. Wszak Walentynki już tradycyjnie stały się dniem dyskursu o gestach pustych i tych… hm, „pełnych” (?), a nie o istocie i istnieniu uczucia. Bo skoro ktoś chce zanegować miłość, to może robić to codziennie z dużym powodzeniem. Atak na nią przypuszczony w święto zakochanych jest dość niezbornym przedsięwzięciem i zawsze odczytany będzie jako atak na święto.
Założyłem więc sobie, że to sposób obchodzenia dnia św. Walentego chciała zmiażdżyć owa czwórka swoimi karteczkami, a cytat z Junerki taki, bo lepszego nie znali.
Secundo: prowokator to ktoś, kto z uśmiechem na ustach gwałci świętości. To nonszalancki arogant, pewien swych racji, z głową wysoko ponad pochylonymi w pokłonach głowami innych ludzi. Ja zaś tam na Stawowej doświadczyłem prowokanctwa miernego, prowokanctwa zaszczutego, prowokanctwa spod miotły, takiego, co to samo siebie przeraża poprzez nieprzewidywalność owoców, które może przynieść. Tam na Stawowej to było prowokanctwo doskakująco – odskakujące, jakby boksera wagi koguciej wpuścić na ring z bokserem wagi ciężkiej i kazać mu go punktować. Wsobne i struchlałe skupienie się tej grupki sprawiało wrażenie, jakby bali się przypadkiem od jakiegoś bardziej zakochanego Romea czy Wertera w mordę oberwać.
Gdybym ja brał się za taką akcję, miałbym całe zaplecze argumentów i zgrabnych odpowiedzi, czekałbym na zaczepki, łaknąłbym bycia oplutym i oplucia kogoś – oni zaś szczęśliwi byli w swoim rozdawaniu i poza to nudne i nijakie rozdawanie nie mieli zamiaru wyjść.
Tertio: groteski obrazu dopełniał ten karykaturalny błąd: Janerka zmylony na Junerkę (pismem kaligraficznym, więc na pewno dobrze odczytałem).
Od tego mętnego incydentu wyszedłem też do wniosków szerszych i mam parę uwag w stosunku do krytyków Walentynek. Jesteście bowiem jak kultura hipisowska. Tak jak hipisi upatrywali całego zniewolenia człowieka w rzekomych okropieństwach państwowości i wręcz zmitologizowanego Systemu, tak wy diabła, u którego człowiek przehandlował miłość, upatrujecie w jednym epizodycznym właściwie i – niech już będzie – infantylnym święcie. Jakie to proste, jakie przyjemne i kojące – wskazać na kalendarz: „Tutaj! Tutaj tracimy autentyczność!”. Wróg namierzony i zdemaskowany! Teraz jeszcze tylko „świadomie” należy postanowić, że nie będzie się obchodzić Walentynek i już – mamy spokój, jesteśmy prawdziwi, głębocy i niepodatni na wpływy „niskie”! Ha! Niczym dla nas ten owczy pęd!
A jednak mam dla was hiobowe wieści, które przyjąć możecie, bądź odrzucić (znów „świadomie”, co nie znaczy - mądrze). W przedstawieniu pełnym gestów próżnych, powtarzalnych, wyuczonych i narzucanych sobie nawzajem przez ludzi uczestniczymy bez przerwy. Miłość w tym spektaklu stanowi cały odrębny akt, no a przynajmniej witkiewiczowskie „pół aktu”. Zjawisko to w socjologii nosi nazwę performansu (Erving Goffman), jednak jeszcze trafniej definiuje je pojęcie z litertury, czyli Forma (Witold Gombrowicz). Z Formą zaś należy brać się za bary – w walce o własną prawdziwość – ale nie wolno mówić, że się ją przezwyciężyło, bo to nie jest możliwe. Tak wy, krytycy, krytykanci Walentynek z nikim i niczym nic nie wygrywacie, bo Forma to kocioł, w którym są sami przegrani. I walka z Walentynkami (ta ostentacyjna, tryumfalna) to wpływanie na intelektualną mieliznę (inaczej rzecz ma się z ignorowaniem tego święta od niechcenia i bez przekonania, bo to jest w porządku). Święto nie jest nawet wierzchołkiem góry lodowej. Święto jest niemal wtórnie autentyczne, bo wynika z zafałszowań, którymi jesteśmy przesiąknięci do głębi.
Bierzcie się więc za walkę absolutną i szarpcie się z tym wszystkim bez opamiętania, albo nie bierzcie się wcale.
A Walentynki bywają miłe.

Data:

 luty 2006

Podpis:

 Robin Goodfellow

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=23109

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl