DRUKUJ

 

Klan zamieci (część I)

Publikacja:

 08-09-07

Autor:

 Beata
Część I



Stuk, stuk, stuk.
Odgłos kroków zakłócił ciszę nocy.
Delikatna postać przemknęła przez długi, oświetlony paroma kagankami korytarz i przystanęła na szczycie schodów. Poniżej czerniły się niewielkie, wąskie drzwiczki, przez szpary przenikało mroźne powietrze.
Dziewczyna obejrzała się, zasłuchała w ciszę. W dali, na parterze wiekowego dworu, zgrzytnęły zawiasy wrót. To było niczym znak. Bez wahania uniosła szklane wieczko kaganka i zdmuchnęła płomień. Po omacku zeszła po schodkach. Najciszej jak tylko mogła, otworzyła drzwi i wymknęła się na krużganek. Owionął ją lodowaty wiatr, więc otuliła się mocniej płaszczem. Ruszyła ku przeciwległej ścianie budynku. Omijała bogato dekorowane kolumny i łuki, muskała przysypany śniegiem murek. Gdy tylko znalazła się po drugiej stronie krużganka, schowała się za rogiem i przysiadła na parapecie oszklonego kolorową mozaiką okna. Pokrywający wewnętrzny dziedziniec śnieg i odbijający się w nim blask księżyca sprawiały, że noc była wyjątkowo jasna. Wokoło wirowały puszyste płatki.
Nie ruszała się z miejsca. Wcisnęła dłonie w rękawy płaszcza, opatuliła grubym materiałem i czekała. Porywy wiatru przenikały ją do szpiku kości, kamienne ściany potęgowały wrażenie odrętwienia. W zakamarkach krużganka czaiły się tajemnicze, groźne cienie, rozciągnięte poniżej budynki gospodarcze sprawiały wrażenie wyludnionych. Tylko w oddali, za murami otaczającymi dwór, połyskiwało niewielkie skupisko światełek. Jedna z wiosek układała się do snu.
Dziewczyna przyglądała się lśniącym punkcikom. Nagle oderwała wzrok od horyzontu, cofnęła się i przylgnęła plecami do zimnego szkła. Instynktownie wyczuła, że ktoś zszedł po stopniach i przystanął za drzwiami.
Rozległ się stłumiony szczęk zamka. Pchnięte skrzydło otworzyło się na oścież i na progu pojawił się wysoki chłopak. Mocny powiew wiatru targnął jego ciemną czupryną, wirujący śnieg uderzył w twarz. Młodzian odgarnął grzywkę z czoła.
– Kari? – szepnął i zaraz obejrzał się, przestraszony, czy jego słowa nie dotarły do kogoś niepowołanego. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi.
Dziewczyna obserwowała go z ukrycia. Nie ruszała się, nie odzywała. Za nic nie chciała zdradzić swojej obecności.
Chłopak ruszył przed siebie. Ominął kilka filarów i odwrócił się twarzą do dziedzińca. Oparł ramiona na murku, wbił wzrok w biały puch. Od czasu do czasu zerkał na masywne drzwi. Kiedy z ciemnogranatowego nieba sypnęła gęsta zadymka, skulił się i pospiesznie postawił kołnierz koszuli. Mrużył oczy w ochronie przed natarczywym śniegiem, rozcierał zmarznięte dłonie. Nagle wyprostował się, cofnął w głąb wąskiego korytarza i syknął coś pod nosem.
Po ustach dziewczyny przemknął triumfujący uśmieszek. Bezszelestnie wysunęła się ze swojego kąta. Czając się, ominęła kolumny krużganka i podeszła do bruneta. To, że stał zwrócony do niej plecami i wpatrywał się w drzwi, tylko ułatwiało jej sprawę. Zakryła dłońmi oczy chłopaka.
Uwolnił się gwałtownym ruchem i przestraszony, obejrzał się za siebie.
– Kari… nie rób tak więcej – odetchnął z ulgą.
Dziewczyna uniosła wyżej głowę.
– Mój ojciec nie byłby zadowolony, gdyby zobaczył, jak łatwo dałeś się podejść. Czy tak powinien reagować dzielny pomocnik pana Ardena? – uśmiechnęła się ironicznie.
– Podeszłaś cicho jak kot. Zaskoczyłaś mnie – chciał ją objąć, lecz Kari odsunęła się o krok.
– Kazałeś mi na siebie czekać. Uważasz, że to w porządku?
Skruszony, opuścił ramiona.
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że będziesz z drugiej strony krużganka. Myślałem, że umówiliśmy się tutaj… widocznie coś źle zrozumiałem.
– Widocznie – ucięła krótko.
Chłopak spuścił głowę. Przejmował się każdym jej krzywym spojrzeniem, każdą wypowiedzianą pretensją. Znajdował się całkowicie w jej mocy.
Uśmiechnęła się z nieporadnie skrywaną wyniosłością.
– Trudno, mogłeś się pomylić. Najważniejsze, że przyszedłeś.
– Przecież obiecałem. Poza tym – odważył się pogładzić ją po policzku – jeśli chodzi o spotkania z tobą, to niczego się nie boję. Nawet tego, co by zrobił ze mną twój ojciec, gdyby się dowiedział, że się z tobą spotykam.
Nakryła jego dłoń. Wyczuła pod opuszkami palców lodowatą, szorstką skórę. Był przemarznięty. Nie miał ze sobą kożucha ani dodatkowej koszuli. Widocznie tak się spieszył, by dotrzeć tu na czas, że po służbie nawet nie zaszedł do baraków. Zaciągnęła się mroźnym powietrzem. Miała rację, wciąż czuć było od niego ostry zapach koni.
Uśmiechnął się, gdy przylgnęła do niego. Objął ją, wtulił twarz w miękkie, przyprószone śniegiem włosy. Cieszył się bijącym od niej ciepłem. Tym, że była przy nim, że już nie miała do niego żadnych pretensji.
– Cały drżysz.
– To przez ciebie – zaśmiał się cicho.
– Przeze mnie? – zapytała przekornie. – A może przez twoją nieroztropność? Kto biega po nocy w samej koszuli?
– Dopiero co wróciłem z rekonesansu. Twój ojciec podejrzewa, że po okolicy buszują jacyś obcy. Paru z nas miało to sprawdzić i zobaczyć, czy nie trafimy na jakieś podejrzane ślady. Dojechaliśmy aż do wschodnich wiosek. Powrót zajął nam sporo czasu. Wszystko przez tą paskudną śnieżycę – skinął głową w stronę nieba. – Wpadłem do stajni, zrzuciłem z siebie cuchnący kożuch i przybiegłem prosto do ciebie. Nie chciałem się spóźnić, ani tego zawalić… ale i tak mi się nie udało – zachichotał.
Kari odpowiedziała stonowanym uśmiechem. Jednak Ellan poruszył w niej falę czułości. Uniosła rękę, odgarnęła powiewającą na wietrze grzywkę chłopaka. Czoło było przerażająco zimne. On się naprawdę dla niej poświęcał. Na każdym kroku udowadniał, jak wiele dla niego znaczyła. Czuła się z tym wspaniale.
– Nieważne, że się spóźniłeś. I tak bym na ciebie czekała. Chciałam cię zobaczyć.
– Ja ciebie też. Przez cały dzień nie myślałem o niczym innym – przez dłuższy moment wpatrywał się w twarz dziewczyny, po czym powoli, delikatnie, pochylił się nad nią i musnął ustami jej usta. Odsunął się nieco, przygryzł na moment dolną wargę. – Kari, wiesz, że… że jesteś dla mnie bardzo ważna?
Kari domyślała się, ile to zwierzenie musiało go kosztować. Był wyraźnie zażenowany, zerkał w bok, na dziedziniec, jakby nie mógł wytrzymać jej spojrzenia. Po raz pierwszy całkowicie się odsłonił i zapewne nie wiedział, jak zostanie potraktowany. Bał się i był w tym strachu rozbrajająco uroczy. Zadowolona, przylgnęła do niego.
– Wiesz, czego mi brakuje? Normalnych spotkań. Żebyśmy nie musieli się tak ukrywać. Momentami czuję się jak przestępca.
Kari przeklęła w duchu. Normalne spotkania? Tak, jasne! I co jeszcze? Może oficjalne narzeczeństwo, ślub z błogosławieństwem jej ojca?!
Wzburzona własną myślą, odsunęła się od Ellana, przycupnęła na jednym z parapetów i zapatrzyła się w niebo. Zadymka traciła na mocy, ciężkie chmury sypały coraz drobniejszymi płatkami śniegu. Także wiatr zdawał się ustawać.
Chłopak przysiadł tuż obok niej. Czuła, jak nieśmiało założył rękę za jej plecy. Nie poruszyła się.
– Ten rekonesans, o którym mówiłeś… znaleźliście coś? – mruknęła, by tylko przerwać ciszę.
– Nic. Żadnych śladów. Przynajmniej nie w pobliżu uczęszczanych szlaków. Jutro mamy poszukać w okolicznych lasach.
– Mój ojciec nie ma dla was litości. Wysyła was na zwiady w tak paskudną pogodę!
– Twój ojciec chce, żebyśmy sami podejmowali decyzje i robili, co do nas należy – wcisnął zmarznięte dłonie pod pachy. Nie chciał tego okazać, lecz coraz bardziej drżał z zimna. Do tego zaczęła ogarniać go ogromna senność. Całodzienna tułaczka na końskim grzbiecie odzywała się w nim coraz wyraźniejszym echem. A jednak nie mógł jeszcze odejść. Nie on decydował, kiedy spotkanie zostanie zakończone. To Kari zawsze dawała sygnał do rozejścia się. Musiał czekać. Potarł zmęczone powieki i znów zapatrzył się w zasypany śniegiem dziedziniec.
Siedzieli w ciemności, ukryci pod dachem krużganka, ramię przy ramieniu. Rozmawiali, chichotali, co chwilę patrzyli sobie w oczy. Księżyc przebijał się przez coraz rzadszą warstwę chmur i oświetlał ich mdłym światłem. Nie słyszeli niczego poza hulającym wiatrem.
Nagle oboje umilkli. Wstali i bez słowa zapatrzyli się w drzwi prowadzące do ich kryjówki. Ktoś się zbliżał. Czyjeś kroki stuknęły na schodach.
Kari wyczekiwała niespodziewanego gościa z gwałtownym biciem serca. Nie miała powodów do obaw, nie robiła nic, za co mogłaby zostać ukarana, lecz nie chciała też, by ktokolwiek dowiedział się o jej schadzkach ze zwykłym chłopakiem z baraków. Zerknęła kątem oka na Ellana. Stał tuż obok, blady i przerażony. Gdy zamarznięte zawiasy zgrzytnęły, drgnął, jakby miał zamiar rzucić się do biegu, lecz ostatecznie tylko cofnął się o krok. Zapewne zrozumiał, że ucieczka nie ma najmniejszego sensu. Pojął też, że romantyczne podchody zmieniały się właśnie w coś poważniejszego. Za długo igrał z losem. Usłyszała, że z trudem przełknął ślinę. Gdy ich dłonie musnęły się przez przypadek, instynktownie cofnęła rękę. Gorączkowo wymyślała jakąś wiarygodną wymówkę.
Z ciemności wyłoniła się młoda kobieta. Jedną ręką ściskała na piersi brzegi brązowego szala, w drugiej niosła kaganek. Łopoczący na wietrze płomyk oświetlał jej zaciętą twarz, rzucał cień na groźnie zmarszczone brwi. Przez chwilę stała w bezruchu i tylko przenikała ich wzrokiem, po czym zbliżyła się zdecydowanie. Chwyciła Ellana za ramię, odciągnęła od dziewczyny.
– Wracaj do baraków! – syknęła.
Wyszarpnął się szybkim ruchem.
– Sam wiem, co mam robić.
– Nie wydaje mi się. Jak długo masz zamiar pakować się w kłopoty?!
– Andri, wiem, że się o mnie martwisz, ale…
– Wracaj do baraków, powiedziałam!
Zacisnął usta, zły, że jest w ten sposób traktowany w obecności Kari. Chciał się odezwać, lecz jedno spojrzenie kobiety zatamowało niewypowiedziane słowa. Rozkazywała mu natychmiast stąd zniknąć. Wiedział, że z nią nie wygra. Nigdy nie wygrywał. Odetchnął cicho i niechętnie odwrócił się w stronę Kari. Ujął ją za rękę, rozciągnął usta w wymuszonym uśmiechu.
– Jeśli tylko będziesz znowu chciała…
– Ellan, nie przeciągaj struny. Jeszcze chwila i sama doniosę jej ojcu o waszej idiotycznej zabawie!
Chłopak odwrócił się gwałtownie.
– To nie jest zabawa! – obdarzył kobietę złowrogim spojrzeniem i ruszył zdecydowanie ku niedomkniętym drzwiom. Szarpnął za klamkę. Po chwili rozładował złość, trzaskając mocno skrzydłem. Cichy huk wzniósł się ku niebu.
Kobieta nie przestawała wpatrywać się w twarz Kari. Dziewczyna znała ją na tyle dobrze, by wiedziała, że opiekunka z trudem hamowała złość.
– Znowu to robisz.
– Co takiego?
– Narażasz go.
– Do niczego go nie zmuszam. Sam do mnie przychodzi – wydęła pogardliwie wargi.
– Przychodzi, bo wmówiłaś mu, że się w nim zakochałaś! Ten dzieciak stracił dla ciebie głowę, a ty to wykorzystujesz!
Kari wyprostowała się, wbiła wzrok w oczy Andri.
– Skąd wiesz, że go wykorzystuję? Tak ciężko uwierzyć, że coś do niego czuję? – szepnęła ze wzburzeniem.
– Nie żartuj! Uwierzyłabym każdej innej dziewczynie z dworu, ale nie tobie. Za dobrze cię znam – opiekunka nachyliła się nieco, zacisnęła dłoń na jej ramieniu. – Zostaw w spokoju mojego brata, rozumiesz? Zabawiłaś się jego kosztem, ale teraz dość. Spotkaj się z nim jeszcze raz, a sama coś z tym zrobię!
Nic nie możesz zrobić, prychnęła Kari w myśli. Wyszarpnęła ramię. Miała dość nocnej eskapady, więc bez słowa ominęła kobietę i ruszyła do budynku. Po chwili znów znalazła się w kamiennym korytarzu. Szła przed siebie równym krokiem, omijała ciemne plamy drzwi i sporadycznie rozstawione kaganki. Wyczuwała, że Andri podąża za nią, lecz nie obejrzała się. Uparcie milczała. Nie miała jej nic do powiedzenia.
Po paru minutach znalazła się w swojej komnacie. Zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie. Usłyszała, że opiekunka także weszła do zajmowanego pokoiku na końcu korytarza. Była tak zdenerwowana, że nawet nie zaproponowała podopiecznej pomocy w przygotowaniu się do snu. Nie poprawiła pościeli, nie zaparzyła wody, nie rozczesała długich, falujących włosów. Tym razem Kari wcale za tym nie tęskniła. Miała jej dość.
Zacisnęła na moment powieki i odetchnęła pełną piersią. Starała się uspokoić, lecz nie przychodziło jej to z łatwością. Że też opiekunka musiała wszystko zepsuć! Spłoszyła Ellana, i to w chwili, gdy wszystko tak dobrze szło! Poza tym, jak mogła wygadywać podobne głupstwa? Za kogo ją miała? Za najokrutniejszą jędzę w całym dworze? Przecież inne dziewczyny też flirtowały z chłopakami i wmawiały im to, co ci chcieli usłyszeć! Lubiły czuć się szczególne, czasami naginały fakty, nawet kłamały… dlaczego ona miała być tą najgorszą? Tylko dlatego, że upatrzyła sobie jej brata? Naprawdę do niczego go nie zmuszała. Chłopak sam lgnął do niej niczym ćma do ognia!
Otworzyła oczy i rozejrzała się po przestronnej komnacie. Blask płonącego kominka mieszał się z wpadającą przez okno, księżycową smugą. Nakryte grubą pierzyną łóżko z baldachimem zdawało się być wyjątkowo ciepłe i wprost zachęcało do snu. Na stoliku leżała niedbale porzucona, otwarta księga.
Kari zdjęła płaszcz i podeszła do kominka. Przez pewien czas grzała dłonie nad ogniem, zapatrzona w krwistoczerwone szczapy drewna. Myślała o minionym spotkaniu. O ciemności, śniegu, głębokim głosie Ellana, jego brązowych oczach, chłodzie skóry. O tym, jak dobrze się przy nim czuła. I o słowach Andri.
Potrząsnęła głową i wyprostowała się gwałtownie. Jej wzrok padł na wiszące naprzeciw lustro. Ze szklanej tafli patrzyła na nią młoda, bardzo ładna dziewczyna. Płomienie rozświetlały gładką twarz o delikatnych, niemal dziecinnych rysach. Na zaczerwienione od mrozu policzki opadało parę brązowych kosmyków. Ciemnoszare oczy zdawały się lśnić tysiącami maleńkich iskier. A usta… Dotknęła palcem dolnej wargi i uśmiechnęła się szeroko. W końcu poczuła pocałunek chłopaka. Nie było tak, jak sobie wyobrażała, jednak czego mogła się spodziewać? Ellan nie był wymarzonym partnerem, z kimś innym na pewno poszłoby lepiej. O niebo lepiej. Byłoby tak wspaniale, że serce wyrywałoby się z piersi, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Zupełnie jak w tych cudownych historiach miłosnych, którymi wypełniona była biblioteka jej matki.
Odwróciła się i rzuciła na łoże. Podskoczyła na nim parę razy, dając upust rozpierającej ją radości, po czym, już nieco uspokojona, usiadła i zdjęła suknię. Wsunęła się pod puchatą kołdrę i zacisnęła powieki. Delikatne trzaskanie ognia i rozkoszne ciepło sprawiły, że natychmiast zasnęła.


* * *


– Odwróć się.
Kari wykonała polecenie. Usadowiła się wygodniej na krześle i dumnym gestem odrzuciła włosy na plecy. Wbiła wzrok w rozświetlone słońcem okno. Dolną część szyby zdobiły splątane, połyskujące lodowe liście.
Andri stała za nią i zdecydowanymi ruchami rozczesywała jej długie, falujące włosy. Nie okazywała podopiecznej dawnego ciepła, zanurzała szczotkę w kasztanowych pasmach mocniej, niż to było konieczne, a z jej ust wypływały wyłącznie krótkie polecenia. Sytuacja w komnacie była napięta. Kari wiedziała, że kobieta nadal ma do niej żal o minioną noc. Uważała to za śmieszne. Nie czuła się ani trochę winna. W końcu Ellan nie był dzieckiem. Wiedział, co mu groziło za spotykanie się z córką zwierzchnika, a jednak podejmował ryzyko. Najwidoczniej uważał, że jest tego warta. Obdarzał ją bezgranicznym uwielbieniem, był taki rozczulający, gdy mówił o swoich uczuciach i gdy na każdym kroku starał się okazać, jak wiele dla niego znaczy.
Ostatnia myśl sprawiła, że na twarzy dziewczyny pojawił się szeroki uśmiech. Na szczęście Andri go nie dostrzegła. Nadal pracowała w ciszy i skupieniu. Nagle pociągnęła zbyt mocno i Kari zmarszczyła brwi.
– Uważaj.
– Przepraszam.
Zabarwiona złośliwością uwaga i równie odpychająca odpowiedź. Bez cienia skruchy czy żalu. Kari doskonale wiedziała, dlaczego rozmowa przyjęła tak nieprzyjemny ton. To była oczywista kara. Kara, która miała trwać całe dnie, tygodnie, miesiące… tak długo, aż ona nie ocknie się i nie pojmie, jak bardzo krzywdzi naiwnego chłopaka.
Zacisnęła zęby. Nie, ona nie wyrządzała mu żadnej krzywdy. Uszczęśliwiała go, tak jak on uszczęśliwiał ją. Chciał się z nią widywać, więc nie odmawiała mu tego. Dzięki spotkaniom sama czuła się wspaniale. Powoli odkrywała nieznany, pociągający świat. Andri była nadopiekuńczą siostrą, która chciała wszystko zniszczyć.
Wyprostowała się gwałtownie.
– Zapleć warkocz.
Opiekunka odłożyła szczotkę na stolik. Po chwili jej palce zaczęły tworzyć ciasne sploty.
Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Kari patrzyła przed siebie. Pragnęła, by Andri jak najszybciej opuściła komnatę. To milczenie zaczęło ją męczyć. Wolała zostać sama, niż odczuwać niemy wyrzut kobiety. Zasłuchała się w odgłosy dobiegające z zasypanego śniegiem dziedzińca. Na zewnątrz panowało spore poruszenie. Końskie podkowy stukały o zamarznięty bruk, jeźdźcy dyskutowali o czymś z ożywieniem. Rozległ się krótki krzyk i po chwili głośny tętent odbił się od ścian dworu. Kari nie musiała wyglądać przez okno, by wiedzieć, że kilkunastu pomocników jej ojca wypadło przez bramę na spowity bielą bezkres. Zapewne znów ruszyli na poszukiwanie obcych, o których wspomniał wczoraj Ellan.
Andri skończyła zaplatać warkocz i puściła go luźno na plecy podopiecznej. Kari wstała, podeszła do lustra i spojrzała krytycznie na własne odbicie. Chociaż robota opiekunki była nieznośnie wprost precyzyjna, dziewczyna celowo znalazła wyimaginowaną niedokładność i musnęła demonstracyjnie parę kosmyków. Przeniosła wzrok na odbijającą się w tafli sylwetkę Andri. Kobieta wyprostowała się, wygładziła suknię. Ich spojrzenia spotkały się, lecz w oczach żadnej nie pojawił się cień skruchy czy chęci zapomnienia o sporze. Obie uparcie trzymały się swoich racji.
– Czy chcesz, bym coś jeszcze zrobiła? – zapytała Andri chłodnym tonem.
Tak, pomyślała Kari. Przestań wtrącać się do mojego życia.
– Nie. Możesz odejść.
Opiekunka bez słowa opuściła komnatę.
Dziewczyna zerknęła ostatni raz w lustro, obróciła głowę. Nie, nie miała się do czego przyczepić. Andri przyozdobiła ją piękną fryzurą.
Wyszła z pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Przemaszerowała przez korytarz, zeszła po wąskich, krętych schodach i skierowała się do pomieszczeń zajmowanych przez rodziców. Ominęła drzwi sypialni, nawet nie zaglądając do środka. To niemożliwe, by o tej porze wciąż spali. Po chwili znalazła się w długim, mrocznym holu. Uniosła wzrok. Tuż przed nią, w równym rzędzie, ciągnęły się portrety jej przodków. Dumni, wąsaci mężczyźni, sztucznie uśmiechnięte kobiety. Wszyscy spoglądali na nią z powagą i surowością, jakby nie byli zadowoleni z tego, co widzieli i dziwili się, na kogo wyrosła mijająca ich dziewczyna. Wykrzywiła się złośliwie do podobizny ostatniego antenata. Myśl sobie, co chcesz, prychnęła w duchu. Robię, co mi się podoba. A dla ciebie jest o sto lat za późno, by krytykować moje zachowanie.
Rozbawiona własną myślą, weszła do salonu z szerokim uśmiechem przyklejonym do ust. Siedzący na kanapie mężczyzna uniósł głowę i zerknął na nią z uwagą, po czym wrócił do studiowania rozłożonych wokoło dokumentów. Pochylony nad zwojami, z zamyśleniem skubał krótką, zadbaną brodę.
Kari zbliżyła się do srebrnej tacy i sięgnęła po jabłko.
– Zjedz śniadanie – dobiegło do niej ponure burknięcie.
– Nie jestem głodna.
– Niemożliwe.
Zachichotała. Musnęła palcami zakrywającą stół koronkową serwetę i wyjrzała przez okno. Słońce zniknęło. Nad okolicą zbierały się gęste chmury, przenikliwy wiatr wdzierał się do salonu i poruszał delikatnie kotarą. Docisnęła drewniane skrzydło. Miała wrażenie, że w przestronnym salonie natychmiast zrobiło się gorąco.
– Podaj mi mapę.
Zerknęła na ojca. Wskazał niedbałym gestem na potężną szafę. Tłumiąc westchnienie, przeszła przez pokój i pogrzebała chwilę wśród masy papierów. Akta, umowy, finansowe kolumny… w końcu znalazła rulon, na wierzchu którego widoczne były łukowate linie i parę drobnych, pochyłych liter. Bez słowa podała papier ojcu i przysiadła na kanapie. Obserwowała, jak rozwija szkic. Sięgnął po pióro i zdecydowanie zakreślił okrąg wokół miniaturki przedstawiającej dwór. Poniżej widniało wykaligrafowane słowo Gråbein. Uśmiechnęła się krzywo. Cudowna nazwa. Z biegiem wieków i tak zredukowana do minimum, nadal sprawiała problemy obcym oraz tutejszym chłopom. Dla nich dwór był po prostu Dworem. Albo Miejscem, W Którym Mieszka I Rządzi Surowy Pan Arden. I w tej właśnie chwili pan z Gråbein skreślił szybkim, zamaszystym ruchem jedną z wiosek. Przesunął dłoń odrobinę w dół i na mapie pojawił się kolejny krzyżyk.
Zaintrygowana dziewczyna przysunęła się bliżej ojcowskiego ramienia.
– Co się stało z tymi wioskami? – zapytała, nie odrywając spojrzenia od nakreślonych znaków.
– Niech cię to nie interesuje. Zajmij się swoimi sprawami.
– Słyszałam, że po okolicy krążą jacyś obcy. To ma związek z nimi?
Zmarszczył brwi.
– Kto ci powiedział o obcych?
Odsunęła się, spłoszona.
– Coś tam przypadkiem usłyszałam… – mruknęła wymijająco. Szlag! Omal się nie zdradziła.
Zachowała bezpieczną odległość, jakby to miało uchronić ją przed wyłuskaniem prawdy z jej umysłu. Zerkała dyskretnie na zamyślonego, zdenerwowanego ojca. Po salonie roznosił się cichy stukot pióra o papier, na mapie pojawiało się coraz więcej czarnych kropek.
Zjadła w ciszy jabłko i uniosła się z kanapy. Nie działo się nic interesującego, więc powoli skierowała się do wyjścia. Na progu salonu minęła się z matką. Dumna kobieta powitała ją krótkim skinieniem, lecz nie odezwała się ani słowem. Kari przystanęła w progu. Niepewna, odwróciła się. Matka usiadła do stolika, przysunęła do siebie kilka stronic czystego papieru i zaczęła pisać. Kreśliła słowa szybko, bez cienia wahania. Dopiero po dłuższej chwili przerwała przelewanie myśli na papier i zapatrzyła się w przestrzeń. Dziewczyna obserwowała jej profil. Jasna, niemal biała cera w zestawieniu z ciemnymi, związanymi w kok włosami kojarzyła się z chłodem i wyniosłością. Przesunęła wzrok na smukłe dłonie rodzicielki. One także były zimne. Czasami wręcz lodowate. Nie mogła sobie wyobrazić, że z dwóch ceremonialnych, zdobiących prawy nadgarstek blizn spływała niegdyś krew. A może podczas obrzędu zaślubin z żył matki popłynęła na wpół zamarznięta woda? Skrzywiła się nieznacznie. Nie, ojciec opowiadał jej kiedyś o ceremonii zaślubin. Wspomniał, że gdy kapłan odprawiający obrządek naznaczył ich nadgarstki symbolicznymi nacięciami i zetknął je razem, odczuł niezwykłe ciepło. A więc to musiała być prawdziwa krew. Z czasem pewnie ostygła…
Kari spojrzała przelotnie na własne nadgarstki i uśmiechnęła się szeroko. Gdy ona będzie brała ślub, z jej ran będzie buchało gorąco. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. I zadba o to, by krew jej męża była równie niespokojna. Nie wyjdzie za byle kogo.
Rozmarzona, ale i zadowolona, opuściła salon. Znów owionął ją ledwie wyczuwalny chłód holu. Przemaszerowała parę kroków i zatrzymała się, niepewna, co powinna teraz zrobić. Chciała koniecznie zabić ciągnący się czas. Mogłaby pójść do Andri. Porozmawiać, pośmiać się. Nie… nie po minionej nocy. Nie miała zamiaru znów wysłuchiwać moralizatorskiej gadki na temat Ellana. Najchętniej spotkałaby się z chłopakiem, na przekór opiekunce, lecz wiedziała, że nie było go w okolicy. Na pewno błąkał się po zaśnieżonej dziczy wraz z pozostałymi pomocnikami jej ojca. Szkoda.
Ruszyła dalej, nie mając wyznaczonego konkretnego celu. Znów śledziły ją przenikliwe oczy przodków. Do jej uszu docierały strzępki toczącej się za ścianą rozmowy. Wyraźnie wyczuwała poirytowanie rodziców, mogła też zrozumieć niektóre słowa. Trzy wywołały na niej szczególne wrażenie. Tak duże, że, ogarnięta nagłym lękiem, przyspieszyła kroku, chcąc jak najszybciej zniknąć z holu. Mimo pośpiechu echo podsłuchanych słów wryło się głęboko w jej umysł. Przez dłuższą chwilę nie mogła myśleć o niczym innym.
„Przeklęta banda duchów”.
Jakie znowu duchy?
Co ojciec miał na myśli?
I dlaczego był taki zdenerwowany?
„Przeklęta banda…”
Zacisnęła zęby i potrząsnęła głową, by odgonić natrętne myśli.
Dość tych bzdur.


* * *


To była cudowna księga. Duża, o szerokiej, twardej, skórzanej oprawie i złoconym grzebiecie. Wokół każdej ze stronic biegła dekoracja przypominająca splątaną winorośl, a litery wykaligrafowane granatowym atramentem naniósł chyba najzdolniejszy ze skrybów. Coś pięknego!
Kari leżała wygodnie rozciągnięta na łóżku i muskała palcami jasnobrązowe karty. Nigdy dotąd nie widziała czegoś równie wyjątkowego. Księga musiała liczyć sobie wiele lat, wskazywał na to styl jej wykonania, a jednak pozostawała w idealnym stanie. Kto by nie dbał o tak niezwykły i drogocenny przedmiot?
Dziewczyna uśmiechnęła się przebiegle. Postanowiła zatrzymać odkryty skarb w swoim pokoju. Była niemal pewna, że matka nie zauważy braku jednej książki. W końcu miała ich tyle… zresztą, nie trzymała jej na żadnym honorowym miejscu, lecz na dolnej półce, pod ścianą, więc z pewnością tom nie miał dla niej szczególnego znaczenia. Za to dla Kari był od tej chwili jedną z najwartościowszych i najukochańszych rzeczy.
Przewróciła kolejną stronę i znów wpadła w zachwyt. Tym razem nie mogła napatrzyć się na przepiękną ilustrację. Brodaty rycerz dosiadał stającego dęba konia, a w dali, na wzgórzu, zarysowywał się zamek z trzema wieżami. Artysta ilustrujący książkę oddał każdy szczegół w wyglądzie mężczyzny i zwierzęcia, mury zamku sprawiały wrażenie zbudowanych z prawdziwych cegieł. Także grzywa i ogon wierzchowca lśniły złotymi refleksami, jeździec zdawał się krzyczeć w przestrzeń bojowe słowa. Dziewczyna miała wrażenie, że obrazek zaraz ożyje, rumak wyskoczy z karty i zastuka podkowami o podłogę, a brodacz złoży na jej dłoni wytworny pocałunek.
Rozmarzona, przejrzała tom do końca. Chciała nacieszyć oczy ukrytymi cudami i dopiero wtedy zabrać się za lekturę. Gdyby postąpiła inaczej, za nic nie mogłaby się skupić na opowiadanej historii.
Położyła dłoń na skórzanej oprawie i wstała z łoża. Podeszła do okna, uniosła ręce ku górze i przeciągnęła się z całej siły. Była rozleniwiona ciepłem bijącym z kominka i powoli ciągnącym się wieczorem. Chociaż całkiem niedawno zjadła obfity obiad, nie mogła doczekać się kolacji. Wówczas ojciec oderwie się od dokumentów, matka opuści komnaty i we trójkę usiądą do stołu. Kolejnych kilkanaście minut spędzą w swoim towarzystwie, próbując nawiązać mniej lub bardziej udaną rozmowę. Ale będą razem. I noc szybciej nadejdzie.
Kari opuściła ramiona i zmarszczyła brwi. Niestety, nawet teraz czas nie chciał jej sprzyjać. Słońce ani myślało chować się za horyzontem. Wisiało nad lasem, zakryte rzadkimi chmurami, przypominające niewyraźną, rozmytą kulę.
Spuściła nieco wzrok i odetchnęła cicho. Biel. Wszędzie biel. Widziała tylko biały śnieg przykrywający pola, łąki i trakt, lepiący się do gałęzi drzew. Nawet dachy budynków sprawiały wrażenie uginających się pod ciężarem zmrożonej warstwy puchu.
Odetchnęła głęboko. Nie tylko noc powinna nadejść jak najszybciej. Wiosna także.
Już chciała odsunąć się od okna i zabrać za czytanie księgi, gdy dostrzegła wypadającą z lasu grupkę jeźdźców. Chociaż byli daleko, natychmiast ich rozpoznała. Pomocnicy ojca wracali do dworu wcześniej, niż się spodziewała. W takim razie nadchodzący wieczór może nie być tak nudny, na jaki się zapowiadał. Wystarczy, by dała Ellanowi sygnał, a ten z pewnością stawi się w umówionym miejscu. Podbudowana tą myślą, oparła łokcie o parapet i obserwowała gnających przez pustkę mężczyzn. Było ich ośmiu, wszyscy ubrani w ciemne, chroniące ich przed mrozem kożuchy i futrzane czapy. Zbliżali się do dworu, zbici w gromadę, ciągnący za sobą kłęby opadającego śniegu. Przemknęli przez łąkę i wpadli na trakt. Jadący przodem jeździec ponaglił konia i wystrzelił ku bramie, zostawiając pozostałych w tyle. Po chwili podkute kopyta zadudniły na kamiennym dziedzińcu, ochrypły głos krzyknął, by zawołać pana Ardena.
Kari, głucha na podniesione głosy i echo kroków na schodach, przyglądała się nadjeżdżającej grupie. Zmarszczyła brwi. Pomocnicy jej ojca jechali kłusem i nie oglądali się za siebie. Pomiędzy silnymi sylwetkami wierzchowców pojawiały się raz po raz jasne przebłyski. Dwaj całkiem obcy mężczyźni starali się nadążyć za jeźdźcami, lecz mieli z tym ogromne problemy. Wyraźnie słaniali się na nogach i obijali o boki otaczających ich koni, przewracali. Gdy tylko przywiązane do ich nadgarstków sznury naprężały się, próbowali podbiec kawałek, co graniczyło z cudem.
Kiedy gromada przekroczyła bramę i przystanęła na środku dziedzińca, Kari przysunęła się bliżej okna. Patrzyła, jak pomocnicy jej ojca zeskakują z koni i przeganiają je do stajni mocnymi uderzeniami w zad. Zmęczone tułaczką zwierzęta poddały się rozkazowi i znikły pospiesznie za najbliższym zaułkiem. Kilku zainteresowanych zamieszaniem gapiów podeszło bliżej i zadało parę pytań, lecz zostali natychmiast przepędzeni. Plac powoli pustoszał, pozostali tylko stojący pod ścianą pomocnicy Ardena. Wśród nich dwaj zdyszani, skuleni obcy. Obaj płowowłosi, mający na sobie jasne, przerażająco cienkie jak na tę porę roku ubrania. Ich twarze i nadgarstki pokrywały czerwone plamy krwi. Młodszy z nich, najwyżej czternastoletni chłopak, sprawiał wrażenie wycieńczonego i śmiertelnie przestraszonego. Otoczony przez stłoczonych, barczystych mężczyzn, wyglądał niczym zaszczuty zając, z którego lada chwila zostanie ledwie futerko. Kari pomyślała nagle, że ten dzieciak przypomina jej Ellana. Ogarnęła wzrokiem gromadę. Niestety, chłopaka nie było na dziedzińcu. Zapewne nie wrócił jeszcze z wyprawy albo przyjechał wcześniej i teraz siedział w stajni albo w barakach. Jeśli tak, ich nocne spotkanie mogło zawisnąć na włosku. Jak miała się z nim skontaktować?
Drgnęła, gdy drzwi dworu trzasnęły donośnie. Otrząsnęła się z zadumy i zerknęła w dół. To Arden wymaszerował zdecydowanie na plac, podszedł do jednego ze swoich ludzi i rozpoczął rozmowę. Dziewczyna była bardzo ciekawa, o czym mówią, dlatego ostrożnie, by nie zostać dostrzeżoną, uchyliła okno. Jej palce natychmiast poraził przenikliwy ziąb. Cofnęła rękę i znów skupiła uwagę na zebranych poniżej mężczyznach. Ojciec odwrócił się i obrzucił spojrzeniem jasnowłosych jeńców. Podszedł do starszego, zatrzymał się tuż przed nim.
– Gdzie ich złapaliście? – zapytał mimochodem.
– W lesie, w pobliżu północnej wioski.
– Co z tą wioską?
Jeden z mężczyzn wzruszył niechętnie ramionami.
– Splądrowana, jak każda inna.
Arden zacisnął zęby.
– Byli sami?
– Nie. Było ich kilkunastu. Zaskoczyli nas.
– Pozbyliście się ich?
Mężczyźni poruszyli się niespokojnie. Żaden nie odważył się odpowiedzieć.
Ojciec Kari odwrócił się gwałtownie.
– Zmarnowaliście taką okazję? Pozwoliliście im uciec?!
– Mieli przewagę. Zabili paru naszych, ukradli konie. W nocy i tak byśmy ich nie znaleźli. Szybciej oni wyrżnęliby nas do nogi. Poza tym złapaliśmy tych dwóch. To i tak spory sukces, panie. Oni są jak zjawy…
W oczach Ardena błysnęły skry zdenerwowania. Znów spojrzał na więźniów.
– Przeklęta banda duchów – warknął, a Kari poczuła, że po jej plecach przebiega dreszcz. – Więc jednak nie umieją rozpłynąć się w powietrzu, jak im się pewnie wydaje. To zwykli włóczędzy.
– Włóczędzy, którzy od tygodni wodzą was za nos – młody, jasnowłosy mężczyzna zaśmiał się z trudem.
Arden zamachnął się. Uderzył krótko, ale mocno. Więzień spuścił głowę, na jego wardze pojawiła się czerwona szrama.
– Włóczędzy, których trupy lada dzień rozszarpią wilki. Już ja tego dopilnuję.
– Najpierw musisz nas wszystkich znaleźć – obcy uniósł obolałe dłonie i otarł usta o pokryty szronem sznur. Odetchnął, zimno przynosiło mu wyraźną ulgę.
Arden złapał chłopaka za włosy i pociągnął z całej siły. Blondyn syknął cicho, odrzucił głowę do tyłu i zacisnął kurczowo powieki.
– Ty mi w tym pomożesz. Ilu was jest?
– Nic ci…
– Gdzie jest wasza kryjówka?
– …nie powiem.
Brutalne szarpnięcie, stłumiony jęk.
– I co dalej zamierzacie?
Młodzieniec przygryzł dolną wargę. Mógł to być równie dobrze sygnał, że nie ma zamiaru niczego zdradzać, jak i próba stłumienia targającego nim bólu. Jego pierś poruszała się szybko, wydychał w niebo gęste kłęby pary. Po chwili uniósł powieki i spojrzał wprost w twarz prześladowcy. Błękitne oczy połyskiwały hardością oraz uporem. Arden przeklął w duchu. Puścił wzbudzającego w nim irytację chłystka i uśmiechnął się sztucznie do czternastolatka.
– A może ty mi coś powiesz?
– Ani się waż! – głos starszego zabrzmiał niczym trzaśnięcie biczem.
– Nie wtrącaj się.
– Nic od niego nie wyciągniesz! Rhin, ani słowa! Pamiętaj o zasadach!
Arden miał dość zabawy w kotka i myszkę. Odwrócił się do stojącego najbliżej pomocnika i wyrwał wiszący u jego pasa nóż. Podszedł do blondyna. Pchnął z całej siły. Ostrze zagłębiło się w ciało przybłędy, powietrze przeciął krzyk stojącego obok chłopca.
Kari także krzyknęła bezgłośnie. Oszołomiona, zakryła usta dłońmi i odsunęła się od okna. Była zszokowana tym, co się stało, a jednocześnie nie mogła oderwać spojrzenia od rozgrywającego się na dziedzińcu, okrutnego przedstawienia.
Młodzieniec stał przez moment w bezruchu, jakby zdziwiony niespodziewanym atakiem. Przełknął ślinę, jego twarz wykrzywiła się z bólu. Kuląc się, uniósł drżące dłonie i dotknął brzucha. Jasna koszula wilgotniała. Pokonany, opadł na kolana, po czym runął na bruk. Pomiędzy pokryte lodem kamienie spływało coraz więcej krwi.
Arden stanął naprzeciw płaczącego chłopca. Chwycił go za brodę, uniósł ku sobie zalaną łzami twarz.
– Gdzie jest wasza kryjówka? – syknął.
Blondynek wciąż zanosił się szlochem. Nagle zebrał w sobie całą pozostałą odwagę, wyszarpnął się gwałtownym ruchem i padł na kolana. Płakał rozdzierająco, pochylony nad martwym towarzyszem.
– Gadaj, smarkaczu! – jeden z pomocników kopnął go w plecy.
Chłopak z trudem uratował się przed upadkiem, zacisnął powieki.
– Nic wam nie powiem! Nic! – wrzasnął wściekle, po czym znów zaniósł się szlochem. – Wypuście mnie…! Ja naprawdę niczego nie powiem! Za nic!
Arden patrzył na oszalałego z rozpaczy jeńca. Czuł rozsadzającą go od środka wściekłość. Źle to wszystko rozegrał. Miał oczywistą przewagę, lecz nie wykorzystał jej w umiejętny sposób. Teraz było za późno. A jednak, mimo klęski, spotkanie z obcymi uzmysłowiło mu jeden ważny fakt: duchy, jak ich nazywał, byli ludźmi z krwi i kości. Ludźmi odczuwającymi ból i zmęczenie, poddającymi się śmierci. Ludźmi nie posiadającymi żadnych nadzwyczajnych umiejętności, a już na pewno nie potrafiącymi zniknąć. Ludźmi, którzy wałęsali się w gromadzie i napadali na bezbronne wioski. Ludźmi, którzy zostawiali po sobie ślady. I to było ich zgubą.
Odwrócił się, oddał pomocnikowi nóż.
– O wschodzie słońca wyruszcie w miejsce, w którym złapaliście tych dwóch. Niech ktoś sprowadzi ciała naszych. Reszta w drogę. Nie wracajcie, dopóki nie znajdziecie tej zawszonej bandy i nie wytępicie ich do nogi. Mam ich dość na moich ziemiach.
Mężczyzna wcisnął ostrze w pochwę i przytaknął krótko.
– A co z tym dzieciakiem?
Arden zmarszczył brwi.
– Zajmij się nim. Ma zacząć gadać. Potem wywieście obu na murze, tak, by byli widoczni z lasu. Niech to będzie nauczka dla tych włóczęgów. Będą wiedzieć, co ich spotka – mruknął i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, ruszył w kierunku dworu. Pokonując niskie schody, zatarł zmarznięte dłonie.
Kari nie zwracała uwagi na trzaśnięcie drzwi i roznoszące się wokoło echo kroków. Nadal stała przy oknie i nie spuszczała wzroku z leżącego na bruku jeńca. Przeżywała na nowo scenę morderstwa. Nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Jej ojciec nie mógł zachować się w tak podły i bezwzględny sposób!
– Bierzemy go.
Słyszała krzyk młodego chłopca, jego protesty, odgłosy szarpaniny. Ludzie Ardena ciągnęli go, wierzgającego i opierającego się, ku murowi otaczającemu zabudowania. W powietrzu mieszał się płacz i ochrypłe przekleństwa.
Przełknęła ślinę i odeszła od okna. Usiadła na łóżku i zapatrzyła się w wesoło trzaskający ogień kominka. Chociaż tańczące płomyki były tuż obok, dziewczyna czuła tylko przenikliwy chłód. Do izby wkradł się nieśmiały płatek śniegu, za nim kolejny. Kari uniosła głowę. Wieczorne niebo zasnuło się niemal czarnymi, gęstymi chmurami. Śnieżyca rozpętała się na dobre.
Wstała. Powoli podeszła do okna i docisnęła drewniane skrzydło. Chłód zniknął, przyklejone do ściany płatki zmieniały się w krople wody.
Podświadomie zerknęła na miejsce, w którym jeszcze niedawno leżał jasnowłosy mężczyzna. Jego ciało znikło, pozostała tylko przeraźliwie wyraźna, karmazynowa plama krwi. W tym samym momencie z zaułka wyłonił się pomocnik Ardena. Mokry bruk zalśnił w blasku niesionej pochodni. Mężczyzna sypnął na krew wiadro piachu i od niechcenia rozgarnął ziemię butem. Wyprostował się, zapatrzył w swoje dzieło. Nie zwracał uwagi na krążących wokoło ludzi. Parę ośmielonych nieobecnością pana Ardena osób wyległo na dziedziniec i próbowało dowiedzieć się czegoś o ostatnich zajściach. Mężczyzna z pochodnią uporczywie ich ignorował. Nagle poczuł na ramieniu mocny ucisk. Zły, odwrócił się, lecz widząc przed sobą opatuloną w gruby szal Andri, opanował się. Ich rozmowa trwała krótko. Po kilku usłyszanych słowach kobieta jakby skuliła się w sobie. Zapytała o coś, lecz w odpowiedzi otrzymała tylko niepewne potrząśnięcie głową. Jeszcze przez moment stała w bezruchu, po czym odwróciła się i ruszyła do dworu. Szła przed siebie powoli, ze spuszczonym wzrokiem. Po chwili znikła w budynku.
Kari tknęło złe przeczucie. Coś było nie tak. Ostatni raz rozejrzała się po dziedzińcu. Wśród kilku snujących się osób nie dostrzegła wypatrywanej osoby. Przylgnęła policzkiem zimnej szyby i spojrzała w prawo, na stojące w pewnym oddaleniu baraki. Wąskie okienko w izbie Ellana ziało czernią.
Zaniepokojona, wyszła z pokoju i skierowała się do pomieszczenia zajmowanego przez opiekunkę. Przystanęła pod drzwiami, czekała. Słyszała, jak Andri powoli wspina się po schodach. Zupełnie, jakby siły ją opuściły. W końcu wyłoniła się zza ciemnego rogu, wpatrzona w kamienną posadzkę, z włosami mokrymi od roztapiającego się śniegu. Otaczała ją niewidoczna, ale intensywna aura smutku. Serce Kari przyspieszyło.
– Co się stało?
Kobieta ominęła ją, położyła dłoń na klamce. Nie odpowiedziała.
Dziewczyna nie chciała dać za wygraną.
– Gdzie jest Ellan? Nadal szuka z pozostałymi tych obcych? – zapytała z nadzieją w głosie, chociaż przeczuwała, że nie otrzyma potwierdzającej odpowiedzi.
Andri uniosła głowę.
– Nie, nie szuka. Podobno… – głos jej zadrżał, więc odetchnęła głęboko. – Idź na kolację. Twoi rodzice już czekają.
Kari odsunęła się nieco, umożliwiając opiekunce zniknięcie w pokoiku. Drzwi trzasnęły cicho. Zapatrzyła się w ciemne drewno. Podświadomie zacisnęła dłonie w pięści.
„Idź na kolację”.
Jak mogłaby spokojnie usiąść do stołu po tym, co się wydarzyło? Jak mogłaby patrzeć ojcu w oczy? I jak Andri mogła myśleć o tak przyziemnych sprawach, skoro jej brat nie wrócił z rekonesansu? Co mu się stało? Przecież pomocnik Ardena wspomniał coś o napadzie, o zabitych. Czyżby Ellan był jedną z ofiar?
Musiała się wszystkiego dowiedzieć!
Już chciała wejść do izby opiekunki, gdy usłyszała cichy, stłumiony szloch. Zamarła. Nie była na to przygotowana. Płacz drugiego człowieka to jedna z sytuacji, z którymi nie potrafiła sobie radzić. Nie znosiła patrzeć na słabość innych. Czuła się wówczas bezradna, zawstydzona i zła. Zła, że ktoś nie zwracał uwagi na jej obecność i okazywał swoje żale, a tym samym stawiał ją w niezręcznej sytuacji. Nie umiała odpowiednio reagować, dlatego panicznie unikała sytuacji, gdy ona była tą silniejszą.
Spłoszona, pospiesznie odwróciła się i przemaszerowała przez korytarz. Znów znalazła się w swojej komnacie. Przysiadła na łóżku i zapatrzyła się na nocne niebo. Z trudem dostrzegła wirujące płatki śniegu. Chociaż była głodna, ani myślała iść na kolację. Nie chciała patrzeć ojcu w oczy. Nie po tym, co zrobił. Czuła wściekłość i rozgoryczenie. Nagle zburzył wizerunek idealnego, chociaż surowego rodzica i w ciągu paru sekund stał się całkiem obcym, okrutnym człowiekiem. Człowiekiem, z którym nie chciała mieć nic wspólnego.
Pociągnęła nosem. Potrzebowała bliskości kogoś, kto by ją pocieszył. Do Andri nie odważyłaby się pójść. Nie po tym, jak słyszała jej płacz. Matka zapewne nie zrozumiałaby nagłej chęci bliskiego kontaktu. Nie powiedziałaby podnoszących na duchu słów. Najwyżej dotknęłaby jej czoła i zapytała, czy jest chora. Jej konwersacje zawsze skupiały się na błahych i przyziemnych sprawach, uśmiech przypominał wymuszony grymas. Kari skrzywiła się nieco. Ojciec… nawet nie chciała o nim myśleć. Nie objąłby jej, a nawet gdyby próbował, natychmiast by się wyrwała. Jedyna osoba, w której ramionach mogłaby szukać ukojenia, leżała gdzieś w zasypanym śniegiem lesie.
Została sama.
Jęknęła cicho i padła na łóżko. Podkurczyła kolana, skuliła się w kłębek i zamknęła oczy.


* * *


Myśli kotłowały się w umyśle dziewczyny, nie dawały chwili spokoju. Znów widziała gwałtowny ruch ojca, zaskoczenie na twarzy jasnowłosego jeńca, jego upadek i krew. W uszach rozbrzmiewał płacz chłopca. Nasilający się, przenikliwy, spychający wszystkie inne emocje w zakamarki świadomości.
Bezradna, wcisnęła głowę pod poduszkę.
Nie chciała pamiętać!
Musiała w jakiś sposób przerwać ten koszmar.
Skupiła się na wspominaniu miłych chwil spędzonych z Ellanem. A jednak wyobrażenie chłopaka wzbudzało w niej słodko–gorzkie odczucia. Gdyby żył, z pewnością byliby teraz razem. Staliby na krużganku i przyglądali się układającej do snu wiosce. Chłopak zerkałby na nią niczym wierny pies, jego ciemnobrązowe oczy połyskiwałyby w mdłym świetle księżyca, usta bezustannie układałyby się w nieśmiały uśmiech. Czarne, nieco zbyt długie włosy muskałyby jego policzki i opadały na kołnierz koszuli.
Poczuła w sercu lekkie ukłucie. Tyle razy mówiła mu, by skrócił kosmyki… obiecywał, że to zrobi. Bez słowa protestu. Zawsze spełniał jej prośby i dostosowywał się do oczekiwań. Dawał z siebie wszystko, nie biorąc niczego w zamian. Zupełnie, jakby jego pragnienia i nadzieje nie były ważne. A może po prostu nie chciał upominać się o swoje? Może bał się, że ją do siebie zniechęci?
Odetchnęła cicho i wtuliła się mocniej w poduszkę. Naprawdę lubiła Ellana za to jego bezgraniczne oddanie. Czy jednak Andri nie miała odrobiny racji? Czy nie wykorzystywała go dla własnych celów? Czym mu się odpłacała? Żył iluzją, że jest kochany.
Nie, to nie tak! Gdyby tylko mogła, udowodniłaby siostrze Ellana, że się myli!
Gdyby mogła? Właśnie, że może!
Wzburzona, poderwała się z łóżka i bez wahania narzuciła na suknię ciepły płaszcz. Sięgnęła do przestronnego kufra, w którym trzymała rzadziej używane ubrania i wygrzebała parę starych halek. Kilkoma mocnymi szarpnięciami porwała je na pasy i przycisnęła do piersi, niczym największy skarb. Podeszła do okna, wyjrzała na dziedziniec. Był opustoszały. Tylko w dali, przy bramie, paliły się pochodnie. Na szczęście nie było jeszcze zbyt późno, strażnicy nie zajęli swoich stanowisk. Blask ognia miał wskazywać drogę powracającym mieszkańcom dworu.
Kari spojrzała w dal, na ciemny las. Jeśli jej plan miał się powieść, powinna się pospieszyć.
Wyszła z komnaty i zamknęła ostrożnie drzwi. Starała się zachowywać jak najciszej, nie chciała zwrócić uwagi służby albo, co gorsza, rodziców. Przemierzała korytarz zdecydowanym krokiem, skupiona i zdeterminowana. Ominęła izbę Andri i zeszła piętro niżej. W pobliżu pokoi gospodarczych zachowała wyjątkową ostrożność. Słuchała dobiegających zza ścian stłumionych rozmów i brzęku naczyń. Na myśl o kolacji poczuła lekki skurcz żołądka, lecz zaraz przyspieszyła kroku. Poświęcała posiłek dla ważniejszej sprawy. Zostawiła za sobą korytarz, weszła w wąski zaułek i zatrzymała się gwałtownie. Omal nie zderzyła się z nadchodzącą z naprzeciwka Andri. Opiekunka niosła świeże, pachnące wiatrem pościele.
– A ty dokąd? – zapytała cicho.
Kari poruszyła się niespokojnie. Nie miała przygotowanego wiarygodnego wytłumaczenia, dlatego wolała milczeć, niż zdradzić się jakąś lekkomyślną odzywką.
Kobieta nadal patrzyła na nią z uwagą.
– Idź spać – westchnęła w końcu. – Albo najpierw przeproś rodziców. Są źli za twoją nieobecność. Czemu nie poszłaś na kolację?
– Nie miałam apetytu – Kari ominęła opiekunkę. Uparcie kierowała się ku wyjściu.
Andri odwróciła się.
– Idź spać, powiedziałam. Nie będziesz nigdzie biegała po nocy. Zresztą dokąd się wybierasz?
Dziewczyna poczuła nagły przypływ irytacji. Andri nie mogła jej teraz przeszkodzić!
– Nie bój się, na pewno nie na schadzkę z Ellanem! – syknęła bez zastanowienia, lecz zaraz pożałowała wypowiedzianych słów. Spuściła nieznacznie głowę, ruszyła przed siebie. – Zaraz wrócę. Muszę odetchnąć świeżym powietrzem.
Nie uszła więcej niż kilka kroków, gdy poczuła na ramieniu mocny uścisk. Opiekunka odwróciła ją ku sobie, spojrzała prosto w oczy, po czym przeniosła wzrok na przyciśnięte do piersi bandaże.
– Po co ci te szmaty?
Kari wyrwała się zdecydowanym ruchem. Teraz już nie planowała brnąć dalej w kłamstwo.
– A jak myślisz? Idę do lasu! Pomogę Ellanowi!
Kobieta zbladła. Stała w bezruchu, ogłuszona słowami podopiecznej.
– Kari, Ellan nie… – szepnęła w końcu.
– Nie mów tego! – dziewczyna podniosła głos. – Sama powiedziałaś, podobno! Więc ja się tego „podobno” trzymam. Jest szansa, że nie został zabity, prawda?
W oczach Andri błysnęły łzy, lecz momentalnie zacisnęła powieki i powstrzymała się od płaczu.
Kari nie przestawała wyrzucać z siebie potoku słów.
– Czuję, że on żyje. Nie zostawię go w lesie na całą noc. Wtedy na pewno zamarznie. I udowodnię ci, że naprawdę mi na nim zależy!
– Wracaj do komnaty.
– Nie!
– Kari, dość. Nie traktuj tego jak kolejnej zabawy!
Dziewczyna zaniemówiła. Przez chwilę wpatrywała się w Andri z wyrzutem, po czym odwróciła się gwałtownie i ruszyła korytarzem. Nie spuszczała wzroku z drzwi. Słyszała za sobą kroki opiekunki, lecz ani myślała się zatrzymywać. Co więcej, przyspieszyła i już po chwili wypadła na dziedziniec. Biały puch pokrywał cienką warstwą nierówne kamienie i połyskiwał w blasku przytwierdzonych do ścian pochodni.
– Kari, czekaj!
Zacisnęła zęby i zbiegła ze schodów. Ani myślała podporządkować się rozkazom. Nie zrezygnuje ze swojego postanowienia!
Przemknęła przez opustoszały plac. Jej długi, nierówny cień pełzał po ścianach i ginął w czarnych zakamarkach. Ominęła studnię, przecisnęła się wąską uliczką między zabudowaniami gospodarczymi a stajnią. Delikatne buty ślizgały się na zamarzniętych kałużach. Czuła ostry, spotęgowany przez mróz zapach zwierząt. Gdy jeden z koni zarżał głośno za niedomkniętymi wrotami, przystanęła na moment, lecz zaraz ruszyła w kierunku bramy ze zdwojonym zapałem. Połyskujące w dali pochodnie były dla niej niczym drogowskaz. Nie spuszczała wzroku z dwóch pomarańczowych, łopoczących na wietrze punktów i biegła ile sił. W końcu przemknęła przez bramę i mając nadzieję, że nie zostanie dostrzeżona, ruszyła w białą pustkę. Zaciskała palce na podartych halkach i gnała przed siebie, coraz bardziej zmęczona, ale i zdeterminowana. Wąski trakt wytyczał drogę w kierunku pól i dalej, aż do bezkresnej plątaniny drzew. Chociaż nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa i gardło bolało przy każdym oddechu, nie zwalniała. Patrzyła przed siebie, w punkt, z którego tuż przed zachodem słońca wyłonili się pomocnicy jej ojca. Nie mogła nie trafić. Ellan był gdzieś tam.
– Kari!
Całkiem zapomniała o Andri. Zła, ale i pewna, że opiekunka nie zmusi jej do powrotu, zatrzymała się. Kobieta dobiegła do niej, przełknęła ślinę. Dyszała ciężko, patrząc dziewczynie prosto w oczy.
– Nie wrócę – syknęła, wykorzystując niemoc opiekunki. – Zrobię, co postanowiłam.
Nim ruszyła w drogę, jej wzrok zahaczył o zabudowę dworu. Rozjaśniona paroma płonącymi punkcikami bryła odcinała się ostro od szaro–granatowego nieba. Po obu stronach wrót dostrzegła dwa wiszące, podłużne kształty. Wiedziała, czym były. Odwróciła gwałtownie głowę i rozpoczęła marsz w kierunku lasu. Słyszała kroki Andri, jej słowa, ale ani myślała odpowiadać. Brnęła przed siebie z determinacją, chcąc za wszelką cenę udowodnić, że nie jest tak zła i wyrachowana, za jaką miała ją opiekunka.
– Masz natychmiast zawrócić!
Uśmiechnęła się, słysząc desperację w głosie Andri.
– Chcesz, to wracaj. Nie prosiłam, byś ze mną szła – mruknęła, przedzierając się przez wysoką zaspę. Las był coraz bliżej, wprost przyzywał ją wszechobecną czernią i tajemniczością.
– Co chcesz udowodnić? Ty samolubna dziewucho, robisz to dla siebie, nie dla Ellana!
Zacisnęła zęby. Nie, nie da się sprowokować. Nie wygra na słowa z kimś, kto już miał wyrobioną o niej opinię. Krzywdzącą opinię. Pokaże, jaka jest naprawdę. Jeszcze Andri będzie ją przepraszała!
Ominęła pierwsze pnie i przystanęła, niepewna. W lesie było całkiem inaczej, niż na otwartej przestrzeni. To był inny świat. Groźny, dziki, przerażający, a przez to dziwnie pociągający. Gęstwina żyła własnym życiem. Wiatr hulał pomiędzy koronami drzew, gałęzie ocierały się o siebie, trzeszcząc przejmująco. Gdzieniegdzie słychać było ciche pacnięcie, gdy spadający śnieg wbijał się w biały puch. Zaspy odbijały światło księżyca, nierówne cienie wiły się wśród plątaniny pni i chaszczy.
Kari zacisnęła zęby i ruszyła w kierunku, gdzie, jak jej się wydawało, powinna znajdować się północna wioska. Maszerowała, wypatrując śladów koni. W końcu dostrzegła szeroki trop. Na wpół zasypany świeżym śniegiem, ciągnął się w dal i ginął wśród drzew. Przyspieszyła kroku.
Minuty ciągnęły się w nieskończoność. Bezkresny, przerażający las piął się aż po horyzont, mur pni zdawał się zamykać drogę odwrotu. Kari dreptała w śniegu z coraz mniejszym zapałem. Była przemarznięta, wciskała zgrabiałe palce w fałdy niesionego materiału, starała się ignorować promieniujące ze stóp zimno. Raz po raz pociągała nosem i ocierała łzawiące oczy o rękawy płaszcza. Gdy z nieba sypnęła zadymka, przeklęła w duchu. Wzburzenie minęło, coraz częściej powracała myślami do płonącego kominka i ciepłej pościeli. Po co tak właściwie tułała się po tym okropnym pustkowiu? Co z tego, że Andri miała ją za samolubną dziewuchę? Niech sobie myśli, co chce! Najważniejsze, że sama wiedziała, jaka jest naprawdę. Ellan najprawdopodobniej umarł, trudno, taka kolej rzeczy. Każdy kiedyś umrze. Jeden wcześniej, drugi później… no i odszedł szczęśliwy. Wierzył, że znalazł dziewczynę, która darzyła go bezgranicznym uwielbieniem. Przecież nigdy nie wyprowadziła go z błędu. Gdyby żył, z czasem srogo by się rozczarował. Więc może lepiej, że wszystko skończyło się w taki sposób?
Kaszlnęła, czując w gardle piekący ból. Zatrzymała się. Nie, to nie ma sensu.
Andri przystanęła obok niej. Ubrana lżej niż podopieczna, trzęsła się z zimna i zaciskała kurczowo szal wokół ramion.
– Zastanowiłaś się nad tym, co robisz? – syknęła złośliwie.
Nie powinna była tego mówić. Kari zmarszczyła brwi i postąpiła kolejny krok. Wprost w środek lasu. Sypiący śnieg łagodnie, ale zdecydowanie zamazywał przebytą trasę. I zasypywał też ślad końskiego przemarszu.
– Twój ojciec miał powód, by nie wysyłać ludzi nocą na to pustkowie. Nikt o zdrowych zmysłach nie krążyłby…
Kari nie słuchała utyskiwań Andri. Wbiła wzrok w leżący pod sosną, ciemny, na wpół zasypany śniegiem ludzki kształt i bez namysłu rzuciła się do przodu. Dopadła do niego, chwyciła za futrzany kożuch i przetoczyła na bok. Przypominające kłodę ciało poddało się jej woli, wąsaty mężczyzna spojrzał na nią martwymi źrenicami. Przerażona, cofnęła się o krok i otarła dłoń o brzeg sukni.
Andri zerknęła na pomocnika Ardena i przeniosła wzrok na bladą dziewczynę.
– O tym nie pomyślałaś, prawda? Wydawało ci się, że oni tu siedzą przy ognisku i opatrują rany? Naiwna… – pokiwała z politowaniem głową. – Dalej chcesz szukać Ellana? Ja nie. Nie chcę zobaczyć go w takim stanie. Wracajmy do domu. Twój ojciec sprowadzi ich jutro do dworu.
Kari odetchnęła głęboko. Nadal nie mogła otrząsnąć się z szoku. Widziała dziś własnego ojca zabijającego młodego chłopaka, dwa ciała wiszące na murze, lecz żaden z tych widoków nie był tak straszny, jak patrzący wprost na nią, dziwnie wykrzywiony trup. Co by zrobiła, gdyby to był Ellan? Jego zamarznięta twarz prześladowałaby ją chyba do końca życia. Nie, nie chciała go takim zapamiętać. Kojarzył się jej z ciepłem, nieśmiałością, uśmiechem i właśnie taki miał dla niej pozostać. Nie mógł przypominać upiora.
Wzdrygnęła się. Przyjście tutaj było najgłupszą rzeczą, jaką mogła zrobić!
Przysunęła się do Andri, jakby w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Kątem oka dostrzegła w dali kolejny, przysypany śniegiem, przypominający człowieka pagórek. Zacisnęła powieki. Nie. Nie chciała się nawet do niego zbliżać.
Opiekunka otoczyła ją ramieniem i pociągnęła za sobą. Dziewczyna kroczyła potulnie, zamyślona i zapatrzona w rozgarniany, skrzypiący śnieg. Wiatr zawodził wśród gałęzi głośniej niż dotychczas, jakby opłakiwał zabitych pomocników Ardena. Kari miała wrażenie, że śmieje się też z jej naiwności. Skrzywiła się lekko i cisnęła prowizoryczne bandaże na ziemię. Już ich nie będzie potrzebowała.
Nagle Andri zatrzymała się i zacisnęła dłoń na ramieniu podopiecznej. Kari chciała uwolnić się z uścisku, jednak poczuła tylko mocniej wbijające się w ramię palce. Zirytowana, szarpnęła się i zaraz zamarła. Odwróciła głowę, wbiła wzrok w plątaninę drzew. Wśród opadających płatków śniegu i pełzających wokoło cieni kryło się coś dziwnego, obcego. Nie, poprawiła się w myśli. To nie coś, ale ktoś. Doskonale znała odgłos końskich kroków. Równomierne, jakby leniwe skrzypienie śniegu. Ciche parsknięcie. I niezrozumiałe słowa…
Andri pchnęła ją zdecydowanie w stronę najbliższego drzewa. Kari przytuliła się do szorstkiej kory. Drgnęła, gdy zza skupiska wysokich chaszczy wyłonili się dwaj jeźdźcy. Płowowłosi, mający na sobie jasne koszule i spodnie, dosiadający siwych koni, niemal stapiali się w jedno z otaczającym ich lasem. Milczeli, zapatrzeni w dal, z wprawą przedzierający się przez plątaninę krzaków. Byli coraz bliżej kryjówki Kari i Andri. Ich widok wzbudzał w dziewczynie gwałtowne bicie serca. Doskonale wiedziała, kim byli. „Przeklęte duchy”. Ludzie, na których tak zapamiętale polował jej ojciec.
Skuliła się, gdy jeźdźcy mijali drzewo. Miała wrażenie, że są na wyciągnięcie dłoni, że, gdyby tylko chciała, mogłaby dotknąć boków ich koni.
Obcy zatrzymali się przy pierwszym z zabitych pomocników Ardena. Jadący przodem zeskoczył na ziemię i pochylił się nad wpatrzonym w niebo trupem. Spojrzał na wąsatą twarz i natychmiast przestał się nim interesować. Podszedł do kolejnej zaspy w kształcie człowieka, trącił ją butem. Gdy pod śniegiem zaczernił się kożuch, wyprostował się i rozejrzał wokoło.
Kari obserwowała krążącego mężczyznę. Drugi wciąż dosiadał konia i był zwrócony plecami do niej i Andri. Nie stanowił zagrożenia, przynajmniej nie w tej chwili. Powinny wykorzystać okazję i powoli odejść…
Pociągnęła Andri za rękaw i skinieniem dała jej znak do odwrotu. Nie zwracając uwagi na ostrzegawcze syknięcie opiekunki, odepchnęła się od pnia i postąpiła krok do tyłu. Andri złapała ją za ramię, lecz uwolniła się błyskawicznym ruchem. Odchodziła powoli, jak najostrożniej, ze wzrokiem wbitym w dwóch obcych mężczyzn. Ominęła jedno drzewo, potem kolejne. Chociaż drżała z zimna, była czujna niczym dzikie zwierzę i naprężona do granic wytrzymałości. Gdy śnieg skrzypnął pod jej butem, zamarła. Skradająca się za nią Andri spiorunowała ją spojrzeniem, po czym odwróciła się ze strachem. Na szczęście mężczyźni nie zauważyli ich podchodów. Nieco podbudowana tym Kari przyspieszyła kroku. Jej suknia zahaczyła o ostre kolce dzikich malin. Odczepiła materiał, cofnęła się i potknęła o jakąś zdradliwą gałąź. Straciła równowagę. Przeklęła w duchu, czując promieniujący chłód i chrupot śniegu. Cisza lasu spotęgowała hałas.
Kari poderwała się i zlękniona, spojrzała na dwójkę mężczyzn. Wpatrywali się w nią. Po chwili las rozbrzmiał stukotem kopyt.
Andri dopadła do dziewczyny i pchnęła ją z całej siły.
Chociaż próbowały uciec, nie miały najmniejszych szans. Zmęczone, zatrzymały się gwałtownie, gdy zza drzewa wyłonił się siwy koń. Chciały się cofnąć, lecz niemal natychmiast poczuły na plecach ciepły oddech drugiego z rumaków. Zwierzęta przypominały potężne, żywe posągi i przestępowały nerwowo z nogi na nogę.
Kari próbowała skoczyć w bok, lecz wierzchowiec zatarasował jej drogę. Zdyszana, spojrzała w górę. Miała wrażenie, że sylwetka jeźdźca jest nienaturalnie wielka i zasłania całe niebo. Przerażona, skuliła się w sobie.
Andri stała tuż obok niej i lustrowała obcych uważnym spojrzeniem. Była przestraszona, lecz za wszelką cenę starała się zachować spokój.
Mężczyźni krążyli wokół nich, leniwie zacieśniali krąg wydeptanego śniegu.
– Proszę, proszę… dwie zbłąkane przepióreczki. Co tu robicie? – jeden z jeźdźców uśmiechnął się szeroko i przesunął tuż przed nosem Kari. Dziewczyna cofnęła się, niemal przylgnęła do opiekunki.
– Chciałyśmy opatrzyć rannych – szepnęła Andri.
– W środku nocy?
– Do rana by nie przeżyli.
Jasnowłosy wyprostował się w siodle i zerknął na towarzysza.
– Rozsądnie gada.
Drugi z mężczyzn przyciągnął wodze do piersi, wstrzymał konia. Zeskoczył na śnieg, zbliżył się i zmierzył je uważnym spojrzeniem. Kari odniosła wrażenie, że ma przed sobą jasną, groźną zjawę. Jej ojciec miał rację, ci ludzie mieli w sobie coś z duchów.
– Skąd wiedziałyście o rannych? Jesteście z wioski?
Kari drgnęła.
– Nie, jeste… – odpowiedziała bez zastanowienia natychmiast urwała, czując wbijający się w bok łokieć Andri.
Mężczyzna zmarszczył brwi i stanął z dziewczyną twarzą w twarz. W jego oczach odbił się blask księżyca.
– Z Gråbein? – syknął ostrym głosem.
Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nie chciała ściągnąć na siebie jeszcze większych kłopotów. Spojrzała pytająco na Andri.
– Tak – odezwała się ze spokojem opiekunka. – Służymy we dworze. Mój brat nie wrócił po waszym ataku.
Obcy zerknął na kobietę z uwagą, po czym znów przeniósł wzrok na Kari. Wyraźnie wyczuwał, że coś jest nie tak, lecz nie odezwał się. Jeszcze przez chwilę lustrował ją spojrzeniem, po czym odwrócił się, podszedł do konia i dosiadł go zdecydowanym susem.
Drugi mężczyzna zaśmiał się nieprzyjemnie.
– A więc nie chciałaś ratować innych, tylko brata. Co za samolubstwo…
– Dosyć. Zabieramy je ze sobą.
– A co z pozostałymi?
– Poczekamy na nich w obozie. Tutaj nie mamy czego szukać, wszyscy są martwi – zerknął przelotnie na przysypane śniegiem ciała. – Ruszamy. Zajmę się młodszą.
Kari wyprostowała się, słysząc te słowa.
Zajmie się?! Nie, nie da się nigdzie zabrać! Niech te przybłędy nie wyobrażają sobie, że mogą decydować o jej losie!
Złość sprawiła, że wstąpiły w nią nowe pokłady sił. Bez wahania skoczyła między krzaki malin i zaczęła przedzierać się przez zaspy. Była zdeterminowana, ani myślała dać się złapać i uwięzić. Biegła przed siebie, raniąc dłonie o ostre kolce. Słyszała tylko chrzęst śniegu i własny świszczący oddech. Krew dudniła jej w żyłach. Jakby z daleka dotarł do niej krzyk Andri. Przewróciła się, poczuła przeszywające zimno. Pospiesznie wstała, zacisnęła dłonie w pięści i zmusiła się do dalszego biegu.
Nagle tuż obok niej pojawił się bezkształtny cień. Ziemia wibrowała od uderzeń końskich kopyt. Potężna siła chwyciła ją za ramię i pociągnęła w górę. Wrzasnęła, szarpnęła się, lecz nie wygrała z prześladującym ją duchem. Uderzyła brzuchem w łęk siodła, skuliła się, poczuła ostry zapach końskiej sierści.
– Puszczaj! – krzyknęła, lecz uścisk silnych, zadziwiająco ciepłych dłoni nie zelżał.
Jeździec zawrócił, przedarł się przez plątaninę gałęzi i dołączył do towarzysza. Obaj pędzili przed siebie, drzewa umykały im z drogi.
Kari uniosła z trudem głowę. Trzęsąc się na końskim grzbiecie, zdołała wyłapać spojrzenie Andri. We wzroku uwięzionej kobiety dostrzegła lęk, ale i zacięcie. Ona wyraźnie zakazywała jej poddawać się słabości. Musiały wytrwać. Obie.
Gałąź smagnęła ją po czole. Spuściła głowę, zakryła twarz ramieniem i zacisnęła mocno powieki. Drżała z zimna i targających nią nerwów.
Nie, jęknęła w myśli.
Pożałujecie tego!

Data:

 skubane przez pierwszą połowę 2008 roku...

Podpis:

 Beata

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=47439

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl