DRUKUJ

 

Biały welon

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
- To czekamy na Pana niecierpliwie. – rozbrzmiewał w słuchawce kobiecy głos. –
Proszę tylko podać dokładną godzinę przyjazdu, to ktoś wyjdzie po Pana na dworzec.
- Naturalnie. Sprawdzę, o której przyjeżdża autobus i przedzwonię. – odpowiedział.
- To do usłyszenia. No i oczywiście zobaczenia już na miejscu. – powiedziała
śpiewnie kobieta i odłożyła słuchawkę zanim on zdążył się pożegnać.
Odłożył słuchawkę i ciężko usiadł na krześle. Złożył ręce na stole i westchnął. Co go podkusiło, żeby przyjąć tę propozycję. Przecież jego czas na zasłużonej emeryturze miał upływać na lenistwie i samych przyjemnościach. A na pewno nie na pracy. Miał już 67 lat i wielką ochotę na zasłużony odpoczynek. Dwa miesiące temu odszedł na emeryturę i nie była to bynajmniej jego decyzja. Odwlekał ten moment w nieskończoność, aż wreszcie zmusiły go do tego czynniki zewnętrzne. Po prostu postanowiono zredukować w przychodni jedno stanowisko. Nawet się przed tym bardzo nie bronił. Wiedział doskonale, że zrobił już wszystko, co mógł zrobić, wyleczył tysiące dzieci i musi dać teraz szansę młodszym kolegom na wykazanie się. Bez wątpienia był wybitnym specjalistą budzącym szacunek i zaufanie wśród pacjentów, a raczej ich rodziców. Leczył dzieci, każdy kontakt z małym pacjentem był jak balsam na jego serce. A gdy udało mu się wyprowadzić malucha z naprawdę ciężkiego stanu, to nie podziękowania rodziców ani prezenty, które usiłowali mu wciskać, były dla niego najlepszą zapłatą. Ale był nią widok uśmiechniętego i radosnego dziecka, którego rozpierała energia, oczy błyszczały i nie było siły, aby zatrzymać go choć jeszcze jeden dzień w łóżku. Kochał swoją pracę i brak sposobności jej wykonywania budził w nim lęk. Ale wiek robił swoje. Nie miał już tyle siły, ani tyle cierpliwości co dawniej. Szybciej się męczył, irytował, często był roztargniony. Zdrowie też trochę szwankowało. Podwyższone ciśnienie i poziom cukru, niewielkie zaburzenia rytmu serce i okresowe nasilone bóle głowy utrudniały funkcjonowanie na tych samych obrotach co wcześniej. Świadom swoich ograniczeń w odpowiednim czasie, to znaczy w wieku sześćdziesięciu pięciu lat, zrezygnował z pracy w szpitalu. Ale nie mógł również odejść z poradni. Zresztą ze szpitalem tak do końca się nie rozstał. Odwiedzał nadal pozostawionych tam pacjentów, udzielał konsultacji, radził młodszym lekarzom. I był szczęśliwy. Czarne chmury nad jego głowę napłynęły pół roku temu. Wiadomość, że powinien odejść na emeryturę wstrząsnęła nim. Było mu z tym ciężko i źle. Nie wyobrażał sobie, że nie będzie już nikogo leczył, bał się, że stanie się niepotrzebnym, zramolałym starcem. Jego wątpliwości rozwiali sąsiedzi, para przemiłych staruszków, jak o nich wcześniej myślał. Okazało się, że oboje są na emeryturze już od pięciu lat i wcale nie czują się niepotrzebni. Wręcz przeciwnie są bardziej aktywni niż za czasów swojej młodości. Zwiedzają kraj, a nawet jeżdżą na wycieczki zagraniczne, odkrywają nowe pasje i zainteresowania, poznają nowych ludzi, uprawiają sporty i prowadzą naprawdę rozrywkowe życie. Zaczynał się powoli oswajać z myślą o emeryturze, planował, co będzie na niej robił. Kupował książki, które chciał przeczytać, przeglądał foldery z zagranicznymi wycieczkami, sprawił sobie nawet nowy rower uznając, że to świetna forma ruchu i na dodatek świetny środek lokomocji na rynek po świeże warzywa i owoce. Na emeryturze postanowił zmienić swoje życie na bardziej zdrowe. Chociaż był lekarzem i te tematy były mu dobrze znane, to nie udawało mu się przestrzegać zasad zdrowego życia. Często nie dosypiał, zarywał noce, jadł byle co, w pośpiechu, no i ten ciągły stres, walka z nieustannie upływającym czasem. Teraz to wszystko miało się zmienić. Miał mieć czas tylko dla siebie i swoich przyjemności. Ale jeden telefon zburzył jego spokój. Dostał propozycję objęcia stanowiska lekarza w sanatorium dla dzieci z chorobami dróg oddechowych. Długo się wahał, bił z myślami, miotał się między odpowiedzą TAK a NIE. Aż wreszcie podjął decyzję. Kochał przecież leczyć dzieci i nie mógł pozwolić na to, aby któreś dziecko cierpiało bardziej lub dłużej niż to jest konieczne. A to wszystko, co zamierzał robić, może przecież odłożyć na późnej.
Miał wyjechać za trzy dni, a nawet nie zaczął jeszcze się pakować. Powinien jak najszybciej to zrobić. Na szczęście musiał zabrać tylko rzeczy osobiste. Całe umeblowanie i wyposażenie kuchni zostawiał. Ale i tak było mu się ciężko do tego zabrać. Przez czterdzieści lat dużo się tego nagromadziło. Ale nie było rady, musiał się wreszcie do tego zabrać. Transport miał zabrać cięższe rzeczy już za dwa dni, a on sam z bagażem podręcznym miał jechać za trzy. Nie miał więc wiele czasu. Postanowił najpierw spakować książki, pisma i tony papierów, dokumentów, płyty i bibeloty. Następnie zabrać się za ubrania. Opróżniał półki, szafy i szafki, szuflady. I kiedy już wszystko było poukładane w pudłach, walizach i torbach przypomniał sobie o pawlaczu. Pawlacz znajdował się w przedpokoju i nie był otwierany od lat. Nie miał chęci zaglądania tam, ani tym bardziej wspinania się na stołek. Ale rad nie rad zrobił to. Sam był ciekaw, co pawlacz kryje w sobie. Przekręcił kluczyk, drzwiczki lekko skrzypnęły i zawartość pawlacza przestała być tajemnicą. Oczywiście znalazł tam stare papiery, chyba sprzed trzydziestu lat, jakieś dziwne ozdoby, chyba na choinkę, niemodną już parę butów i kilka zawiniątek w foliowych torbach. Papiery przejrzał z grubsza, te naprawdę stare postanowił wyrzucić, były wśród nich nawet dwa albumy ze zdjęciami, ale teraz nie miał czasu, by je oglądać. Odłożył je na bok, buty postanowił postawić obok śmietnika i wielce zaintrygowany zaczął rozwijać foliowe torby. Z pierwszej wyjął tamburyno, z następnej grzechotki i kołatki. Jakże on się tego naszukał z dwadzieścia lat temu, kiedy chciał na oddziale założyć mini orkiestrę. Znalazł to dopiero dziś. Postanowił zabrać instrumenty ze sobą, a nóż przydadzą się w sanatorium. Trzeci, najmniejszy pakunek był miękki w dotyku. Nie miał pojęcia co może się w nim znajdować. Kiedy zajrzał do torby zobaczył szary, pakowy papier. Odwinął go, a oczom jego ukazała się poszarzała tkanina przypominająca firankę, ale oczywiście firanką nie była. Serce mu na chwilę zamarło, a potem mocno i gwałtownie zabiło, tak jakby próbowało się wyrwać ze starej piersi. Jedną ręką trzymając się za bolące serce, a drugą ściskając niewielki skrawek materiału przeszedł do kuchni. Z szafki wyjął lek na serce, zażył dwie tabletki i popił je wodą z czajnika. Następnie usiadł wygodnie w fotelu, a poszarzałą „firankę” położył na kolanach.
Jego myśli biegły własnym torem. Teresa. Jasne długie włosy, grzywka ciągle opadająca na zielone oczy. Szczupła, wyprostowana sylwetka i ta zaciętość na jeszcze dziecinnej twarzy. Jej drobne dłonie, szczupłe place, które ginęły w jego dłoni, gdy brał ją za rękę. Jej smukła szyja odginająca się do tyłu, gdy ją całował. Smukłe ramiona zaciskające się na nim, gdy go obejmowała. I śmiech do dziś brzęczący w jego uszach. Teresa to miłość jego życia, największa i jedyna. Ale miłość utracona. Nigdy nie zrozumiał co się stało, co przeoczył, gdzie popełnił błąd. Były chwile, kiedy bał się o ty myśleć, kiedy czuł, że jest bliski obłędu. Wtedy jedynym ratunkiem dla niego była praca. Cierpienie dzieci paradoksalnie stanowiło dla niego ukojenie. Ból, płacz dziecka, złe wyniki badań, a co gorsza niepomyślne rokowania pozwalały mu zająć myśli. Angażował się w pracę całym sercem, brał dodatkowe dyżury, nawet kiedy nie miał dyżuru, a pozostawił pacjenta w niepokojącym stanie, także przebywał w szpitalu. Jeździł na szkolenia, sympozja, czytał literaturę fachową, sam pisał artykuły naukowe, nawet się doktoryzował. Niektórzy uważali go za karierowicza, a byli to najczęściej ci, którzy mając rodzinę na utrzymaniu dzielili swój czas na leczenie i sielankę rodzinną. On miał tylko pracę i to pacjenci byli jego rodziną. I to oni pozwolili mu zapomnieć o wydarzeniach sprzed lat. Nieraz, kiedy jego pacjentkami były dojrzałe dziewczyny, budził się w nim dziwny niepokój, pojawiało się w jego głowie mgliste wspomnienie, które przez lata zdążyło przyblaknąć. Jednak teraz to wspomnienie odżyło ze wzmożoną siłą. Poczuł się znów młodym chłopakiem. Świeżo upieczonym lekarzem, który stoi u progu nowego życia. Ubrany w granatowy garnitur, białą koszulę i lśniące buty. Szczęśliwy szczęściem zakochanego człowieka. Upojony miłością i słodkim zapachem maja. Kościół był już pełen zaproszonych gości, obok świadek z obrączkami w kieszeni i gdzieś tam na zakrystii jego przeurocza narzeczona w białej sukni. Za chwilę ksiądz połączy ich świętym węzłem małżeńskim, węzłem nierozerwalnym, węzłem na całe życie. Stojąc w drzwiach kościoła i czekając na Teresę próbował sobie wyobrazić, jakże przepięknie musi wyglądać w ślubnej sukni i białym welonem na głowie. Miał nadzieję, że już za moment ją zobaczy. Ale ten moment jakoś nie nadchodził. Wśród gości zapanowało poruszenie. Zniecierpliwiony ksiądz podszedł do nich i poprosił o pośpiech, bo po nich jest następny ślub. Rysiek chciał iść po Teresę, ale on mu nie pozwolił. To w końcu będzie jego żona i sam ją doprowadzi najpierw do drzwi kościoła, a następnie do ołtarza. Poszedł. Ręce mu się nieco spociły, krawat zaczął dusić. Otworzył drzwi na zakrystię, ale Teresy tam nie było. Nie było tam nikogo. Pomyślał, że Teresa z Anką, swoją druhną, już poszły. Kiedy miał już wyjść, kątem oka dostrzegł drugie drzwi, które były uchylone. Nie wiedział dokąd prowadzą, ale kierowany jakimś niezrozumiałym instynktem postanowił nimi wyjść. Pchnął drzwi i oczom jego ukazał się parkan okalający kościół. – Czyżby Teresa poszła tędy? – zastanowił się. Ale zanim zdążył odpowiedzieć sobie na to pytanie zobaczył leżący na ziemi biały welon. Welon, który zapewne jeszcze niedawno miała przypięty do głowy Teresa. Podszedł do niego i podniósł. Kiedy przytulał go do twarzy zobaczył stojącą pod drzewem Ankę. Podszedł bliżej, wciąż ściskając w obu dłoniach welon.
– Ona już nie wróci. – wyszeptała dziewczyna.
– Wiem. – odparł cicho, bo głos mu drżał. – Wiem. – powtórzył po raz drugi, choć
tak naprawdę to nic nie wiedział.
– Ale ja tu jestem. – powiedziała i położyła mu rękę na ramieniu. – Chodź ze mną .
Chciał iść, ale nie mógł ruszyć się z miejsca. W gardle coraz bardziej go dławiło, nic nie widział, nie wiedział co się wokoło dzieje. Czuł, że wokół nich zbiera się coraz więcej ludzi. Słyszał głosy, ale nie wiedział co mówią. Gdzieś szedł, coś pił, potem jechał samochodem. Rano obudził się na swoim łóżku w garniturze i butach. W ręku wciąż ściskał welon Teresy, tak samo biały i piękny, ale strasznie wygnieciony. Dziś jak przez mgłę pamięta to, co działo się w tamtym czasie. Czuł, że pół roku wyjęto mu z życiorysu. Nie robił wtedy nic, i chyba nawet o niczym nie myślał. Stale miał przy sobie welon, który nabrał już szarego odcienia.
Dziś równie poszarzały welon spoczywał w jego dłoniach. Welon poszarzał i tak samo poszarzały wspomnienia tamtych dni. Jedno czego żałował, to tego, że nigdy nie dowiedział się dlaczego. Dlaczego Teresa go zostawiła, uciekła prawie tuż sprzed ołtarza i dlaczego właśnie w tym dniu, dlaczego nie wcześniej. Te pytania dręczyły go przez wiele lat, więc schował welon i wszystkie zdjęcia Teresy, jak najgłębiej mógł. Przestał wracać do tamtych wydarzeń, żył bieżącymi sprawami i problemami. Aż zupełnie wyrzucił z pamięci obraz tamtych dni. Ale Teresy nie wyrzucił z niej chyba nigdy. Zawsze była przy nim, a przynajmniej jej obraz, jej wspomnienie. Przez jego życie przewinęło się jeszcze kilka kobiet, ale żadna nie zapisała się w jego sercu. Niektórych nawet nie pamiętał, a inne wspominał bez żalu. Teresa była miłością jego życia, a jedyne co mu po niej zostało to kilka zdjęć i poszarzały dziś, a niegdyś biały welon.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51407

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl