DRUKUJ

 

Ten lepszy wybór

Publikacja:

 08-05-13

Autor:

 Mateusz-Khan
Viro uśmiechnął się, słysząc wołające go głosy. Już od ponad trzech godzin siedział nad urwiskiem wpatrując się w spienione morze. Wiedział, że zaczną go szukać. W końcu był księciem. Przekręcił głowę w stronę Wiecznej Puszczy gęsto zarośniętej drzewami i krzewami. Powolne promienie słońca przeciskały się przez grube gałęzie pełne liści, by dostać się do podszycia dając mu trochę światła. Dało się usłyszeć głosy przeróżnych ptaków, zagłuszone delikatnie przez nawoływaniem wojska i szumem rozbijających się o skały fal.
Chłopak wstał powoli by nie urazić ręki na temblaku, po czym zdrową otrzepał ze spodni małe kamyczki, które przyczepiły się do materiału. Spokojny wiatr uniósł delikatnie szkarłatną pelerynę księcia. Czerwone spodnie Vira, muskane morską bryzą, falowały odsłaniając skórzane trzewiki. Na skałach panował lekki chłód, więc zazwyczaj zawadiacko rozpięta koszula dzisiaj była zapięta masą guziczków.
Książę wyciągnął przed siebie rozpostartą dłoń i powiedział:
- Aeso!
Czerwone wyładowanie Mocy spłynęło powoli z ramienia, aż do czubków palców, tworząc na nich małe ogniste kulki. Viro zacisnął dłoń a gdy ją rozprostował małe płomyczki zastąpił dość duży płomień, którym chłopak rzucił w niebo. Gdy znalazł się na wysokości chmur, wybuchł, rozświetlając jasne już niebo na czerwony kolor.
Viro wiedział, że takie zawiadamianie o swojej obecności przyciągnie uwagę nie tylko poddanych, którzy go szukają, lecz może również sprowadzić na niego kłopoty w postaci Oddziałów Niebios, ale nie przejmował się tym.
Poprawił rozwiane kruczoczarne włosy tak, aby odsłoniły jego błękitne oczy, po czym skierował się w stronę lasu.
Przy najbliższym drzewie czekał na niego Der. Smoczysko ruszyło się niespokojnie, lecz gdy ujrzało księcia uśmiechnęło się pokazując pełen asortyment ostrych zębów. Ceglastoczerwone łuski odbijały promienie słoneczne, nadając stworzeniu heraldyczny wygląd. Bestia zamachała nietoperzymi skrzydłami w przyjacielskim geście.
Viro podszedł do niego i dotkną dłonią jego lewego skrzydła, by sprawdzić, czy już się do końca zrosło. Smok otworzył paszczę i ziewną przeciągle.
- Jak sie czujesz Der?
Bywało lepiej, ale da sie wyżyć – odpowiedział smok.
Chłopak uśmiechnął się i przybrał wesołą minę.
- Kto cię z zamku wypuścił, co staruszku?
Jestem smokiem. Mogę wychodzić, kiedy mi sie żywnie podoba.. Poza tym przyleciałem po ciebie Viro. I nie nazywaj mnie staruszkiem – odparł smok, gdy chłopak wdrapywał sie na jego grzbiet.
- Ashka cię przysłała prawda?
Może tak, może nie...
- Smoku! – Krzyknął chłopak. – Jestem twoim księciem i panem i powinieneś odpowiadać na moje pytanie precyzyjnie! Inaczej zabronię cię karmić!
Powoli wznosili się w powietrze. Der, coraz mocniej machając skrzydłami, uniósł ich ponad korony drzew.
Och, mój panie! – Powiedział ze zgryźliwością smok. – Wybacz mi o wielki! Ja biedny smok – na którego grzbiecie szybujesz trzydzieści metrów nad ziemią i który może cię w każdej chwili zrzucić – błagam cię o wybaczenie... To nie Ashka mnie wysłała, lecz twój brat, król Zebek. Wybacz mi i daj jeść!
Viro, który wcześniej śmiał sie z monologu Dera nagle spoważniał. Już od trzech tygodni nie rozmawiał z bratem, co w sumie było po jego myśli.. W dalszym ciągu nie mógł oswoić się z myślą, że jego ojciec miał jeszcze jednego syna z inna kobietą. I to jeszcze w tym świecie. Co prawda wiedział o tym już od paru dobrych miesięcy, ale dalej nie lubił swojego ,,braciszka”.
A poza tym był królem. Królem, którego nienawidził.
Nie śpij księże. Jesteśmy już nad Jeziorem.
- Nie śpię... – Odpowiedział chłopiec.
Viro uśmiechnął się i spojrzał na przejrzystą taflę Jeziora Burz. Ryby i inne wodne stworzenia spokojnie pływały w wodzie. Niektóre sylfy wychylały głowę ponad taflę i machały do swojego księcia płetwiastymi dłońmi.
Powoli było widać zarysy Cytadeli Smoków. Wysokie wierze były widoczne na niebie już od paru lat, gdy dziadek Vira – król Eland – kazał je wybudować. Na każdej z nich powiewała czerwona flaga z wyobrażonym nań smokiem. Był to znak Rodu Smoków.
Ale nie był to jedyny ród w Królestwie Bestii.
Lecz opowiem o tym innym razem...

Po kwadransie lotu w końcu dotarli do zamku. Delikatnie wylądowali na dziedzińcu, który był całkowicie opustoszały. Nawet psy nie biegały między wozami.
Viro zszedł ze smoka i pożegnał sie z nim. W końcu każdy musi mieć trochę swobody. Powoli ruszył w stronę sali balowej, w której zazwyczaj przesiadywał Zebek. Wchodząc po schodach i idąc w głąb korytarzy nie spotkał żywej duszy. Nawet myszy nie piszczały w norach. Coś było nie tak.
Sala balowa była dość dużym pomieszczeniem oświetlonym przestronnymi oknami wychodzącymi na odległe o kilometr Jezioro Burz. Przez środek pomieszczenia przeciągnięto czerwony materiał obszyty na bokach złotą nicią. Na końcu Sali, przy samej ścianie stał dość durzy fotel, na którym zawsze siedział król. Był on wyrzeźbiony z dębowego drewna w wyobrażenia smoków. Zazwyczaj stały tu jeszcze podłużne stoły i ławy przykryte złotoczerwonymi materiałami, ale ktoś je uprzątną.
- Gdzie są wszyscy?! – Zapytał się sam siebie patrząc w okno Viro.
I właśnie to uratowało mu życie.
W ostatniej chwili uskoczył przed wielką ognistą kulą, która leciała w jego kierunku. Spadając uraził sie w złamaną rękę, a ból na chwilę przysłonił mu wzrok. Szybko wstał i spojrzał na pogorzeliska. Większa część ściany z oknami była w gruzach a palący si dywan zwijał się i czerniał. Viro spojrzał ponad ogniem i oniemiał. Jego brat na wielkim czarnym smoku szybował w powietrzu. Bestia i jej właściciel patrzyli na chłopca żądnym mordu wzrokiem. Smok otworzył paszczę i powiedział coś do Zebeka, po czym on złapał go za jeden z długich czarnych rogów i zeskoczył na czarną łapę. Uśmiechną się i krzykną:
- Aeso maso!
Z jego wyciągniętych uprzednio rąk wystrzeliła ogromna ognista kula, podobna do tej, która zniszczyła mur. Viro uskoczył za fotel. Tym razem jednak jego peleryna zaczęła się palić, więc szybko ją z siebie zrzucił.
- Czego ty ode mnie chcesz?! – Wykrzyczał chłopak.
- Czego chcę? – Spytał, śmiejąc się, Zebek. – Twojej śmierci głupcze! Myślisz, że tylko ty nie lubisz swojego brata?
Viro szybko wychylił się zza fotela i celując zdrową ręka w brata wykrzyczał:
- Flamus okto!
Powietrze wokół króla zmieniło się w jarzący się ogień, lecz Zebek odskoczył i ogniste obręcze zamknęły się i wróciły do postaci powietrza. Viro kątem oka spojrzał przez dziurę w murze i aż oniemiał z wrażenia. Jego jeszcze mały smok Der walczył z olbrzymim smokiem króla. Ogniste promienie przecinały powietrze a ich siła podgrzewała powietrze do tego stopnia, że falowało.
- Infernus! – Krzykną Zebek.
Gdyby nie szybki refleks, Viro na pewno by zginą. W ostatniej chwili odsuną się od miejsca, w które celował król. Owy skrawek podłogi zajął sie krwistoczerwonym ogniem i zapadł sie tworząc dziurę.
Zebek znów celował w brata i już miał krzyczeć formułę Wywołania, gdy do Sali wleciał Der. Machnięciem skrzydeł przewrócił króla, który jednak szybko otrząsną się i wstał. Smok szybko podleciał do chłopca, złapał go przednimi łapami pod ręce i wyleciał z nim przez otwór w ścianie.
Czarny smok chciał za nimi polecieć, lecz król zatrzymał go, po czym wskoczył na niego i krzykną:
- Uciekaj póki możesz braciszku! Lecz pamiętaj, że przy najbliższym spotkaniu dokonasz swego żywota!

Lecieli szybko między chmurami. Delikatnie wyładowanie elektryczne muskały skrzydła Dera, lecz on sie nimi nie przejmował. Pod nimi był Wielki Las, jedyna rzecz pamiętająca Dawne Czasy, gdy wszystkie Rody były w zgodzie. Gdy wszystkie bestie mieszkały na wolności... Gdy ludzie byli dobrzy.
- Dziękuje przyjacielu.
Nie musisz mi dziękować. Jesteś moim panem Viro.
- Tak to prawda – zgodził się chłopiec. – Ale przede wszystkim jesteś moim przyjacielem, za którego oddałbym życie... A tak w ogóle to może zlecimy na dół, co?
Coś się stało? – Zdziwił się smok.
- Nie, że ja narzekam, ale rąk już nie czuje, a gdy ma się skręconą rękę, to nie jest przyjemne uczucię.
I oboje zaczęli się śmieć. Tyle, że smoczy śmiech przypominał raczej gardłowe charczenie. Nie przeszkadzało im to jednak.
To gdzie lecimy przyjacielu? – Spytał smok.
- Może Ku’ Ra jest w domu?
Smok uśmiechnął się i ogonem przerzucił sobie chłopca na grzbiet. I tak polecieli w stronę powoli zachodzącego słońca, by szukać przygód i starych przyjaciół.




Autor: Mateusz Psiuk

Data:

 13. 05. 2008

Podpis:

 Mateusz "Khan" Psiuk

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=45356

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl