DRUKUJ

 

I właśnie dlatego. Dzień 1.

Publikacja:

 06-09-27

Autor:

 worek kości
Męczą mnie sny. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno temu kontakt z zaświatami wywoływał u mnie dreszcz podniecenia i fascynacji. Można powiedzieć, że jestem na nogach przez całą dobę. W dzień rozmawiam z ludźmi, a nocą, ze zmarłymi. Granice zostały przekroczone. Żadnych barier. Babcie i ciotki mogą cię teraz obserwować przez cały boży dzień, i wiecie co? Robią to bardzo chętnie. Wydaje mi się, że jeszcze większą przyjemność sprawia im dzielenie się swoimi spostrzeżeniami z nieodłącznym komentarzem: „Piotrze, powinieneś sobie w końcu znaleźć jakąś porządną dziewczynę!”, „Popatrz na siebie, chudy jak szczapa!”. A dziś wieczorem… naprawdę, szkoda słów. Ciotki dostały metafizycznej histerii! W Niebie wieści rozchodzą się szybciej, niż zdążysz powiedzieć „Mojżesz”. Święty Tomasz z Akwinu oczywiście miał rację w wielu sprawach, teraz mamy okazję to porównać, ale… ale tylko do czasu mógł cieszyć się swoim autorytetem, w kwestii odkrywania boskich tajemnic. Gdy nastąpił TEN dzień, wszystko się zmieniło. Ciągle nie jestem przekonany, czy na lepsze, czy na gorsze jednak, i właśnie to moje niezdecydowanie najbardziej denerwuje moich zmarłych krewniaków. Bo czyż spełnienie modlitw nie powinno być bardziej… szczęśliwe? Nie czuję się szczęśliwy. Doczekaliśmy się na koniec państwa teokratycznego. Kto by przypuszczał, że z epoki triumfującego racjonalizmu tak gwałtownie przeskoczymy w skrajny mistycyzm?
Tak jak myślałem, moja ostatnia wypowiedź przysporzyła mi nie lada kłopotów. Następnego dnia Anioł osobiście dostarczył mi wezwanie do Najwyższego wyskakując jak królik z cylindra iluzjonisty. Gorejący kwiat paproci w doniczce na parapecie… Takie czasy.

Rozmowa z Bogiem, uwierzylibyście w coś takiego? Co za ironia losu, że tym razem to ON chciał mi coś powiedzieć. Biuro Stwórcy nie mieściło się jednak w kościele, jak logicznie można było założyć, lecz zaledwie dwa budynki dalej, w mieszkaniu na trzecim piętrze czteropiętrowego bloku. Przez całą drogę układałem sobie mowę, i mimo mojej niezachwianej pewności, co do słuszności mego postępowania, nieznośny ucisk żołądka jednoznacznie informował, że mam niesamowitą tremę. Szybko dotarłem na miejsce. Blok niedawno ocieplony i odmalowany w zielono czerwone kwadraty. Nie było domofonu. W środku też mnie nic nie zaskoczyło. Zwykła klatka schodowa, połowa ściany na żółto, połowa na biało, metalowa balustrada. Wchodzę powoli na górę. Na każdym piętrze były dwa mieszkania, minąłem parter, pierwsze, na drugim tabliczka na drzwiach informowała, że mieszkali tu jacyś W. C. Malinowscy. Ciekawe czy przyszło im kiedykolwiek do głowy, ze mieszkając pod Bogiem, są jakby metaforą piekła? Zastanowiło mnie też, czego w takim razie metaforą mogliby być państwo mieszkający na czwartym piętrze? Boję się zgadywać. Trzecie piętro. Zwykłe białe drzwi, na górze przyklejona plastikowa siódemka, niżej mosiężna tabliczka, na której wyryto (wypalono?)jedno słowo: Bóg. Nie było judasza.
Wchodzę do środka. Zwykłe mieszkanie, naprzeciwko drzwi wejściowych łazienko-toaleta (tak nazywam ten okrutny twór, gdzie sedes zostaje umieszczony obok wanny). Po lewej stronie holu dwa wejścia, do małego pokoju i obok do kuchni. Z prawej strony, za szafką na buty znajdowały się podwójne drzwi. Wydruk z komputera przyklejony do prawego skrzydła boskich wrót, jak w biurze pośrednictwa pracy tymczasowej, skonstatowałem, głosił: „Gabinet Boga, czynny całą dobę”. Otworzyłem drzwi.
Za biurkiem siedziała, jeżeli można użyć takiego zwrotu, gigantyczna paczka solonych orzeszków. Folia zaszeleściła głośno, gdy odwróciła się kodem kreskowym w moją stronę błyskając odbitymi refleksami słonecznych promieni. Miałem nieodparte wrażenie, że wpatruje się we mnie z intensywnością szaleńca, który zbyt wiele czasu spędził w izolatce. Słyszałem jak z głuchym gruch, gruch, w jej wnętrzu przesypują się orzeszki wielkości piłeczki tenisowej.
Wściekła inteligencja solonych przekąsek, pomyślałem, i straciłem przytomność.

Chciałbym opisać tamtą rozmowę, ale po prostu nie potrafię. To tak, jak wypłynąć na powierzchnię w momencie, gdy myśleliście, że to już koniec. Uczucie, jakie ogarnia, gdy ktoś informuje was, że macie bliźniaczego brata, który żyje gdzieś tam, daleko i jest zupełnie taki sam jak wy. To bicie serca. To ciepło. To wrażenie, że jesteś we właściwym miejscu o właściwej porze.
Tamto wydarzenie zawierało w sobie wszystko to i nieskończenie więcej.

Ale nie umarłem.
A ciąg dalszy nastąpi.

Dziś w telewizji gościem Kuby Wojewódzkiego będzie Jezus Chrystus. Może być naprawdę interesująco.

Data:

 2006

Podpis:

 worek kości

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=28035

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl