DRUKUJ

 

Agnieszka

Publikacja:

 03-12-07

Autor:

 daisy
Otworzyła drzwi i weszła do pustego mieszkania. Pachniało Pawłem. Poczuła to od razu. Woda kolońska, którą kupiła mu na urodziny. Zawsze jej używał. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że cały dom jest przesiąknięty tym zapachem. Dopiero teraz zwróciła na to uwagę. Łzy zakręciły się jej w oczach. Poczuła, że nogi zrobiły się słabsze. Usiadła na kanapie: w płaszczu, butach, szaliku i... siedziała tak nieruchomo. Nie miała już nawet siły płakać. Czuła tylko wielką bezradność i straszny ból w okolicy serca. To wszystko wydarzyło się tak nagle. Za szybko. Nie zdążyła się przygotować, nastawić na ból. Jeszcze wczoraj... Boże, dlaczego mi to zrobiłeś. Byłam dobra, nikogo nie skrzywdziłam, a ty tak mnie ukarałeś. Za co? Odpowiedz! Krzyczały jej wzburzone myśli. Byliśmy z Pawłem tacy szczęśliwi. Rozumieliśmy się bez słów. Był dla mnie całym życiem. Żebym mogła cofnąć czas. Za rzadko mówiłam mu, że go kocham. Może teraz mnie usłyszy.
- Kocham cię...- zdołała tylko wyszeptać – Dlaczego odszedłeś?
Łzy zaczęły płynąć strumieniem po twarzy Agnieszki. Chciała, żeby pękło jej teraz serce. Rozejrzała się po pokoju. Nakryty stół, wszystko przygotowane do wspólnej kolacji przy świecach. Chcieli uczcić kolejny dzień ich życia. To, że mogą być razem, że są szczęśliwi.
Przypomniała sobie jak śmiał się, gdy robiła sałatkę, jak żartował, jak... Znowu przed oczami ten obraz. Blada twarz męża i strach w oczach.
- Jak strasznie boli, zawołaj pogotowie.
Lekarz przyjechał po 10 minutach. W tym czasie starała się pocieszyć małżonka. Nie wiedziała, czy może dać mu jakieś leki. Później odpowiadała szybko na pytania doktora, że wszystko zaczęło się nagle, że Paweł nigdy na nic nie chorował. Kiedy go zabierali widziała tylko, że ciężko mu oddychać, jest strasznie słaby i patrzy na nią tak błagalnie. Szybko ubrała się i pojechała do szpitala. Nie pozwolili jej stać obok. Robili jakieś badania. Powiedzieli tylko, że mąż jest we wstrząsie, że walczą i robią wszystko co można. Kazali jej wracać do domu i zostawić telefon, ale nie mogła. Stała tam osłupiała. Chciała pomóc albo chociaż potrzymać go za rękę. Około 23 jakiś lekarz powiedział:
- Chyba już lepiej. Przyjmiemy go na internę. Czy kiedykolwiek miał bóle brzucha albo serca?
- Nie, na nic nie chorował. Nie chodził do lekarza. Był zdrowy.
- Nie wiemy jeszcze co mu jest, ale to nie zawał. Proszę się nie martwić. Będzie dobrze. Jutro proszę przyjechać na oddział i rozmawiać z lekarzem prowadzącym. Będzie więcej badań i może już coś będzie wiadomo.
- Nie mogę zostać?
- Niestety.
Wróciła do domu. Całą noc chodziła po mieszkaniu. Kilka razy chwytała za słuchawkę, ale odkładała ją. „Jak coś się stanie, to przecież mnie zawiadomią.” Napięcie było straszne. Ręce jej drżały, w ustach zasychało, nie wiedziała jak wytrzyma do rana. Straszna cisza uderzała ją po twarzy jak grupy pejcz. Widziała, jak powoli przesuwają się wskazówki zegara. Jak tylko minęła ósma, pojechała do szpitala. Trafiła bez trudu. W dyżurce wskazali jej salę, gdzie leży Paweł. Na „gumowych” nogach szła w tamtym kierunku. Weszła i zobaczyła śpiącą sylwetkę. Usiadła przy nim. Wreszcie może go potrzymać za rękę. Przytuliła szorstką dłoń do swojej twarzy. Otworzył oczy i uśmiechnął się.
- Kochanie- szepnął
- Jestem. Boli?
- Już mniej. Dali mi jakieś kroplówki i trochę ulżyło. Zaraz pojadę na jakieś badania.
- A co mówili?
- Nic. Przywiozłaś mi piżamę i jakieś drobiazgi?
- O Boże! Zapomniałam. Zupełnie o tym nie pomyślałam.
Uśmiechnął się i mocno ścisnął jej rękę.
- To jedź teraz do domu i przywieź. Jak wrócisz będzie już po badaniach i będzie wiadomo co mi jest. Pamiętaj o tej wodzie kolońskiej, którą tak bardzo lubię. Mam zamiar nawet w szpitalu czuć się jak ktoś ważny. – puścił jej oczko.
- Dobrze. Już jadę. Zaraz będę z powrotem.- pocałowała go w policzek i wstała. Przed drzwiami odwróciła się, żeby zobaczyć jego uroczy uśmiech i słodkie oczy. Pomachała mu i wyszła.
Zajrzała do gabinetu lekarskiego, ale nikt nic nie wiedział. Powiedzieli, że zaraz będą badania, ale jego stan jest już lepszy niż w nocy. Jak przyjedzie z rzeczami, będzie już więcej wiadomo. Pokrzepiona na duchu opuściła szpital. Wróciła do mieszkania i zaczęła pakować to, co najpotrzebniejsze. „Ale co ja mam wziąć? Co mu będzie potrzebne?” Stała chwilę i rozglądała się po mieszkaniu. W końcu chwyciła torbę i wrzucała po kolei: ręcznik, piżama, mydło, szczotka i pasta do zębów, bielizna, kapcie, maszynka do golenia, pianka... wyliczała. „Najwyżej jak będzie trzeba coś donieść, to dowiozę”. Wybiegła z domu i wsiadła do samochodu. „Woda kolońska”- przypomniała sobie. Szybko wróciła do mieszkania. Nerwowo otwierała drzwi, bo klucz dziwnie nie chciał trafić do dziurki. W końcu wpadła do łazienki, chwyciła butelkę z pachnącą cieczą i wybiegła. „Powinnam była usiąść na chwilę”- przebiegło jej przez głowę. "Co ja wymyślam. Paweł jest w szpitalu, a ja myślę o jakiś przesądach." Nerwowo przekręciła kluczyk. Denerwowały ją korki i czerwone światła. Wydawało jej się, że jedzie całą wieczność. Wreszcie zobaczyła bramę szpitala. Zaparkowała. Wyjęła torbę z rzeczami i pobiegła na górę. Jak burza wpadła na oddział i skierowała się do znajomej sali. Otworzyła drzwi i zobaczyła puste łóżko; „Pewnie go przenieśli” – pomyślała nad wyraz spokojnie. Poszła do dyżurki.
- Przepraszam. Gdzie przeniesiono mojego męża?
Jakaś młoda dziewczyna odwróciła głowę znad tacy z lekami.
- Pani Małecka?
- Tak.
- Bardzo proszę pójść do gabinetu lekarskiego. Pani mąż nie żyje.
Czuła jak ulatuje z niej powietrze. Wszystko kręciło się dokoła, stało się jakieś nierzeczywiste.
- Jak to nie... przecież...
Pielęgniarka chwyciła ją za ramię.
- Bardzo proszę ze mną.
Resztkami sił dotarła do pokoju z lekarzami. Kiedy weszła, jakiś doktor posadził ją na krześle. Docierały do niej tylko strzępki słów.
- ... niestety, bardzo nam przykro... nagle... przyczyny... wcześniej... stanie... musimy... Czy pani się dobrze czuje?
Usłyszała w końcu. Nie wiedziała co powiedzieć. Oczy miała szeroko otwarte i patrzyła przed siebie. Widziała tylko białą przestrzeń i jakieś sylwetki, które się w niej przesuwały.
Otworzyła oczy. Zobaczyła znajome meble, firanki, świeżo wyprasowaną koszulę Pawła, która wisiała na drzwiach. Powoli wstała i zdjęła płaszcz. Powiesiła go w szafie. Czuła jakby płynęła po mieszkaniu. Rozejrzała się jeszcze raz wokół, otworzyła szafkę z lekami i po pobieżnym obejrzeniu zawartości, wyjęła parę listków tabletek. Uśmiechnęła się do siebie i poszła do kuchni, gdzie nalała sobie szklankę wody, tej samej, z której wczoraj mieli pić uroczystą herbatę. Tak zaopatrzona udała się do pokoju. Usiadła na kanapie i misternie wydobyła tabletki z opakowań. Po chwili na dłoni leżała spora ilość leków. Szybko włożyła je do ust i popiła dużą ilością wody. Ułożyła się na łóżku. „Zaraz do ciebie przyjdę Pawełku...”

- Mamo, mamo! Popatrz jaka piękna tęcza! – mała blondyneczka ciągnęła ją za rękaw – Tam chyba jest niebo.
Rozejrzała się wokół. Biały piasek i lazurowa woda, ponad którą widniał łuk mieniący się wszystkimi kolorami.

Poczuła jak wstrząsa nią spazm. Wydobywał się gdzieś z głębi jej ciała i chciał wyrwać jej wnętrzności. Zerwała się i pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. Nie przyniosło ulgi. Nadal coś szarpało ją od wewnątrz. Poczuła gorycz w ustach i ostre szarpnięcie żołądka. Oparła się rękami o muszlę i czekała na kolejny spazm. Strumień łez płynął jej po twarzy.


Nad jasnym nagrobkiem pochyliła się młoda, wysoka blondynka. Zapaliła znicz i postawiła go bardzo delikatnie. Lekko musnęła dłonią szarą płytę.
- Chciałam ci powiedzieć tato, że dostałam się na medycynę. Będę lekarzem. Mama jest zdrowa i czuje się dobrze. Wiem, że się nami opiekujesz. Dziękuję ci.
Stała jeszcze chwilę, a delikatny wietrzyk muskał jej twarz i rozwiewał jej włosy, jakby chciał uściskać ją i powiedzieć „Dziękuję córeczko. Kocham cię.”


Data:

 2003

Podpis:

 daisy

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3625

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl