DRUKUJ

 

Coma

Publikacja:

 07-07-23

Autor:

 Silvermmer
Noc. Samochód z kierowcą i dwójką pasażerów jedzie do domu po udanym weekendzie w górach.
Szczęśliwa rodzina. Ojciec, matka i córka. Bardzo się kochają i do szczęścia potrzebne jest im tylko własne towarzystwo. Kiedy tylko mogą jadą gdzieś razem, aby spędzić ze sobą czas. Nie ważne gdzie, ważne że razem. Są ze sobą bardzo związani i jest im wesoło. Wracają nieświadomi tego, co za chwilę się wydarzy. Jedno zdarzenie. Tylko jedna chwila, a tak bardzo zmieni ich życie.

Gabriel nie był jakimś demonem szybkości na drodze. Prowadził zawsze ostrożnie i zgodnie z przepisami ruchu. Jednak samochód jadący przed nimi był tak powolny, że musiał dodać gazu i wyprzedzić. Popełnił największy błąd w swoim życiu.
Gdy wyprzedzał zza zakrętu wyskoczyła mu czarna furgonetka. Nie było już czasu na ucieczkę lub na jakąkolwiek inną reakcję. Krzyk, poślizg, szarpnięcie, zderzenie, ciemność.
Ciemność wydawała się wiecznością i nieskończoną przestrzenią. Wypełniała każdy zakątek duszy Gabriela.
Po chwili usłyszał dźwięk. Jakby grzmoty podczas burzy. Stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze. Nagle zobaczył światełko. Małe światełko na końcu ciemności, które powiększało się z ogromną szybkością.
Ocknął się. Głowę miał opartą na kierownicy samochodu. Z jego lewej strony ktoś pukał do szyby i krzyczał – „Hej! Czy wszystko w porządku?! Hej! Odezwijcie się!”. Do Gabriela jeszcze nie dotarło to co się wydarzyło. To działo się wszystko za szybko. Bardzo powoli i z wielkim bólem podniósł głowę i spojrzał w prawo. Obraz, który pozostanie mu do końca życia. Jego ukochana żona, Marta, wgnieciona przez zdeformowany przód samochodu siedzi w fotelu pasażera. Oczy otwarte, beznamiętnie wpatrzone w pustą przestrzeń, klatka piersiowa się nie porusza. Tkwi tam w bezruchu, cała we krwi. Jej zegar życiowy przestał bić. Zatrzymał się nieubłaganie i już nic nie można było zrobić.
Gabriela zamurowało. Mieszało się w nim tysiące uczuć na raz. Był tak skołowany, że nie słyszał już głosu osoby, która chciała go wydostać. Niepotrzebnie. Stracił już sens życia. Nawet nie próbował jej ratować. Patrzył tylko na nią ze łzami w oczach i delikatnie muskał ją dłonią po twarzy i jej długich jasnych włosach. Była jeszcze ciepła, a jej skóra bardzo delikatna.
Gabriel marzył w tym momencie tylko o jednym. Umrzeć razem z nią. Jego serce krzyczało i wzywało śmierć. Ta jednak nie nadeszła. W jednej chwili wydawało mu się jakby usłyszał – „Nie możesz tutaj umrzeć. Nie. Nie teraz”. Z tyłu samochodu usłyszał kasłanie. To była Eliza, jego ośmioletnia córeczka. Odwrócił się delikatnie, na tyle ile pozwalały na to warunki, i zobaczył zakrwawioną córkę, która dawała oznaki życia. To dla niej musiał dalej żyć i dołożyć wszelkich starań, aby przeżyła. Próbował ją zawołać po imieniu, dosięgnąć jej, ale niestety samochód był zbyt zdeformowany. Spróbował otworzyć drzwi, gdzie nadal stał mężczyzna, który starał się pomóc. Nic z tego. Były przez coś zablokowane. Odsunął więc szybko szybę i wykrzyknął:
- Błagam Cię, pomóż mojej córeczce! Zrób coś!
- Przykro mi, ale ja nic nie mogę! Drzwi są zablokowane i nie mam jak się do niej dostać. Zadzwoniłem po straż pożarną i karetkę. Powinni zaraz tu być. Przepraszam, ale tylko tyle byłem w stanie zrobić.
Gabriel był zrozpaczony. Jedyne co mógł teraz zrobić to czekać, a czas zdawał się być coraz krótszy dla małej.
Znów starał się dosięgnąć córeczki, zawołał ją po imieniu, ale nic z tego. Nie reagowała. Jej oddech robił się coraz płytszy. Gabriel obawiał się najgorszego. Błagał, aby nadeszła pomoc.
Z oddali wydobył się dźwięk. Była to syrena karetki i wozu strażackiego. Od tego momentu czas zaczął dziwnie szybko płynąć. Strażacy rozcięli samochód, wydostali pasażerów, szybka interwencja medyków i werdykt. Śmierć małej Elizy. Ta wiadomość była dla Gabriela ogromnym szokiem. W jednej chwili los odebrał mu jego dwa najcenniejsze skarby. Nie. To nie los. W głębi duszy Gabriel czuł, że to wszystko jego wina. On spowodował tą okropną tragedię. Gdyby tylko nie był tak niecierpliwy i nie wyprzedził auta. Jedna mała chwila zaważyła na całym życiu jego i jego bliskich.
Gabriel czuł się teraz więźniem własnego ciała. Chciał uciec. Nie mógł znieść emocji jakich w nim się kotłowały. Przez głowę przechodziło mu milion myśli. A gdyby tak mógł cofnąć czas. A gdyby tak wyjechać wcześniej, a może gdyby tak w ogóle nigdy się nie narodzić?
Sam zadawał sobie pytania bez odpowiedzi. Jego serce i dusza były rozdarte. Nie miał już po co żyć.

Od czasu wypadku rodziny Gabriela minął ponad rok. Zmienił miejsce zamieszkania, pracę, przestał jeździć samochodem. Odciął się całkowicie od ludzi. Utracił kontakt nawet z własną rodziną i rodziną Marty. Ostatni raz widział ich na pogrzebie. Nie był im wtedy w stanie spojrzeć w oczy.
Mimo, że nikt go nie obwiniał o śmierć, to jednak sam Gabriel poczuwał się do winy. Zamknął się całkowicie w sobie.
Ciągle dręczyły go koszmary o tamtej nocy. Widział swoją żonę i dziecko, które krzyczały z bólu i wołały o pomoc, a on nie mógł się nawet poruszyć. Często też wydawało mu się, że słyszy głos jego żony, która woła go po imieniu. Był nawet parę razy u psychologa, ale stwierdził, że to nie przyniesie żadnych efektów i zrezygnował. Raz próbował nawet popełnić samobójstwo. Kupił na bazarze jakiś pistolet, wrócił do domu, usiadł naprzeciw zdjęcia Marty i Elizy. Przyłożył sobie lufę do skroni. Jedna mała chwila. Pociągnięcie za spust i strzał. Gabriel otworzył oczy i ciągle siedział na krześle przed zdjęciem. Popatrzył na pistolet. Kula nie wystrzeliła. Był cholernie zły, ale już nie próbował drugi raz. Postanowił, że na jakiś czas wróci do swoich codziennych zajęć.
Było czwartkowe popołudnie i Gabriel wracał z pracy. Po drodze do jego mieszkania znajdował się mały park. Często się tam zatrzymywał by się zrelaksować. Tak też zrobił i tym razem. Usiadł na ławeczce, oparł się wygodnie, odchylił głowę do tyłu i zamknął oczy. Ciepłe promienie słońca muskały jego twarz. Nagle coś dotknęło jego nogi. Była to piłka, którą bawiły się małe dzieci. Gabriel podniósł ją i uważnie się przyglądnął. Jedno z dzieci, drobniutka dziewczynka, podbiegła do Gabriela i poprosiła o piłeczkę. Była bardzo podobna do Elizy. Gabriel podał jej piłkę i uśmiechnął się do dziewczynki, a ona odwzajemniła gest, podziękowała i wróciła do zabawy. Gabriel poczuł się przez chwilę jak za starych dobrych czasów. Bardzo chciał, aby te chwile mogły powrócić, ale wiedział, że to niemożliwe.
Rozważania przerwała mu kobieta, która przysiadła obok. Niewysoka brunetka, ze spiętymi w kucyk włosami i równo ściętą grzywkę, która opadała na czoło. Spojrzała na Gabriela i uśmiechnęła się. Miała bardzo piękny i szczery uśmiech. Gdy na nią spojrzał poczuł bardzo dziwne uczucie. Znał je, ale tak dawno go nie zaznał, że zapomniał co oznacza. Zdobył się na mały gest i rozciągnął kąciki swoich ust na ile tylko mógł.
- Cześć. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że do Ciebie się dosiadłam, ale wyglądałeś na całkiem osamotnionego. – Piękna nieznajoma znowu obdarzyła Gabriela ciepłym uśmiechem.
- Nie, oczywiście, że nie. To w końcu wolny kraj.
Nie wiedzieć czemu Gabriel poczuł się trochę niezręcznie. Zapadła chwila ciszy.
- Nie jesteś chyba typem charyzmatycznego rozmówcy. – Zażartowała – No to może Ci pomogę. Nazywam się Justyna. – Wyciągnęła w jego kierunku dłoń. Gabriel uścisnął ją. Była tak bardzo delikatna, iż miał wrażenie, że może ją przypadkiem zgnieść.
- Jestem Gabriel. Miło mi Cię poznać.
W ten sposób zaczął się nowy etap w życiu Gabriela. Justyna była bardzo miłą i mądrą kobietą. Mieli ze sobą wiele wspólnego. Zaczęli się spotykać coraz częściej i częściej. Chodzili razem do kina, spędzali wieczory, śmiali się. Gabriel poczuł się przy niej jakby na nowo się narodził. Porzucił żal, ból i złe wspomnienia. Już przy pierwszych spotkaniach Gabriel powiedział o swojej rodzinie Justynie. Okazała ona wielkie zrozumienie, a potem zaczęła go pocieszać. Stała się dla niego kimś bardzo ważnym. Minęły zaledwie dwa miesiące ich znajomości, a Gabriel złapał się na tym, iż się w niej zakochał. Wszystko działo się nierealnie szybko. Postanowił jej wyznać swoje uczucia.
Powiedział wszystko co o niej myśli i jak bardzo jest dla niego ważna. Mówił bardzo szybko i z wielkim podekscytowaniem. Justyna tylko na niego patrzyła i co chwilę się uśmiechała. Gdy skończył i czekał na reakcję, Justyna przybliżyła się, objęła dłońmi jego twarz i pocałowała. Gabriel czuł się szczęśliwy. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Ogarniające go uczucie miłości było już tak wielkie, że nie chciał na nic czekać. Pragnął być z Justyną już na zawsze. Zaproponował jej, by zamieszkali razem. Justyna bez wahania się zgodziła i po tygodniu mieszkali już we dwójkę.
Gabriel poczuł, że żyje. Nie zapomniał jednak o swojej rodzinie. Cały czas nosił w sercu Martę i Elizę. Wiedział jednak, że już nic nie przywróci im życia i najzwyczajniej w świecie chciał być szczęśliwy. Justyna pomogła mu przebaczyć własne winy i patrzeć na przyszłość, a nie skupiać się na przeszłości. Zadecydował, że jej się oświadczy. Był z nią, mieszkali razem i nic mu więcej do szczęścia nie było potrzebne, jednak chciał jakoś zapieczętować ten związek.

Powiedział jej, że musi coś załatwić na mieście i wyruszył do sklepu jubilerskiego. Zastanawiał się chwilę i wybrał ten symboliczny pierścionek. Schował go do pudełeczka i poszedł w stronę pobliskiej kwiaciarni. Kupił 13 róż, gdyż wielu ludzi uważa, że liczba 13 jest liczbą miłości. Wyszedł z kwiaciarni i udał się w stronę domu, gdzie czekała na niego jego prawdopodobnie przyszła żona. Mimo, iż wiedział, że go kocha, jednak miał pewne wątpliwości co do tego, czy zgodzi się przyjąć oświadczyny.
Przemyślenia przerwał mu dziwny niepokój. Gabriel zauważył, że na ulicach nie ma żadnych samochodów, ani ludzi. Wydało mu się to co najmniej dziwne. Szedł tak i po drodze nie spotkał ani jednej żywej duszy. Coś zaczęło dziać się z niebem. Chmury zaczęły bardzo szybko przelatywać, a niebieski kolor zaczynał zmieniać się na ciemno czerwony.
Gabriel nie miał pojęcia co się dzieje. Poczuł głęboki strach. Nagle usłyszał głośny dźwięk dochodzący z oddali. Przypominał syczenie połączone z drapaniem w czyste drewno. Odwrócił się i zobaczył, że budynki na horyzoncie zaczęły po prosty się rozsypywać. Jak babki z piasku. Jedyną różnicą było to, że cząsteczki budynków ulatywały ku górze. Zjawisko to wyglądało jakby niebo zaczęło wysysać budynki. Gabriel stracił całkowicie orientację tego co się dzieje. Ocknął się dopiero z transu gdy przypomniał sobie, że w domu czeka na niego Justyna. Pobiegł w stronę mieszkania modląc się, aby w ogóle jeszcze tam była. W tym czasie niebo już całkiem nabrało krwisto czerwonej barwy, a Słońce zniknęło z powierzchni.
Gabriel wparował do mieszkania jak oszalały. Uradował się jednak, gdyż Justyna siedziała sobie spokojnie w fotelu odwrócona do niego tyłem.
- Justyna, zbieraj się! Musimy uciekać! Coś się dzieje z miastem!
Stał przez chwilę, ale ona nie reagowała. Podszedł do niej bliżej tak, aby stanąć z nią twarzą w twarz. Twarz Justyny nie wyrażała żadnych emocji. Nie wyglądała ani na niespokojną, ani na wesołą. Poruszyła tylko gałkami ocznymi i spojrzała na niego.
- Nadszedł czas. – Powiedziała cichym, spokojnym tonem.
- Czas na co? O czym Ty w ogóle mówisz, nie ma czasu teraz na rozmowy, musimy się zbierać!
- Ty nic nie rozumiesz, prawda? Nie można uciec. Nie uchronisz się przed przeznaczeniem.
- Jak mam to niby rozumieć? – Był coraz bardziej zaniepokojony.
- To miejsce. Nie możesz z niego uciec. To miejsce jest odbiciem twojej duszy. A jest ona powoli niszczona. Ja jednak mogę Ci pomóc.
Justyna wstała z krzesła i jej ciało uniosło się nad ziemią. Gabriel nie miał pojęcia co się dzieje. Był kompletnie zdezorientowany. Modlił się, aby to był tylko sen lub coś podobnego.
- Kim jesteś? – Zadał to pytanie, mimo iż wiedział. Przecież spędził z nią ostatnie miesiące swojego życia. Znał ją jak nikt inny.
- Naprawdę nie wiesz? Istnieję od początku świata i trwać będę po sam jego koniec. Towarzyszyłam Ci już wiele razy. Byłam przy twojej matce, ojcu i przy wielu innych osobach, które kochałeś.
- Nadal nie rozumiem.
- Głuptasie, ale ty jesteś niedomyślny. Jestem Śmiercią. – Na jej twarzy wyraźnie zaczął malować się uśmiech. Ten sam, który Gabriel dobrze znał.
- Śmiercią? Co za bzdury pleciesz? I co tu się w ogóle dzieje?
- Och, to takie proste. Wystarczy tylko pomyśleć. Ty umierasz.
Gabriel zbladł. Umiera? On? Jak to możliwe? Przecież stoi tutaj całkiem zdrowy i nigdzie nie ma ochoty się wybierać!
- Czy możesz mi to jakoś sensownie wytłumaczyć? – Zapytał mając nadzieję, że Justyna oszalała.
- Nadszedł na ciebie czas. Przyszłam, aby cię ze sobą zabrać. Czy to nie wspaniałe? Będziemy mogli być ze sobą wiecznie! Wybrałam Cię podczas twojego nieszczęsnego wypadku. Wtedy już wiedziałam, że będziemy mogli być ze sobą.
- Podczas wypadku? – Gabriel trochę się tym zdenerwował.
- Oczywiście. Od tamtego momentu ciągle jesteś ze mną. Cały czas byłam przy tobie. – Śmierć wydawała się być bardzo podekscytowana tym co mówi.
- Od tamtego momentu? To znaczy, że wszystko do tej pory, moje życie, nasze spotkanie, to nie był zbieg okoliczności? Wszystko to zaplanowałaś? – Był zszokowany tym co powiedziała Śmierć. Czuł się oszukany, zdradzony.
- Nie miej mi tego za złe. Chciałam dla Ciebie jak najlepiej. Dlatego też musiałam usunąć z tego miejsca twoją żonę i córkę. Ich iluzje by tylko przeszkadzały w zdobyciu ciebie.
- Usunięte? Czy to znaczy, że to ty je zabiłaś? – W głosie Gabriela można było odczuć rosnący gniew.
- Och, ty chyba naprawdę dalej nic nie pojmujesz. Zdaję się, że będę musiała Ci to wytłumaczyć jak dziecku. Miejsce, w którym teraz się znajdujemy jest twoim umysłem. Od momentu kiedy obudziłeś się w samochodzie wszystko było wytworem twego umysłu. Twoje ciało znajduje się teraz w stanie głębokie snu. Czyli jak ludzie to nazywają – w stanie śpiączki. – Mówiąc to, Śmierci, ani przez chwilę uśmiech nie zszedł z twarzy.
Gabriel nie mógł uwierzyć w jej słowa. Czy to naprawdę jest możliwe?
- Czy to oznacza, że moja żona i córeczka żyją? – w jego głosie było słychać nutkę nadziei.
- Oczywiście, że tak. Ale zapomnij o nich. Twoje ciało umiera, a ja mam zamiar cię zabrać ze sobą. Będziemy już zawsze mogli być razem. Przecież tego właśnie chciałeś, prawda? Wystarczy tylko, że weźmiesz pierścionek zaręczynowy i założysz mi go na palec u dłoni. Wtedy już nic nie stanie na drodze naszego szczęścia. – Śmierć była coraz bardziej podniecona.
Gabriel nie wiedział co robić. Właśnie się dowiedział, że jego ukochane osoby żyją. To dla niego ogromny szok, ale poczuł radość. Z drugiej strony nie może też zapomnieć o kobiecie, z którą chciał spędzić resztę życia. Po raz pierwszy w życiu poważnie się wahał.
- Na co czekasz? Po prostu wyciągnij pierścionek, a będziemy najszczęśliwszymi istotami w całym wszechświecie. Mamy mało czasu, zrób to!

Za oknem świat rozsypywał się coraz szybciej i szybciej. Powoli zaczęły rozsypywać się ściany mieszkania, w którym obecnie się znajdowali.
- Zrób to! Przecież tego właśnie pragniesz! My tego pragniemy! Bądźmy szczęśliwi. Razem. – Głos Śmierci przybrał melancholijne brzmienie.
Gabriel wyjął pierścionek z kieszeni. Twarz Śmierci rozpromieniała.
Nagle Gabriel usłyszał głos Marty. Wołała go po imieniu tak jak wtedy, zanim poznał Justynę. Po tych wszystkich cierpieniach chciał ujrzeć swoją kochaną żonę i córkę, ale pokochał Justynę.
Pokój, w którym byli ulegał coraz szybszemu rozpadowi. Śmierć wyciągnęła dłoń ku Gabrielowi. Jej oczy błagały, aby się z nią pojednał. Gabriel spojrzał na nią i znów na pierścionek. Czas uciekał. Po chwili rozważań podjął ostateczną decyzję. Schował pierścionek do kieszeni.
Spojrzał w oczy Śmierci i powiedział – „Przepraszam.”
Cofnęła rękę, a na jej twarzy malował się obraz smutku i rozpaczy. Poczuła się opuszczona. Z jej oczu poleciały strugi łez. Ciało Śmierci zaczęło rozpadać się jak piasek i połączyło w jedność z krwistym niebem. Pokój, w którym pozostał tylko Gabriel był już prawie doszczętnie zniszczony. Gabriel tylko zamknął oczy i modlił się, aby obudzić się z tego koszmaru. Poczuł tylko na swoim ciele dziwne wibracje, które przypominały mrowienie. Potem zapadła cisza i ciemność. Trwało to długo, zdawało się wiecznością. Po chwili usłyszał jak ktoś go woła. Zdołał otworzyć oczy i ujrzał ogromną jasność. Przyćmiewała jego zmysł wzroku. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do jasności, ujrzał zapłakaną, ale uśmiechniętą twarz znajomej kobiety. To była Marta, miłość jego życia. Poczuł niesamowitą ulgę i radość, że to wszystko już dobiegło końca.


Całe to wydarzenie zmieniło życie Gabriela. Bardziej doceniał ważne dla niego osoby. Starał się kochać je bezgranicznie i być na każde zawołanie. Zabierał częściej Martę na romantyczne kolacje, organizował wycieczki dla całej rodziny, a po jakimś czasie spotkał się z nowiną. Znów zostanie ojcem. Był bardzo szczęśliwy.
Z całego wydarzenia ze Śmiercią, bądź Justyną jak wolał ją zapamiętać, najbardziej dziwnym wydało mu się to, że w stanie, jakim był wydawało mu się, że naprawdę spędził więcej niż 14 miesięcy. Gdy obudził się i doszedł do siebie, lekarze powiedzieli mu, że był w śpiączce mniej niż miesiąc. Nie zawracał sobie jednak za bardzo tym głowy i starał się żyć swoim życiem. Pamiętał też o Justynie, bo czy tego chciał czy nie, jakaś część jego serca wciąż ją kochała. Nie martwił się jednak tym. Wiedział, że gdy nadejdzie czas, Justyna po niego przyjdzie i znów będzie mógł ją zobaczyć.

Data:

 Czerwiec 2007

Podpis:

 Karol

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=34997

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl