DRUKUJ

 

O dziewczynie, która rozbijała lustra

Publikacja:

 03-11-12

Autor:

 Yuu
Oprowadzał mnie po salach Instytutu opisując kolejne "przypadki", a ja przyglądałem się im, robiłem notatki i tylko czekałem na znamienne słowa: "Ten jest twój", ale one jeszcze nie chciały się pojawić. Oni byli różni, feeria osobowości, niepojęci, szaleni, tacy jak wszędzie... Żadnemu nie poświęciłem więcej niż drobnego skrawka mojej uwagi. Byłem młodym i zdolnym psychiatrą. Za sobą miałem zdane z wyróżnieniem studia magisterskie, a przed sobą wielką, świetlaną karierę. Ta praca w Instytucie Wilmuta satysfakcjonowała w pełni (przynajmniej chwilowo) moje ambicje i próżność. Być może byłem głupi w tym swoim zadęciu, ale świat leżał u moich stóp i nie znałem słowa "niemożliwe".
Wreszcie weszliśmy do ostatniego pokoju. Różnił się sporo od pozostałych - był umeblowany, honorowe miejsce zajmowały biblioteczka oraz wielka, czerwona, kontrastująca z zielonymi, NIE OBITYMI MATERACEM ścianami sofa. Siedziała na niej dziewczyna, na oko piętnastoletnia. Miała krótkie, mysie włosy i szare oczy pod przymkniętymi powiekami. Matowe, puste oczy. Siedziała nieruchomo. Sprzęty wyglądały na nieużywane. Gdzieś miarowo tykał zegar. Siedziała, trzymając ręce na kolanach i oddychała regularnie. A my staliśmy, zastygnięci w kontemplacji dziwnej postaci. Dziwnej po dziesiątkach rozkrzyczanych, rozdmuchanych osobowości. Mam wrażenie, że mój przewodnnik celowo pokazał mi najpierw tamtych. Chciał wywołać uczucie zdziwienia, szok. Udało mu się, ale tylko na drobną chwilę.
- Katatonia? - mój głos przebił ciszę jak nóż ze świstem przecina powietrze. Dziewczyna drgnęła, a przewodnik uśmiechnął się cierpko samymi kącikami ust.
- Tak nisko nas oceniasz? Wiesz, czym się zjamujemy - powiedział.
Czekałem cierpliwie na wyjaśnienia. Świadomie wywołałem na twarzy grymas ironii i wyższości. Przez chwilę mierzyliśmy się spojrzeniami. Nie podobało mu się, że przyjęli kogoś nowego, to niebezpieczne - wyczytałem z jego oczu. W końcu jednak spuścił wzrok i skapitulował. Westchnął, po czym wyciągnął z kieszeni jakiś płaski przedmiot. Obserwowałem uważnie jego poczynania. Położył tą rzecz przed "pacjentką" i szybkim ruchem odwrócił na drugą stroną, po czym natychmiast się odsunął. Było to lusterko, takie jakiego kobiety używają w podróży do poprawy makijażu. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i spojrzała na nie. Widząc je, czy może bardziej swoje odbicie w nim zawarte, otworzyła usta w niemym krzyku i próbowała rozbić zwierciadełko, rzucając je na podłogę. Dywan nie pozwolił na to. W pokoju nie znajdowały się żadne ostre przedmioty, dziewczyna miotała się więc bezcelowo. Mój towarzysz przyglądał się temu z miną: "Znane, nic ciekawego", więc nie chcąc wydać swojego braku doświadczenia, przybrałem ten sam wyraz twarzy. W końcu nastolatka, trzymając lusterko tyłem do twarzy, ścisnęła z całej siły gładką powierzchnię palcami. Szkło pękło, kilka odłamków upadło kryjąc się w grubym dywanie, większość pozostała wbita w palce "chorej". Kilka kropli krwi zabarwiło biel jej sukienki. Ona tymczasem nie przerywała, ciągle gniotła pozostałe gładkie odłamki, aż ze zwierciadła zostały tylko ostre szklane igiełki i kryształki wielkości ziaren piasku. Zapatrzony na niecodzienne zjawisko nie zauważyłem, że mój przewodnik zniknął w międzyczasie, a teraz wracał w towarzystwie pielęgniarki, która wyprowadziła dziewczynę z pokoju. Przez cały ten czas "pacjentka" nie wydała ani jednago dźwięku, jej oczy poza początkowym przerażeniem pozostały matowe, a ruchy były powolne i dokładnie wyważone.
- Co o tym sądzisz? - spytał, po dłuższej chwili milczenia i, nie dając mi czasu na odpowiedź, kontynuował. - Jej determinacja przechodzi wszelkie granice. Ostatnio, kiedy miała na sobie kaftan bezpieczeństwa, própowała zgryźć lusterko zębami.
Mój planowany cyniczny, naukowy wykładzik diabli wzięli. Nie mogłem dłużej tamować zdziwienia. Nie tyle nad zachowaniem pajentki - widziałem już wiele groźniejszych przypadków, co jego. Musiałem zapytać:
- Dlaczego więc teraz jej na to pozwoliliście?
- Dla lepszej diagnozy, doktorze Contarel. Pracujemy nad nią trzy lata i nadal nie potrafimy dociec przyczyny dziwnego zachowania. Teraz pana kolej. Ona od dziś jest pana, doktorze. - uśmiechnął się uśmiechem "I kto jest teraz górą?", ale moja pewność siebie miała niesamowite zdolności regeneracji. Byłem gotowy stawić czoła wyzwaniu.
- Zobaczymy - powiedziałem hardo. I wyszedłem.

* * *

Nie przekazali mi wyników swoich badań. Nie powiedzieli nic. Wszystko musiałem zaczynać od początku. Próbowałem rozmawiać... Na praktykach KAŻDEGO pacjenta udawało mi się zmusić do dialogu. Z Rei okazało się to niemożliwe. Odpowiadała półsłowkami, nie odsłaniając ani kawałka swojej duszy. Niemalże zwątpiłem czy ją ma.
- Witaj Rei - brak jakielkolwiek reakcji jej strony.
- Jak się dziś czujesz?
- Dobrze - nawet na mnie nie spojrzała.
- O czym myślisz?
- O niczym.

No właśnie. Zwykle po prostu siedziała na sofie, wyglądając na pogrążoną w myślach, lecz jej oczy, szaro-złote oczy pozostawały puste. Co jej się stało? Co doprowadziło do takiego stanu? O co chodziło? Wiedziałem, że Instytut zajmuje się tylko szczególnymi przypadkami z dziedziny psychiatrii, fizjologii, chirirgii... Wiele się o nim słyszało. Choć dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że mówiono dużo... o niczym. Organizację ogarniała tajemnica. Prowadzono mnie zawsze prosto do kompleksu poświęconego mojej podopiecznej, nie widziałem pozostałych budynków, pokoi... Kiedyś przypadkowo (przynajmniej oficjalnie) otworzyłem drzwi do jednego z pomieszczeń, po których oprowadzano mnie pierwszego dnia. Było puste. Kilka kolejnych też. Jakby miejsce mojej pracy otaczała bezpieczna ściana bezosobowej próżni. Dlaczego mnie okłamali?

- Witaj Rei... Jak się dziś czujesz? - uśmiechnęłem się przyklejonym uśmiechem lekarza.
- Dobrze.
- Gotowa do kolejnej serii testów?
- Tak.
Wcześniej próbowaliśmy z metalem, szkłem, plastikiem, folią... każdą powierzchnię, która w jakiś sposób odbijała światło. Efekt zawsze ten sam. Dziś ostatnia z serii "lustrzanych prób" - do szerokiej, płaskiej, czarnej, matowej miseczki nalałem trochę wody. Tak, by odbijała jej twarz.
- Nachyl się Rei - zrobiła to.
Spojrzała w taflę, zamrugała oczami i zastygła. Nic. Żadnej reakcji. Ożywiłem się - w końcu był to pewien przełom!
- Rei? Dlaczego nie boisz się tego... zwierciadła? Zawsze przecież uciekałaś od swojego odbicia... - zapytałem z nadzieją. Może wreszcie czegoś się dowiem.
- To woda - powiedziała dziewczyna. - Woda się zmienia. Nie... zabiera - zakończyła.
Nie zrozumiałem. Stałem zastanawiając się nad jej słowami i kluczem w nich zawartym. Ona w tym czasie wzięła miseczkę i powolnym ruchem, przeglądając się w tafli jeszcze raz, wylała wodę na dywan. Nie wiedziałem co o tym myśleć. W każdym razie wyczułem postęp.
Z odkrycia zwierzyłem się Duncanowi - mojemu przełożonemu-przewodnikowi, zanim jeszcze napisałem raport. Nie okazał zdziwienia czy zadowolenia tylko spojrzał pogardliwie. Czyżby moi poprzednicy robili podobnie? Nie, nie mogłem zwątpić w swoje zdolności. To dopiero początek.
Bardziej niż rozbijanie luster męczyła mnie apatia Rei. Pomimo, że codzienne testy - EEG, EKG, testy krwi, moczu, psycho-ruchowe wychodziły normalnie, nie miała w ogóle woli ani własnego zdania. Nie miała w sobie życia. Co można zrobić z taką pacjentką? Przynosiłem jej różne rzeczy, czytałem, zadawałem ćwiczenia do wykonania, namawiałem do śpiewu czy rysunku. Wykonywała moje polecenia. Prace były dobre - technicznie, lecz pozbawione zupełnie charakteru. Nic jej nie ożywiało. Oprócz luster. Zapytałem ją raz czy nienawidzi siebie. Zaprzeczyła.
- To dobrze - powiedziałem. - bo ja Ciebie lubię - uśmiechnęłem się.
Niespodziewanie okryłem, że mówię prawdę. Pomimo nikłego postępu, codziennego strachu, że wyrzucą mnie z pracy (dwumiesięczny kontrakt lada chwila się kończył), czułem do niej sympatię. Nie mówiła wiele, zawsze wprowadzałam mnie w atmosferę spokoju, przez ostatnie kilka tygodni czułem się wyciszony jak nigdy, To ona był moją terapią, nie ja jej. Pod wpływem impulsu zbliżyłem dłoń do jej twarzy i pogładziłem policzek jej wierzchem. Chłodna, aksamitna skóra. Popatrzyła na mnie. Pierwszy raz spojrzała mi w oczy. Szaro-złote jeziora... Nie były puste, jak sądziłem. Bardziej myślałbym, że coś jest w nich głeboko ukryte. Zobaczyłem w nich siebie... Nagle jej źrenice rozszerzyły się, zaświecił w nich strach, odsunęła się gwałtownie, a kiedy chciałem ją przytrzymać, uderzyła mnie w twarz. Wtedy mnie oświeciło. Zobaczyła swoje odbicie w moich oczach! Teraz siedziała skulona w rogu kanapy szepcząc cichutko:
- Nie, nie, już prawie... nie...
Przeraziłem się. Do jakiego stanu mogło ją to doprowadzić? Chciałem kogoś wezwać, chciałem podejść do niej i ją przytulić, kiedy nagle drzwi się otworzyły i wpadły przez nie dwie pilęgniarki, a zaraz za nimi Duncan.
- Ja... ja... - nie mogłem wydusić słowa. Czyżby obserwowali mnie przez cały czas?
- Nie martw się - powiedział z kpiącym uśmieszkiem. - Nie wyrzucimy Cię za to z pracy. Właśnie udało Ci się zrobić coś, czego nie dokonali Twoi poprzednicy. Udało Ci się uzyskać Reakcję!
Powoli dochodziłem do siebie. Zdałem sobie sprawę z tego, że oni jeszcze nie domyślali się o tym odbiciu w moich oczach. Sądzili, że reakcję wywołało coś innego - dotyk? Ale na pewno tego wcześniej próbowano... Ponieważ zabrali Rei na jakieś badania, które miały potrwać do jutrzejszego wieczora, miałem wolne. Poszedłem do swojego mieszkania (które znajdowaoł się na terenie należącym do Instytutu - do czasu wygaśnięcia kontraktu nie wolno nam było opuszczać tego obszaru wielkości 20 km2) i zmęczony położyłem się, by przemyśleć sytuację. Przed północą zadzwonili z Zarządu w sprawie przedłużenia umowy o kolejne dwa miesiące. Zasnąłem z mieszaniną ulgi i niepokoju.

* * *

Wszedłem do jej pokoju, by z przestrachem stwierdzić, że jest on pusty. Rzuciłem się do drzwi. Były zamknięte. Moja karta nie działała. W końcu skapitulowałem i usiadłem na sofie, z twarzą w dłoniach. Moja głowa była pusta. Żadnych myśli. Wstałem, jakby kierowała mną jakaś inna, obca siła i stanąłem naprzeciw nagiej ściany. Całą jej powierzchnię zajmowało ogromne, gładkie lustro. Spojrzałem na swoje odbicie. Moje odbicie. Ona. Ona po drugiej stronie lustra. Popatrzyłem jej (sobie?) w oczy. Wyciągnęła dłoń, dotknęła nią wewnętrznej strony lustra. Zdałem sobie sprawę, że również przykładam palce do zimnej powierzchni. Tylko, że to nie była zimna powierzchnia. Moja ręka jakby zagłębiła się w ciepły żel, mazistą substancję. Nasze dłonie zetknęły się, złączyły. Pociągnęła mnie, a może to ja ją pociągnęłęm, w każdym razie obydwoje weszliśmy w lustro z przeciwnych stron, nasze odbicia złączyły się, w tym samym momencie zniknęły... Pokój został pusty. Teraz jednocześnie byłem w pokoju i gdzieś (gdzie?) wewnątrz lustra... Moja postać "zewnętrzna" podeszła do tafli i z całej siły uderzyła ją pięściami... Lustro rozprysło się na milion drobnych igiełek, które wirowały przez chwilę w powietrzu, po czym utworzyły dobrze znany kształt.
- Rei... - szepnąłem. Przytuliłem ją do siebie. Zrozumiałem. Wiedziałem.

* * *

...i wtedy się obudziłem.
Siedziałem na własnym łóżku. Była trzecia nad ranem. Pamiętałem ten sen dokładnie - po raz pierwszy śniła mi się pacjentka - po raz pierwszy śniło mi się cokolwiek, co nie było niewyraźnym, zamglonym obrazem. Zapomniałem tylko jednego... co tak właściwie zrozumiałem? Zrobiłem sobię kawę, ciągle starając się przypomnieć... Ale widziadło, jak zawsze im bardziej nam zależy, stawało się zamglone, przygasło. Jendak teraz byłem pewny jednego - mój stosunek do dziewczyny nie był czysto zawodowy. Dlaczego?
Musiałem do niej iść, nieważne, że było tak wcześnie, nie mogłem wytrzymać ani chwili dłużej bez spojrzenia jej szaro-złotych oczu. Szybko ubrałem się, wpakowałem do samochodu i ruszyłem w stronę instytutu. Karta zadziałała - na szczęście nie zaprogramowali w niej ograniczenia czasowego. Wszedłem. Zmierzając ku Oddziałowi Chorób Psychicznych, usłyszałem jakieś podniesione głosy z Biura Prób. Biuro Prób to była właściwie jedna wielka zagadka - nikt nie wiedział czym się zajmuje, a drzwi (sprawdzałem) zawsze były zamknięte na klucz. Gdy zapytałem o nie mojego przewodnika, zamilkł... Teraz, wiedziony impulsem zbliżyłem się do uchyoonych (!) drzwi i zacząłem nasłuchiwać.
- Musimy zakończyć ten projekt natychmiast!! - krzyczał jakiś nieznajomy głos.
- Jeszcze nie, profesorze McKinley - zaprzeczył drugi, należący jak sądziłem do pani Luthien - zastępcy dyrektora Instytutu.
- Ale postępy, jeżeli może być tu w ogóle mowa o jakichkolwiek, idą zbyt wolno!! Reporterzy węszą, tak samo MI5 i policja. Niech pani zrozumie, nic z tego nie będzie!
- Mamy poważnych sponsorów, którzy myślą zupełnie inaczej. - kobiecy głos pozostawał spokojny i pełen rezerwy.
- Ach, Ci wasi sponsorzy! Im chodzi tylko o... Myślisz, że nie wiem, o co chodzi? Grupa fanatyków, chcących stworzyć własnego Boga!
- Nie ma pan prawa wysuwać takich oskarżeń - w głosie dyrektor słychać było nutki złości i nieprzyjemnego zdziwienia. Widać doktorek wiedział zbyt wiele.
- Wie pani o tym lepiej ode mnie... Nie, ją trzeba zabić! To i tak się nie uda! Nie potrafimy STWORZYĆ ani Boga, ani nawet człowieka! Niech pani się jej raz przyjrzy! Ona jest całkowicie syntetyczne - nie ma duszy!!! - prawda uderzyła we mnie jak kamień. Chodziło im o Rei! Dlatego była taka ważna - to syntetyczny człowiek... choć nie do końca udany... Nie, nie, to niemożliwe, technika nie zaszła jeszcze tak daleko... Nie byliśmy w stanie... Wycofałem się cicho, potem zacząłem biec.

* * *

Odchodzę. Gdybym wiedział wcześniej, gdyby zdradzili się z jakimś słowem, dokumentem... Jak mogli tak mnie oszukać?!...
Wiem... Tak naprawdę, choćbym wtedy wiedział, prawdopodobnie przyjąłbym tą pracę. Byłem zaślepiony. Ale już nigdy, nigdy więcej. Odchodzę. Tylko czy dadzą mi odejść? Muszą... Nieważne, mam tu jeszcze jedną ważną rzecz do zrobienia.

Dobrze znany ciemny korytarz doprowadził go do tych jedynych drzwi. Za nimi siedział... człowiek? potwór? kukiełka w rękach szefów? ONA. Efekt zabawy ludzi w Boga... czy może, jak twierdziłMcKinley, próba stworzenia boga? A ja prawie... Nie, nawet jeżeli zaczynałem ją lubić, to to MUSIAŁA być tylko ich gierka... Musiała...

* * *

Wiedział, że musi ją zabić. Niech ten świat wróci wreszcie do normy! Otworzył cicho drzwi i zamknął bezszelestnie. Dźwiękoszczelne ściany zagłuszą każdy jęk, każdy płacz. Choć nie sądził, żeby jęczała. Była tylko lalką - niebezpieczną w odpowiednich rękach, ale jednak tylko lalką. Bez serca, bez uczuć... Nie spała - czy ona w ogóle potrafi spać? Siedziała na sofie, jak zwykle pustym wzrokiem wpatrzona gdzieś w prestrzeń. Nad czym dumała? Czy W OGÓLE o potrafiła myśleć o czymkolwiek? Podszedł blisko, ich kolana zetknęły się. Spojrzała na niego bez zainteresowania.
- Powinien pan być za trzy godziny - powiedziała bezbarwnym głosem.
- Zmiana planu, dziś jest wyjątkowy dzień, przeprowadzimy jeden ostatni test. Dobrze? - uśmiechnął się tym swoim miłym, przyjacielskim śmiechem.
Rei zdała sobie sprawę, że go lubi. Nie powiedziała jednak nic. Jeszcze nie teraz, jeszcze nie potrafi... Tylko przymknęła oczy i wygięła usta w leciutkim, nieśmiałym uśmiechu. Czyżby się pomylił? Nie, niemożliwe, już prędzej Oni odkryli, że wie i przygotowali to... Tak łatwo było go przejrzeć, zobaczyć, że on tą dziewczynę... Nie, nie, to tylko lalka! Ładna, miła, ale bez woli, bez... bez duszy? Tak, właśnie! Lepiej zakończy to jak najszybciej i ucieknie. Czuł, że niebezpieczeństwo jest blisko, jakby czyjeś lodowate spojrzenie spoczywało na jego karku. Otrząsnął się.
- Ostatnia próba - jego głos zadrżał. - Ale najpierw...
Dłońmi odgarnął jej włosy z twarzy, pogładził policzki, a potem zbliżył swoje usta do jej ust. Musnął je lekko, po czym odsunął od siebie, nie puszczając jej jednak. Patrzyła w zdziwieniu (zdziwienie?). Spojrzał jej w oczy. Zobaczył w nich siebie... swoje odbicie... Ona odwzajemniła spojrzenie... Zobaczyła drugą siebie, drugą i trzecią w dwóch kołach błękitu i czerni, które były jego źrenicami... Człowiek daje spojrzeniem... Oczy są zwierciadłem duszy... Dajemy siebie... Szeptała coś... Nie usłyszał, trwał zapatrzony w szaro-złote tęczówki... Nie, one przecież były niebieskie... Znowu coś szepnęła. Nie zrozumiał, już nie potrafił, myśli go opuściły i został sam... i ta samotność też została pochłonięta... Przez co? Oczy, błękitne, głębokie oczy. Tonął. Otoczyła go ciemność, lecz po paru chwilach zwinęła się i odpłynęła. Nie zostało nic. Tylko szept, nieokreślony szept w duchu... Wkrótce i on przycichł.

* * *

Ordynator otarł pot z czoła. Nie potrafił tego zrozumieć, nie mógł...
- Więc jeszcze raz, co się stało? Po kolei - "szef" czyli tak naprawdę jedynie łącznik z Górą był nieustępliwy.
- Prawdopodobnie serce nie wytrzymało... Jakaś wrodzona wada... Może dowiedział się czegoś, co go wzburzyło... I po prostu przestało pracować... - starał się nie dać poznać po sobie zakłopotania... Nie może przecież powiedzieć o dziwnych, żółtawych plamkach na niemalże białych tęczówkach. Nie mógł swierdzić przecież, że wcześniej ich nie było. Może nie zwrócił uwagi. Dlaczego więc się niepokoi?
- Taaak, liczymy, że to nie wywrze negatywnego wpływu na "pacjentkę"? - jak on nie znosił tej ciągłej liczby mnogiej, jakby za "szefem" stała cała armia widmowych postaci. Brrr, musi przestać się zadręczać... Gdyby nie to, że był świadomy czym zajmuje się Instytut, sądziłby, że sam nieługo może tu trafić. Świrował już stanowczo za mocno. I na dodatek ta śmierć... To miało być inaczej... Już wszystko zostało przygotowane i...
- Nie, stan Rei nie zmienił się...
- Ale co dalej? - był nieustępliwy. Boże, chyba nie domyśla się, że nie wszystko robimy zgodnie z Zasadami. Dlaczego nie dano im tego przeprowadzić jak należy? Dlaczego ON musiał zginąć tutaj??
- Dalej... Mamy jeszcze kilka pomysłów... Profesor Contarel nie odniósł całkowitej porażki. Widzimy pewien postęp.
- Jaki? - tylko konkrety i konkrety... Ale ordynator powiedziałby wszystko, byle by tylko nie cofnęli mu dotacji... W końcu istniały konkurencyjne organizacje w kilku krajach.
- Ona... nie boi się już swojego odbicia... Jeszcze do niedawna nie chciała nikomu nawet w 0czy spojrzeć, teraz sytuacja uległa niemlże całkowitej poprawie. Właściwie oficjalnie właśnie TO było zadaniem prof. Contarela. Można więc powiedzieć, że odniół całkowity sukces - uśmiechnął się z drobnego dowcipu, który oczywiście nie rozśmieszył rozmócy.
- Dobrze. A oznaki woli? - doktor przygryzł wargi. Nie mógł się jednak wykręcić.
- Zerowe.
- Tak myślałem... - teraz zapadnie wyrok, był tego pewien, zamknięcie projektu. - Dobrze! - westchnął, wyciągając jakiś papier z teczki. - Macie jeszcze pół roku, potem porozmawiamy poważnie.
Nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. To mogło oznaczać tylko jedno - pozostałe Instytuty zostały za nimi! Posunęli się najdalej! Stał z rozdziawionymi ustami, trzymając dokument w zaciśniętej dłoni i nie poruszył się, nawet kiedy urzędnik wyszedł. Po ocknięciu się z szoku podążył do Rei.
- Rei, mam dla Ciebie dobrą wiadomość! Dali nam jeszcze pół roku! Jakie szczęście! - nie miał pojęcia czemu zwierza się jej z każdej troski i szczęścia. Może dlatego, że i tak nie zrozumie... Nie skrytykuje...
Odwróciła ku niemu twarz z błękitnymi jeziorami oczu.
- Tak, panie profesorze.
Poczuł dreszcz patrząc w te niebieskie szpary. Czy nie były wcześniej szare? Pamięć go zawodzi... Za chwilę odkrył, że nie może się od nich oderwać... Musi tonąć w falach delikatnego morza... Morza, którego fale z błękitnych zmieniły się nagle na zabarwione brązem... Czuł, jakby jego wnętrze wsysane było przez jakiś wielki okropny wir wodny... Nie mógł zebrać myśli... Nagle odnalazł siebie stojącego na wielkim, pustym, bezbarwnym placu, Naprzeciwko niego tkwiła Rei, w jej zwykłej pozie, z rękami opuszczonymi wzdłuż boków. Wiatr bawił się jej włosami. Jakoś nie mógł przypomnieć sobie skąd ją zna...
- Kim jesteś? - zapytał.
- Tobą.
- Jak możesz być mną? Ja jestem...
- Jeteśmy tylko odbiciem w oczach innych ludzi.
I wszystko odpłynęło.

* * *

Wiedziała, że dalej jest tego więcej. Nie znała jeszcze wszystkiego. To, co mieli oni, to nie było wszystko. Czuła głód duszy. Obudzone serce bolało. Nie chciała, żeby umarł. Teraz jest za późno, ale to nic. Znajdzie więcej, wie, że one tam gdzieś są. Odbicia duszy. Uczucia. Wiedziała, że miała zostać bogiem. Kim była? To się dopiero okaże...

Data:

 pocz. 2003

Podpis:

 Yuu

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=2804

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl