DRUKUJ

 

Kiedy miłość odchodzi

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
- Czy ta karetka musi tak wyć. – pomyślał niezadowolony. – Chcę spać.
Jednolity, nieustanny dźwięk wciąż wdzierał się do jego głowy, przeszywał go na wskroś, drążył mózg, nie pozwalał skupić myśli. Odbierał go każdą cząstką ciała. Poza tym było mu niedobrze. Żołądek wywracał mu się na drugą stronę, w przełyku paliło, a w ustach miał sucho, nie mówiąc już o potwornym łupaniu w głowie. Nie mógł swobodnie oddychać.
- Chcę spać! – pomyślał jeszcze raz rozpaczliwie i spróbował zacisnąć powieki. Zapiekło
go pod nimi, a po policzkach potoczyły się dwie duże łzy.
- Nie mogę oddychać, nie mogę. – starał się otworzyć oczy, ale nie mógł. Coś go dusiło,
coś siedziało w jego gardle, co blokowało przepływ powietrza. Wpadł w panikę, nie wiedział co się dzieje. Czy on umiera. Nie ta myśl jest niedorzeczna. Przecież jest młody, silny, zdrowy, więc skąd ta myśl. Czuł, że coś się wokół niego dzieje. Słyszał głosy, ale były one bardzo ciche, dobiegające z oddali. Nie słyszał, co głosy mówią, nie wiedział do kogo należą.
- Jeżeli się skupię to na pewno zrozumiem, co mówią. – pomyślał. Ale nieustanny sygnał
karetki i ucisk w gardle nie pozwalały na to. Nie potrafił zebrać myśli, nie potrafił skoncentrować się na głosach.
Nagle coś szarpnęło jego ciałem. Zadrżał z zimna i nie pokoju. Nie wiedział, co się z nim dzieje. – To tylko zły sen. – starła się siebie uspokoić.- Sen, z którego nie mogę się obudzić. Dźwięk karetki się oddalił, za to głosy ludzkie zaczęły być coraz bardziej wyraźne. Jednak były oderwane i nieskładne.
- ...... nazwisko...............
- ...... tak prosto z domu .............
- ..........cholerne dzieciaki, w głowach im się poprzewracało.
- Jakie dzieciaki. – pomyślał. – Nie ma tu przecież żadnych dzieci.
Chciał tylko spać, ale dreszcze, które raz po raz wstrząsały jego ciałem, nie pozwalały mu
na to. Nie rozumiał skąd te dreszcze przecież nie było mu zimno, a wręcz przeciwnie palenie w żołądku było coraz mocniejsze i coraz bardziej dokuczliwe. Nagle coś w nim zabulgotało, chciał się złapać za brzuch, gdyż bał się że pęknie, ale nie mógł go znaleźć. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy doszedł do wniosku, że nie czuje także swoich nóg i swoich rąk.
- Składam się chyba z samej głowy i żołądka. – pomyślał rozbawiony tym spostrzeżeniem.
– Głowa boli, w żołądku piecze, a pozostałych części ciała nie ma. Może to i lepiej, bo też dałyby mi się we znaki.
Wciąż nie mógł otworzyć oczu, choć tak bardzo pragnął zobaczyć, co się wokół niego dzieje. Nadal słyszał głosy, ale teraz nie potrafił rozróżnić słów. Był cały spięty i coraz bardziej się bał. W pewnym momencie poczuł, że spada coraz niżej i niżej, spada coraz szybciej. – No, to teraz ze mną koniec.- pomyślał i uznał, że warto było by zmówić jakąś modlitwę. – Ale jaką? – zastanowił się. Starał sobie jakąś przypomnieć, ale miał zupełną pustkę w głowie. – Czy naprawdę żadnej nie pamiętam. Przecież tego się tak od razu nie zapomina. Rozpaczliwie szukał w myślał słów, które złożyły by się w treść znanej modlitwy. Ale żadne nie przychodziły. Wprost przeciwnie, na usta cisnęły mu się bluźnierstwa, jakich nigdy do tej pory na głos nie wypowiadał. Postanowił więc zaniechać modlenia się i oddać w ręce opaczności. – Co będzie, to będzie. – pomyślał. - Nic gorszego niż śmierć nie może mi się przydarzyć. Wtedy zalała go ogromna jasność. Czuł, że w niej tonie. Jasność raziła jego zamknięte oczy, przenikał przez zamknięte powieki i drażniła nerwy wzrokowe.
- Czy to już ranek? - pomyślał i otworzył oczy. Zrobił to jednak z dużym trudem. Czuł się
słaby, bardzo zmęczony i nie miał ochoty na jakikolwiek wysiłek. W pokoju było jasno. Naprzeciwko siebie dostrzegł źródło tej jasności. Było to stare, drewniane okno pozbawione firanki. Jego wzrok powędrował do góry. Tam ujrzał biały poplamiony sufit, z zaciekami gdzie sufit w rogu łączył się ze ścianą. Na suficie umieszczone zostały dwie lampy jarzeniowe, ale teraz się nie świeciły. Omiatał wzrokiem ściany w ich górnych partiach, ale nie zobaczył tam nic ciekawego. Jedynie zszarzałą biel farby, która odchodziła w niektórych miejscach. Jego wzrok przesuwał się coraz niżej, ale i tam nie było nic interesującego. Próbował spojrzeć w bok, ale nie mógł, bolały go wszystkie mięśnie.
- Co jest. – pomyślał. – Czemu nie mogę się ruszać. I wtedy zobaczył nad sobą zatroskaną twarz matki.
- Synku. – wyszeptała i z jej oczu popłynęły łzy
Chciał powiedzieć, że nic mu nie jest, żeby się nie martwiła, otworzył usta, ale nie mógł wydobyć głosu. Usłyszał tylko dziwne rzężenie i poczuł ogromny ból.
- Nic nie mów synku. Jeszcze nie teraz. Pójdę po lekarza.
- Po co po lekarza. – pomyślał. – Przecież nie jestem chory.
Z wielkim wysiłkiem odwrócił głowę na prawo. Ujrzał obok siebie stojak z kroplówką, z której powoli skapywał jakiś płyn. Było tam również dziwne urządzenie cicho pikające i wskazujące jakieś wykresy.
- Jestem w szpitalu. – szybko ocenił sytuację. – Ten dźwięk karetki wcale mi się nie śnił,
słyszałem go naprawdę. Tylko dlaczego tu jestem?- zastanowił się. – Czyżbym miał jakiś wypadek.
Do sali wszedł lekarz w białym fartuchu, a za nim cicho wsunęła się matka. Lekarz podszedł do łóżka popatrzyła na leżącego na nim chłopca.
- Miałeś dużo szczęścia chłopcze. – powiedział i wziął go za rękę, by zbadać puls. Ręka
lekarza była sucha i chłodna, a przez to mało przyjemna w dotyku. Lekarz zbadał puls, sprawdził schodzącą kroplówkę, coś zapisał w karcie wiszącej w nogach łóżka. Za nim wyszedł z sali położył rękę na ramieniu matki.
- Wszystko będzie w porządku. Organizm jest młody i silny. Nie jedno jeszcze przetrzyma.
Gorzej natomiast z psychiką chłopaka. Trzeba się tym zająć.
Gdy lekarz wyszedł, matka ponownie zajęła miejsce obok łóżka. Twarz miała małą, oczy smutne, zmęczone.
- Idź do domu mamo. – chciał powiedzieć, ale nie mógł. – Musisz przecież odebrać Krzysia
ze szkoły, ugotować mu obiad, no i pewnie zrobić zakupy. Nie martw się o mnie. Jest mi tutaj dobrze.
Powieki ciążyły mu coraz bardziej, więc je zamknął. Było mu tak o wiele lepiej. Kiedy je ponownie otworzył, nie zobaczył już matki. W pokoju był mrok, tylko przez okno wpadało światło z ulicznych latarni.
- Jest mi dobrze. – pomyślał i zamknął powieki.
Oczy otworzyły się same. W pokoju znów było jasno. Przy łóżku krzątała się pielęgniarka. Zmieniła kroplówkę, poprawiła poduszkę i wyszarpnęła mu z pod pachy termometr. Zapisała temperaturę w karcie choroby i cicho wyszła na korytarz. Znów został sam.
- Szpital.- myślał. – Nigdy jeszcze nie byłem w szpitalu. No tylko w dzień narodzin, ale to
się nie liczy. Ciekawe, jak tu trafiłem. Potrącił mnie samochód. Mam połamane ręce, nogi?
Spróbował poruszyć kończynami i udało mu się.
- Są całe. – uznał. – Więc może doznałem urazu głowy, tak jak Michał, gdy spadł z
trzepaka. Głowa mnie przecież bolała.
Do pokoju wkroczył obchód, lekarze, pielęgniarki, mnóstwo białych fartuchów i kilka czepków. Rozmawiają między sobą, oglądają kartę zdjętą z łóżka, patrzą na niego, jak jego blada twarz niewiele różni się od poduszki.
- I jak się dziś czujesz chłopcze. – spytał lekarz, ten sam co wczoraj zajrzał, kiedy była tu
matka.
- Dobrze. – Z jego gardła wydobył się charkot. Lekarz zbadał mu puls, uśmiechnął się
przyjacielsko.
- Szybko wrócisz do zdrowia. A teraz chciałbym ci kogoś przedstawić. Pani Anito, proszę tu bliżej. – zawołał w kierunku zgromadzonego za jego plecami zbitego tłumu białych fartuchów. Do przodu wysunęła się młoda, szczupła dziewczyna z dużymi, brązowymi oczami i ciemnymi włosami ściągniętymi gumką do tyłu. Też była ubrana w biały fartuch.
- To jest pani Anita, jest psychologiem. A to jest pacjent, o którym wczoraj z panią
rozmawiałem.
Dziewczyna skinęła głową i uśmiechnęła się do niego.
- Pani Anita zajmie się tobą, gdy tylko lepiej się poczujesz.
Lekarz mówił coś jeszcze, ale on już go nie słuchał. Ta dziewczyna, pani Anita, kogoś mu przypominała. Tylko kogo. Próbował sobie przypomnieć, a jego serce zaczynało coraz mocniej bić. Majka. Pojawiła się w głowie myśl. Ona jest podobna do Majki. Te same oczy, włosy jakby trochę krótsze, ale kolor ten sam. Ta sama kruchość i delikatność w budowie ciała, ten sam ujmujący uśmiech
- Majka. – myślał, gdy lekarze już opuścili pokój. – Moja Majka.
I wtedy nagle coś go zakłuło. To nie jest już jego Majka. Majka należy teraz do kogoś innego. Nagle powróciły wydarzenia sprzed kilku dni. Oni razem, park, ławka, na której zawsze siadali przytuleni do siebie. Ale teraz siedzieli daleko od siebie, nie stykali się żadnym kawałkiem ciała. Mówiła ona, tylko ona, a on milczał. Mówiła, że nie mogą już być ze sobą. Że muszą się rozstać. Ale chce, aby byli nadal przyjaciółmi.
– Ale dlaczego. – pytał.
– Nie kocham cię już. – odparła. – Ta miłość odeszła, więc odchodzę i ja.
Wstała z ławki.
- Choć. – powiedziała i wyciągnęła rękę. Ale on nie podniósł nawet na nią wzroku.
- Zostanę tu jeszcze. Idź sama.
- Jak chcesz. – odpowiedział i odeszła.
A on został sam na sam ze swoim żalem, z wielkim bólem i wielką, nie spełnioną miłością.
Potem były nie przespane noce, ciągła gonitwa myśli i spokój, gdy podjął decyzję. Przyjemny chłód buteleczki w dłoni koił go. Leki na serce, które zażywała matka, by ratować swoje życie, teraz posłużą jemu, by życie odebrać.
- Kiedy miłość odchodzi. – pomyślał wysypując tabletki na dłoń. – Zabiera ze sobą chęć do życia.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51406

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl