DRUKUJ

 

Rajd

Publikacja:

 04-02-11

Autor:

 tomekzhp
Wstęp.
Na wstępie chciałbym poinformować, że całość tego opowiadania jest fikcją literacką. Wszelka zbieżność nazwisk i miejsc jest więc zupełnie przypadkowa. Prawdą jest jedynie to, że hitlerowcy w czasie II wojny światowej budowali wielkie schrony, aby chronić swój przemysł zbrojeniowy. Zaś brytyjski wywiad robił wszystko, aby takie schrony wykryć i zniszczyć. Najczęściej niszczono je bombardując je bombami o masie dochodzącej nawet do trzech ton. Czasem jednak wysyłano oddziały z tajnego SOE (Special Operations Executive) aby przechwycić cenne materiały.



Rajd

Na jednym z niezliczonych brytyjskich lotnisk zapadał zmrok. Kolejny dzień sierpnia 1943 roku dobiegał końca. Był to jeden z bardziej pracowitych dni w miesiącu, jeśli nie całym kwartale. Do stojących na płycie lotniska samolotów, powoli zbliżały się ciemne grupki żołnierzy objuczonych swym ekwipunkiem. Do odlotu pozostało jeszcze 30 minut. Właśnie teraz jest czas na chwilę oddechu. Każdy zrzuca spadochron, plecak, hełm i broń na kupę, ciesząc się ostatnią chwilą odpoczynku. Dowódca drugiego z trzech lecących do akcji plutonów, John Mael, przez kolegów zwany po prostu „Starym”, podszedł do pilotów przypadłej mu maszyny.
- Jak leci chłopaki? – spytał siląc się na wyluzowany styl wypowiedzi.
- Wszystko w porządku, nawet pogoda nam dziś sprzyja. Zdaje się więc, że na dziś będziemy mieli kaszkę z mleczkiem.
- Wy może i tak. Polecicie, wyrzucicie nas i zwiejecie. A my tam - wskazał w stronę kanału la Manche - mamy roboty jak lodu.
- Miłej zabawy. Idziemy na ostatni przegląd i odpalamy silniczki – pilot miał na myśli dwa wielkie śmigła transportowej Dakoty.
Piloci udali się do swej pracy, więc John poszedł zobaczyć co z jego ludźmi. Miał ich w sumie dziesięciu. Dwaj saperzy po raz ostatni ćwiczyli procedurę zakładania kumulacyjnych ładunków wybuchowych, przeznaczonych specjalnie dla pancernych drzwi do wielkiego bunkra – magazynu rakiet V-1. Reszta drzemała lub gwarzyła wesoło z obsługą lotniska o wszystkim, byle nie o czekającej ich akcji.
Poklepawszy po ramionach saperów, John odszedł kilka kroków na bok. Wziął kilka głębokich oddechów. Był to jego debiut w roli dowódcy plutonu, bał się, że coś mu nie wyjdzie. Co prawda plan akcji znał doskonale, ba, przeprowadzał go setki razy na poligonie. Ale jeśli rzeczywistość okaże się inna niż w planach? Czy podoła?
- Dam sobie radę, dam sobie radę... – tak powtarzając podszedł z powrotem do swych ludzi.
Wtem jeden z silników stojącego obok niego samolotu wydał przeraźliwy pisk i wyrzucając kłęby białego dymu powoli zaczął obracać śmigłem. Zaraz po nim ruszył też drugi silnik, a po minucie silniki wszystkich trzech maszyn grały już równym, miarowym tonem.
No to zaczynamy! – powiedział dając znak do zakładania spadochronów i reszty ekwipunku. Po chwili jeden z mechaników podał mu spadochron i pomógł dopiąć wszystkie klamry. Po dokonaniu przeglądu spadochronów, spojrzał w stronę kabiny pilotów, skąd dojrzał rozpromienionego pilota pokazującego mu wyprostowany kciuk, sygnał że mogą wsiadać. Machnął na ludzi i wsiadł do maszyny. Zaraz po nim wtłoczyli się kolejni żołnierze. Każdy szedł jak najdalej na tył samolotu i usadawiał się możliwie najwygodniej na ławce. Gdy już wszyscy wsiedli, do drzwi podszedł jeden z mechaników i schował drabinkę. Potem wrzucił do kabiny paczkę papierosów i małą piersiówkę, prezent od obsługi lotniska, po czym zamknął drzwi. W kabinie zapanowała ciemność rozjaśniana jedynie przez dwie żarówki, jedną z przodu i jedną z tyłu. Nagłe szarpnięcie zasygnalizowało, że samolot ruszył w stronę pasa startowego.
Po chwili wszystkie trzy maszyny stały już w szyku na pasie startowym. Nagle niebo rozjaśniły trzy zielone flary wystrzelone z wieży kontrolnej, zezwolenie do startu. Powietrze wypełniło się rykiem maszyn, które po długim rozbiegu uniosły się w górę i weszły na kurs do celu.
- Dobra chłopcy. Według planu, do celu mamy tak z godzinkę lotu. Kto chce, może się zdrzemnąć. Pobudka na 10 minut przed skokiem.- To mówiąc wyjął z paczki trzy papierosy, dwa dla pilotów i jednego na wszelki wypadek (sam nie palił), i pociągnął łyczek z piersiówki. Resztę oddał swoim „chłopcom” i zajrzał do pilotów.
Silny wstrząs wyrwał go ze snu, to jeden z pilotów pochylał się nad nim i pokazał mu sygnał „dziesięć minut do skoku”. Wstał i obudził resztę oddziału. Przez chwilę gwarzyli między sobą, gdy pilot pokazał „pięć minut do skoku” i otworzył drzwi. Nad drzwiami zapłonęło czerwone światło. John pokazał swym ludziom by się przygotowali. Wszyscy wstali, wpięli liny desantowe spadochronów do linki rozciągniętej wzdłuż samolotu i podeszli do drzwi. John stanął jako pierwszy, trzymając w ręku dwa zasobniki ze sprzętem. Nagle czerwona lampka zaczęła błyskać, dając sygnał „zrzut sprzętu”, wypchnął więc z całej siły zasobniki i po chwili ujrzał dwa spadochrony. Odruchowo wstał i stanął w drzwiach patrząc się w czerwoną lampkę. Po sekundzie zapłonęło zielone światełko, sygnał „skok”. Skoczył w próżnię, zaraz po tym poczuł szarpnięcie spadochronu. Przed sobą miał około 180 metrów opadania.

...

Na kilka sekund przed uderzeniem ujrzał ziemię. Natychmiast złączył i wyprostował nogi, zrzucił plecak, a zaraz po tym uderzył w ziemię. Przewrócił się na plecy, by wytracić impet uderzenia i natychmiast sięgnął do klamry odpinającej spadochron. Gdy tylko się wyswobodził podbiegł do plecaka, a konkretniej do przypiętego do niego składanego pistoletu maszynowego typu „Sten”. Wyszarpnął go z troczków, złożył, wetknął zamek i przeładował.
Odetchnął. Mógł już się bronić. Najniebezpieczniejsza część operacji za nim. Teraz musi zebrać rozrzucony w czasie desantu oddział i zasobniki ze sprzętem.
Wylądował na niedużej łączce nieopodal jakiegoś sadu. Nagle z sadu wyszło dwóch uzbrojonych ludzi.
- Stój! Podaj hasło! – krzyknął jeden z nich celując w jego pierś z pistoletu.
Obaj ubrani byli po cywilnemu, tak przynajmniej wyglądali w ciemnościach nocy.
- Przyszliśmy się pobawić! Odzew!
- Zabawki już czekają! Witajcie we Francji. – Obawy Johna okazały się nieuzasadnione, to nie byli Niemcy, tylko ludzie z francuskiego ruchu oporu.
- Witam. Wybaczcie panowie, ale muszę zebrać ludzi. Pogadamy za chwilę.
Pobiegł na drugi skraj łączki, gdzie z pola pszenicy wyłoniło się kilku jego żołnierzy. Nieśli ze sobą dwa zasobniki ze sprzętem. Kazał im podbiec do cywilów przy sadzie, rozpakować zasobniki i ukryć je we wskazanym przez nich miejscu. Kazał też zakopać spadochrony. Na pytanie o resztę, wskazali mu pole, z którego wyszli. Właśnie zbliżała się reszta oddziału. Po szybkim przeliczeniu ludzi okazało się, że są wszyscy. Szczęście w nieszczęściu, pomyślał, skoro nic się teraz nie stało, to stanie się później. Pobiegł po swój plecak i ruszył w stronę sadu.
- Dobra. Jesteśmy w komplecie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, panowie poprowadzą nas dalej. – To mówiąc wskazał na cywilów.
- Tak jest. Będziemy wam towarzyszyć do końca misji. Potem mamy rozkaz polecieć z wami do Anglii.
- Prowadźcie więc!
Oddział ruszył niosąc ze sobą cały ekwipunek. Nie było tego dużo. Kilka wiązek granatów, mała i duża radiostacja, RKM wraz z zapasem amunicji oraz najważniejsze: dwa ładunki kumulacyjne, detonator i 100 metrów kabla. Oprócz tego 9 żołnierzy miało „Steny” oraz po 10 magazynków, jeden miał snajperkę. Szli w głąb sadu, który po chwili się skończył. Przeszli wąską miedzę i zagłębili się w las. Po chwili dotarli do ścieżki, którą szli dalej.
Według mapy szli w dobrym kierunku i tempie, mieli nawet 15 minut zapasu.
Teraz najważniejsze to dotrzeć w okolice kompleksu rakietowego i zająć dobrą pozycję do ataku. Na makiecie wyglądało to łatwo, ale jak będzie w rzeczywistości?
Po mniej więcej pół godzinie marszu w świetle księżyca dojrzeli koniec linii lasu. Stanęli. Przewodnik ruchem ręki wezwał Johna do siebie.
- Na granicy lasu zaczyna się strome obniżenie tworzące jakby podkowę wokół fabryki. Teraz pana kolej, jesteśmy do dyspozycji.
- Dziękuję. Przejdźmy może na ty, będzie milej i łatwiej. Jestem John.
- Paul
- Jacques - odpowiedzieli ściskając sobie ręce.
John dał sygnał do odpoczynku i sam ruszył na rekonesans. Podczołgał się na granicę lasu, a to, co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Przed nim ukazał się wykop wykonany w zboczu wzgórza, z dna którego wystawał wielki bunkier. Na oko miał ze 100 metrów długości i dwa razy tyle szerokości. Jego strop sięgał prawie wierzchu wykopu, bunkier miał więc około 30 metrów wysokości. Dojścia do niego broniły trzy linie drutu kolczastego. Między drugą i trzecią krążyli wartownicy z psami, między pierwszą i drugą nie było nic.
- Pewnie miny – pomyślał.
Wzdłuż płotu, co około 20 metrów, stały wieże z gniazdami ciężkich karabinów maszynowych i reflektorami.
Przed bunkrem znajdował się wielki plac, na którym kończyła się droga i linia kolejowa. Tam też umocnienia były największe. Stało tam kilka wartowni i mniejszych bunkrów.
Zgodnie z planem, mniej więcej przed nim znajdowało się małe boczne wejście do bunkra. Jego cel. Ale nikt w sztabie nie przewidział, że wykop może być tak stromy.
- To technicznie nie wykonalne – stwierdził z typową dla siebie flegmą szef wywiadu w jego jednostce.
Wokół bunkra i placu przed nim las tworzył wielki półokrąg. Brzeg lasu porastały kępki krzewów i traw. Na lewo od Johna było małe wzniesienie.
Wróciwszy do oddziału rozpoczął odprawę.
- Jest nieźle chłopaki – zaczął – Zaraz za granicą lasu stoi „nasz” bunkier. Niestety stok, który mamy do pokonania jest wiele bardziej stromy niż myśleliśmy. Potem mamy tylko poletko minowe i strażników z psami. Ostateczny plan jest taki: RKM stanie na tym wzgórku – to mówiąc pokazał na wzniesienie za sobą – i będzie ubezpieczał nasze zejście do bunkra. Potem, gdy my będziemy w środku, przejdzie w okolice bramy głównej i lotniska, które gdzieś tam musi być. – machnął ręką w stronę placu przed bunkrem – Stamtąd wesprze nas, ale tylko po usłyszeniu gwizdka. Reszta rozstawi się wzdłuż lasu na szerokość około 10 metrów i będzie osłaniać „Mikiego” i „Lalę”, którzy zejdą by przeciąć druty i wytyczyć przejście przez miny. Jak dojdziecie do drzwi to osłonicie przejście saperów, którzy ruszą na wasz znak. Jak zrobicie wejście to ruszy reszta. „Długi” ustawi się, ze swym cackiem, – wskazał na snajperkę – z samego brzegu szeregu, od strony placu i nie dopuści nikogo w naszą stronę. A potem pójdzie z RKM-em osłaniać ucieczkę. Weźmie też małe radio i będzie słuchał. Wszystko jasne? – spojrzał na krąg skupionych wokół niego twarzy – Jeśli tak to idźcie na stanowiska. Akcję zaczynam tylko i wyłącznie ja. Radio zostaje ze mną.
- A co z nami? – usłyszał za sobą jednego z przewodników.
- O! Przepraszam, zapomniałem o was. Tak właściwie, co wy ze sobą macie i co umiecie?
- Mamy dwa Lugery z tłumikami i kilka magazynków. Mamy też granaty.
- Jasne. Idźcie z innymi, przydacie się, szczególnie tam w środku. – wskazał na bunkier.
Gdy cywile odeszli John spojrzał na zegarek. Dochodziła pora nawiązania łączności z dowództwem i pozostałymi dwoma plutonami. Podszedł do czekającego na niego radiotelegrafisty i razem wzięli się do rozstawiania radiostacji. Gdy radiostacja była już gotowa znów spojrzał na zegarek. Pozostało mu pięć minut do sesji łączności. Sięgnął do przytroczonej do pasa manierki i solidnie sobie pociągnął. Miał pierwszą chwilę oddechu od początku akcji. Właściwie wszystko szło zgodnie z planem, ale miał złe przeczucie. Drzwi do bunkra wydały mu się dziwnie małe, a bunkier za duży. Drugi i trzeci pluton ma przecież tylko po 20 kg plastiku każdy. Ale to musi wystarczyć. Poza tym bał się, że zgubi się w labiryncie korytarzy wewnątrz bunkra. Co prawda wywiad dostarczył do Anglii plan wnętrza, ale zawsze coś mogło być nie tak. Przymknął oczy. W takich momentach zawsze przypominała mu się jego ukochana. Wiedział, że Jenny czeka na niego. Oczyma wyobraźni widział jej piękną buzię o typowej angielskiej urodzie, jej lśniąco rude włosy opadające na najzgrabniejszy kark na świecie. Poczuł ogarniającą go falę gorąca. Z nikąd usłyszał jej szept:
- John, kocham cię. Słyszsz mnie? John...
Nagły wstrząs wyrwał go z sielanki. Otworzył oczy. Przed nim stał radiotelegrafista i pokazywał na zegarek. Czas nawiązać łączność. Podszedł do radiostacji. Radiotelegrafista wcisnął kilka guzików, dostroił częstotliwość i podał mu słuchawkę.
- Tu Dmuchawa! Tu Dmuchawa! Silnik zgłoś się! – Zaczął wywoływać – Tu Dmuchawa! Tu Dmuchawa! Silnik zgłoś się!
- Tu Silnik! Dmuchawa jak mnie słyszysz? – usłyszał jakby z oddali.
- Słyszę cię dobrze.
- Jak kolumny?
- Świątynia jest ich chyba pełna, bo dookoła pełno kapłanów. Ale na zewnątrz nic nie ma.
- Inni pielgrzymi też nic nie widzą. Za ile dojdziecie do świątyni?
- Za pięć minut. Przekaż innym.
- Przekażę. Nie zapomnijcie pamiątek.
- Nie zapomnę! Bez odbioru!
- Bez odbioru!
Oddał słuchawkę radiotelegrafiście.
- „Drucik”
- Tak?
- Weź ze sobą tylko radio i jedną baterię. Resztę oddaj „ Długiemu” i szykuj się do roboty.
Ruszył w stronę krawędzi lasu. Dotarłszy do „Długiego” poklepał go po ramieniu.
- Za cztery minuty zaczynamy.
Czołgał się tak wzdłuż całego szeregu, zamieniając z każdym parę zdań, aż dotarł do RKM-u. Potem wrócił na środek szeregu i zerknął na zegarek. Ma jeszcze minutę. Poczuł jak napinają mu się wszystkie mięśnie, włosy jeżą mu się na głowie, a cały świat staje się jaśniejszy. Serce zaczęło mu walić tak, że bał się czy nie usłyszą go wartownicy na dole. Znowu sprawdził czas. To już. Przyłożył kolbę „Stena” do ramienia i wycelował w najbliższego wartownika.
Gdzieś z oddali usłyszał suchy trzask, jakby łamaną gałąź. Zaraz potem drugi. Tak nie mylił się, to inne plutony zaczęły atak. Jeszcze raz wycelował w słuchającego uważnie wartownika. Powoli ściągnął spust. Strzał zaskoczył go. Zaraz po nim wystrzelili inni. Krótką serią zagrał RKM. Na jednej z wież zapłonął reflektor, w poświacie ukazując celującego z CKM-u wartownika. Lecz nagle wartownik złapał się za ramie i runął na ziemię przez barierkę.
John spojrzał na drugą z wież najbliższych jego oddziałowi. Stała ciemna, jakby martwa. John wstał na klęczki i machnął „Mikiemu” i „Lali” by szli na dół.
Nagle dojrzał biegnącego wzdłuż bunkra Niemca z psem. Gdy ten tylko go zobaczył, podniósł karabin do oka i strzelił. Kula minęła Johna o centymetry, wręcz usłyszał jej gwizd. Natychmiast padł i posłał w wartownika serię trzech pocisków. Niemiec padł, a jego pies pociągnął go za trzymaną przez niego smycz w stronę z której przyszli. Przez chwilę zapanowała cisza. W dali słychać było palbę. Inni mają widać cięższą przeprawę. W tę pozorną ciszę wdarło się ostre wycie syren. W garnizonie ogłoszono alarm. Z bunkrów i wartowni na plac zaczęli wybiegać żołnierze. Z trzech stron przywitał ich ogień RKM-ów i snajperów.
W tym czasie chłopcy na dole zdążyli dojść do pierwszej linii drutów i przeciąć ją. Przed nimi najgorsze: miny. Czołgali się obok siebie dźgając przed sobą bagnetami, ale eksplozja nie następowała. Nagle jeden z nich znieruchomiał, a zaraz po tym zaczął rozgrzebywać przed sobą ziemię rękami. Po chwili wetknął w nią małą chorągiewkę i ominąwszy ją ruszył dalej. Więc miny są.
Pomimo ciągłego ostrzału na plac przed bunkrem wybiegało coraz więcej żołnierzy. Formowali grupki i ruszali pędem w różnych kierunkach. Spory oddział wbiegł też do samego bunkra.
Na dole „Miki” z „Lalą” dotarli w końcu do bunkra. Spróbowali otworzyć drzwi i o dziwo udało im się. Stanęli jak wryci patrząc w stronę dowódcy.
John pokazał im by pilnowali wejścia z dwu stron. A sam podczołgał się do saperów.
- Dobra chłopaki. Nie wiem, o co w tym chodzi, ale wy macie się tego dowiedzieć. Jak dotrzecie do środka to nas ściągnijcie. Jasne?
- Tak!
- No! To miłej zabawy! – pokazał w stronę drzwi.
Saperzy zaczęli ostrożnie zsuwać się na dół. Nagle jeden z ludzi na dole zaczął strzelać. John podniósł wzrok. Wzdłuż bunkra szedł oddział Niemców. Było ich z dziesięciu. Pierwszych dwóch padło natychmiast. Reszta natychmiast położyła się na ziemi, korzystając z osłony postrzelonych. Jeden rzucił się pędem w stronę, z której przyszli. Lecz nagle zarył nogami w ziemię i padł bezwładnie na ścianę bunkra.
- Kocham „Długiego”, po prostu go kocham! – pomyślał John.
Saperzy zeszli już na dół i czołgali się przez wytyczoną ścieżkę. Jeden z nich został przy minie, a drugi ruszył bezpośrednio do bunkra i po chwili w nim znikł.
Leżąca grupa Niemców ostrzeliwała się gęsto i jeden z ludzi Johna dostał w ramię. Na szczęście w miarę niegroźnie. Reszta grupy mając Niemców jak na dłoni, waliła do nich tak, jakby chciała pomścić wszystkie naloty na Wielką Brytanię na raz. Strzelali do tego bardzo celnie. Po chwili więc zapanowała znów cisza przerywana tylko krótkimi warknięciami RKM-u i strzałami snajpera.
Tę pozorną ciszę przerwał suchy trzask czegoś spadającego na beton. Zaraz po nim dał się słyszeć tupot butów. Spojrzawszy na wprost John dojrzał wybiegających na dach bunkra Niemców. Natychmiast posłał w tamtą stronę serię ze swego „Stena”. Kilku Niemców padło bezwładnie na beton, ale reszta przywarła do ziemi i zaczęła strzelać. John podczołgał się do jednego ze swoich ludzi.
- Andy! Machnij tam ze dwa granaty i spadamy stąd!
- Dobra! – Odpowiedział mu rozpromieniony Andy.
- Ten to się chociaż dobrze bawi. – pomyślał John ruszając wzdłuż szeregu.
Gdy był w połowie krzyknął do swych ludzi.
- Ruszacie za Andym! Trzymać nisko głowy! I nie przeszkadzać tam saperom!!!
Podczołgawszy się do stanowiska RKM-u nachylił się do strzelca.
- Ruszamy! Do zobaczenia tam! – wskazał plac przed bunkrem.
Pomiędzy seriami dojrzał potwierdzające skinienie strzelca.
Nagła eksplozja wtuliła mu głowę w ziemię. To Andy rzucił granat, który eksplodował w tłumie Niemców. Zaraz po eksplozji rzucił drugi i zaczął się spuszczać na dół. Za nim ruszyli kolejni.
Na dole saper skończył rozbrajać minę i ruszył do bunkra. Nie był tam widać zbyt potrzebny, bo wyszli zaraz obaj rozwijając za sobą kabel. Odeszli wzdłuż bunkra jakieś 20 metrów i padli. Jeden zaczął łączyć kable z detonatorem, drugi pokazał w stronę Johna znak „Eksplozja”. John pokazał mu żeby poczekał i wskazał na schodzących ze skarpy ludzi. Saper nie wyglądał na zbyt szczęśliwego, ale czekał.
Jego ludzie byli już w połowie skarpy, gdy sam ruszył w dół. Dogonił ich szybko i w marszu wydawał dalsze polecenia.
- Wszyscy na lewą stronę drzwi! I uważać, bo wysadzamy!
Schodzący na początku Andy dotarł właśnie do pierwszej linii zasiek. Wstał i schylony biegł dalej. W ślad za nim biegli inni. Na końcu zszedł John. Pobiegł natychmiast do saperów.
Dobra chłopaki! Wysadzamy!
Jeden z saperów pokręcił energicznie korbką detonatora. Po chwili dał się słyszeć głuchy łomot. Przez drzwi wyleciało trochę pyłu. John podniósł się i ruszył w stronę drzwi. Machnąwszy ręką na resztę oddziału wszedł do środka.
Za zewnętrznymi drzwiami korytarz wykonywał kilka skrętów i kończył się drugimi drzwiami. Te były już grubsze i potężniejsze. Eksplozja ładunków kumulacyjnych pozostawiła w nich dwie dziury przy zawiasach. John kopnął w nie raz i drugi, ale bez efektu. Machnął na dwóch ludzi i zaczęli razem walić w drzwi. Po wielu kopnięciach drzwi w końcu drgnęły. Po kilku kolejnych odpadły od ściany i przewróciły się na ziemię.
Przed sobą John ujrzał rzęsiście oświetlony korytarz. Klepnął stojącego obok niego żołnierza i wybiegli pod przeciwległą ścianę. John przywarłszy do ściany zobaczył biegnący w jego stronę oddział wroga. Przywitał go natychmiast serią ze swego „Stena”. Za sobą też usłyszał serię. Reszta oddziału czekała. Korytarz był zbyt wąski.
Waląc do kolejnych Niemców, John usiłował przypomnieć sobie plan bunkra. Plan akcji zakładał, że wejdą do korytarza łączącego stanowisko odpalania z halą startową. Ale korytarz, do którego weszli nie zgadzał się z tym co pamiętał. Z opresji wyratował go napis na ścianie, tuż przed nim, wskazujący drogę do hali startowej. Trafiwszy ostatniego Niemca John zaczął zmieniać magazynek i krzyknął do swych ludzi:
- Idziemy za mną! James jesteś tam jeszcze? – krzyknął za siebie
- Jestem! Sporo ich, skurczybyków!
- Dobra! Ruszamy! James, ubezpieczasz z tyłu!
Ruszył przed siebie uważnie wpatrując się w koniec korytarza. Bez przeszkód dotarli do końca korytarza i skręcili w drugi, skąd widać było wejście do hali startowej. Lecz po chwili przywitał ich ogień karabinu maszynowego. John poczuł nagłe szarpnięcie za ramię i ból w lewej ręce. Padł na ziemię i zaczął się cofać. Wtem wyprzedził go jeden z cywilów i poturlał przed siebie granat, niczym kulę do kręgli. Po chwili dał się słyszeć huk eksplozji i zapanowała cisza.
- Na końcu tego korytarza jest wejście! Wleźcie tam i zabezpieczcie halę! – krzyknął wyszarpując z ładownicy opatrunek. Wszyscy go minęli, został sam. Był zły na siebie. Mógł się przecież domyślić, że hala jest strzeżona. Szczególnie w czasie alarmu.
Zakładając opatrunek znowu przypomniała mu się Jenny. Znów ujrzał jej uśmiechniętą twarz i rząd jej bieluśkich zębów.
- Nie! – sam się powstrzymał – Jenny będzie potem. Teraz jest robota!
Wstał i ruszył do hali, z której dobiegała tracąca na sile palba. Ramię bolało, ale mógł nieść broń i strzelać. Nie było więc tak źle. Tak mu się przynajmniej wydawało.
To, co ujrzał w hali zaparło mu dech w piersi. Po hali pełnej rakiet typu V-1 niósł się tupot dziesiątki par butów. Po hali biegali żołnierze. Brytyjscy żołnierze. Połowa jego oddziału ubezpieczała wszystkie wejścia do hali, gęsto się przy tym ostrzeliwując. Reszta rozbierała jedną rakietę, aby zabrać najcenniejsze części.
Po chwili z jednego z wejść usłyszał:
- Nasi idą!
To pozostałe dwie grupy dotarły do hali i przystępowały do swego zadania: wysadzenia bunkra.
- John! Dobrze, że cię widzę! – podbiegł do niego dowódca jednego z oddziałów. – Podłożyliśmy ładunki w składach paliwa i trotylu do rakiet. Resztę wtykamy w ściany.
- Dobra. Jak tylko skończycie to wiejemy. Lada chwila zwali się tu cały Wehrmacht z okolicy.
Rozeszli się, każdy w do swych zajęć. John ruszył do rakiety rozbieranej przez jego ludzi.
- Jak tam chłopaki? - spytał
- Zaraz kończymy. Mamy już wszystko z dziobu, próbkę paliwa i cały silnik. James wpadł do jakiejś kanciapy – wskazał na otwarte drzwi w przeciwległej ścianie – i zbiera jakieś papiery.
Natychmiast ruszył w tamtą stronę. W pokoju zastał Jamesa rzeczywiście zbierającego jakieś dokumenty.
- Co zbierasz? – spytał ze zdziwieniem
- Wygląda to na jakąś dokumentację techniczną, albo coś w tym stylu. Jestem pewien, że się przyda.
- Dobra. Zbieraj, ale gazem. Bo zaraz się stąd zmywamy.
Wyszedł z powrotem do hali. Saperzy ze wszystkich oddziałów kończyli właśnie spinać ze sobą kable. Jeden z nich wstał i krzyknął:
- Wszystko gotowe!
John rozejrzał się po sali. Jego ludzie właśnie dopakowywali plecaki i mocowali się z silnikiem. W końcu wzięli go we dwóch.
Podbiegł do wrót prowadzących na plac z przodu bunkra. Na lewo od siebie miał koniec pasa startowego. Odwrócił się i zobaczył jak dwaj pozostali dowódcy wyprowadzali wszystkie trzy plutony do wyjścia.
-Stać!!! – krzyknął.
Na pytające spojrzenia odpowiedział:
- Na placu powystrzelają nas jak kaczki! Co prawda plan zakładał że czekać będziemy przed bunkrem, ale od końca pasa do bunkra jest nie więcej jak 50 metrów. Zostajemy tu!?
Odpowiedział mu pomruk aprobaty, a wzrok dowódców pozostałych plutonów wyrażał również zgodę.
- W takim razie zabezpieczamy z powrotem halę! Radiotelegrafista do mnie!
Wszyscy rozbiegli się znów po hangarze. Został tylko radiotelegrafista i pozostali dowódcy. John podszedł do nich.
- Zostawiłem na skarpie, jako ubezpieczenie RKM i snajpera. Spróbuję ich ściągnąć tutaj. Wezwę też lotnictwo by nas stąd zabrali.
- W porządku. Ja też ściągnę moje ubezpieczenie.
- Ja też. – odpowiedzieli mu pozostali.
Radiotelegrafista rozstawił już radiostację i wyczołgiwał się by wystawić antenę poza bunkier. Jak tylko wrócił, John kazał mu dostroić się do małego radia, które zostawił „Długiemu”. Po chwili radiotelegrafista podał mu słuchawkę.
- Tu Dmuchawa! Tu Dmuchawa! „Długi” odbiór.
- Tu „Długi” słyszę cię dobrze.
- Wróćcie do drzwi, którymi weszliśmy i też tam wejdźcie. Zmiana planów.
- Dobra. Wyślij nam tylko jakąś osłonę.
- Wyślę. Jaka sytuacja przed bunkrem?
- Póki co, jest cicho.
- Dzięki. Czekamy na was! Bez odbioru.
- Bez odbioru.
Oddał słuchawkę i ruszył w stronę wejścia, którym wszedł do hali. Zastał tam dwóch swoich ludzi i kilku żołnierzy z pozostałych plutonów.
- „Merry” – zwrócił się do jednego ze swoich – weźmiesz jeszcze dwóch ludzi i pójdziesz do wejścia, którym weszliśmy. Tam osłonicie przejście RKM-u i „Długiego”. Potem wrócisz z nimi tutaj i zameldujesz się do mnie.
- Tak jest.
„Mery” klepnął dwóch ludzi obok niego i ruszyli korytarzem.
John wrócił do radia.
- Dostrój do dowództwa.
- Już zrobione – „Drucik” podał mu słuchawkę.
- Tu dmuchawa! Tu dmuchawa! Silnik zgłoś się! - wywołał
- Tu silnik! Jak mnie słyszysz?
- Słyszę cię dobrze! Dawajcie samoloty i to gazem! Zaraz zwali nam się na głowę cały Wehrmacht!
- Samoloty będą u was za pięć minut! Powtarzam: za pięć minut!
- Zrozumiałem! Samoloty za pięć minut! Proszę o zmianę planu: Czekamy w bunkrze. Niech samoloty podkołują na sam koniec pasa.
- Zmiana zaaprobowana! Czekajcie. Bez odbioru!
- Bez odbioru.
Oddał słuchawkę radiotelegrafiście i kazał mu złożyć radiostację. Wstał i krzyknął:
- W porządku! Za pięć minut będą tu po nas samoloty!
Podszedł do dowodzących resztą plutonów.
- Moi ludzie mają ciężki sprzęt – wskazał na poukładane przy wyjściu plecaki i silnik – Jak z tym wyjdą będą łatwym celem.
- Osłonimy ich – usłyszał w odpowiedzi.
- To dobrze. Ładujmy się na te samoloty i spadamy stąd.
Poczuł klepnięcie w ramię. Odwrócił się i zobaczył „Merrego” z RKM-istą i „Długim”.
- Dobrze, że jesteście. Zaraz się stąd zmywamy. Osłonicie, wraz z pozostałymi RKM-ami i snajperami, nasze przejście do samolotów. – Zwrócił się do „Długiego” i RKM-isty – Wracacie do samolotu na mój gwizdek.
- Tak jest!
Spojrzał na zegarek. Mieli jeszcze dwie minuty. Przez otwarte drzwi hangaru wdzierał się ryk silników samolotów. Nagle zza sufitu wyłoniły się dwa myśliwce i zakręciły nad placem.
Szwaby dobierają się naszemu transportowi do tyłka – pomyślał ze zgrozą i wyjął zza pasa lornetkę.
Przyjrzawszy się maszynom uspokoił się. To były brytyjskie Hurricany. Po chwili nad placem pojawiły się jeszcze dwie dwójki myśliwców.
- No to jesteśmy prawie w domu – ucieszył się w duchu.
Wyjrzał na pas. Cztery maszyny właśnie przyziemiały na jego drugim końcu.
- Szykować się! – krzyknął w głąb hali.
Cztery transportowe Dakoty zbliżały się do końca pasa i zaczęły zawracać. Z jednej z nich wysunęła się ręka z rakietnicą i wystrzeliła zieloną flarę.
W tym momencie przez główną bramę na plac wtoczyła się ciężarówka, a za nią kilka następnych.
- Ruszamy! Ale gazem! Osłona! Uważać na te ciężarówki! Saperzy! Jak tylko odejdziemy na bezpieczną odległość, wysadzacie!
W hali rozniósł się huk butów. Żołnierze z plutonu Johna chwytali plecaki i silnik i schyliwszy się jak najbardziej biegli w stronę najbliższej Dakoty.
W tym czasie z ciężarówek wyskakiwali Niemcy i skrywszy się gdzie się dało zaczynali strzelać. Z hangaru odpowiedziały im trzy RKM-y i snajperzy. Reszta żołnierzy strzelała w biegu, przyklękając co chwilę i przymierzając dokładniej. Gdy ludzie z ładunkiem dotarli do samolotu, zaczęli go szybko ładować. Uporali się z tym prawie natychmiast. Potem pomogli wsiąść cywilnym przewodnikom Johna i innych oddziałów. Potem odbiegli do drugiego samolotu. Samolot, który przed chwilą załadowali, ruszył po pasie. Jak tylko odjechał cała osłona zaczęła wsiadać do samolotów. Kto wsiadł wybijał szybę w samolocie i osłaniał bezbronnych przy wsiadaniu kolegów. Gdy załadunek dobiegał końca, John wyjął gwizdek i gwizdnął z całej siły. RKM-iści i „Długi” wstali i ruszyli za nim do swych samolotów.
Johnowi wydawało się, że już nie biegnie, wydawało mu się że leci.
- Dlaczego ten samolot jest tak daleko? - myślał
Kątem oka dostrzegł sapera naciskającego przycisk detonatora. Zaraz potem wkoło rozpętało się piekło. Ziemia uciekła mu spod nóg. Uderzył go huk eksplozji, a zaraz po nim podmuch. Zobaczył jak przez drzwi wychyla się Andy by go złapać. Samolot powoli ruszył. John zrównał się z nim i nie zwalniając skoczył w stronę drzwi. Poczuł jak podmuch eksplozji wtłacza go do środka. Silne ręce złapały go pod pachami i upadały wraz z nim. Leżeli bezpiecznie na podłodze samolotu.
John wstał i pomógł Andyemu się podnieść.
- No, to jesteśmy w domu chłopaki!!! - krzyknął
Odpowiedziała mu ogólna wrzawa. Gdy byli już w powietrzu, a ze wszystkich stron osłaniały ich myśliwce John stwierdził:
- Nie wiem jak wy, ale ja idę spać.
To powiedziawszy, podszedł do wolnego kawałka ławki i usiadł na nim. Oczy same mu się zamknęły.

...

Śniła mu się Jenny. Śnił o niej, jak o anielicy. Wyobrażał sobie jej szczęście, gdy zobaczy go po akcji. Widział jak biegnie do niego po placu koszarowym i rzuca mu się na szyję. Widział, prawie że czuł, jej włosy na swej twarzy. We śnie zastanawiał się, co zrobić po powrocie. Najchętniej wziął by swą lubą do jakiejś miłej knajpki na romantyczną kolację. A może pójdą razem do kina?
- Nie, bo tam grają kronikę filmową i na pewno pokażą zdjęcia z wojny. Nie chcę o niej słyszeć, przynajmniej przez chwilę. – powiedział przez sen.
Pójdą i zjedzą kolację. To z sobą ustaliwszy powrócił do marzeń o Jenny. Znów widział tylko ją. Czuł jej dotyk na swej twarzy. Przytulał ją do siebie. Widział jej piękne zęby, wyłaniające się zza soczystych, czerwonych ust...
Poczuł szarpanie za ramię. To w które oberwał. W jego sen brutalnie wdarł się ból. Otworzył oczy. To „Lala” Pochylał się nad nim.
- Co jest!? – zapytał złym tonem – Czego szarpiesz mnie za ranę?
- Przepraszam. Nie zauważyłem – „Lala” śpiesznie cofnął rękę – Zaraz lądujemy. Pilot mówi, że czeka tam na nas niezły komitet powitalny. Nie było by zbyt miło, gdyby szefostwo zastało cię śpiącego tak błogo jak trzymiesięczny bobas.
- Jasne. Dzięki. Jak samopoczucie?
- Jestem cały i zdrowy, to najważniejsze. A tak poza tym, czuję się świetnie.
John poklepał go po ramieniu i zajrzał do kabiny pilotów.
- Ile mamy do lądowania?
- Kilka minut. Czekamy na naszą kolejkę. – powiedział pilot, wskazując na lotnisko.
Przed hangarami stały już dwie maszyny, które otaczał spory tłumek. Pilot widząc zdziwienie Johna dodał:
- Ponoć zjawił się sam Winnie – miał na myśli premiera Churhillla.
- To żeśmy ładnie wpadli – dodał żartobliwie John i wyszedł do kabiny pasażerskiej.
- Czeka nas niezła impreza na dole. Podobno jest sam premier.
Odpowiedział mu pomruk radości.
- Lądujemy – krzyknął jeden z pilotów.
Usiadł i czekał. Po około minucie samolot przyziemił, piszcząc przy tym oponami. Po kolejnej minucie byli już na placu przed hangarem.
John wstał i podszedł do drzwi. Odwrócił się do swoich „chłopców”, którzy stali już w kolejce do wyjścia.
- Jeszcze jedna sprawa panowie. – powiedział oficjalnym tonem – Przeprowadzona przez nas operacja jest ściśle tajna. Obowiązuje was tajemnica państwowa i wojskowa. Mam nadzieję, że wiecie, co to znaczy.
Wszyscy pokiwali głowami.
- No, a teraz chwała bohaterom! – Krzyknął zawadiacko i otworzywszy drzwi wyskoczył na zewnątrz.
Podszedł do niego wysoki, barczysty mężczyzna w mundurze z generalskimi dystynkcjami. Zasalutowali sobie. John zameldował:
- Panie generale. Dowódca 12 plutonu melduje powrót z akcji. Wrócili wszyscy. Mam dwóch rannych.
Zasalutowali i podali sobie ręce.
Dobrze cię znów widzieć „Stary”. – ucieszył się generał – W tej chwili mamy najazd premiera i jego świty – powiedział pokazując grupkę ludzi w garniturach, rozmawiających z żołnierzami Johna. – Jak skończą to zameldujesz się w dowództwie. Ludziom daj do jutrzejszego południa wolne, ale nikt nie wychodzi z jednostki
- Jasne.
Po krótkiej rozmowie z premierem i kilkoma innymi oficjelami poszedł do hangaru, gdzie jego ludzie właśnie składali sprzęt.
- No to po wszystkim, chłopaki. – zwrócił się do nich protekcjonalnym tonem – Teraz idźcie do koszar i doprowadźcie się do porządku. Do jutra, do południa macie wolne. Kantyna jest wasza, pijcie ile chcecie. Ale nikt nie wychodzi z jednostki, taki rozkaz. – Odpowiedział mu ryk zachwytu.
Wszyscy zrzucali ekwipunek na kupę i biegli do koszar.
Powoli zdjął plecak i pas z ekwipunkiem. Rozprostował plecy i poszedł do kwater dla oficerów. Wziął z portierni klucz i poszedł do swego pokoju. Uśmiechnął się na widok starych gratów. Był wreszcie u siebie. Jego pierwszym marzeniem było wejść pod prysznic. Wyszedł po chyba godzinie. Od razu poczuł się lepiej. Ubrał się w wyjściowy mundur i wyjrzał za okno. Kolumna samochodów stała jeszcze przed bramą. Więc premier jeszcze nie pojechał.
- I chwała mu za to – pomyślał podchodząc do telefonu i wybierając numer do swego domu. Do Jenny.
Po chwili czekania usłyszał jak ktoś podnosi słuchawkę.
- Halo? – słyszał głos Jenny.
- Cześć kochanie. To ja, John. Wróciłem już z roboty.
- Och to świetnie! Kiedy będziesz w domu?
- Niestety chyba dopiero jutro. Mam teraz więcej obowiązków. Nie jestem już zwykłym szeregowym.
- No tak... – westchnęła – Przyjeżdżaj jak najszybciej. Czekam na ciebie.
- Jak tylko będę mógł to przyjadę. Kocham cię. Pa
- Ja też cię kocham. Cześć.
Odłożyła słuchawkę.
Położył się na łóżko i patrzył w sufit. Nie wiedział po jakim czasie wyrwał go z odrętwienia ryk samochodów. Podszedł do okna. To premier wraz ze swą świtą odjeżdżał z jednostki. Poprawił mundur i ruszył do budynku dowództwa. Po drodze minął grupkę swoich żołnierzy pędzących radośnie do kantyny.
- Wypijcie też moje zdrowie! – krzyknął za nimi radośnie.
Wszedł do budynku dowództwa i skierował się od razu do gabinetu generała. Czekał już na niego w przylegającym do gabinetu pokoju. Gestem zaprosił Johna aby usiadł w wielkim klubowym fotelu.
- Napijesz się? - spytał
- Z chęcią.
Podchodząc do baru spytał:
- Opisz mi przebieg akcji.
John popijając whisky opisał całą akcję najdokładniej jak potrafił. Gdy skończył, generał wyglądał na zadowolonego.
- Po wysłuchaniu relacji pozostałych dowódców i twojej własnej, uznałem, że zasłużyłeś na awans. Jutrzejszym rozkazem zostaniesz promowany i odznaczony medalem za zasługi dla korony brytyjskiej.
- Dziękuję – wyjąkał zmieszany.
- Części, które przywieźliście, stanowią niezwykle cenny materiał dla wywiadu. Ludzie z ruchu oporu przywieźli ze sobą ponadto wiele ważnych dla nas dokumentów i planów. Akcję uważam więc za w pełni udaną. Od jutrzejszego południa cały oddział ma wolne do końca tygodnia.
- Tak jest.
- To wszystko, miłej zabawy.
- Dziękuję.
John wyszedłszy od generała poszedł do kantyny. Wypiwszy kilka piw i pośpiewawszy ze wszystkimi, poszedł spać. Jutro spotka się ze swą ukochaną Jenny...

Data:

 Sierpień - Paźdźiernik 2003

Podpis:

 Tomek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=5098

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl