DRUKUJ

 

Shina - część XIII - ostatnia

Publikacja:

 07-02-23

Autor:

 Beata
Część XIII


Shina wpadła do namiotu niczym wiatr. Tak jak się spodziewała, Ari nadal leżał na zajęczych skórach. Zakrywał twarz przedramionami. Drgnął, gdy usłyszał jej kroki.
– Ty draniu! – syknęła i bez wahania doskoczyła do kufra.
Chwyciła leżący na wieku nóż i rzuciła się w kierunku posłania. Zamachnęła się, wyprowadziła silny cios, jednak mąż przewidział ten atak. Złapał ją błyskawicznie za nadgarstek.
Shina czuła gwałtowne łomotanie serca. Klęczała pochylona nad mężem. Chciała go zabić, zemścić się za to, co zrobił Gimmelowi, Sayri i małej Avell. Co zrobił jej. A tymczasem on próbował ją powstrzymać… niedoczekanie!
Szarpnęła się niczym opętana. Kosmyki długich włosów opadły na jego tors i z każdym ruchem przesuwały się po śniadej skórze. Żałowała, że nie mogła opleść nimi szyi tej bestii. Udusiłaby go!
Ponowiła atak, lecz i tym razem nawet nie drasnęła skóry męża. Straciła swoją szansę. Nie wykorzystała momentu zaskoczenia, w bezpośredniej walce nie miała najmniejszych szans. Była wzburzona i zdeterminowana, lecz nie dość silna, by wygrać z młodym Senasyjczykiem.
Przełknęła ciężko ślinę.
– Skazałeś Gimmela na śmierć. Jesteś zadowolony?! – odezwała się ochrypłym, przepełnionym rozpaczą i nienawiścią głosem.
Nie odpowiedział. Rozluźnił odrobinę uścisk na przegubie żony, pozwalając, by zatamowana krew popłynęła do trzymających nóż palców.
Widząc spokój Ariego, chciała krzyczeć z wściekłości. A jednak tego nie zrobiła. Okazałaby własną bezsilność, lecz nie wyprowadziłaby go z równowagi.
– Oni powinni przegnać ciebie. Powinieneś zgnić na pustyni. A Gimmel… – do oczu nabiegły jej łzy, jednak zacisnęła mocno powieki i pokonała słabość – …Gimmel powinien okładać cię kijem, póki nie przestaniesz oddychać. Potem powinien tłuc twoje martwe ciało. Tak długo, jak by mu starczyło sił. Tylko na tyle zasługujesz, ty potworze!
Zaatakowała po raz ostatni, lecz Ari wyprostował ramię i wzmocnił uścisk. Zapiekło. Pokonana, wypuściła nóż. Ostrze uderzyło o futro, tuż przy barku chłopaka.
Opadła na matę i wyszarpnęła rękę. Pomasowała zaczerwienioną skórę. Oddychała głęboko, zmęczona i przepełniona buzującymi emocjami. Dość długo wbijała wzrok w prosty wzór plecionki. Odgarnęła włosy z policzka. Gdy usłyszała szmer odrzucanego pledu, uniosła głowę i spiorunowała spojrzeniem siedzącego na brzegu posłania chłopaka. On traktował ją jak powietrze. Obserwował falującą na wietrze płachtę.
Shina przygryzła dolną wargę. Nie mogła pojąć, jakim sposobem był taki opanowany, skoro osobiście skazał na pewną śmierć człowieka, który w niczym mu nie zawinił. Co więcej, wygnany mężczyzna uratował mu życie! On naprawdę miał serce z kamienia! Nie wiedział co to sumienie, współczucie i troska o innych!
Uniosła się nieco i zmarszczyła brwi.
– Odwołaj to wszystko. Uratuj Gimmela. Przecież on ci nic złego nie zrobił! Dlaczego wplątałeś go w nasze sprawy?!
Nie zareagował na jej słowa.
Nie zamierzała się poddać. Przesunęła się w bok, znalazła naprzeciwko męża. Wpatrywała się w jego rozświetloną mdłymi promieniami słońca twarz. Miał zaciśnięte usta, w przypominających węgiel oczach tlił się niespokojny ogień.
– Ari… przysięgam, że jeśli nie sprowadzisz Gimmela z powrotem do osady, powiem ludziom, jak bardzo ich oszukałeś. Zatłuką cię za to. Nie wypędzą. Zabiją – syknęła ze źle skrywaną satysfakcją.
W końcu odwrócił się w jej stronę. Przez chwilę milczał, po czym uśmiechnął się cynicznie.
– Myślisz, że uwierzą smarkuli, która zadrwiła z praw Senas i rozłożyła nogi przed pierwszym lepszym Senasyjczykiem?
Nie wytrzymała. Zamachnęła się z całej siły i uderzyła go w twarz.
Drgnął, lecz nie pokazał, jak bardzo zabolał go ten cios.
Shina wpatrywała się w pojawiające się na jego policzku smugi. Trzy zadrapania, które początkowo były tylko zaczerwienieniem, w ciągu paru sekund nabrały krwistego koloru. Przypominały szramy, jakie zostawiła na jego przedramieniu pewnego deszczowego dnia. Wtedy uratował jej życie, tym razem je burzył.
– Nawet nie masz pojęcia, jak ja cię nienawidzę. Chciałabym, żebyś umarł – wyrzuciła z siebie lodowatym tonem. W tej chwili mówiła prawdę. Nigdy dotąd nie była tak pewna wypowiedzianych słów.
Wiedziała, że to wszystko na nic. Nie zmieni postanowienia Ariego. On chciał pogrążyć Gimmela i właśnie to zrobił. Pozbył się przyjaciela własnego brata, wyrzucił go z osady, gdy ten zaczął zagrażać jego bezpieczeństwu. Działał z podłym wyrachowaniem, nie przejmował się, że skazywał na śmierć ojca dwuletniej dziewczynki i męża młodej kobiety.
Poderwała się z podłogi, otrąciła gniewnie zawadzającą płachtę i wyszła przed namiot. Wyprostowała się i obrzuciła uważnym spojrzeniem krążących w pobliżu Senasyjczyków. Mieszkańcy osady powrócili do codziennych obowiązków, lecz w powietrzu wciąż unosiło się łatwo wyczuwalne napięcie. Przechodzący obok ludzie patrzyli jej prosto w oczy. W ich wzroku kryły się pogarda i złość. Nie atakowali jej, lecz wyraźnie stracili dla niej wszelki szacunek. Tolerowali jej obecność, chociaż z pewnością marzyli, by podążyła śladem Gimmela. Nie była już dla nich przywódczynią, ale wrogiem. Ich niechęć sprawiła, że Shina poczuła się osaczona i całkowicie obca. To już nie był jej klan. Nie miała tu przyszłości. Ci ludzie ani myśleli się z nią liczyć.
Odetchnęła głęboko i uniosła głowę ku niebu. Zamknęła powieki, zacisnęła dłonie w pięści. Czuła na twarzy przyjemne ciepło. Usiłowała opanować wzburzone emocje. Próbowała myśleć racjonalnie. Dokąd powinna się udać? Nie chciała wracać do namiotu. Gdyby w tej chwili zobaczyła swojego męża, znów spróbowałaby go zabić. Co za potwór! Jak Gimmel mógł twierdzić, że on nie jest wcale taki zły! Widocznie nie znał go na tyle, by dostrzec jego podłą, bestialską stronę charakteru.
Na wspomnienie o dawnym towarzyszu podróży poczuła nagły żal. Zebrało się jej na płacz, więc zacisnęła mocniej powieki i przełknęła ciężko ślinę. Najpewniej już nigdy więcej go nie zobaczy. On nie wróci. Zginie na drgającej od gorąca Senas. Osieroci Avell, sprowadzi na Sayrę żałobę. Życie tych dwóch samotnych Senasyjek stanie się koszmarem. Ludzie nie zapomną, że to ich ojciec oraz mąż złamał prawa pustyni i sprowadził nieszczęście na cały klan. Znienawidzą je, tak jak znienawidzili swoją przywódczynię. Być może zaczną je prześladować…
Shina otworzyła oczy i spojrzała wprost w rażącą kulę słońca. Oślepiona, spuściła głowę. Odczekała chwilę i nie zastanawiając się wiele, ruszyła przed siebie. Maszerowała szybkim, zdecydowanym krokiem, pewna celu, do którego zmierzała. Nie zwracała uwagi na przystających, obrzucających ją wyzwiskami mieszkańców osady. Omijała wzrokiem ich zacięte twarze. Nie zaufali jej słowom, zachowali się niczym żądne krwi zwierzęta, więc nic dla niej nie znaczyli. Stali się dla niej obcy, tak samo jak ona stała się obca im.
Dotarła do granicy osady. Przeszła obok siedzącego w cieniu, odprowadzającego ją przenikliwym spojrzeniem staruszka i skierowała się ku solidnemu, ciemnoszaremu namiotowi. Bez wahania odgarnęła zakrywającą wejście derkę i wsunęła się do środka.


* * *


Siedząca pod ścianą, tuląca dziecko kobieta uniosła głowę. W jej jasnobrązowych oczach błysnął strach, lecz zaraz zastąpiony został przez chłodną obojętność. Senasyjka przytuliła mocniej szlochającą dziewczynkę i przyłożyła usta do jej włosów.
Shina stanęła na środku pomieszczenia. Tuż obok niej ciągnęła się długa smuga słonecznego blasku. Zahaczała o wyłożoną ozdobnym nakryciem podłogę i oświetlała dwie skulone postaci.
– Sayra…
– Po co tu przyszłaś? – przerwała jej ostro żona Gimmela. – Nikt cię tu nie zapraszał. Wynoś się!
Shina spodziewała się oschłego przywitania, lecz mimo wszystko poczuła się zraniona. Ona naprawdę nie życzyła źle rodzinie towarzysza podróży. Co więcej, chciała, by byli szczęśliwi, dlatego do rozpaczy doprowadzało ją to, co właśnie widziała. Gdyby tylko mogła zmienić ich los!
Podeszła nieco bliżej. Zebrała się w sobie.
– Przyszłam ci powiedzieć, że Gimmel jest niewinny.
– Masz czelność się tu pojawiać i jeszcze o nim wspominać?!
Shina nie zraziła się wybuchem Sayri. Doskonale ją rozumiała. Ona nie mogła zareagować inaczej.
– Nie myśl o nim źle. On nie złamał prawa Senas – ciągnęła spokojnie.
Kobieta uśmiechnęła się gorzko.
– Wiesz, co ja teraz myślę o prawach Senas? Gimmel przysięgał mi na nie i… – urwała.
– On cię nie zdradził.
Uniosła głowę, odwróciła się w stronę przywódczyni.
– Dlaczego mam ci wierzyć? – prychnęła pogardliwie.
Shina dostrzegła, że brązowe tęczówki parę lat starszej od niej Sayri lśniły w słońcu niczym bursztyn, młodzieńcza cera jaśniała, zęby bieliły się pomiędzy pełnymi wargami, a kosmyki czarnych włosów opadały na proste, delikatnie unoszące się ku górze brwi. Żona Gimmela była uderzająco piękna. Pewna siebie i władcza. To stwierdzenie nie wywołało w niej zazdrości, lecz nagły zachwyt.
Uśmiechnęła się lekko.
– A dlaczego miałabyś wierzyć starej? I ludziom z osady? Co oni mogą wiedzieć o tym, co się wydarzyło podczas podróży?
Kobieta wyprostowała się nieco, po czym wstała. Wzięła na ręce zmęczoną płaczem, drzemiącą Avell, podeszła do posłania i ułożyła ją na pledzie. Pogłaskała po główce, nakryła puchatym kocem.
Shina nie mogła się nadziwić, ile czułości można wkładać w otulenie śpiącego dziecka. Czy i ona będzie niedługo równie troskliwa?
Drgnęła, gdy Sayra zbliżyła się do niej i stanęła twarzą w twarz.
– Chciałabym ci wierzyć – warknęła. – Ale sama jestem matką i wyczuwam, że jesteś w ciąży. Wiem, że między tobą a Arim nie układa się najlepiej, więc nie sądzę, by to było jego dziecko. Wniosek nasuwa się sam.
Shina poczuła zirytowanie.
– Więc wierzysz Ariemu? Jego kłamstwom?
– Nie mam powodu, by mu nie wierzyć. To przecież przywódca.
– Nie masz powodu?! A Gimmel? Naprawdę myślisz, że on byłby w stanie cię zdradzić?
Sayra zawahała się. Zacisnęła usta, przez chwilę patrzyła Shinie prosto w oczy.
– Zapewniam cię, że Gimmel mnie nie tknął! Myślisz, że gdybym była winna, przyszłabym do ciebie?!
Żona Senasyjczyka nadal nie spuszczała wzroku ze stojącej naprzeciwko dziewczyny. Była zraniona i nie chciała dać się zwieść. A jednak coś wewnątrz niej się przełamywało. W końcu rysy jej twarzy nieznacznie złagodniały.
– Mogłabym zażądać, byś przysięgła na prawa Senas. Ale nie chcę cię do tego zmuszać. Wolę mieć nadzieję…
Shina potrzasnęła głową.
– Przysięgam, że mówię prawdę. Urodzę dziecko Ariego.
Sayra odetchnęła, po czym podeszła do zwiniętej maty i usiadła na powrót pod ścianą. Potarła twarz dłońmi, odgarnęła na plecy kosmyki włosów. Zapatrzyła się w zdobiącą podłogę wstęgę słońca. Sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej i oszołomionej tym, co ją spotkało.
– Skoro jest tak, jak mówisz, dlaczego Ari skazał Gimmela na wygnanie? Dlaczego rozbił naszą rodzinę?
W głosie Sayri było tyle tłumionej rozpaczy, że aż Shinie zrobiło się jej szkoda. Podeszła bliżej, kucnęła naprzeciw niej i dotknęła nieśmiałym, pocieszającym gestem jej ramienia.
– Gimmel wie o czymś, co mogłoby zagrażać Ariemu. Ari bał się go, dlatego postanowił go przegnać.
Sayra spojrzała na nią.
– Co takiego? – zapytała po chwili.
Shina zawahała się. Nie była pewna, czy powinna zdradzać Senasyjce skrywaną tajemnicę. Ona mogła zachować wieść o gwałcie chłopaka dla siebie, ale też mogła podzielić się tą wiadomością ze starą. Zapewne zrobiłaby wszystko, by tylko ratować męża.
– Ari złamał kolejny zakaz Senas – szepnęła niechętnie.
Sayra przesunęła wzrok na jej brzuch. Shina skuliła się nieznacznie, zupełnie, jakby chciała ukryć przed nią i tak niewidoczną jeszcze ciążę. Przeklęła w duchu. Ta kobieta była niezwykle domyślna!
– A więc on z tego nie zrezygnował…
Dziewczyna nie zrozumiała jej słów. Zarumieniła się lekko.
– Staram się go…
– Nie o tym mówię – Sayra potrząsnęła głową, widząc zawstydzenie przywódczyni. – Domyślam się, że nie oddajesz się mu z przyjemnością, o ile w ogóle z nim sypiasz.
Shina stała się czujna.
– Więc co miałaś na myśli?
– Rozmawiałam z Gimmelem dzień przed odjazdem do stolicy… – jej głos zadrżał nieco, lecz szybko zebrała się w sobie. – Mówił mi, że Ari planuje coś złego i że on będzie musiał na ciebie uważać. Byłam przekonana, że Gimmel przesadza. Starałam się go nawet zatrzymać w osadzie… ale on się uparł. Miał nadzieję, że jakoś zapanuje nad Arim. Był przecież przyjacielem jego brata – zamyśliła się. – Więc jednak nie miał na niego takiego wpływu, jak mu się wydawało…
Shina spuściła głowę.
– Ja tego nie chciałam. I już ponoszę za to karę. Nie cierpię tego dziecka.
Zapanowało milczenie. Shina wpatrywała się we własne dłonie. Chociaż bała się, miała nadzieję, że Sayra nikomu nie zdradzi jej tajemnicy. Żona Gimmela sprawiała wrażenie bardzo rozsądnej, nie odnosiła się też do niej z początkową niechęcią. Zapewne nie obwiniała już jej za to, co się stało. Nie chciała się zemścić. A jednak Shina czuła silne wyrzuty sumienia. Powinna to wszystko odkręcić, powinna zmusić Ariego, by sprowadził towarzysza z powrotem do osady! Przecież on był niewinny!
– Przykro mi z powodu twojego męża…
Sayra uśmiechnęła się ze smutkiem, lecz nic nie odpowiedziała. Nadal patrzyła na pas słonecznego blasku.
Shina zacisnęła dłonie.
– Przysięgam, że dopilnuję, by Ari odwołał te kłamstwa! Będzie musiał odszukać Gimmela, sprowadzić go do osady i przeprosić za to, co mu zrobił!
– Oria, nie obiecuj mi czegoś, czego nie będziesz mogła dotrzymać. Przecież obie wiemy, że nie zmienisz postanowienia Ariego.
– Więc się poddasz?! – Shina poderwała się na równe nogi. – Pozwolisz, by Avell wychowywała się bez ojca? Pozwolisz mu zginąć na pustyni? Powinnaś go odszukać!
Sayra wstała.
– I co? Mam go tu sprowadzić? Żeby ludzie go zabili? – zapytała z opanowaniem.
Dziewczynie opadły ramiona. To by rzeczywiście nie było rozsądne.
– Nie wiem, co robić… – przyznała się z rozpaczą, lecz zaraz jej głos stał się silny i przepełniony złością. – Jak Gimmel mógł twierdzić, że Ari nie jest zły! Nie wierzę, by śmierć brata mogła go do tego stopnia odmienić!
Sayra obserwowała ją przez chwilę, po czym podeszła do posłania i przysiadła przy śpiącej Avell. Poprawiła zsuwający się z ramion małej koc, otarła palcem jej mokry od łez policzek.
– Gimmel mówił prawdę – zaczęła poważnie. – Ari był kiedyś całkiem inny. Szkoda, że nie poznałaś go od tej lepszej strony. Ale po śmierci Irela całkowicie się zmienił. Nagle spadły na niego obowiązki przywódcy i odpowiedzialność za klan… wydaje mi się, że to go przerosło.
Shina zamarła. Miała wrażenie, że się przesłyszała. Jak to: nagle spadły na niego obowiązki przywódcy?
Odetchnęła głęboko, chcąc uspokoić przyspieszone bicie serca. Musiała się upewnić, że źle zrozumiała te słowa.
– Ari był od początku wyznaczony na przywódcę, prawda? Irel był jego młodszym bratem?
Sayra wbiła w nią swoje bursztynowe oczy.
– Nie. To Irel był starszy.
Shina poczuła się nagle strasznie słaba. Miała wrażenie, że cały świat wali się jej na głowę. Gdyby nie okrutna zemsta Senas, nie musiałaby przechodzić gehenny z Arim u boku. Nie powinna być jego żoną!
– Zbladłaś. Usiądź – Sayra podprowadziła ją do maty. Shina opadła na zrulowaną plecionkę i odgarnęła za ucho kosmyk włosów. Nadal nie mogła zebrać myśli. – Nie wiedziałaś o tym?
– Nie – szepnęła. – Gimmel wspomniał mi, że brat Ariego zmarł rok temu na pustyni, ale byłam przekonana, że chodziło o młodszego…
– Irel był trzy lata starszy od Ariego – sprostowała Sayra i po chwili namysłu dodała. – Gimmel powiedział ci, dlaczego on zginął?
– Zapytałam go o to, ale on stwierdził, że nie może złamać obietnicy danej Ariemu. Odesłał mnie do niego.
– Te ich tajemnice! One nie mogły doprowadzić do niczego dobrego! – prychnęła kobieta i pochyliła się nad Shiną. Spojrzała na nią z uwagą. – Ari zakazał nam zdradzać, że to nie dla niego zostałaś wybrana. Ludzie go posłuchali i dlatego nikt ci o tym nie powiedział. Ale ja mam już tego dość! Wszystko ci wyjaśnię.
– Będę ci bardzo wdzięczna…
Sayra skinęła głową i przysiadła na macie tuż obok niej.
– Irel był bardzo dobrze przygotowany do roli przywódcy. Rodzice byli z niego naprawdę zadowoleni, mieszkańcy osady obdarzali go zaufaniem i wielkim szacunkiem. Czasami sprzeciwiał się prawom Senas, ale nie były to żadne poważne występki, więc wszyscy udawali, że tego nie zauważają.
Mimo oszołomienia Shina uśmiechnęła się do siebie. Buntownik. Już jako dziesięciolatek igrał z odwiecznymi prawami i uśmiechał się do niej poprzez płomienie ogniska. W jego wzroku krył się zadziorny błysk.
Westchnęła. Dlaczego ten sympatyczny chłopak musiał umrzeć? I dlaczego została zmuszona do poślubienia jego ponurego, odpychającego brata? To nie tak powinno wyglądać!
Zasmucona, słuchała opowieści Sayri.
– Osiem lat temu umarł twój ojciec. Wiesz, że zgodnie z tradycją to on miał cię doprowadzić do osady. Ale skoro jego zabrakło… Irel nie dał rodzinie wyboru i powiedział, że sam sprowadzi cię do domu.
A więc domysły Taali miały w sobie ziarno prawdy…
– Nikt nie protestował? – zdziwiła się.
– Oczywiście! Wszyscy uważaliśmy, że to zły pomysł. Przywódcy, stara… nawet Gimmel przekonywał go, by tego nie robił. Parokrotnie się o to kłócili. Ale Irel był z tych, co to nie zmieniają postanowienia. Śmiał się, że jeśli do tej pory Senas go nie ukarała, tym razem też nic złego się nie stanie, zwłaszcza, że robił to w dobrej wierze. Rok temu, na początku lata, wyruszył w drogę…
Sayra urwała, więc Shina spojrzała jej w twarz. Młoda Senasyjka była poruszona.
– Następnego wieczora ktoś zauważył stojącego wśród naszych koni wierzchowca Irela. Był osiodłany, miał przytroczone do boków bukłaki i torby. Ludzie przeczuwali, że synowi przywódców stało się coś złego. Zaczęli go szukać. Znaleźli go następnego poranka. Leżał na pustyni, za południową granicą oazy. Widać chciał przeczekać w cieniu drzew najgorszy skwar, później wyruszył na otwartą przestrzeń. Ujechał spory kawałek i spadł z konia. Zwierzę wróciło do osady, on nie dał rady.
– Nie był dobrze przygotowany do podróży? Zabił go skwar? Czy burza piaskowa?
– Nic z tych rzeczy. Ukąsił go wąż.
Shina nie mogła w to uwierzyć.
– Wąż? Przecież jad by go od razu nie zabił…
– Bo nie zabił go od razu – potwierdziła Sayra. – Od ukąszenia musiało minąć trochę czasu. Irel zdążył rozciąć sobie nożem zranione przedramię, zacisnąć nad łokciem pas materiału, założyć opatrunek… niestety, mimo tego jad okazał się dla niego za silny. Widocznie nie zareagował dość szybko albo nie wydusił z rany całej trucizny.
– Skoro spotkało go coś takiego, powinien zawrócić do osady, a nie wypuszczać się samotnie na pustynię – szepnęła Shina. Zbierało się jej na płacz.
– Masz rację, powinien. To by było najrozsądniejsze. Ale on był za bardzo uparty. Pewnie podejrzewał, że poradził sobie z ukąszeniem. Może poczuł się lepiej… On nigdy nie przejmował się drobiazgami.
Drobiazgami? Ukąszenie jadowitego węża było dla niego drobiazgiem?
Powinien wrócić do domu, wykurować się pod uważnym okiem staruchy i dopiero wtedy ruszyć w drogę. Co dobrego przyniosła jego brawura?!
Sayra oparła łokcie o kolana. Wbiła wzrok w śpiącą Avell. Dziewczynka przetoczyła się na plecy. Oddychała głęboko, jej drobna pierś unosiła się i opadała w miarowym ruchu.
– Śmierć Irela sprowadziła na osadę wielką żałobę. Przez wiele dni nie mówiono o niczym innym. Ludzie twierdzili, że to Senas przeszkodziła mu dotrzeć do ciebie. Nie mieliście prawa zobaczyć się przed ceremonią Zaślubin i pustynia tego dopilnowała.
Shina milczała. Nie zdradziła, że złamali zakaz szesnaście lat wcześniej. To nie miało znaczenia.
– Co było dalej? Domyślam się, że obowiązek przewodzenia osadzie spadł na Ariego.
– Tak. On nigdy nie zazdrościł Irelowi jego przyszłości, aż nagle miał zająć jego miejsce. Długo nie mógł się z tym pogodzić. Nie dość, że stracił brata, do którego był bardzo przywiązany, to jeszcze spadły na niego jego obowiązki. Nie chciał zostać wodzem, nie nadawał się do tej roli, ale nie miał wyjścia. W ciągu paru miesięcy bardzo się zmienił. Ucichł, spoważniał i zamknął się w sobie. Kiedyś szanował prawa Senas, po śmierci Irela po prostu je znienawidził.
– I znienawidził mnie. Bo to przeze mnie zginął jego brat… – szepnęła Shina w zamyśleniu. Natychmiast pojęła, co Ari miał na myśli, mówiąc pewnego dnia, że przyjechał do stolicy z własnej woli, bo chciał się przekonać, czy ona była warta… i nagle urwał. Zapytała, czego warta. Nie odpowiedział. Teraz to pojęła. On miał na końcu języka „…warta życia Irela”.
Zacisnęła dłonie w pięści. Przecież nie chciała, by jego brat zginął na pustyni! Nie powinien jej za to obwiniać!
– Rodzice pozwolili mu jechać? – zapytała wzburzona, by tylko przerwać milczenie.
– Nie. Podobno błagali go, by został w osadzie. Nie chcieli stracić drugiego syna. Ale on się uparł, jak rok wcześniej Irel. Gimmel też próbował wybić mu to z głowy. Widząc, że nie będzie w stanie zmienić jego zamiarów, zdecydował się mu towarzyszyć. Chciał mieć na oku jego i ciebie – Sayra spojrzała na Shinę i uśmiechnęła się ze współczuciem. – Stało się tak, jak sama powiedziałaś. On cię znienawidził. Obwinił cię za śmierć brata.
Dziewczyna skinęła głową. Teraz już wszystko rozumiała. Wiedziała, skąd brała się wrogość w oczach Ariego. Z jakiego powodu bezustannie próbował ją ranić. Dlaczego unikał jej obecności. I czemu stał się taki smutny i przybity. Nie dość, że przejął obowiązki, które wcale go nie interesowały, to jeszcze zmuszony był dzielić życie z osobą, przez którą umarł drogi mu człowiek. Co więcej, pijacki wybryk sprawił, że ona spodziewała się jego dziecka. Dziecka, które powinno należeć do Irela.
Schyliła głowę i wplotła palce we włosy. Starała się opanować. Musiała sobie jakoś poradzić z tą sytuacją.
Po chwili wyprostowała się i zerknęła na Sayrę.
– Powiedz mi… jaki był Irel?
Żona Gimmela odpowiedziała uśmiechem.
– Długo by opowiadać… On był całkowitym przeciwieństwem Ariego. No, może z wyjątkiem wyglądu. Fizycznie byli do siebie bardzo podobni. To był wesoły, niesamowicie inteligentny, przepełniony energią chłopak. Wiecznie uśmiechnięty, ale jak się zdenerwował, lepiej było schodzić mu z drogi. Miał w sobie coś takiego, co ciągnęło do niego połowę dziewczyn z osady – w jej oczach zalśnił na moment figlarny ognik. – Parę lat temu sama byłam w nim zadurzona. Czasami z nim flirtowałam. Jednak oboje wiedzieliśmy, że to tylko zabawa i nie przekraczaliśmy ściśle określonych granic. Gimmel musiał się bardzo starać, bym w końcu zapomniała o Irelu i zwróciła uwagę na niego. Trochę dziwnie mówić coś takiego o własnym mężu, ale on zawsze stał w cieniu przyjaciela. Irel był typem przywódcy. Rozumiesz, pewny siebie, charyzmatyczny…
Shina skinęła głową. Miała już wyraźne wyobrażenie swojego niedoszłego męża. Była niemal pewna, że widziała go w jednym ze swoich snów. Tym przepełnionym emocjami i zmysłowością. Wówczas połączyło ją coś szczególnego z czarnowłosym, ciemnookim młodym mężczyzną. Było pomiędzy nimi pozytywne, wręcz wibrujące napięcie.
Więc w tak niezwykły sposób spotkała człowieka, z którym złączył ją dawny rytuał.
On powinien żyć. Powinien być przy niej. Powinni wspólnie sprawować rządy. Dlaczego Senas nie okazała litości? Przecież Irel nie miał złych zamiarów! Chciał tylko sprowadzić ją do rodzinnej osady! Czy z tego powodu musiał zginąć?!
Jeszcze przez dłuższą chwilę siedziała w bezruchu, wpatrzona w śpiącą Avell. Myślała o tym, jak bardzo Ari zniszczył jej przyszłość. Prosiła wszystkie duchy, by pozwoliły spać małej jak najdłużej i jak najspokojniej. By chociaż na te parę godzin zesłały na nią zapomnienie, osuszyły łzy i wymazały z umysłu tęsknotę za ojcem.
Zacisnęła zęby. Musiała coś z tym zrobić! Gimmel i jego rodzina nie mogą cierpieć za to, co wydarzyło się po śmierci Irela! Jeśli Ari chce się mścić, niech się mści na niej. Niech nie wplątuje w prywatne porachunki niewinnych mieszkańców osady!
Wstała. Odprowadzana przez Sayrę, zbliżyła się do wyjścia z namiotu. Zacisnęła palce na płachcie, lecz zawahała się. Odwróciła się ku kobiecie, spojrzała na nią ze współczuciem.
– Przepraszam, że sprowadziłam na was kłopoty. Postaram się to jakoś…
Sayra pokiwała smutno głową.
– Wiem, że to nie twoja wina. To zaślepiająca Ariego nienawiść.
– I dlatego mu wybaczysz? Przecież on przegnał twojego męża!
– Nie, nigdy mu tego nie daruję. Ale w głębi serca odczuwam ulgę, że nie kazał go zabić, a tylko przepędzić. Jestem pewna, że Gimmel żyje. I to pozwala mi mieć nadzieję, że może wszystko jeszcze jakoś się ułoży. Będę czekała na jego powrót do domu.
Shina obserwowała ją jeszcze przez moment, po czym spuściła wzrok i bez słowa wyszła na zalaną słońcem pustynię. Nie chciała jej ranić i odbierać złudnych nadziei. Nie zdradziła, że oczekiwanie może być okrutniejsze od bolesnej prawdy. Przekonała się o tym na własnej skórze. A przecież ona nie wypatrywała ukochanego człowieka.


* * *


Znów szła przed siebie szybkim, sprężystym krokiem. Nie zwracała uwagi na krążących w pobliżu Senasyjczyków. Nie zginała karku pod ich przeszywającymi, miotającymi pioruny spojrzeniami. Wiedziała, że nie odważą się jej uderzyć. Nie wyrządzą jej krzywdy. Zapewne Ari dopilnował, by nie zginęła. Uznał, że tylko jemu przysługuje przywilej uprzykrzania jej życia. To była część jej kary. Miała żyć w osadzie, w której nikt jej nie szanował i w której każdy wierzył w jej haniebną przeszłość. Była pewna, że gdy urodzi dziecko, ono także zostanie wyklęte z ich społeczności. To jednak wcale jej nie obchodziło. Nie była ani trochę związana z potomkiem Ariego. Nawet wspomnienie słów Gimmela nie mogło obudzić w niej matczynych instynktów. Pokochać owoc krótkiej, pijackiej przygody? Nie, nie czuła nic pozytywnego do rosnącego w niej maleństwa, ponieważ za bardzo nienawidziła jego ojca.
Nie wróciła do namiotu. Miała dość osady i otaczających ją ludzi. Była nieszczęśliwa, zła i zagubiona. Potrzebowała samotności i czasu na uporządkowanie myśli. Nie zastanawiała się długo, dokąd powinna się udać. Gdyby nadal mieszkała w stolicy, wybrałaby się na otoczoną jeziorem wyspę. Tutaj, wśród bezbrzeżnego morza piaszczystych wydm, na myśl przychodziło jej tylko jedno miejsce – leżąca na uboczu oaza.
Zbliżyła się do stadka senasyjskich koni. Wybrała tego, z którego szyi zwisał pleciony arkan i dosiadła go zdecydowanym skokiem. Chwyciła sznur, pociągnęła w lewo. Wierzchowiec poddał się woli dziewczyny, odwrócił się i pogalopował ku pomarańczowej pustce.
Shina wczuwała się w energiczną pracę mięśni rumaka, słuchała połączonego w harmonijny rytm dudnienia kopyt i posapywania. Wiatr szumiał jej w uszach, gorące powietrze uderzało w twarz. Chociaż ogromna połać Senas zadawała się nie mieć początku ani końca, wiedziała, że gdzieś tam, w dali, znajduje się porośnięta roślinnością dolina. Miała nadzieję, że ten pustynny azyl pomoże jej opanować emocje. Kto wie, może spotka też tam Gimmela…
Zacisnęła powieki i potrząsnęła nerwowo głową. Nie, nie powinna robić sobie nadziei! W przeciwnym razie rozczarowanie może okazać się wyjątkowo bolesne.
Po niespełna dwóch godzinach dotarła do buzującej zielenią oazy. Wprowadziła wierzchowca w cień pierwszych drzew i zeskoczyła na piach. Zmęczone zwierzę prychnęło cicho i zaczęło bić kopytem w ziemię. Czuło płynącą pod powierzchnią wodę. Widząc to, Shina uśmiechnęła się mimo woli. Ona także padała z pragnienia. Niestety, opuszczając osadę była tak wzburzona, że nie przygotowała się należycie do podróży i nie wzięła bukłaka.
Przywiązała arkan ogiera do pnia rozłożystego daktylowca i ruszyła w głąb zieleni. Gdyby nie dręczące ją wspomnienia, cieszyłaby się ciszą i spokojem tego uroczego zakątka.
Ominęła plątaninę skarłowaciałych krzewów i przysiadła pod jedną z palm. Przez chwilę patrzyła w górę, na drgające, na wpół zasuszone liście.
Wyobraziła sobie, że Irel także odpoczywał w tym miejscu. Zacisnęła powieki. Widziała oczyma wyobraźni, jak opierał się plecami o pień, obserwował niebo i czekał, aż zrobi się nieco chłodniej. Jego ubranie targały leniwe porywy wiatru, czarne, wilgotne włosy przyklejały się do skroni. Zapewne był zmęczony, lecz chciał jak najszybciej wyruszyć w dalszą drogę. Kto wie, może nie mógł się już doczekać spotkania ze swoją przyszłą żoną. Ciekawe, czy zastanawiał się, jaka ona jest…
A potem, nagle, poruszył się gwałtownie i poczuł ukąszenie w ramię…
Shina odetchnęła głęboko, podciągnęła kolana i przetarła spoconą twarz.
Nie, dość tych rojeń! Przecież on umarł!
Nie powinna żyć przeszłością!
A jednak, jakby wbrew własnej woli, skupiała się na minionych dniach i miesiącach. Nie umiała się od tego uwolnić.
Przeżywała ponownie każde najdrobniejsze wydarzenie. Znów tęskniła za Raanem i Taalą. Brakowało jej ich tak bardzo, że aż czuła ucisk w sercu. Pamiętała smutek wyzierający z błękitnych oczu opiekuna, gdy mówił o śmierci jej ojca. Potem wspomniał o Gimmelu…
Od tego momentu rozpoczęła nowe życie. Życie, które miało oznaczać stabilizację, więź z kochającymi wolność pobratymcami, wsparcie męża, budzenie się i zasypanie wśród zapierających dech w piersi bezkresów Senas… tymczasem rzeczywistość zaoferowała jej tylko niepewność, ból i rozczarowanie. Nie do takiej przyszłości przygotowywała się przez szesnaście lat. Oczekiwała pięknej bajki, tymczasem otrzymała senny koszmar. Starała się odmienić swój los, lecz była bezradna. Już nie mogła tego dłużej znieść.
Nie wiedziała, co jeszcze mogłoby ją spotkać. Została związana z chłopakiem, który nie powinien być jej mężem i który obdarzał ją najczystszą nienawiścią, straciła swojego prawdziwego partnera, z jej winy przegnany został młody, niewinny Senasyjczyk, ludzie uwierzyli w fałszywe oskarżenia i zapałali do niej wrogością. Nie wyobrażała sobie, by mogło być gorzej. Chociaż… mogłaby zginąć. To by dopełniło tragedii.
Jednak ona nie chciała umierać! Nie mogła też bezradnie patrzeć, jak jeden człowiek niszczy życie jej, Avell, Sayri, Gimmela, starej i innych… mimo wszystko nadal była przywódczynią i musiała coś z tym zrobić!
Nie wiedziała tylko, czy po tych wszystkich ciosach będzie w stanie podnieść się i walczyć… czy miała dla kogo i za co walczyć…
Oparła czoło o podciągnięte kolana. Zamyślona, zagarnęła garść piachu i rozchyliła palce. Pomarańczowe ziarenka spadały w dół. Niknęły z jej dłoni, niczym wewnętrzna siła, która ją opuszczała i nad którą nie mogła zapanować. Z początku miała jej mnóstwo. Całą garść. Lecz z każdym zadanym ciosem traciła cząstkę swojej mocy. W końcu nie zostało jej więcej, jak tych kilka drobinek przyklejonych do skóry…
Zawahała się. Miała zamiar wytrzeć resztkę piasku w spodnie, jednak zacisnęła zęby i energicznym gestem zagarnęła kolejną, jeszcze solidniejszą porcję piachu. Uniosła dłoń, zacisnęła mocno palce. Tym razem połyskujące w słońcu drobinki nie spadały na ziemię tak szybko i obficie.
Nie mogła pozwolić, by opuścił ją dawny zapał. Musiała walczyć.
Gdy nadszedł wieczór, wstała i zbliżyła się do wierzchowca.
Po chwili gnała na końskim grzbiecie, smagana wiatrem, a ostatnie promienie zachodzącego słońca rozciągały na pustyni długi, mknący cień.


* * *


Wróciła do osady. Zostawiła konia w pobliżu pierwszych namiotów i ruszyła ku namiotowi. Wokoło niej roztaczał się szaro–granatowy zmierzch. Paru Senasyjczyków rozmawiało przy studni. Shina nie przejęła się ich wzburzonymi głosami.
Po chwili obskoczył ją szalejący Kazan. Kręcił się wokół niej, popiskiwał niczym szczeniak, bił ogonem na prawo i lewo. Dziewczyna potargała kudłaty łeb i uśmiechnęła się do siebie. Przynajmniej ktoś cieszył się na jej powrót.
Nie przestając odganiać się od natrętnego psa, ominęła róg namiotu i spojrzała przed siebie. Zacisnęła dłonie w pięści. Nie zwróciła uwagi, że Kazan zostawił ją jak gdyby nigdy nic i podbiegł truchtem do siedzącego na piasku Ariego. Chłopak odtrącił niedbałym gestem liżącego go po twarzy wilczura.
Shina zebrała się w sobie i powoli podeszła do męża. Stanęła nad nim. On zdawał się nie zauważać jej obecności. Milczał, wpatrzony w płomienie ogniska. Jego zachowanie mogłoby onieśmielić wiele osób, lecz nie zaślubioną mu dziewczynę.
– Ari...
Drgnął, niczym obudzony ze snu i uniósł głowę. Po chwili dźwignął się na nogi. Chciał odejść, jednak Shina nie pozwoliła mu na to. Złapała go za ramię.
– Poczekaj – odezwała się spokojnie, chociaż wszystko wewnątrz niej kotłowało się pod wpływem gwałtownych uczuć. – Nie uciekaj. Chyba możesz mnie wysłuchać.
Przystanął. Shina odsunęła rękę.
– Przykro mi z powodu tego, co się przytrafiło twojemu starszemu bratu. Naprawdę. Współczuję ci… ale nie obwiniaj mnie za jego śmierć. To nie jest w porządku. Nie zmuszałam Irela, by patrzył na mnie podczas ceremonii Wyboru i by jechał po mnie do stolicy. Nie ja ukarałam go za złamanie praw Senas.
Urwała i odczekała moment, lecz Ari nie odezwał się ani słowem. Nie zapytał, jakim sposobem poznała jego tajemnicę. Stał w bezruchu, zwrócony do niej profilem. Jego policzek szpeciły trzy wąskie smugi. Pamiątka po porannej awanturze.
Odetchnęła głęboko. Nie, tym razem nie da mu się sprowokować. Nerwy i ciosy nie doprowadzą do niczego dobrego.
– Myślisz, że nie chciałabym, by Irel żył? – zapytała cicho. – Dałabym wszystko, żeby zmienić przeszłość. Ale wiem, że to niemożliwe. Ty też to wiesz. A jednak wciąż się mścisz i pewnie myślisz, że to coś da… Twoje przywiązanie do brata sprawia, że ranisz mnóstwo ludzi. Wiem, że ja się dla ciebie nie liczę, ale pomyśl, co zrobiłeś Gimmelowi i jego rodzinie. Wiesz, że on by cię nie wydał. Nie jestem głupia, rozumiem, że przegnałeś go głównie po to, by mnie skrzywdzić. Udało ci się. Ale już dość, Ari… skończ z tym!
Od strony studni doszedł do nich głośny, basowy śmiech, momentalnie zagłuszony przez soczyste przekleństwo. Jednak ani Shina, ani Ari nie zwracali uwagi na zachowanie Senasyjczyków. Chłopak odwrócił głowę, zerknął na żonę pełnym zacięcia wzrokiem.
– Myślisz, że wszystko jest takie proste? – warknął.
– Jest proste. Wystarczy, że dasz sobie spokój z tą idiotyczną nienawiścią i sprowadzisz Gimmela z powrotem do domu. Musisz to zrobić!
– Bo ty mi tak rozkazujesz?
Shina czuła narastający gniew. Jej postanowienie o spokojnym, bezkonfliktowym dotarciu do męża zaczynało zmieniać się w iluzję.
– Nie. Bo wierzę w to, co powiedział o tobie Gimmel. Ty wcale nie jesteś taki podły. Nie dasz mu umrzeć na pustyni. Tak jak on nie dał ci zginąć, gdy Erovanowie pojęli, że jesteś przyszłym przywódcą i próbowali cię zabić.
Ari mierzył ją spojrzeniem. Milczał. W jego czarnych oczach odbijał się ogień.
Nagle rozciągnął usta w uśmiechu, prychnął cicho i bez wahania ruszył w stronę namiotu. Po chwili zniknął wewnątrz schronienia.
Dziewczyna stała w bezruchu i wpatrywała się w ciemną plamę materiału. Była bardzo rozczarowana, zła i rozżalona.
Poniżyła się, znów szukała pojednania, a Ari po raz kolejny odtrącił wyciągniętą do zgody rękę.
Poczuła się pusta i wypalona w środku.


* * *


Zagubiona.
Zraniona.
Zaszczuta.
Tak wyglądało życie Shiny przez kolejne miesiące.
Nie utrzymująca kontaktów z mężem, lekceważona przez wszystkich Senasyjczyków. Była przywódczynią, której nikt nie prosił o radę, którą omijano niczym trędowatą, w którą wątpiono, gdy odprawiała obowiązkowe rytuały. Ludzie nie okazywali jej ani odrobiny szacunku. Ich spojrzenia i słowa zawierały w sobie ogromne pokłady pogardy. Oni się z nią nie liczyli i nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Zresztą, dlaczego mieliby okazywać jej oddanie, skoro nawet przywódca traktował ją jak zło konieczne?
Początkowo Shina próbowała przeciwstawić się takiemu losowi. Powiedziała starej o zdradzie Ariego. Przedstawiła wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, lecz jej historia nie wzbudziła w kobiecie oczekiwanego gniewu na przywódcę. Starucha wysłuchała jej w milczeniu. Siedziała w bezruchu, zamyślona, i tylko świdrowała ją swoimi przenikliwymi, ciemnymi oczyma. W końcu się odezwała, lecz każde wymówione przez nią zdanie przytłaczało Shinę do ziemi. Uważała, że nie należy roztrząsać przeszłości. Że Senas zemściła się już za podły czyn Ariego i że dalsze drążenie sprawy przyniosłoby plemieniu pewną zgubę. Wódz nie mógł zostać przepędzony. Nie po tym wszystkim, co spotkało osadę w ciągu ostatnich miesięcy. Ich klan potrzebował stabilizacji, a nie kolejnego wstrząsu.
Na nic zdały się protesty. Kobieta nie dała się przekonać. W końcu ucięła dyskusję nerwowym, zdecydowanym gestem i wyszła z namiotu. Dziewczyna musiała przełknąć kolejną czarę goryczy.
Po tym wydarzeniu coś się w niej przełamało. Traciła charakterystyczną dla siebie, wewnętrzną energię. Miała wrażenie, że na dnie jej duszy pozostały zaledwie drobinki dawnej mocy i zapału, dzięki którym odpierała przeciwności losu. Z dnia na dzień stawała się coraz bardziej bezsilna.
Jakby tego było mało, fatalnie znosiła zaawansowaną ciążę. Nie pomagały wypijane napary, długie odpoczynki, porady Sayri. Czasami czuła się tak źle, że nie miała siły ani ochoty unieść się z posłania. Więc leżała na zajęczych futrach, opatulona pledem, zaciskała z bólu zęby i przeklinała rosnące w niej dziecko. Marzyła, by w końcu pozbyła się go ze swego ciała i by nigdy więcej nie musiała się nim przejmować. Nienawidziła maleństwa i wcale nie odczuwała z tego powodu wyrzutów sumienia.
Gdy tylko samopoczucie jej na to pozwalało, szła na granicę osady, głaskała silne szyje senasyjskich rumaków i spoglądała w dal, na pomarańczową, zdającą się płonąć, pustynię. Przygnębiona, myślała o Gimmelu. Chociaż od wpędzenia go z osady minęło wiele tygodni, ona nadal nie mogła pogodzić się z okrutną zemstą Ariego. Tęskniła za młodym, sympatycznym towarzyszem podróży. Cierpiała po jego stracie tak bardzo, że nawet nie wyobrażała sobie, co przeżywała Sayra i coraz więcej rozumiejąca Avell.
Znienawidzona przez męża, znienawidzona przez pobratymców, odcięta od bliskich… samotna, nieszczęśliwa i zagubiona, chwilami marzyła, by to wszystko się skończyło. By mogła wsiąść na konia, pogalopować przed siebie i wrócić do bezpiecznej, tętniącej gwarem stolicy. W chwilach rozpaczy przysięgała sobie, że gdy tylko urodzi dziecko, odejdzie. Zostawi noworodka pod opieką ojca i zniknie z życia Senasyjczyków. Ari z pewnością się ucieszy. Przecież na to właśnie czeka. Od dawna chce, by odeszła. Tym razem spełni jego nadzieję. Wróci do miasta i nawet nie obejrzy się za siebie. Lecz kiedy tylko przysięgała sobie, że tak właśnie postąpi, w jej sercu rodził się dziwny smutek, poczucie winy, a w pamięci rozbrzmiewały słowa ojca… „Jeśli zostaniesz wybrana, życie twoje i tego chłopca zostanie związane na zawsze.”… W takich momentach zaciskała mocno powieki i potrząsała głową. Nie dla tego brata zostałam wybrana, powtarzała w myśli. Tamten chłopiec nie żyje!
Wahała się, niepewna, jak powinna postąpić. Pamięć o poświęceniu ojca walczyła w niej z zagubieniem i otaczającą ją niechęcią. Każdego dnia jej myśli krążyły wokół wyboru właściwej ścieżki.
Aż pewnego gorącego, wietrznego południa zapomniała o przyprawiających ją o szaleństwo dylematach.
Wystarczyło, by gwałtowny ból targnął jej ciałem…


* * *


Była sama w namiocie. Leżała na futrach, zlana potem, rozgorączkowana i zbyt słaba, by móc się podnieść. Słyszała, jak wiatr uderzał w ściany schronienia i wdzierał się ze świstem między zakamarki materiału. Zasnute chmurami niebo sprawiło, że wokoło niej panował półmrok.
Oddychała głęboko, z wysiłkiem. Zaciskała zęby, by nie krzyczeć z bólu. Czuła, jak coś wewnątrz niej pęka i niemal rozrywa ją od środka. Powoli, bezlitośnie, zdecydowanie.
Rodziła. Trwało to już kilka wypełnionych samotnością, przerażeniem i cierpieniem godzin.
Nie wołała o pomoc. Nie chciała niczyich rad. Musiała przejść przez to sama.
Kolejny skurcz przeszył jej ciało. Z trudem uniosła głowę i przygryzła dolną wargę. Tym razem włożyła w parcie tak wiele wysiłku, że na jej spierzchniętych ustach zalśniły krople krwi. Wytrzymała moment i opadła z powrotem na posłanie. Gwałtowny, zdyszany, przesycony bólem oddech mieszał się z zawodzeniem wiatru.
Lecz ona nie zdawała sobie z tego sprawy. Była zbyt oszołomiona, straciła za wiele krwi. Każda mijająca sekunda wysysała z niej i tak nadwątloną siłę, mąciła umysł i pozbawiała trzeźwej oceny sytuacji.
Shina patrzyła przed siebie. Jej myśli krążyły chaotycznie, nie pozwalały skupić się na porodzie. Znów przypominała sobie stolicę, opiekuna i jego siostrzenicę, widziała uśmiech Gimmela, czarne oczy Ariego, mijane okolice…
Nagle stęknęła i naprężyła całe ciało. Zacisnęła dłonie na pledzie.
Wizje zatarły się, zastąpione przez paraliżujący ból.
Przeklęła w duchu. Stała się jedną wielką nienawiścią. Nienawiścią do rodzącego się dziecka, męża, otaczających ją ludzi…
Następny skurcz. Krzyknęła krótko i zacisnęła wilgotne uda. Serce waliło jej w piersi jak szalone. Niesamowite, że jeszcze nie pękło.
Po chwili spojrzała nieprzytomnym wzrokiem na wchodzącą do namiotu staruchę. Co ona tu robi…? Przecież nie chciała…
Nie mogła skupić wzroku na Senasyjce. Powieki jej opadły, dyszała niczym wyciągnięta z wody ryba.
Stara szybko oceniła sytuację i zadziałała z zaskakującym jak na jej wiek zdecydowaniem. Widząc, że dziewczyna stara się powstrzymać poród, rozchyliła gwałtownie jej uda.
– Dlaczego nikogo nie wezwałaś?!
Shina nie odpowiedziała. Drżała z wycieńczenia, zaciskała kurczowo palce na zajęczych futrach. Sprawiała wrażenie całkiem nieobecnej.
– Przyj, Oria. Już niedługo.
Jęknęła. Już nie miała siły. Nie przejmowała się, co się z nią stanie.
– Oria!
Rozluźniła dłonie i drgnęła, duża kropla potu spłynęła po jej skroni. Nie krzyczała, nie próbowała bronić się przed cierpieniem. Miała wrażenie, że to wszystko jest poza nią. Bez protestu pozwoliła, by stara chwyciła mocno zakrwawioną główkę dziecka.
– Jeszcze raz!
Uśmiechnęła się do siebie, głucha na polecenie starej. Była myślami zupełnie gdzie indziej. Poza bólem, zmęczeniem i osłabieniem.
– Oria! Słyszysz, co do ciebie mówię? Rób, co każę!
Uniosła na moment powieki, by spojrzeć przed siebie nieprzytomnym, zamglonym wzrokiem i znów je zamknęła. Poruszyła spierzchniętymi ustami. Szepnęła coś niezrozumiałego.
Na jej zlanej potem twarzy pojawił się wyraz spokoju.
Znalazła się gdzie indziej.
Tam, gdzie życie nie przypominało piekła i gdzie ludzie nazywali ją jej prawdziwym imieniem.


* * *


Dość długo przebywała w nicości. Otaczało ją przyjemne, ciepłe światło. Poruszała się niczym niesiona na skrzydłach, spokojna, wolna i szczęśliwa. Przeszłość nie miała dla niej żadnego znaczenia. Nie czuła żalu, strachu ani bólu. Te emocje straciły dla niej wszelkie znaczenie. Była tylko ona i promienista przestrzeń, którą można było przemierzać bez końca.
A jednak coś zakłócało ten idealny stan. Jakieś słowo wbijało się do jej umysłu z coraz większym zacięciem.
„Oria… Oria!”
Podświadomie zmarszczyła brwi. To nawoływanie sprawiało, że otaczające ją światło stawało się coraz słabsze, gdzieś w dali pojawił się szarawy cień. Obserwowała, jak rósł i jak zagarniał w panowanie całą przestrzeń. Dotarł i do niej, musnął chłodnym dotykiem jej twarz…
– Ocknij się!
Przeszyło ją zimno. Z trudem odwróciła głowę. Jakiś dziwny zapach przywracał jej świadomość.
Opuściła zbawienną pustkę. Znów została uwięziona we własnym ciele. Każdy jej nerw trawiony był trudnym do zniesienia bólem. Drżała z wyczerpania, uda lepiły się od krwi. Miała wrażenie, że wraz z porodem uleciała z niej dusza i niezbędna do życia siła. Nie wiedziała, jakim sposobem oddychała. Chciała spać. Zasnąć i już nigdy więcej się nie obudzić.
A jednak pewny siebie głos nie pozwalał zapomnieć o rzeczywistości. Przyzywał ją z dziwną zaciętością. Znów jej zmysły podrażnił nieprzyjemny zapach.
Zirytowana, otworzyła powoli oczy. Nie widziała wyraźnie, zacisnęła na powrót powieki. Lecz głos wciąż motywował ją do wysiłku. Przełknęła ciężko gęstą, dławiącą ślinę, podjęła kolejną próbę.
– No już – poczuła klepnięcie w policzek. – Już po wszystkim.
Po wszystkim? Czyli…
Odzyskiwała przytomność. Widziała pochylającą się nad nią staruchę. Na jej pomarszczonej, zasłoniętej siwymi kosmykami twarzy malowała się powaga. Kobieta odłożyła na posłanie jakieś zioło i uniosła otulone materiałem zawiniątko.
Shina poruszyła spękanymi ustami.
– Boli… – szepnęła.
– Boli, boli. Nie nadajesz się do rodzenia dzieci. To prawie cię zabiło.
Nie przejęła się tym, co właśnie usłyszała. Otumanienie mijało, zastępowało je okropne, trudne do zniesienia cierpienie. Dziecko rozerwało ją na kawałki. Zacisnęła dłonie na posłaniu.
– Zrób coś, żeby tak…
– Zrobiłam, co mogłam. Będzie coraz lepiej, musisz wytrzymać – ucięła stara i po chwili dodała. – Chcesz zobaczyć swojego syna?
Syna?
Co za dziwne słowo. Nie wiążące się z żadnymi uczuciami.
Kiwnęła przecząco głową. Nie chciała go oglądać.
Starucha nie przejęła się jej niemym protestem. Odsunęła od siebie tobołek i położyła go dziewczynie na piersi. Uniosła jej rękę, dopilnowała, by przytrzymała swoje dziecko. Shina nie była w stanie zaprotestować.
Zmusiła się, by podnieść nieco głowę i spojrzeć w dół. Wśród delikatnego materiału dostrzegła pokrytą ciemnymi włoskami główkę i przyciśniętą do ust piąstkę. Malec posapywał cichutko, zmarszczył nosek, zamrugał z wyraźnym rozleniwieniem. Jego czarne jak węgiel, niewidzące jeszcze oczy przesunęły się po smaganej piaskiem ścianie namiotu i zniknęły za powiekami.
– Ładny chłopiec.
Shina nie zwróciła uwagi na słowa starej. Wpatrywała się w twarz noworodka.
To był jej syn. Dziecko, którego nienawidziła od chwili poczęcia. Które próbowała zabić, lecz wykazało się nadzwyczajną wolą przetrwania. Które chciała zostawić. Które sprawiło jej tyle bólu. Które miało na sumieniu wygnanie Gimmela.
Malec poruszył się i załkał ledwie dosłyszalnie. Znów spojrzał przed siebie i skulił się, jakby przerażony otaczającym go światem.
– Ma oczy Ariego – odezwała się drżącym głosem.
– Tak. To w końcu jego syn – odparła stara z naciskiem. – Ale poza tym trudno powiedzieć, do którego z was będzie podobny. Jak go nazwiesz?
Shina ocknęła się z zamyślenia. Miała mu nadać imię? Nie, nie powinna tego robić. Przecież już postanowiła. Odejdzie. To dziecko będzie dla niej całkiem obce. Nie może się do niego przywiązać. A nadanie imienia byłoby pierwszym krokiem do połączenia z nim swojego życia. Nie chciała podarować mu nawet tyle.
– Niech Ari go nazwie. Sama powiedziałaś, to jego syn. Zabierz go ode mnie – spojrzała z zaciętością na staruchę. Widząc, że ta odwraca się i idzie do wyjścia, odczuła silny bunt. – Proszę! Ja go nie chcę!
Jej rozpaczliwe wołanie pozostało bez odzewu. Usłyszała tylko stłumiony szelest płachty. Nieszczęśliwa, uderzyła głową o zajęcze futra. Oddychała głęboko. Została sama, targana dreszczami cierpienia, z dzieckiem na piersi. Gdyby tylko mogła zsunąć maleństwo na posłanie… nie, nie miała na to siły. Była zbyt wycieńczona.
Zacisnęła powieki. Po chwili na jej rzęsach zalśniły łzy. Rozpłakała się z bólu i bezradności.
– On nie chce ani ciebie, ani mnie – wyrzucała z siebie szeptem cała zebraną frustrację. – Ale ty jesteś jego, więc może się do ciebie przekona… ja już nie mogę… On cały czas obwinia mnie za śmierć Irela… a przecież wszystko mogłoby być inaczej… Dlatego muszę…
Szlochała, czując na sobie drobniutkie ciałko dziecka. Ból po porodzie sprawił, że pozwoliła znaleźć ujście tłumionym od dawna emocjom. Wiedziała, że płacz nie poprawi jej sytuacji, ale może przyniesie chwilową ulgę.
Odetchnęła urywanie. Musiała się uspokoić.
Gdy uniosła powieki, zamarła. Próbowała desperacko powstrzymać łzy, zacisnęła palce na oplatającym malca kocyku.
Wpatrywała się stojącego przy posłaniu Ariego. On przenikał ją wzrokiem. W jego oczach kryła się powaga. Po chwili oderwał od niej spojrzenie, zerknął na przesiąknięte krwią futra i skupił uwagę na niewielkim zawiniątku.
Shina nie wiedziała, o czym myślał i ile czasu tu był. Czy słyszał rozmowę ze staruchą, czy wszedł do namiotu nieco później, gdy ona poddała się słabości…
Zdobyła się na ogromny wysiłek i otarła łzy. On nie mógł być świadkiem jej płaczu. Przecież przysięgła sobie, że nigdy nie pokaże mu, jak bardzo ją skrzywdził.
– Weź swojego syna – odezwała się cicho.
Nie zareagował. Nadal stał w bezruchu.
Ogarnął ją gniew.
– A więc to prawda, co mówiłeś Gimmelowi… Nie chcesz go? W takim razie nie będzie miał obojga rodziców.
Ari drgnął, niczym uderzony w twarz. Jeszcze przez chwilę wahał się, niepewny, jak powinien postąpić. Nagle jego rysy stężały. Odwrócił się na pięcie i ruszył ku wyjściu z namiotu.
Shina odprowadzała go wzrokiem. Więc jednak...
– Idź. Zniszcz kolejne życie. Tylko to potrafisz – szepnęła.
Nie wiedziała, czy Ari ją usłyszał, czy też przemyślał swoje zachowanie. Zamarł tuż przed obijającą się o ścianę płachtą. Stał zwrócony do niej plecami. Wysoki, postawny, a jednak sprawiający wrażenie kompletnie zagubionego. Spuścił głowę.
Shina przyglądała się, jak chłopak walczy ze sobą. Wyraźnie chciał zniknąć na pustyni, a jednak coś mu nie pozwalało w ten sposób postąpić. Jakby napadły go wyrzuty sumienia…
Po chwili odwrócił się i powolnym krokiem podszedł do posłania.
Dziewczyna zacisnęła zęby, chwyciła dziecko w obie dłonie i z wielkim trudem podała je Ariemu. Wziął je niezgrabnie, bez wprawy. Nie spuszczał wzroku z twarzy syna.
– Zajmiesz się nim, kiedy ja odejdę?
Spojrzał na nią. Gdyby nie było to niemożliwe, Shina przysięgłaby na wszystkich bogów Senas, że w jego ciemnych oczach nie pojawił się doskonale znany błysk pogardy i nienawiści.
– Odejdziesz?
– Tak. Zniknę z twojego życia, tak jak tego chciałeś. Wrócę do stolicy. Jeśli wszystko dobrze rozegrasz, nasz klan na tym nie ucierpi. Przecież masz już następcę – zawahała się, po czym dodała oschle. – Jeśli chcesz, możesz nawet uważać, że w ten sposób zwróciłam ci Irela. Może w końcu przestaniesz za nim tęsknić.
Ari wpatrywał się w nią z zadumą, po czym znów przeniósł wzrok na dziecko. Dotknął palcem miękkiego policzka, musnął ostrożnie pokryte kruczoczarnymi kosmykami czółko. Po chwili pochylił się i ułożył malca tuż obok żony. Spojrzał jej w oczy.
– Nasze plemię nie potrzebuje jeszcze tego chłopca. Potrzebuje przywódców. Ciebie i mnie – mruknął poważnym tonem.
Wyprostował się i odszedł. Gdy wychodził na pustynię, do namiotu wlała się smuga wyglądających zza chmur, nieśmiałych słonecznych promieni.



KONIEC

Data:

 7 - 23 lutego 2007

Podpis:

 Beata

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=31059

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl