DRUKUJ

 

Shina - część IX

Publikacja:

 07-01-04

Autor:

 Beata
Część IX


Gwałtowny powiew pustynnego wiatru przemknął pomiędzy namiotami, zahaczył o płonące ognisko i wzbił w niebo garść syczącego, połyskującego czerwienią żaru. Drobne iskry zafurkotały w powietrzu, ich błysk odbił się w oczach zapatrzonej w dal Shiny.
Dziewczyna ocknęła się z zadumy i wygładziła nerwowym gestem sięgającą ziemi, ceremonialną tunikę. Odgarnęła włosy na plecy, pozwalając spoczywać na piersi jedynie dwóm cienkim warkoczom. Chciała prezentować się tego wieczora szczególnie korzystnie. Nikt nie mógł jej niczego zarzucić. Starania przyniosły oczekiwany efekt. Zebrane z czoła włosy odsłaniały jej świeżą, delikatną twarz, a jasny, zwiewny materiał tworzył ciekawy kontrast z oliwkową skórą i doskonale podkreślał smukłą sylwetkę. Miała nadzieję, że wygląda dobrze. W rzeczywistości wyglądała pięknie.
Słyszała dobiegające z głębi osady, radosne poruszenie Senasyjczyków. Byli gotowi do wieńczącej Zaślubiny zabawy. Nie podzielała ich entuzjazmu. Czuła się podle. Nadal nie powiedziała nikomu o dziecku. Przestała też rozmyślać o swoim przyszłym mężu. Nieważne, dla kogo została wybrana. Czy go znała, czy nie, ten człowiek i tak miał zostać skrzywdzony.
W ciągu ostatnich dni unikała ludzi. Przygotowywała się do obrzędu w zbawiennej samotności. Uciekała od podekscytowanych rozmów i znaczących uśmiechów. Każde nawiązujące do dzisiejszego wieczora słowo wbijało się w jej serce dotkliwym bólem. Nie chciała już dłużej niczego udawać i postanowiła się od tego cierpienia odizolować.
Gdyby tylko mogła, cofnęłaby czas. Zmieniłaby tyle rzeczy… Nie nawiązywałaby z Arim jakiejkolwiek znajomości. Nie zgodziłaby się na nocleg w zajeździe. Nie pomogłaby chłopakowi w Fallvitnir. Dzięki temu nie miałaby wrażenia, że jest godną pogardy oszustką, która nie ma odwagi stawić czoła niepowodzeniom i ukrywa przed mężem haniebną przeszłość.
Spojrzała w górę. Na granatowym niebie bielił się okrągły księżyc.
Odetchnęła głęboko i przymknęła na moment oczy.
Już i tak nie była w stanie czegokolwiek zmienić. Nie powinna się zadręczać. Kto wie, może wszystko jakoś się ułoży…
Wyprostowała się i wbiła wzrok w przyozdobioną ochrowymi malowidłami ścianę namiotu. Senasyjczycy wysmarowali czerwoną pastą magiczne, zapewniające szczęście i dobrobyt symbole. Wśród dziwacznie powyginanych węży, żuków, koni i ptaków znalazło się też siedmiopromienne słońce – znak odrodzenia i płodności.
Shina wykrzywiła usta w gorzkim grymasie i przesunęła się nieco w bok. Tuż przed nią znajdowało się wejście. Jako że właściwy moment ceremonii jeszcze nie nadszedł, pozostawało zakryte falującą na wietrze płachtą.
Dziewczyna wiedziała, że musi czekać. Wiedziała też, że po drugiej stronie schronienia, naprzeciw niej, stoi jej przyszły mąż. Zgodnie ze zwyczajem mieli wkroczyć do obrzędowego namiotu jednocześnie, na dany przez staruchę znak. Wewnątrz znajdowali się już aktualni przywódcy osady. Zaślubiny syna oznaczały kres ich rządów. Zgodnie z tradycją natychmiast po przekazaniu obrzędowych przedmiotów musieli usunąć się w cień i zostawić swoje obowiązki nowym wodzom plemienia.
Nastąpił właściwy moment. Siedząca wewnątrz namiotu kobieta wypowiedziała głośno jakąś formułkę i uderzyła trzykrotnie w rytualny pień świętego drzewa. Rozległ się głuchy, powoli zanikający ton.
To już teraz… Shina odgarnęła na bok ciężką tkaninę i weszła do środka. Otoczył ją półmrok. Chociaż natychmiast spuściła wzrok, kątem oka dostrzegła, że z naprzeciwka nadchodził ubrany na jasno mężczyzna. Na szczęście nie zobaczyła jego twarzy. Nie byli jeszcze zaślubieni i nie chciała po raz kolejny łamać zwyczajów plemienia. Jeśli on także szanował prawa Senas, zbliżał się do centrum namiotu ze wzrokiem utkwionym w dwóch wygodnych, leżących naprzeciwko siebie matach.
A może pamiętał wydarzenie sprzed szesnastu lat i teraz śmiał się w duchu, widząc jej nagłe podporządkowanie się tradycji?
Mimo woli rozciągnęła usta w delikatnym uśmieszku, lecz szybko się opanowała i przybrała odpowiednią na to wydarzenie, skupioną minę.
Kiedy przycupnęła na macie, serce omal nie rozsadziło jej piersi. Była przerażona i podekscytowana. Gdyby nie skrywana tajemnica, byłaby też zapewne szczęśliwa.
Usiłowała skupić się odprawianym rytuale, próbowała pojąć słowa staruchy, lecz doskonale znane, wypowiadane formułki zlewały się w jej umyśle w jazgotliwy bełkot. Na szczęście nie musiała jeszcze reagować. Siedziała więc w bezruchu, udawała, że słucha i rozumie, co się do niej mówi, lecz jej myśli podążały własnymi torami. Wpatrywała się w brzeg maty i zastanawiała nad swoim przyszłym życiem. Kłamstwo nigdy nie przynosiło nic dobrego. Podobnie jak zatajanie prawdy. Czy powinna zaryzykować i powiedzieć mężowi o dziecku? Nie, oczywiście nie w tej chwili, ale w przyszłości…
Uniosła odrobinę wzrok i zerknęła nieśmiało na siedzącego naprzeciw mężczyznę. Znajdował się tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Chociaż widziała tylko jego nogi, złożone na udach dłonie i fragment jasnej koszuli, miała wrażenie, że był ostoją dumy i opanowania.
Nagle drgnęła. Stara zamilkła i naznaczyła jej czoło smugą ochry. Ten dotyk był przyjemny i orzeźwiający, jednak nie ochłodził jej rozgorączkowanych myśli.
Kiedy podobny znak przyozdobił czoło mężczyzny, Shina odetchnęła pełną piersią.
Oto, bez słów, stała się jego żoną i przywódczynią Senasyjczyków.
Teraz, gdy decydujący moment ceremonii Zaślubin minął, miała prawo unieść głowę i spojrzeć w oczy człowieka, z którym zostało związane jej życie. A jednak wciąż siedziała ze spuszczonym wzrokiem. Policzki płonęły jej z emocji.
Ktoś do niej podszedł. Usłyszała cichy szept.
– Weź to, Manite.
Zerknęła na niespełna pięćdziesięcioletnią, piękną w swej dojrzałości, kobietę. Natychmiast ją rozpoznała. To jej poprzedniczka. Dawna przywódczyni osady, żona stojącego obok wodza i matka jej męża. Senasyjka wyciągała ku niej niezwykle skromny, przymocowany do srebrnego łańcuszka, pomarańczowy kamień.
Shina sięgnęła po ozdobę. Wiedziała, że ten wiekowy, niepozorny medalion symbolizował jedność z pustynią, wierność mężowi i mądrość wspólnie podejmowanych decyzji. Przewieszenie go przez szyję nowozaślubionego przywódcy przypieczętowywało ostatecznie ich los i kończyło spędzany w samotności początek ceremonii. Podczas połączenia pary przywódców nie były ważne słowa, lecz symboliczne gesty. Ten był z nich wszystkich najistotniejszy. Zamykał też etap skupienia i milczenia. Dalsza, o wiele bardziej radosna część rytuału odbywać się miała w obecności wszystkich Senasyjczyków.
Byli przywódcy skłonili się i opuścili namiot. Ich czas minął. Bez protestu dostosowywali się do praw plemienia i pozwalali, by rządy w osadzie przejęło następne pokolenie.
Shina poczuła, że mężczyzna ujmuje ją za rękę i przesuwa na nadgarstek zimną jak lód bransoletę. Wiedziała, że stanowiła ona jedność z medalionem.
A więc on przysiągł.
Nie mogła się dłużej wahać. Przełknęła ślinę, chwyciła ostrożnie srebrny łańcuszek i uniosła głowę.
Zobaczyła wpatrzone w siebie, czarne oczy.
Jej serce zamarło.
Nie, to jakiś koszmar! Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego! Nie mogła dopełnić ceremonii Zaślubin z tym mężczyzną!
Zacisnęła usta i opuściła medalion na uda. Obserwowała swojego partnera z narastającą zaciętością.
Nie, nie założy mu medalionu na szyję. Nie połączy z nim swojego życia!
Starucha wyczuła gęstniejącą wewnątrz namiotu atmosferę gniewu i nienawiści.
– Manite…
Shina wyprostowała się niczym strzała.
– Manite, jeśli nie założysz Ariemu medalionu, nie będę mogła zakończyć ceremonii Zaślubin. A to będzie znaczyło, że zawiodłam. Że wybrałam niewłaściwą dziewczynę. Nasze plemię pozostanie bez przywódców.
– Nie myliłaś się co do mnie – warknęła Shina. – To on nie powinien być wodzem. Nie potrafi robić niczego, poza łamaniem praw Senas. Niszczy je. I niszczy życie ludzi, na drodze których się pojawi.
Stara nie odezwała się więcej. O nic nie pytała. Do niczego też jej nie namawiała. Po prostu czekała.
Shina oddychała głęboko i wpatrywała się w twarz Ariego. Niemal do furii doprowadzał ją bijący od niego spokój i opanowanie.
Dlaczego znów złamał prawo Senas i przyjechał po nią do stolicy?
Dlaczego na każdym kroku okazywał jej pogardę i wrogość?
Jak mógł być tak okrutny, skoro wiedział, że to właśnie z nią został spleciony jego los?
Nie, nie mogła dbać o klan przy boku tego człowieka! Nikt jej do tego nie zmusi!
Nagle w jej umyśle rozległo się wspomnienie słów ojca.
„Jeśli zostaniesz wybrana, życie twoje i tego chłopca zostanie związane na zawsze”.
Spuściła wzrok.
Pamiętała swoją radość, gdy została wybrana na żonę przywódcy. Pamiętała też dumę ojca. Mimo słabego zdrowia przeprowadził ją bezpiecznie przez pustynię i pokonał w samotności powrotną drogę. Mógł zginąć, a jednak zaryzykował. Dla niej. Pozwolił, by opuściła osadę i by pobierała nauki. Nie sprzeciwiał się odwiecznym zwyczajom. Pobyt w stolicy był dla niej najwspanialszą, a jednocześnie najbardziej wymagającą przygodą. Z czasem dorosła do wypełnienia swojego zadania. Respektowała swój los. Wiedziała, że nie należy się mu sprzeciwiać. Że nic nie dzieje się bez powodu.
I nagle miała się poddać?
Miała tak łatwo zrezygnować z wytyczonej drogi i zawieść cały klan?
Przez Ariego?
Nie, nie da mu tej satysfakcji. Nie okaże się egoistką.
Uniosła zdecydowanie medalion i przysunęła się odrobinę do chłopaka. Tak, jak się spodziewała, nie ułatwił jej sprawy. Siedział w bezruchu i bezustannie świdrował ją tym swoim przenikliwym, uważnym wzrokiem. Rzucał jej kłody pod nogi nawet w tak wyjątkowym momencie.
Bez słowa przewiesiła mu medalion przez szyję. Niewielki kamyk opadł na jego pierś.
Powróciła do dawnej pozycji. Nie słuchała zawodzącej pieśni staruchy. Wpatrywała się w skupieniu w oczy męża. Już wiedziała, skąd brał się ich niezwykły, niemal czarny kolor. Przez tęczówki wydostawało się buzujące w jego duszy zło. Zło, z którym ona będzie musiała nauczyć się żyć.


* * *


Dalszą część ceremonii Zaślubin Shina pamiętała jak przez mgłę. Miała wrażenie, że to, co się dzieje, wcale jej nie dotyczy. Nie cieszyły jej otrzymywane podarki, śpiewy rodaków, wesołe tańce ani spontaniczne okrzyki na cześć nowej pary przywódców.
Siedziała w pobliżu ogromnego ogniska, u boku Ariego i w zamyśleniu obserwowała szczęśliwych, pełnych optymizmu Senasyjczyków. Ludzie, o których los miała się troszczyć, byli radośni i zadowoleni. Wypełnianie odwiecznych zwyczajów zapewniało im spokojną, przepełnioną ustatkowanymi latami przyszłość. I oto właśnie jedno z praw się dokonało. Syn przywódcy związał swój los z wybraną dla niego dziewczyną. Teraz mogła ich rozdzielić tylko śmierć.
Ludzie poznali Manite i czuli, że jej pobyt w stolicy nie okazał się daremny. Żona wodza przesiąkła wiedzą i mądrością, którą od tej chwili przekazywać miała świetnie znającemu pustynne życie mężowi. Szeptali między sobą, że ci dwoje będą się doskonale uzupełniać i odegnają od nich wszelkie problemy. Nawet jeśli wydarzy się coś złego, napadną na nich Erovanowie lub Senas posmaga piaskową burzą ich schronienia, będą mieli świadomość, że to tylko przejściowe problemy. Zgryzoty, z którymi trzeba żyć, a które i tak byłyby niczym w porównaniu z tragedią, jaka mogłaby ich spotkać, gdyby przywódcy nie szanowali dawnych praw. A na to się nie zapowiadało. Ari i Manite wyglądali na wprost stworzonych dla siebie. Z pewnością zadbają, by los obszedł się z plemieniem jak najbardziej łaskawie.
Mimo wnikliwych rozmów na temat nowozaślubionych, Senasyjczykom umknął pewien ważny szczegół. Zapatrzeni we własne szczęście nie dostrzegali, że siedząca przed nimi dziewczyna miała własne, osobiste problemy i nie mogła sobie z nimi poradzić.
Około północy nastąpił kolejny etap ceremonii. Przerwano zabawę. Mieszkańcy osady zgromadzili się wokół ogniska i wysłuchali pieśni, poprzez którą stara kobieta chciała zdradzić im nowe, dorosłe imię przywódczyni. W końcu je poznali. Dziewczyna, która do tej pory była dla nich Shiną, przez krótki czas Manite, do śmierci miała zwać się Oria. Słysząc to, parę osób skinęło z uznaniem głowami. Starucha nadała jej dobre, silne imię. W dawnym, niemal zapomnianym dialekcie oznaczało ono „Wiatr”. I kojarzyło się też z imieniem wodza, Ariego, a to odczytywano za dobry znak.
Shina przyjęła swoje nowe imię z milczącą obojętnością. Nie było dla niej ważne, jak ludzie zaczną się do niej zwracać. Ona sama myślała w tej chwili o sobie jak o bezimiennym, schwytanym ptaku. Nikt nie był w stanie uwolnić jej z klatki, której wieko właśnie się zatrzasnęło. Sama weszła w tę pułapkę, nieświadoma zagrożenia i kompletnie nieprzygotowana na to, co ją czeka.
Zerknęła kątem oka na Ariego. Siedział tuż obok, ponury jak zawsze i nieczuły na jej zagubienie. Gdyby rozerwała pręty niewidzialnego więzienia i zniknęła w dali, nawet by tego nie zauważył. Bo tym właśnie dla niego była. Powietrzem. Nikim ważnym. Jeśli obdarzał ją jakimiś uczuciami, to tylko i wyłącznie nienawiścią.
Uśmiechnęła się do siebie z goryczą. Chociaż coś ich łączyło…
Senasyjczycy powrócili do weselenia się. Krążyli po placu, tańczyli w rytm wystukiwanej muzyki, a ich pieśni wznosiły się ku czarnemu niebu. Ognisko łopotało żwawo i rozświetlało radosne twarze gorącym, czerwonawym poblaskiem.
Shina westchnęła cicho. Powinna tańczyć, lecz nie mogła zmusić się, by wstać i dołączyć do rozbawionych pobratymców. Powinna śpiewać, lecz głos wiązł jej w gardle. Mogła tylko siedzieć przy boku męża i patrzyć na niczego nieświadomy, szczęśliwy tłum.
Nagle zobaczyła Gimmela. Stał pod jednym z namiotów i nie spuszczał z niej wzroku. Jego powaga nie pasowała do wszechobecnego uniesienia. Twarz mężczyzny przypominała źle dobraną do okoliczności maskę.
On z pewnością wiedział, co właśnie przeżywała. Rozumiał, jak było jej ciężko. Zdawał sobie sprawę z niechęci, jaką obdarzała się dopiero co zaślubiona dwójka. Martwił się o nią, a przecież był świadkiem tylko paru nieprzyjemnych wydarzeń…
Shina zdobyła się na słaby uśmiech. Nie chciała, by ktokolwiek cierpiał z powodu jej problemów. Gimmel miał prawo się bawić. Musiał zapomnieć o tym, co widział podczas podróży. To był teraz tylko i wyłącznie jej problem. Musiała się nauczyć z tym żyć.
Mężczyzna spojrzał na Ariego, po czym znów przeniósł wzrok na nową przywódczynię. Patrzył na nią, jakby chciał powiedzieć „Uważaj na siebie. I uważaj na Ariego”.
Zrozumiała. Skinęła nieznacznie głową.
Z tłumu rozweselonych kobiet wyłoniła się młoda, długowłosa Senasyjka. Podeszła do Gimmela, ujęła go za ręce i uśmiechając się uroczo, pociągnęła za sobą. Nie opierał się. Objął ją w pasie, przygarnął do siebie. Pocałował. Po chwili ruszył wraz z nią ku nucącej pieśni grupce.
Widząc to, Shina zacisnęła dłonie w pięści. Jej serce tłukło się z zawodu. Gimmel miał kogoś…
W tej chwili najzwyczajniej w świecie zazdrościła młodej kobiecie. Senasyjka doświadczała czegoś, o czym ona mogła tylko pomarzyć. Na pewno usłyszała z ust Gimmela niejedno ciepłe słowo. Widziała w jego oczach dobroć i wrażliwość. Jego uśmiech nie przypominał grymasu szczerzącego zęby wilka. No i wiedziała, że ma szansę na miłość. A może już była kochana? I odwzajemniała się tym samym?
Tylko nie to…
Shina potrząsnęła głową. Co się z nią działo? Nie mogła zabraniać innym szczęścia. Przecież nawet nie była w Gimmelu zadurzona. Dość tej niezdrowej zazdrości. To śmieszne!
Nie chciała okazywać słabości, a jednak ta noc miała na nią tragiczny wpływ. Widok świętującego wielkie wydarzenie plemienia ujawniał jej własne poniżenie. Rozdrapywał rany. I uświadamiał, że Zaślubiny dokonały się. Nieodwołalnie. Teraz mogła tylko ukrywać swój ból.
Marzyła, by ta noc jak najszybciej minęła. By nie musiała niczego udawać, by mogła w ciszy namiotu przemyśleć to, co ją spotkało.
A jednak księżyc nadal królował na niebie i zsyłał na rozbawionych ludzi smugi srebrnego blasku. Śpiewy nie ustawały. Tańczący wzbijali stopami tumany piaszczystego pyłu.
Z biegiem czasu odgłosy śmiechu i muzyki stawały się coraz cichsze, ludzie zaczęli rozchodzić się do namiotów, a księżyc tracił swoją moc. Niebo zrzuciło czarny strój i przywdziewało coraz to jaśniejsze, niebieskoszare szaty.


* * *


Shina schyliła się nad skromną miednicą. Zgarnęła w dłonie przyjemnie chłodną wodę i obmyła twarz. Odgarnęła za ramię zawadzające włosy i przetarła szyję oraz dekolt. Delikatny chlupot wody rozpraszał idealną ciszę świtu, falująca tafla połyskiwała w mdłym świetle kaganka. Wokoło ciągnęły się ciemne ściany namiotu, przez zakryte płachtą wejście wciskały się szamoczące materiał porywy wiatru.
To był jej nowy dom.
Dom… Słowo, które nagle nabrało dziwnie gorzkiego wydźwięku.
Wyprostowała się, osuszyła twarz i spojrzała na ukrytego w cieniu Ariego. Jej mąż wciąż miał na sobie jasne, ceremonialne ubranie. Siedział w milczeniu na zwiniętej macie i obracał w dłoni skromny medalion.
Dziewczyna uniosła rękę i zdecydowanym ruchem ściągnęła z przegubu obrzędową bransoletę. Odłożyła ją do kufra i pospiesznie podeszła do szerokiego posłania. Ułożyła się na miękkich, pozszywanych futrach zajęcy i przykryła pledem.
Odetchnęła cicho. Zapatrzyła się w drgające sklepienie namiotu.
Ceremonia Zaślubin dobiegła końca. Wraz ze wschodem słońca rozpocząć się miało jej nowe, codzienne życie. Życie z Arim u boku… Nawet się nie łudziła, że ich związek może okazać się udany. Za bardzo się nienawidzili i skierowali ku sobie zbyt wiele przykrych słów, by mogli cieszyć się dopiero co zawartym małżeństwem. Stali się wrogami.
Żal ścisnął Shinę za gardło, lecz ona przełknęła tylko ślinę i zamknęła powieki. Przysięgła sobie podczas dopiero co zakończonej ceremonii, że nigdy, przenigdy nie pokaże Ariemu, jak bardzo cierpi. Nie da mu tej satysfakcji. Najwyraźniej na tym właśnie mu zależało. Na pognębieniu jej, poniżeniu i doprowadzeniu do łez. Niech próbuje dalej. Ona nie będzie przez niego płakała. Nie pokaże mu, jak bardzo zniszczył jej życie.
Leżała w bezruchu ponad godzinę. Nie mogła zasnąć. Rozmyślała, wsłuchana w ciszę osady. Wymęczeni świętowaniem Senasyjczycy nie wychylali nosów poza swoje schronienia. Spali, zadowoleni i szczęśliwi, wierzący w bezpieczną przyszłość.
Nagle rozległ się za nią cichy trzask. Nie zareagowała. Wiedziała, że to Ari wstał z maty i zapewne sięgnął po coś do kufra. Albo też coś do niego wkładał.
Nie myliła się. Chłopak zamknął ostrożnie wieko skrzyni i zdmuchnął ogień kaganka. W namiocie zrobiło się całkiem ciemno.
Wyczuła, że Ari usiadł na posłaniu. Usłyszała szelest ściąganej koszuli. Mimo woli naprężyła mięśnie. Sztywna, nie zareagowała, gdy ułożył się na plecach przy jej boku. Błagała, by nie próbował jej dotknąć. Nie chciała, by ich pierwsza po ceremonii Zaślubin noc zakończyła się szarpaniną.
Zapadła ciężka, wisząca niczym duszące opary w powietrzu, cisza. Tylko wiatr potrącał derkę u wejścia. Gdzieś w dali prychnął koń.
To nie tak powinno wyglądać, myślała Shina. Powinnam poznawać mojego męża, cieszyć się jego bliskością, a nie marzyć, by on w ogóle nie istniał…
– Jak to sobie dalej wyobrażasz? – odezwał się niespodziewanie Ari.
Nie zareagowała.
Chłopak poruszył się, położył dłoń na brzuchu.
– Będziemy udawać szczęśliwe małżeństwo? Poświęcimy się dla dobra plemienia? Chyba tak powinniśmy postąpić, prawda?
Wyczuła w jego głosie wyraźny ton ironii. Zacisnęła mocno zęby. Nie, nie da mu się sprowokować. Nie porzuci swojego przeznaczenia. To okropnie trudne, wprost nie do zniesienia, lecz zostanie przy Arim. Nie sprzeciwi się kolejnej tradycji.
– Jesteś mistrzem pozorów. Czegoś się od ciebie nauczyłam. Razem damy sobie radę – syknęła złośliwie.
Ari milczał przez moment.
– Ja niczego nie udawałem – warknął. – Od początku dałem ci jasno do zrozumienia, co myślę o tobie i o obyczajach klanu.
– W takim razie wspaniale udawałeś podczas ceremonii Wyboru – ucięła Shina i odwróciła się do niego plecami.
Pamiętała jego sympatyczny uśmiech, błysk porozumienia i ciekawości w ciemnych oczach, gdy stał po drugiej stronie ogniska… czy minione lata musiały go tak bardzo odmienić?!
Ari nie kontynuował rozmowy. Ułożył nieco wygodniej, przygarnął do siebie pled. Po kilku minutach jego oddech stał się powolny i głęboki. Zasnął.
Shina westchnęła ciężko i ukryła twarz w dłoniach. Znów usłyszała słowa staruchy…
„Senas uderzyła w nas wszystkich. W ciebie też. Przekonasz się, że to był bolesny cios.”
W końcu to pojęła. Pustynia naprawdę mocno doświadczała i tak żyjące w chwiejnej równowadze plemię. Pozwoliła, by miły, ciekawski chłopiec wyrósł na mężczyznę, który nie nadawał się na wodza. Mężczyznę, który nie szanował dawnych obyczajów. Który łamał je na każdym kroku. To mogło oznaczać dla Senasyjczyków prawdziwą tragedię.
I ten oto mężczyzna stał się jej mężem. Została związana z człowiekiem, który miał ją za nic. Nie łączyło ich nic poza niechęcią i nienawiścią. Zamiast wzajemnego wsparcia, niszczyli się nawzajem.
Senas zadała naprawdę bolesny cios.
Shina przysunęła się do ściany namiotu i splotła ramiona nad głową.
Nagle pożałowała tego, co wydarzyło się przed szesnastoma laty. Gdyby tylko mogła cofnąć czas, za nic nie spojrzałaby na Ariego. Nie odważyłaby się złamać surowych zakazów!
Zasnęła późnym rankiem, gdy niebo pojaśniało, a słońce zastąpiło księżyc.
Spała tak mocno, że nie wyrwał jej ze snu codzienny gwar toczącego się wokoło, pustynnego życia.
Nie obudziła się nawet wtedy, gdy u wejścia do namiotu rozległy się zdecydowane kroki i ktoś odsłonił ciężką płachtę. Nie widziała troski w oczach staruchy, kiedy ta zajrzała do środka i zastała dwoje dopiero co zaślubionych sobie młodych ludzi, śpiących na najdalszych skrawkach posłania, zwróconych do siebie plecami, niemal kompletnie ubranych. Nie usłyszała też słów, które szepnęła do siebie stara, zasłaniając na powrót wejście.
– Ari, ty głupi dzieciaku… On by tego na pewno nie chciał.


zapraszam do części X

Data:

 2 - 4 stycznia 2007, korekta marzec 2007

Podpis:

 Beata

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=29951

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl