DRUKUJ

 

CMENTARZ KAMIENI

Publikacja:

 03-06-24

Autor:

 bsol

Poród nie był ciężki, ale długotrwały. Matka długo chodziła z pęczniejącymi wnętrznościami, targana wybuchami gorąca, skurczami i drgawkami, żeby w końcu powstał, urodził się, zaistniał.
Matka cierpiała, męczona gorączką, a on nie mógł jej pomóc. Mógł tylko czekać, i być blisko. Ale był cierpliwy, aż w końcu gorączka ustała.
Żeby poczuć pierwszy powiew wiatru, żeby nagrzać się pierwszymi promieniami słońca i poczuć ożywczy dotyk zimnych kropel deszczu, musiał pokonać długą drogę. Przedzierał się przez warstwy, mieszane powoli jak w brzuchu olbrzyma. Nie zważał jednak na przeciwności – parł w górę.
Aż przyszedł na świat.
Wody płodowe stanowiła mętna ciecz, przepływającego przez te okolice potoku, a pępowiną była lepka glina, przez którą się przebijał. Ręce akuszerki wyrwały go z ciała matki szybko i niedbale.
Właściciel grubych dłoni oglądał go z zainteresowaniem, pomrukując cicho pod zadartym nosem. Obracał go szybko i chwyciwszy w obie ręce zabrał z miejsca narodzin. Nie było to ważne, bo on wyszedł z Matki i z Matką będzie na zawsze.
Jego nowy właściciel położył go przy wejściu do niskiej, ciemnej jaskini pachnącej mokrym wapieniem i moczem. Położył na nim jego brata. Podobnego, bo z tej samej matki, ale jasnego i prawie przeźroczystego. Jeszcze innego trzymał w swej nieporadnej, owłosionej dłoni.
Aaaa - trzask, uderzenie, ból. Jego mały, jasny brat rozpadł się na dwie ostre części, co ucieszyło owłosioną istotę.
Miał dużo czasu, żeby myśleć o głuchym dźwięku, który wtedy przeszył jego twarde ciało. To mogło kiedyś spotkać także jego.
Padał na niego deszcz, grzało słońce, czasem przykucnął zając. Chodziły po nim robaki. Długie i giętkie, mieniące się różnymi kolorami o zadziwiającej ilości nóg, czułek i skrzydeł. Lubił to delikatne łaskotanie. Z czasem wyrosła mu broda. Zielona broda mchu i długie wąsy trawy sięgającej korzeniami pod jego leżące nieruchomo, niewzruszone ciało.
Ale miłe chwile nie trwały długo.
Pewnego jasnego, ciepłego dnia usiadło przy nim dwóch braci. Była między nimi braterska miłość i przywiązanie. Była także zawiść i zazdrość. Odczucia jakże mu obce. Właściwie żadne odczucia, oprócz ciepła słonecznych promieni i przenikliwego zimna mroźnych miesięcy nie miały dla niego znaczenia.
Brat podarował swojej drugiej połowie bukłak na wodę. Wykonany z baraniej skóry, obciągnięty kolorową, wyszywaną tkaniną. Podał bratu przedmiot i poszedł w jego kierunku. Chwycił go ciepłymi rękami i uniósł w powietrze. To były pierwsze chwile, w których odłączył się od Matki na taka odległość. Znikły trawy i wilgotna gleba.
Nagłe uderzenie rozłupało głowę brata. Upadł zbroczony krwią wsiąkającą w porastający go mech.
Obok niego leżało ciało człowieka, teraz tak samo nieporuszone jak on. Kilka dni później położyli go na kupce ziemi przykrywającej zwłoki. Leżał tam długo, aż kopczyk spłyciał wymywany wodą i rozwiewany podmuchami wiatru.
Przez równinę, na której leżał, przejeżdżał oddział złożony z jeźdźców zakutych w metal, unoszonych niczym ptaki na grzbietach smukłych koni. Przystanęli przy nim. Czuł parę buchającą z końskich pysków. Później ktoś ułożył go obok jego braci w nieduży krąg.
Aaaaa – to boli. Jest jak słońce, ale słońce nie przychodzi do Ziemi – jest daleko. A to słońce było przy nim i lizało go swymi ostrymi językami.
Ale będzie dzielny – wytrzyma. Kolega obok pękł wydając taki sam głuchy odgłos jak tamten jasny i przeźroczysty, uderzony przez owłosiona istotę.
Kiedy ludzie odjechali długo stygł oddając nagromadzone w nim ciepło.
Nie miał do nich żalu, gniew był dla niego obcy, tak samo jak obca mu była śmierć jednego z braci. Wiedział już, że nie jest taki oni, i te prawa go nie obowiązują.
On wyszedł z Matki i z Matką będzie na zawsze.
Minęło sporo czasu, który wygładził ostre krawędzie spłukując je oceanami deszczów i nieprzerwanym wiatrem unoszącym pył i kurz - smutną pozostałość po dniach świetności dużo większych i solidniejszych od niego.
Pewnego razu znowu przyszli ludzie. Usiedli blisko niego tak, że niemal czuł ich mizerne ciepło i śmieszną miękkość. Jeden z nich stał i przemawiał. Nie był taki jak inni. Emanował od niego taki sam blask, jakiego świadkiem była Ziemia podczas narodzin – blask mocy. Miał długie włosy i gęstą brodę.
Człowiek mówił długo i dobitnie, a kiedy kilku ze zgromadzonych zadało mu pytanie, podszedł do niego, ujął w dłoń i podniósł nad głowę. Był wtedy jak ptak, mimo ciężaru i twardości, unosił się, górował nad ruchliwymi postaciami w dole.
„Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamień” – powiedział długowłosy. Ciepła dłoń trzymała go pewnie i delikatnie zarazem. Minęła długa chwila, ale nikt z ludzi nie podszedł, żeby nim rzucić.
Znowu położył się w szorstkim piasku, taki jak przedtem, albo może zupełnie inny.
Czas obchodził się z nim łagodniej niż z innym stworzeniem. Chociaż były na nim zmarszczki drobniutkich pęknięć, blizny wydrążone przez cienkie strużki wody i jedna strona była bardziej krucha na skutek poparzenia żywym ogniem, to jednak nadal był jednością, twardą i omal niezniszczalną.
Następny człowiek chwycił go niedbale i szybko. Wrzucił go na wóz zapełniony braćmi podobnymi, lecz jak to w rodzinie, każdy miał inny kolor, kształt i wielkość. Stłoczeni między deskami wozu, ocierali się o siebie i było to miłe uczucie. Jedyna energiczna czynność w ich statycznym, długim życiu.
Ludzie wysypali go razem z innymi na jedną z piramidalnych hałd. Leżał tam kilka dni, w niepewności i oczekiwaniu.
Brudny i owłosiony człowiek włożył go razem z kilkoma innymi towarzyszami niedoli do zwoju płótna przewieszonego przez ramię i zaniósł przed piętrzącą się w niebo ścianę. Ściana była ogromnym grobowcem, spętanych braci, milcząco wpatrujących się w następnych skazańców.
Wepchnęli go w wilgotną i wonną zaprawę, która po chwili oblepiała go prawie całego. Jedynie jedna część wystawała z tego ściennego kłębowiska. Mógł więc spoglądać daleko przed siebie, na równiny, porośnięte skąpą roślinnością, na namioty robotników, na dzieci biegające wśród budowniczych.
Ściana była jednak wielka i nacisk tej masy nad nim mógłby wydusić z niego wnętrzności, jeżeli miałby wnętrzności. Nigdy się nad tym nie zastanawiał.
Życie w ścianie nie różniło się za bardzo od pustych przestrzeni gdzie się urodził. Najgorsza jednak była świadomość uwięzienia, braku swobody i ten ścisk.
Przed długie lata jedynym pocieszeniem było wspomnienie brodatego człowieka, który ciepłą dłonią uniósł go wysoko nad pozostałych.
Pewien zimny, listopadowy dzień przyniósł krzyki, zamieszanie i strach. Pusta łąka pokryła się szarańczą zbrojnych, otaczających budowlę, której był częścią. Słychać było nerwowe nawoływania, a powietrzu unosił się zapach wyciskanego bólem potu.
Co chwila powietrze wstrząsane było odgłosami wybuchów. Po ścianie popłynęła ludzka krew. Poczuł jej smak, jako jeszcze jeden z objawów różnorodności świata. Była lepka i metaliczna.
Nagła eksplozja rozerwała ścianę, która była jego domem przez kilkaset lat. Odpadł od niej i runął w dół.
Leżał, oblepiony kawałkami zaprawy, osmolony sadzą prochu, i... ranny. Kawałek twardego ciała odpadł od niego jak skorupka jajka. Nie był już taki piękny jak kiedyś, był starcem, zniszczonym i brudnym.
Zwycięscy deptali po nim butami i spluwali na ziemię. Ślina była tylko potwierdzeniem upadku, w którym uczestniczył jako niemy świadek i jako bezduszny przedmiot.
Minął rok i tak samo chłodny dzień odchodzącej jesieni wygnał najeźdźców z miejsca, w którym kiedyś stała ściana.
Kiedy szykowali się do wyjazdu ktoś z posługaczy podniósł go i położył na ciężkiej, dębowej pokrywie beczki, wypełnionej solonym mięsem. Dusił plastry mięśni saren i owiec przez kilka miesięcy, aż ktoś poczuł głód i otworzył jego beczkę.
Wyrzucili go jak najmniej potrzebną rzecz na świecie i odjechali.
Był wolny. Ale nie był sam, bo wyszedł z Matki i z Matką będzie na zawsze.
Czas leczy rany. Otwarte i postrzępione z biegiem lat stawały się miękkie i łagodnie falujące. Pokrył się drobnym, jasnym mchem i skrywał pod brzuchem liczną rodzinę małych, czerwonych robaczków.
Zimy tutaj były cięższe i spał pod grubą warstwą białego puchu. Przeszywany był przez mróz dźgający go do głębi niczym włócznie najeźdźców.
Wiosna przeganiała zimną kołdrę i znowu mógł poczuć orzeźwiające krople deszczu.
Dzień był wietrzny, a wiatr u ludzi - inaczej jak u niego – powoduje wichury także w duszy. Tego ciemnego dnia chwyciły go zimne palce chudego młodzieńca. Włożyły go do płóciennego, szarego worka, razem z kilkoma innymi braćmi. Następnie zawiązały worek a drugi koniec sznura przytwierdzając do chudej szyi.
Wiatr wdarł się w duszę młodzieńca zdmuchując go ze zbocza rzeki.
Był ciężki, a chude ciało samobójcy miało za mało siły, żeby przerwać ten grzeszny akt rozpaczy.
Leżał w worku, na dnie rwącej rzeki, trzymając pod wodą cienkie ciało, z blada twarzą i szeroko otwartymi oczami.
Ciało, które w końcu porwała rzeka, a worek zbutwiał i rozpadł się na strzępy.
Nie potrzebował powietrza, mógł żyć pod pędzącą, gruba warstwą wody. I żył. Tak mu się przynajmniej wydawało.
Przesuwał się powoli, popychany podwodnymi prądami i psotnymi wirami.
Po jakimś czasie dowiedział się, że nie chce go także rzeka. Został w wyschniętym, piaszczystym korycie, a ona popłynęła innymi drogami.
I znowu szli po nim żołnierze. Przejechał przez niego czołg potężniejszy od wszystkich, ciężkich zwierząt, które kiedykolwiek na niego nadepnęły. Był twardy jak on, ale się poruszał. Przez swój pancerz, nieustępliwość, i zimną obojętność był mu bardzo bliski, był jak brat.
I na tej piaszczystej łące nastąpił jego koniec.
Potężny wybuch, tysiące razy silniejszy od tego, który wybił go ze ściany, rozerwał niezniszczalne ciało na drobne kawałeczki. Nie krwawił, jak to zwykli w takich przypadkach robić ludzie, nie krzyczał ani nie lamentował – przyjął swój los spokojnie i z godnością.
Jeden z kawałków wbił się w ciało łysego sierżanta, który skulił się, chwytając miejsce zranienia.
Kawałek czuł wtedy tak obce mu tętnienie życia, poruszające się w nierównych rytmach narządy i poczuł tę samą metaliczną krew jaka spływała kiedyś po ścianie.
Przejechał z jęczącym żołnierzem aż na plażę, gdzie próbowano załadować go na statki. Ale statki nie nadpłynęły, a żołnierz powoli umierał.
Kawałek wypłynął razem z brunatną mazią i upadł na piaszczyste podłoże. Był niewiele większy od tego mrowiska cząstków jego braci. To cmentarz pomyślał.
Cmentarz kamieni.
Wiele lat później jakaś młoda kobieta, o czarnych oczach i białych zębach biegła tędy, nie zauważając nawet kiedy przykleił się jej do mokrej stopy.
Był tak jak wszystkie inne kawałki i jak grudki piasku, tu na cmentarzu i czuł taką sama wspólnotę z rodzicielką.
Bo z Matki wyszedł i z Matką będzie na zawsze.

KONIEC

Data:

 Grudzień 2001

Podpis:

 Bernard Sol

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=352

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl