DRUKUJ

 

Gramofon

Publikacja:

 03-06-27

Autor:

 arturpo
Nie zmartwiła mnie wiadomość o śmierci cioci Basi. Nie znałem jej za dobrze; spotykaliśmy się tylko z okazji świąt. Wymienialiśmy dwa, trzy zdania i każdy odchodził do swojej części stołu. Była stara, bardzo stara; przeżyła druga wojnę światową. Bardzo narzekała na zdrowie, zawsze. To był jej temat numer jeden i jedyny temat na który rozmawiała. Nie byłem wstanie słuchać przez kilka godzin jej narzekań na obolałe nogi czy problemy z oddychaniem. O jej śmierci dowiedziałem się od matki. Zadzwoniła do mnie z informacją, że ma dla mnie prezent. Mówiła, że jest jej strasznie przykro mówić mi o tym w takich okolicznościach, w końcu ciocia zmarła dopiero trzy dni temu. Pod koniec rozmowy oświadczyła, że mam być na pogrzebie. Tonem surowym jak stal zażądała mojej obecności, jak nie to polecą głowy. A czyje, to mam się domyśleć. Cała moja matka, pomyślałem po odłożeniu telefonu. Stanowczość to jej drugie imię. Nie miałem wyjścia, poprzekładałem spotkania, wyjąłem z szafy czarny garnitur i czekałem na pogrzeb. Tylko dwanaście godzin dzieliło mnie od spotkania z moją matką i resztą rodziny. Byłem pewny, że wszyscy przyjdą, bo ciotka miała niemały majątek. A że nie miała dzieci, to wszystko dziedziczy moja rodzina. Pogrzeb przebiegł szybko i sprawnie. Bez zbędnych lamentów i mów, jaka to ciotka była miła i pomocna. Wszystkim dała się we znaki. Dużo przeżyła w życiu i była podstarzałą wdową, ale to nie usprawiedliwiało jej wrednego postępowania z własną rodziną. Gdy patrzyłem na swoich rodziców i siostry mojej mamy skojarzyła mi się jedna scena z filmu przyrodniczego. Podlące się hieny przy konającej antylopie. Nawet nie zdążyła wziąć ostatniego oddechu, a już te chichoczące zwierzęta rzuciły się na nią. Pocieszające w tym wszystkim było to, że ciotka zmarła we śnie, nie cierpiała. Nie wiem jak wyglądała po śmierci, bo trumna była zamknięta. Nikt nie odważyłby się podejść do otwartej. Zmarła, niech więc spoczywa w pokoju. Po skromnej stypie pojechałem do rodziców odebrać swoją część spadku. Był to stary gramofon z szafką z czerwonego dębu. Przepiękna rzecz, bardzo stylowa, ale za nic nie pasowała do mojego hiper-, super-, ekstranowoczesnego mieszkania urządzonego tylko w stali. Nie chciałem robić przykrości matce i zabrałem gramofon z miną stu nieszczęść do siebie. Postawiłem go na środku swoich 26-metrów kwadratowych i poszedłem sobie. Po kilku dniach, znudziło mi się wpadanie na szafkę. Postanowiłem przemeblować mieszkanie. Chociaż nie miałem i nie zamierzałem kupować płyt do gramofonu, miał się stać główną ozdobą. Przestawiłem meble, kilka z nich wyrzuciłem, zmieniłem dodatki i oświetlenie. Dzięki temu moja kawalerka zyskała nowy wygląd i nową atmosferę. Nie było już tak zimno jak wcześniej. Teraz aż sam poczułem się lepiej i nie miałem ochoty nigdzie wychodzić. Przez trzy następujące po sobie dni, siedziałem w domu i zachwycałem się własną pomysłowością i nowym nabytkiem. Siedziałem w fotelu naprzeciwko szafki z gramofonem i rozmawiałem z czarną tubą stojąca jak strażnik. To znaczy ja mówiłem, a on słuchał. Nie przeszkadzało mi, że nie odpowiada. Chciałem sobie poukładać kilka spraw, lubię sam do siebie mówić. Po kilku takich rozmowach, zbliżyliśmy się do siebie. Przyzwyczaiłem się do niego, a ja jemu nie przeszkadzałem. Stał sobie cichutko pod ścianą, i tylko od czasu do czasu wydawał jakiś dźwięk. Szafka nie była już pierwszej młodości i domagała się wizyty konserwatora. Nie chciałem zabierać go w nowe miejsce, dlatego zadzwoniłem do Kaśki, która zajmuje się odnawianiem antyków. Nie raz miałem okazję widzieć ją w pracy. Pamiętam jak odnawiała dwumetrową, trzydrzwiową szafę. Tak delikatnie się z nią obchodziła. Ona - niecałe metr sześćdziesiąt - nie pozwoliła nikomu dotknąć tej ogromnej szafy, sama się nią zajęła. Miałem wrażenie, że traktuję ją jak swoje dziecko. Później powiedziała mi, że się nie myliłem. Jak usłyszała o gramofonie, darła się do słuchawki jak oszalała, że już jedzie. „Za pięć minut jestem” – krzyczała na pożegnanie. Rzuciła słuchawkę zanim zdążyłem powiedzieć jej do zobaczenia. Po niecałych dwudziestu minutach już klęczała na środku pokoju przed gramofonem. Tylko jak otworzyłem jej drzwi, krzyknęła cześć i pognała na środek pokoju. Dłuższą chwilę siedziała i patrzyła na niego. Nie chciałem jej przeszkadzać. Usunąłem się na czas jakiś do kuchni. Wysypałem ciastka do szklanej miseczki i zrobiłem kawę. Przygotowany do słuchania przez dłuższą chwilę okrzyków zachwytu usiadłem w fotelu. Ona tymczasem przeszła do rękoczynów. Bezczelnie zaczęła go obmacywać. Chciałem już coś powiedzieć, gdy odwróciła się do mnie i powiedziała, że sprawdza stan drewna. Nie wiem dlaczego tak się poruszyłem, a nawet czułem przez chwilę zazdrość. Między mną a gramofonem nie było aż tak dużej sympatii, do tej pory stał i zbierał kurz. A teraz znalazł się ktoś kto go podziwia i dotyka. Przez chwilę wydawało mi się, że gramofon podniósł tubę do góry z wrażenia. Przeszła jeszcze krok dalej. Z pełnym szacunkiem zdjęła tubę i odstawiła na dywan. Odwróciła go tyłem do siebie i zdjęła tylną ściankę szafki. „Dziwne, nie ma nigdzie blaszki z nazwą producenta” – mówiąc to włożyła głowę do środka. Zabawny widok, kawałek kobiecego ciała wystający z drewnianej szafki. Wyglądała jakby szafka pożerała ją. Zaśmiałem się. „Nie śmiej się, tylko podaj latarkę” – usłyszałem w odpowiedzi na mój chichot. Nie miałem latarki, dałem jej lampkę z biurka. „Jest! – krzyknęła – znalazłam blaszkę z nazwą producenta i coś jeszcze”. Podała mi złożony na pół, pożółkły kawałek papieru. Zdziwiłem się tak samo jak ona. Staliśmy na środku pokoju wpatrzeni w papier. Zastanawialiśmy się co z tym zrobić. Przeczytać czy odłożyć w to samo miejsce bez czytania. Ktoś ją tam schował, aby ktoś ją znalazł i przeczytał, albo ktoś ja tam włożył, żeby nikt nie znalazł. Zastanawiałem się głośno. Kaśka tym czasem rozpostarła papier i zaczęła czytać głośno. Przerwała w połowie pierwszego zdania. Resztę przeczytała cicho. Podała mi kartkę i rozpłakała się. Patrzyłem na nią jak na Miss Polski, która przyszła do mnie pożyczyć szklankę cukru. Trzaśnięcie drzwi w łazience przywróciło mnie rzeczywistości. Zacząłem czytać:
„Nazywam się Alfred Gumowski i jestem więźniem obozu koncentracyjnego Oświęcim-Brzezińka. Proszę znalazcę tego listu, aby odszukał moją rodzinę i przekazał im ten list. Chcę żeby wiedzieli co się ze mną stało i przekazali dalej tą informację. Na plecach mam tatuaż, jest prawie skończony. Piramidy, wielbłądy, piasek i podpis Africa Korpus 1940-42. Ten, który robi mi tatuaż, pokazał mi szkic i powiedział ile zostało do wytatuowania. Niewiele tego zostało. Wiem też, że kiedy skończy, zostanę zabity, a z wytatuowanej skóry zostanie zrobiony abażur do lampy jakiegoś generała. Moje ostatnie dni to koszmar, żyję z pełną świadomością końca mojego życia. Jestem bezradny. Pilnują mnie całą dobę. Już trzy razy próbowałem popełnić samobójstwo.
Marysiu, chcę się z Tobą pożegnać...”
Przerwałem czytanie, reszta była zbyt osobista. Usiadłem w fotelu i rozpłakałem się. nie mogłem tego objąć żadną miarą. „Jak można być takim bydlakiem?”. Usłyszałem pytanie. Kaśka stała w drzwiach łazienki i powtórzyła pytanie. Była blada i też płakała. „Zwymiotowałam, musiałam. Ten list napisał mój dziadek. Na blaszce obok nazwy producenta jest dedykacja mojej babci dla dziadka. Babcia opowiadała mi o gramofonie z dębową szafką, był w jej rodzinie od trzech pokoleń. Gdy aresztowano dziadka, oprócz niego zabrali również biżuterię, obrazy, srebra i gramofon”. Nadal płakała. Przez łzy zapytała się co ma robić. „Ten list zabije moją babcię” – patrzyła na mnie i błagała o pomoc. Przytuliłem ją i doradziłem, by porozmawiała ze swoją matką. Na pewno we dwie będą wiedziały co zrobić. Otarła łzy i zaczęła się żegnać. Na pocieszenie dodałem, że gramofon może zabrać w każdej chwili. Nie mogłem go zatrzymać.
W jednym z południowoamerykańskich krajów, stary człowiek pochyla się nad pamiętnikiem oprawionym w jasnobrązową skórę i spisuje wspomnienia. Pisze starym piórem, czerwonym atramentem. Na biurku stoi lampka z abażurem z widokiem pustyni, wielbłądów, piasku...

Niestety historia o abażurze jest prawdziwa, ale tatuaż nie został dokończony. Imię i nazwisko fikcyjne.


Data:

 05 2003

Podpis:

 Artur Arkadiusz Trzebiński

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=436

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl