DRUKUJ

 

Rozmowy ze starymi

Publikacja:

 03-12-15

Autor:

 malibu31
Wizyty u rodziców nie są już dla mnie stresującym przeżyciem. Od kiedy mieszkam osobno traciłem z nimi kontakt, teraz jednak staram się go odbudować. Szczególnie z ojcem.
Mieszkanie moich starych wygląda niby tak samo jak w dniu w którym definitywnie je opuściłem, ale jednak inaczej. Znajome ściany pokryły nowe tapety, ustawienie mebli uległo przynajmniej w moim byłym pokoju i sypialni mamy zmianie, może nie poważnej ale jednak zawsze. Nie ma też starych okien przez które hulał wiatr, szczególnie w zimowe poranki, zastąpiły je praktyczne, niby ładne plastiki, pozbawione jednakże duszy. Za to salon nie uległ najmniejszej, no może za wyjątkiem dywanu, deformacji. Jedynym co tak naprawdę nie zmieniło się to te same co zawsze zapachy, bijące z maleńkiej kuchni, niezmienne od lat, wydobywające się z gotowanych potraw, które od dzieciństwa towarzyszą mojemu życiu.
Dom mojego dzieciństwa i młodości nadal pozostaje tym samym blokowym mieszkaniem, jakich pełno na każdym osiedlu. Nigdy nie czuję się tam obco. Wszystkie zakamarki, dziury i szczeliny wciąż znajdują się na tych samych miejscach w których były gdy opuszczałem je w trakcie wyprowadzki.
Siedzimy z mamą w salonie, na rogówce. Ona na kanapie ja na krótszej sofie. Ojca nie ma jest na działce. Lubi tam chodzić, odpoczywa psychicznie po całym tygodniu pracy w zarządzie spółki. Jest najlepszy. Do dzisiaj jestem nim po dziecięcemu zafascynowany. To cholernie uczciwy skurczybyk, ja nigdy taki nie będę, może nawet nie chcę być taki jak on, ale podziwiam go. Mama za to jest najważniejszą osobą w życiu każdego mężczyzny, w moim również. Nie zamieniłby jej na żadną inną. Nie ważne, że często nie zgadzam się z ich zdaniem, bo wiem, że nawet jeśli czegoś nie rozumieją, a to naprawdę zdarza się rzadko, to chcą dla mnie jak najlepiej. Bardzo podoba się mi to, że znowu na nowo siebie odkryli, ponownie zakochali się w sobie. Po tylu latach wreszcie tak naprawdę zaakceptowali to, że są ze sobą. Czasem mam nawet wrażenie wiem ,że błędne, iż nie jestem im potrzebny, ale rozumiem, iż po prostu oni uwolnienie od odpowiedzialności za mnie mogą wreszcie cieszyć się sobą. To jest piękne.

- Synu, kiedy ty się wreszcie ożenisz? – Ton mojej matki jest prawie oskarżycielski.
- Czemu oto pytasz mamo? – Najważniejsze to nie dać zbić się z tropu.
Mama patrzy jak w tych momentach, gdy przyłapuje mnie na czymś niemiłym. Nigdy nie pozbędę się tego uczucia niepewności.
- No, bo nie sądzisz, że już najwyższy czas? – Z mamą nie tak łatwo wygrać.
Zastanawiam się, co odpowiedzieć.
- A czy małżeństwo to jakiś przymus? – Najlepszą obroną jest atak.
- Nie, ale...
- Mamo – teraz nie mogę już popuścić – ja rozumiem, że chciałabyś zostać babcią, ale do tego potrzebna jest kobieta, a nie żona.
- No tak, ale...
- Mamo! – Nasze rozmowy na temat małżeństwa bywają coraz bardziej stereotypowe. – Większość moich znajomych jest już po rozwodach, chyba nie chciałabyś dla mnie takiego losu – a co, uderzyć w ton maminej opiekuńczości.
- Ja rozumiem, ale nie wszystkie małżeństwa tak się kończą – upartość mojej matki to cecha główna jej charakteru...
No nie wszystkie, jedynie te, które znam i to też nie wszystkie, tylko, że jeżeli na oglądało się w kancelarii i sądzie spraw rozwodowych to można nabrać złego przeświadczenia o istocie małżeństwa.
- Mamuś, to nie jest tak, że ja nie chcę się żenić – no właśnie a jak? – Tylko, że mi małżeństwo nie jest potrzebne do szczęścia.
- A nie myślisz o Mirandzie? Może ona chce się ożenić?
- Ja jestem ugodowy chłopak, mamo – mówię szczerze, ale bez przekonania – nie zawsze robi się coś dla siebie, czasem przecież trzeba pójść na kompromis.
- Kiedy?
- Co kiedy?
- Kiedy zamierzasz iść na ten kompromis?
- Oj mamo! – Rozmowa zaczyna być nużąca, a temat jakby bardziej drażliwy niż zazwyczaj.– Czy stworzenie udanego związku, fajnej rodziny polega na małżeństwie?
- Nie tak cię wychowaliśmy synu – ten ton zawsze mrozi mi krew w żyłach.
- Wychowanie nie ma nic wspólnego z małżeństwem!
Milczenie mojej matki jest jedyną i jakże wymowną odpowiedzią. Zresztą lista jej zarzutów w stosunku do mnie i argumentów, dlaczego to ja już, wręcz natychmiast powinienem zawrzeć związek małżeński jest o wiele dłuższa.
- Mamo nie lubię, kiedy się mnie naciska – staram się by mój glos i słowa brzmiały pojednawczo – to wzmaga mój upór – uśmiecham się, ale mamie wcale nie jest do śmiechu. Bez względu na wszystko, to w końcu matka i chce dla mnie jak najlepiej, nawet, jeśli to jak najlepiej istnieje jedynie w jej marzeniach lub ma być tym samym, co było dobre dla niej.
- Mamo prawda jest taka, że instytucja małżeństwa nie ma dla mnie specjalnego znaczenia, mogę obejść się bez niej, ale jeśli Mirandę to uszczęśliwi to pewnie nie będę stawiał oporu.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że rozmowy na temat małżeństwa toczę prawie jedynie z matką, a nie aniołkiem.
- I tak nadal sądzę, że jesteś starym kawalerem!
- Nie kawalerem tylko singlem – poprawiam ją.
- Kawalerem, starym! – Mama śmieje się.
Matka, znajomi z pracy, znajomi z pubu, wszyscy dookoła inwigilują mnie, suszą mi głowę, kiedy to ja wreszcie. No właśnie, co wreszcie? Wskoczę w stereotyp, dam sobie narzucić zdanie większości, ubiorę siebie w szaty miłego, grzecznego faceta, co to dom, żoneczka, dzieci, praca i kochanka na osłodę?
Czy żeby kochać swojego aniołka, mieć (jakie brzydkie słowo!) Dzieci, być razem, trzeba to wszystko formalizować? Pewnie, że mogę iść na kompromis, ale nie dlatego że tak trzeba, bo to mnie nie wzrusza, nie dlatego że kogoś kocham, bo od tego moja miłość nie będzie większa, nie dlatego, żeby moja mama przestała ględzić i suszyć mi głowę, nie dla sąsiadów, znajomych z pracy i pubu, nie dla kariery, bo żonaty ma lepiej, nawet nie dlatego, że aniołek tak chce. Ożenię się, kiedy owładnie mną natchnienie na papierki.
Póki, co nauczyłem się nie mówić, że czegoś nie zrobię, bo później, kiedy już jakaś rzecz, której gorliwie zaprzeczałem jednak mi się wydarza, to trochę głupio jest nagle robić z siebie durnia.
Tak było na przykład w szkole średniej, kiedy strasznie zaprzeczałem, że nigdy nie ubiorę garnituru i koszuli z krawatem. Teraz natomiast nie wyobrażam sobie, no może poza latem, czy ogólnie dniami strasznych upałów, wyjścia do pracy w innym stroju. Co nie zmienia faktu, że nadal uwielbiam luźne bluzy i spodnie bojówki. Never say never. Nieprawdaż?
- Zrobić ci kawy? – Mama jak zawsze jest opiekuńcza.
- Jakbyś mogła – kiwam głową na potwierdzenie.
Matka podnosi się z rogówki i idzie do kuchni.
- Rozpuszczalną, jedna łyżeczka i dwie cukru? – Jak zawsze woli się upewnić – czy na odwrót?
- Ta pierwsza opcja – upewniam ją.
Idę na balkon zapalić. Rodzice rzucili niedawno palenie i nie chcę kopcić w pokoju. Na dworze jest słonecznie. Widok na las który pobudzał mnie, gdy byłem dzieckiem do marzeń i wyobrażania sobie, go jako puszczy w której przeżywałem swoje przygody, teraz wpływa na mnie uspokajająco. Machinalnie spoglądam na okna Diany, są zamknięte, niedostępne i chłodne. Palenie sprawia mi przyjemność. Zaciągam się głęboko i wydycham dym z całą mocą swych płuc. Szybko rozpływa się w powietrzu.
- Masz kawę synu – z pokoju dobiega mnie głos matki.
- Dzięki! Już idę – gaszę papierosa.
Dymiący kubek z kawą stoi na stole. Siadam wygodnie w fotelu. Mama wraca z cukiernicą. Kładzie ją przede mną i siada obok.
- Powiedz szczerze – mówi łagodnym tonem – jesteś szczęśliwy z Mirandą?
- Czemu pytasz? – Badam jej zamiary.
- No bo jeśli ktoś jest z kimś szczęśliwy to chce się z nim ożenić, a nie stawia sprawę tak jak ty.
Intryguje mnie nie samo pytanie, ale powód jego zadania.
- Mamo jedno z drugim nie ma nic wspólnego.
- Odpowiedz. – Nieustępliwość w jej głosie każe mi zastanowić się nad wieloma sprawami naraz.
- Jestem.
Matka mierzy mnie surowym spojrzeniem.
- Mam nadzieję, że nie kłamiesz.
- Ja też.

Data:

 a kiedyś tam w 2003 roku

Podpis:

 malibu31

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=3840

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl