DRUKUJ

 

Pamiętnik

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
24 maja – środa
Kochany pamiętniczku jestem dzisiaj szalenie podekscytowana. Usłyszałam dziś rozmowę rodziców, nie żebym specjalnie podsłuchiwała, ale tak zupełnie przypadkiem. Mówili, że znaleźli dla mnie narzeczonego. Mam już szesnaście lat i najwyższa pora wyjść za mąż, przynajmniej tak twierdzi papa. Wszystkie moje siostry w tym wieku miały już narzeczonych albo nawet mężów. No męża to miała tylko Lidia, ale to i tak się liczy. Nie mogę się już doczekać, kiedy dowiem się kim jest mój wybranek. Szkoda tylko, że to ja sama nie mogę go wybrać. Ale to już jest przywilej rodziców, jak twierdzi panna Alicja. Mam nadzieję, że będzie to ktoś odpowiedni i najlepiej w moim wieku. Ostatecznie może być trochę starszy, ale nie więcej niż dziesięć lat. Tak na pewno musi być trochę starszy i musi mieć jakiś majątek, rodzice nigdy nie wydaliby mnie za kogoś biednego. Jak dla mnie to ten majątek nie musi być wcale taki duży. Ale mieszkanie powinno być duże, jakieś pięć pokoi i kuchnia ze spiżarką. Meble powinny być piękne, najlepiej ciemne i dywany takie grube i miękkie. Ze służby na pewno powinna być kucharka i pokojówka, przydałby się też lokaj, ale o tym to będzie już decydował mój przyszły małżonek. Dobrze byłoby też mieć domek na wsi, by w upalne lato udać się tam na wypoczynek.
Ach jak to wspaniale będzie być wreszcie panią Anną Jakąśtam, a nie tylko panną Anną. Będę wtedy poważana i szanowana, inni będą się liczyć z moim zdaniem. Będę mogła sama wybierać kroje sukien, kolory zasłon i deser do obiadu. Bo u nas to ciągle ten kompot i kompot. Niby codziennie z innych owoców, ale to wciąż kompot. Ja bym dysponowała lody, ciasta, puddingi. A suknie to bym miała takie piękne i kolory miałyby żywe. Bo mama to mnie ciągle ubiera w brązy, granaty i zielenie. Czarną suknię to nosiłam tylko raz, po śmierci babci. Mama uważa, że czarny nie jest kolorem dla młodych panienek. A na bale to zawsze zakładam suknie w kolorze białym, różowym albo błękitnym. Ładnie mi w tych kolorach, tak twierdzi mama, i ja też tak uważam. Pasują do moich jasnych włosów i niebieskich oczu. Ale choć razach chciałabym założyć czerwoną suknię. W swoim życiu tylko raz miałam coś czerwonego. Była to chusta od ciotki Marty, którą dostałam na swoje dwunaste urodziny. Teraz chusta leży na dnie komody, ale myślę, że jako kobieta zamężna będę mogła ją nosić i to publicznie. A nie jak do tej pory, tylko w swoim pokoju.
Ach co to będzie za dzień kiedy wyjdę za mąż. A ślub. Musi być przepiękny, musi. Każda panna młoda o tym marzy. Oho, ale chyba rodzice mnie wołają. Ciekawe, czy mi teraz o tym powiedzą.


Powiedzieli. To znaczy mówił głównie tata. Mama milczała i chyba była jakaś smutna. Mojego przyszłego męża mam poznać na balu w przyszły piątek. Podobno jest to ktoś wysoko postawiony i majętny, będzie dla mnie dobrym mężem, tak przynajmniej twierdzi tata. Jutro mam iść z mamą do krawcowej, bo na tę specjalną okazję potrzebuję nowej sukni. Cieszę się niezmiernie, bo ja bardzo lubię nowe rzeczy. A teraz muszę siadać do francuskiego, bo panna Alicja znowu będzie ze mnie niezadowolona. Ciekawe dlaczego ona nie wyszła za mąż. Muszę ją o to jutro zapytać.

25 maja – czwartek
Jest już prawie dziewiąta wieczorem, a ja dopiero siadam do pisania. Rano lekcje, a po obiedzie wizyta u krawcowej. Po drodze wstąpiłyśmy też do szewca, by się dowiedzieć jak długo należy czekać na buciki. Co najmniej tydzień, odparł pan Edward, ale jak dla szanownej pani, czyli mamusi, nie dłużej niż pięć dni. Wobec czego jutro znów tam zajedziemy i wybierzemy odpowiedni fason. Pan Edward powiedział, że musi wziąć miarę, noga już mi chyba nie rośnie, ale należy się upewnić, żeby potem nie były za ciasne. U krawcowej też miara była brana, okazało się, że troszkę się zaokrągliłam, ale gorset wyrówna moje kształty. Po długich naradach wreszcie wybrałyśmy fason sukni, gorzej było z kolorem. Mama uparła się na przybrudzoną bieli, ja natomiast upatrzyłam sobie kolor lila. Ale na to mama przystać nie chciała. Krawcowa chciała nas pogodzić i zaproponowała lekki róż, za co dostało się jej od mamy. Oświadczyła ona bowiem, że ta młoda dama, czyli ja, jest poważną kandydatką na żonę bardzo szanowanego obywatela naszego miasta, a nie podlotkiem. Krawcowa się zarumieniła i nic więcej nie powiedziała na ten temat. Umówiła nas na sobotę na dwunastą w południe na wstępną przymiarkę i mogłyśmy jechać do domu. A ja tak bardzo nie mogę doczekać się tego balu. Będzie to przecież najważniejszy bal w moim życiu.
Na lekcji spytałam się panny Alicji, dlaczego nie wyszła za mąż. Ale ona odpowiedziała mi , po francusku, że nie powinnam interesować się sprawami innych osób, szczególnie osobistymi, bo to nie przystoi osobie z dobrego domu. Zawstydziła mnie tą odpowiedzią, ale mnie się po prostu wydaje, że nikt nie chciał panny Alicji za żonę, bo ona ciągle jest niezadowolona i wszystko krytykuje.

26 maja – piątek
Pantofle zamówione, noga mi nie urosła. U szewca terminuje nowy uczeń. Jest mniej więcej w moim wieku. Wysoki, przystojny i czarnowłosy. Bardzo mi przypadł do gustu. Ma takie delikatne i szczupłe ręce. Trochę czułam się nie swojo kiedy dowiedziałam się, że to on ma pobrać miarę. Zawsze robił to pan Edward. Ale nie potrzebnie się obawiałam. Pomiar przebiegł szybko i co dziwne wcale nie czułam się zażenowana. Mama cały czas stała z boku i nas obserwowała. Bała się chyba, żeby chłopak mnie nie zbałamucił, tak zawsze mówi nasza kucharka, ale on nawet na mnie nie spojrzał i nie odezwał się do mnie słowem. Patrzył tylko i mówił do mamy. Zdenerwowałam się trochę, że nikt nie traktuje mnie poważnie. Nawet taki szewczyk. W końcu jestem już dorosła i mam prawo do własnego zdania, a tym czasem o wszystkim decyduje mama. Ciekawe czy w przypadku sióstr było tak samo. Muszę z nimi o tym porozmawiać, jak przyjadą na urodziny papy.

28 maja – niedziela
Wczoraj pół dnia przepłakałam. Oczy miałam spuchnięte jak królik i wieczorem musiałam robić sobie okłady z rumianku. Suknia jest okropna. Miała być lekka i zwiewna. A tym czasem jest sztywna i źle się układa. Mama stwierdziła, że jestem przewrażliwiona i że nie mam już czternastu lat, by sukienka była jak firanka. Pora, abym zaczęła nosić prawdziwe suknie, bardziej stosowne do mojej przyszłego stanu i pozycji. Musiałam się zgodzić z mamą, ale nadal nie jestem zadowolona. Jak ja będę w takiej sukni tańczyć. I do tego buty na obcasiku. Jestem z nich bardzo dumna, ale nie wiem, czy będę potrafiła w nich zgrabnie się poruszać. Z resztą i tak prawie wcale nie będzie widać ich spod sukni. Na piątek mamy już zamówionego fryzjera, który uczesze mnie i mamę na bal. Ma też czesać Izabellę, która przyjedzie do nas przed balem. Podobno Izabella i jej mąż przechodzą jakieś kłopoty finansowe i muszą oszczędzać. Nie będzie też miała nowej sukni, tylko służąca przerobi jej starą, by wyglądała jak nowa. Mam nadzieję, że ja nigdy z moim mężem nie będę musiała oszczędzać.

1 czerwiec – czwartek
Jutro bal!!! Jestem tym tak bardzo podekscytowana, że chyba dziś nie zasnę. Suknia już wisi w garderobie i tylko czeka aż ją założę. Buciki są już gotowe. Przyniósł je dziś po obiedzie pomocnik pana Edwarda. Podobno ma na imię Szymon. Tak powiedziała mi Zuzka, nasza pokojówka. Akurat wychodziłam z jadalni, kiedy Zuzia otworzyła drzwi. I wszedł wysoki mężczyzna w przeciwdeszczowym płaszczu. Pogoda jest dziś okropna, cały dzień pada rzęsisty deszcz i zrobiło się zimno. Aż się boję, co będzie jutro. Przecież taka pogoda może popsuć cały bal. Ale wracając do Szymona. Poznałam go, kiedy zdjął kaptur. Twarz miał całą zroszoną deszczem i Zuzia wytarła mu ją swoją białą chusteczką. Ale chyba mu się to nie spodobało, bo nawet się nie uśmiechnął. Wyjął tylko zza płaszcza pudło z moimi butami i podał Zuzi. Ona położyła je na stoliku. Potem Szymon podał Zuzi jakąś kartkę, którą ona długo trzymała w dłoni , a on chyba czekał jak mu ją odda. Zuzia coś mówiła do Szymona, ale mówiła cicho i nic nie słyszałam. Chyba stali by tam całą wieczność, a ja razem z nimi, gdyby do jadalni nie weszła kucharka zabrać ostatnie naczynia. „ A co panienka tak się czai” – zawołała gromkim głosem, tak że na pewno Szymon i Zuzka to usłyszeli. Speszyłam się bardzo i nie mogłam już dłużej ukrywać się w jadalni. Przechodząc przez korytarz skinęłam Szymonowi głową, a on mi się skłonił. Nie wiem, co było dalej, ale po kilku minutach Zuzka przyniosła mi do pokoju buty. Zagadnęłam ją o Szymona i wtedy dowiedziałam się jak ma na imię. Zuzka mówiła o nim dużo i ciągle się nim zachwycała. Chyba się w nim zakochała. Ciekawe, czy on też ją kocha.

2 czerwiec – piątek.
Bal, bal, bal. To już dziś. Za godzinę przychodzi fryzjer. Najpierw uczesze mamę, potem Izabellę, a na końcu mnie. Iza właśnie przyszła i zamknęła się z ojcem w jego gabinecie. Ciekawe, czy Tomasz pojawi się na balu?
Bardzo się denerwuję tym, iż dziś poznam mojego przyszłego męża. Obawiam się tego spotkania. Nie wiem dlaczego wszyscy robią tajemnicę z tego, kim jest ten człowiek. Mama mówi, że długo zastanawiała się z ojcem nad wyborem mojego przyszłego męża, więc wybór ten z pewnością jest właściwy. I prosiła, bym pamiętała o tym, że jestem dorosła i emocje muszę trzymać na uwięzi, a górę powinien wziąć rozum. Nie wiem, co mama chciała przez to powiedzieć, przecież ja zawsze zachowuję się w odpowiedni sposób.

I już po balu. Jestem bardzo zawiedziona. Okazało się, że nie przyszedł. Podobno zachorował na grypę i musiał zostać w łóżku. Może to lepiej, bo mógłby mnie przecież zarazić. Ale bal udał się. Od wczoraj się wypogodziło, więc można było wyjść na taras dla ochłody. Panie miały wytworne kreacje, panowie eleganckie stroje. A moja suknia ogromnie się spodobała. Starsze panie chwaliły ją za skromność, a dziewczęta zazdrościły mi kroju i materiału. Miałam też wielu adoratorów, więc mój karnecik od razu wypełnił się wpisami i żadnego tańca nie przesiedziałam. Żałuję tylko, że jeden z tych wspaniałych młodzieńców nie okazał się moim narzeczonym. W drodze powrotnej mama pocieszała mnie, że choroba szybko minie i niebawem poznam go.

3 czerwiec – sobota.
Nie mogę w to uwierzyć, przysłał mi kwiaty. Ogromny bukiet róż, o bladoróżowym kolorze. Ślicznie pachną. Dołączył też bilecik z przeprosinami i podpisał się twój Makary. Dziś cały dzień będę sobie wyobrażała, jak wygląda i czym się zajmuje.
W nocy śnił mi się bal. Cały czas tańczyłam z jednym mężczyzną i czułam, że jest to mój przyszły mąż. Prowadził mnie lekko, zgrabnie wymijaliśmy inne pary. Długo nie mogłam zobaczyć jego twarzy. Zobaczyłam ją dopiero, gdy odprowadzał mnie na miejsce. I był to Szymon. Nie wiem czemu akurat on. Może dlatego, że Zuzka tyle o nim mówiła?

4 czerwiec – niedziela.
Dziś mamy mieć gościa na obiedzie. I chyba musi być to ktoś ważny, bo mama każe mi się wystroić, a i menu zostało zmienione na bardziej wykwintne. Izabella po balu została u nas i też będzie na tym obiedzie. Kiedy rozczesywałam włosy w moim pokoju przyszła do mnie i powiedziała, że dziś jest mój wielki dzień, który zapamiętam na całe życie. Nie chciała powiedzieć, dlaczego tak sądzi, ale podobno przekonam się o tym już niedługo.

6 czerwiec – wtorek.
Całe życie straciło dla mnie sens. Kogo oni wybrali mi na męża. Tę górę sadła. Nie wybaczę im tego nigdy.
Kiedy w niedzielę weszłam do salonu już tam siedział ze szklaneczką alkoholu w dłoni. I wtedy mama powiedziała „ To jest właśnie nasza Aneczka. A to Aniu twój przyszły mąż pan Makary Wojciechowski”. Zamurowało mnie zupełnie, aż mama musiał mi dać lekkiego kuksańca. Wtedy dygnęłam przed nim i podałam dłoń, którą on ucałował swoimi obleśnymi ustami. To znaczy chciał ucałować, ale tak naprawdę to ją uślinił. Było to bardzo nie przyjemne, musiałam wytrzeć rękę w sukienkę. W czasie obiadu siedziałam naprzeciwko niego. I był to dla mnie naprawdę nieprzyjemny widok, aż straciłam apetyt. Makary jadł dużo i szybko i jeszcze więcej mówił. A na dodatek cały czas patrzył na mnie. Czułam się naprawdę nieswojo. Nie wiedziałam, gdzie mam podziać oczy. Pod koniec obiadu Makary był cały czerwony na twarzy i oblany potem. To chyba dlatego, że wypił strasznie dużo wina. Z rozmowy, która toczyła się przy stole, oczywiście bez mojego udziału, dowiedziałam się że Makary pracuje w banku i jest okropnie bogaty. Chyba jest jego właścicielem, a na taką żonę jak ja czekał całe swoje życie, czyli czterdzieści trzy lata. Makary nie tylko jest gruby, ale na dodatek łysawy. Ma małe, szare oczka, które giną w fałdach tłuszczu, gdy się śmieje, albo kicha, a kicha donośnie. Po deserze rodzice z Makarym przeszli do salonu, a ja miałam iść do siebie. Poszłam tam, a raczej pobiegłam, chętnie. I zaraz polała się rzeka łez. Nie tak go sobie wyobrażałam. To że był brzydki mogłam jeszcze znieść. Ale jego zachowanie było równie fatalne, jak wygląd. I ja miałam z nim spędzić całe życie. Wolałabym już nie żyć. Powiedziałam nawet o tym Izabelli, ale on tylko mnie ofuknęła i powiedziała, żebym nie gadała głupot. Łatwo jej mówić, jej Tomasz jest zabójczo przystojny i do tego ma nienaganne maniery. Ale jak się okazało to też nie dobrze, bo jak twierdzi kucharka, takiemu to się żadna nie oprze i skandal gotowy. I podobno Tomasz to mazardzista. Nie wiem, co to znaczy, ale chyba wiąże się z pieniędzmi, bo ciągle im ich brakuje.
Wieczorem przyszła do mnie mama i powiedziała, że nie powinnam mieć takiej nadąsanej mini, bo zawsze mogłam trafić gorzej. Pan Makary to bardzo porządny człowiek, a do tego religijny, więc na pewno mnie nie skrzywdzi, a do wyglądu się przyzwyczaję. Za tydzień odbędą się nasze zaręczyny, przyjedzie Lidia, Emilka i Judyta z mężami i dziećmi. Po zaręczynach będziemy z Makarym spotykać się dwa razy w tygodniu. W niedzielę w domu, a środy poza nim. Oczywiście nie sam na sam, bo tak nie przystoi, zawsze będzie nam ktoś towarzyszył. Na zaręczyny będę miała nową suknię i obstaluje mi się nowe buciki. Mama też zamierza sobie uszyć nową suknie, bo będzie to dzień wyjątkowy, jej najmłodsza córka zaręczy się i już niedługo wyfrunie z domu. W oczach mamy zakręciły się łzy, więc kazała mi iść spać i szybko wyszła z pokoju. A ja spać nie mogę i dlatego piszę do ciebie mój drogi pamiętniczku.

7 czerwiec – środa.
Znów rozpoczęła się wędrówka do krawcowej i do szewca. Tym razem pojechałyśmy tam rano, bo do niedzieli nie zostało już wiele czasu. Najpierw wizyta u krawcowej. Wybieranie kroju sukni, materiałów. Tym razem obyło się bez mierzenia. Mama wybrała suknie w kolorze ciemnej zieleni, ja miałam mieć niebieską. Tym razem suknia podobała mi się i nie marudziłam. Ale gdy tylko mi się przypomniało z jakiej okazji założę tę suknię, to chciało mi się płakać. Ale wytrwałam dzielnie.
W drodze do szewca odczuwałam dziwne napięcia. Obawiałam się tej wizyty, a przecież nie pierwszy raz jechałam do szewca. W małym pomieszczeniu przeznaczonym dla klientów było ciasno. Więc pan Edward zaprowadził nas na zaplecze i przekazał w ręce Szymona, jak się wyraził młodego, zdolnego człowieka. Zaczęłyśmy wybierać fason i kolor bucików, ale mama dostała nagle ataku kaszlu i musiała wyjść na zewnątrz, gdzie z pewnością zażyła lek, bo gdy wróciła wyglądała o wiele lepiej. Kiedy wyszła zostałam sama z Szymonem, nie miałam odwagi na niego spojrzeć i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Jedyne, co mi przychodziło do głowy to, że śnił mi się którejś nocy. Ale tego powiedzieć przecież nie mogłam. On odezwał się pierwszy. Spytał, czy buciki, które ostatnio dla mnie zrobił są wygodne i czy nie poobcierały mi stópek. Odparłam, że nic a nic nie upijają i że przetańczyłam w nich cały bal i mogłabym nawet dłużej, ale muzycy już nie chcieli grać. Szymon uśmiechnął się ukontentowany i stwierdził, że fason, który teraz wybrałam bardzo mu się podoba. A przywieziony on został aż z Paryża i jest obecnie bardzo modny. Stałam tak przed Szymonem i patrzyłam w jego ciemne oczy. Czułam się nimi zachwycona. Jakże różniły się od niebieskich oczu moich, moich rodziców i moich sióstr. Był w nich niesamowity blask i ogromny urok. I pewnie stałabym w nieskończoność, gdyby nie powrót mamy. Mój wybór został przez nią zaakceptowany, umówiłyśmy się, że buty będą gotowe w sobotę przed południem i poszłyśmy.
W czasie obiadu byłam nieprzytomna, co zauważył tata zadając mi dwukrotnie to samo pytanie i nie doczekawszy się odpowiedzi. Mama zrzuciła to na karb zaczynających się zmian w moim życiu, to znaczy zamążpójścia. Ale ja wcale nie myślałam o moim przyszłym mężu, tylko młodym chłopcu, który zauroczył mnie swoim spojrzeniem.

10 czerwiec – sobota.
Nie wiem, co się ze mną dzieje. Nie mogę spać, nie mam apetytu i popłakuję po kątach. Zuzka powiedziała mi, że chyba się zakochałam. Ona miała tak samo, gdy tylko była zakochana. A była już nie raz. Nie bardzo chcę wierzyć w to, co ona mówi. Jest przecież tylko zwykłą służącą. I niby w kim miałabym się zakochać, przecież nie w Grubasie-Maurycym.
Dziś mają dostarczyć suknie i buciki. Ciekawe czy tak jak poprzednio przyniesie je Szymon. Jeśli tak, to znowu Zuzka będzie się do niego przymilać. Za kwadrans będzie południe więc niedługo wszystko nam dostarczą.

I dostarczyli. Przynieśli niemal równocześnie suknie i buciki. Mama z Zuzką zajęły się sukniami, a ja zostałam wytypowana do odbioru butów. Tak jak przypuszczałam przyniósł je Szymon. Miał na sobie szary garnitur. Kiedy podawał mi pudełko nasze ręce spotkały się na chwilę. Jego dłoń była przyjemnie gładka i ciepła. Gdybym tylko mogła dotykałabym jej dłużej. On też najwyraźniej miał na to ochotę, bo kiedy oddałam mu podpisany dowód odbioru, ujął mnie za rękę i przybliżył do niej swoje usta. Jego pocałunek był jak dotknięcie płatków róży. Cały czas czuję go na swojej dłoni i chyba nie będę jej w ogóle myła, aby nie usunąć śladu tego pocałunku.

11 czerwiec – niedziela.
Źle spałam. Teraz mam podkrążone oczy i szeroko ziewam. Cały czas czuję ślad pocałunku Szymona na mej dłoni. Ale już niedługo. Zapewne Makary także będzie chciał ucałować moją dłoń i swymi wydatnymi wargami zetrze umiłowany ślad. Nie wiem, co mam robić, jak prosić rodziców, aby nie wydawali mnie za Makarego. Nie chcą słuchać ani próśb ani gróźb. Próbowałam nawet dostać ataku spazmów, ale kiedy mama z Zuzką pobiegły po sole trzeźwiące przestałam grać i to mnie zgubiło. Mama uznała, że teraz nie należy zostawiać mnie samej i zaleciła Zuzi odszukanie soli, a sama zaraz wróciła do pokoju. I zastała mnie siedzącą na łóżku ze spokojną twarzą. Nie potrafię kłamać i powiedziałam mamie, że udawałam. Mama nawet nie nakrzyczała na mnie i obiecała, że nic nie powie ojcu. Ale jutro (niestety to już dziś) muszę zachowywać się odpowiednio, jak przystało na panienkę z dobrego domu. Zuzkę z solami odprawiła i sama położył mnie do łóżka.
Zjechała się już cała rodzina. Pojawiła się także ciotka Marta, chyba jedyna przychylna mi osoba. Sama nigdy nie wyszła za mąż i była przeciwna związkom bez miłości. Ciotka jest już co prawda stara, ale wciąż piękna i elegancka. A do tego bogata. Jest przyrodnią siostra ojca ( pierwsza żona dziadka zmarła tuż po urodzeniu córeczki, czyli ciotki Marty, i zostawiła jej cały majątek). Też bym chciała odziedziczyć dużo pieniędzy i decydować sama o swoim losie. Muszę już skończyć swoje żale i zacząć przygotowywać się do obiadu.

13 czerwiec – wtorek
Wczoraj nie mogłam nic napisać. Panna Alicja zadała mi tyle do nauki, że usnęłam nad książkami. To już ostatni miesiąc mojej nauki. Po wakacjach zaczną się przygotowania do ślubu, a jako mężatka będę miała inne, ważniejsze zajęcia.
Zaręczyny. Nie rozumiem o co tyle krzyku. Wszystko działo się bez mojego udziału. Dostałam kwiaty i piękny pierścionek. Ale nikt się mnie o nic nie pytał. A obiad nie był udany. Potrawy były pyszne, ale wszyscy mieli markotne miny. Ciotka Marta pokłóciła się z ojcem i wyszła zaraz po zupie. Lidia znów spodziewa się dziecka i poszła położyć się na górę, a Janusz jej wierny mąż zaraz podreptał za nią. Nasza kucharka mówi, że Lidia owinęła go sobie wokół palca i że on się jej boi. Nic nie zrobi bez jej zgody lub konsultacji z nią. Emilka siedziała cicho i tylko od czasu do czasu przesyłała mi pełne współczucia spojrzenia. Gdy patrzyłam na jej męża wiedziałam, że mnie rozumie. Był on chyba jeszcze grubszy od Makarego i w ogóle nie zwracał uwagi na Emilię. Mąż Judyty był zupełnym przeciwieństwem Romualda. Chudy, kościsty, o bladej cerze pan Hrabia, mówił wyniośle nosowym głosem i miał nienaganne maniery. Podobno zaczytywał się w literaturze i uwielbiał muzykę, sam trochę grywał na fortepianie. Podobno czytywał książki zakazane i chodził na tajne spotkania, ale nikt o tym otwarcie nie mówił. Makary z Romualdem szybko znaleźli wspólny język i po obiedzie poszli na cygaro i szklaneczkę „czegoś mocniejszego”. Hrabia został z nami i zaczął opowiadać o ostatnio przeczytanym dziele, podobno fascynującym. Zawsze lubiłam słuchać opowieści Hrabiego, ale dziś nie mogłam się na niej skupić. Pierścionek cisnął mnie w palec, więc kręciłam nim na wszystkie strony, aż mama mnie upomniała. Byłam tak zmyślona, że nawet nie zauważyłam kiedy Makary i Romuald wrócili. Byli mocno rozbawieni i czuć było od nich alkohol. Makary stanął za mną, aż zrobiło mi się nie przyjemnie. Kiedy się żegnał pocałował mnie w rękę i nazwał narzeczoną. Jak ja go strasznie nie lubię, moje serce w jego obecności zmienia się w lód. A jutro mam się znowu z nim spotkać, w palmiarni.

15 czerwiec – czwartek
Panna Alicja przesadza z zadawaniem nauki, myśli, że ja nic innego nie mam na głowie. A chciałbym trochę spokojnie pomyśleć. Panna Alicja mówi, że bycie żoną nie zwolni mnie od bycia mądrą i wykształconą kobietą, mąż bardziej ceni taką żonę i liczy się z jej zdaniem. Ale tu panna Alicja się myli, Emilka jest tak samo wykształcona jak inne moje siostry, a jej mąż wcale jej nie ceni. Oczywiście nie powiedziałam tego pannie Alicji, bo ciężko się z nią dyskutuje.
Spotkanie w palmiarni było okropnie nudne. Chodziliśmy tylko i chodziliśmy, mało rozmawialiśmy. Makary się o coś pytał, a ja mu odpowiadałam. Zuzka szła dwa kroki za nami i chyba się podśmiewałam, bo ilekroć się na nią spojrzałam, to robiła minę niewiniątka. Jedno muszę przyznać Makaremu, nie szczędzi pieniędzy. Na spotkanie znów przyniósł kwiaty i pięknie wydany tomik poezji. Zaprosił mnie też na najsmaczniejsze lody jakie w życiu jadłam. Podobno z koniakiem. Teraz czekam na niedzielny obiad.

18 czerwiec - niedziela
Makary znów przyniósł kwiaty dla mnie i dla mamy. Dziś więcej z nim rozmawiałam. Żaliłam mu się na pannę Alicję, że tak mnie gnębi. On nazwał mnie wątłym kwiatuszkiem i powiedział, że cieszy się, że jego żona będzie taka uczona. On uczyć się za bardzo nie lubił, ojciec go zmuszał i na dobre mu to wyszło. Teraz jego interesy idą świetnie, a mnie nigdy niczego nie zabraknie. Ucieszyły mnie jego słowa, bo zobaczyłam siebie w pięknych sukniach i kapeluszach z malutkim pieskiem na rękach jak oprowadzam moje siostry po apartamentach. Ale zaraz też zmarkotniałam, bo zobaczyłam przy sobie jego zwalistą postać o czerwonej twarzy.

21 czerwiec – środa
Panna Alicja ciśnie mnie niesłychanie. Jutro chce przepytać mnie z historii i to całej. Kiedy ja się do tego przygotuję, kiedy dziś mam wyjście z Makarym. Spytałam się o to panny Alicji, ale ona stara panna, odpowiedziała mi z uśmiechem żmii, że miałam na to całe lata i że w jedno popołudnie się tego nie nauczę. Popsuła mi tym humor, ale na szczęście Makary zdołał go poprawić. Spacerowaliśmy po parku, jedliśmy słodkie cukierki i Makary powiedział, że chciałby utrwalić nasze zaręczyny na fotografii. Ale muszą na to się zgodzić rodzice i on z nimi porozmawia w niedzielę. Powiedział też, żebym się nie martwiła panną Alicją, bo on coś wymyśli. Jestem tylko bardzo ciekawa co. Nie chciał mi powiedzieć. Ale już się tak nie boję jutrzejszych lekcji, nawet nie przeglądam podręczników.

22 czerwiec- czwartek
Panna Alicja dostała przepiękne pióro w złotej obsadce ze szlachetnymi kamieniami (zapomniałam jak się nazywają). Przyniósł je współpracownik Makarego z banku. Był tam też załączony liścik napisany przez Makarego, w którym dziękował pannie Alicji za włożony trud i serce w kształcenie jego narzeczonej. Panna Alicja bardzo się wzruszyła i chyba po raz pierwszy nie wiedziała, co powiedzieć. Pióro jest naprawdę piękne. Oczywiście nie odpytała mnie, tylko sama zaczęła opowiadać o historii pióra. Nawet za bardzo nie słuchałam tego, co mówi, tylko myślałam jakiego mam zaradnego narzeczonego.

23 czerwiec – piątek.
Dziś dzień ojca. Podarowałam tacie chustkę do nosa własnoręcznie wyhaftowaną. Tata ma już całą szufladę takich chustek, gdyż ja i moje siostry bardzo często dajemy mu je na prezent.
Dziś też podobno ostatni dzień nauki. Panna Alicja przygotowała dla mnie świadectwo. Opisała w nim moje postępy, czego się nauczyłam, a na koniec wystawiła mi ocenę bardzo dobrą. Ja nawet lubię pannę Alicję i zastanawiam się, co teraz z nią będzie, jak już w naszym domu nie ma nikogo do uczenia. Może po ślubie zabiorę ją do domu Makarego jako moją damę do towarzystwa?

25 czerwiec- niedziela.
Podziękowałam Makaremu za prezent dla panny Alicji, powiedziałam, że bardzo jej się spodobał. Makary powiedział, że to dla niego drobnostka i może kupić jeszcze dziesięć takich piór, aby mnie uszczęśliwić. W czasie obiadu Makary powiedział o swoich planach związanych ze zdjęciem z zaręczyn. Ojciec bardzo się zainteresował tym pomysłem, a mama przestraszyła się tym, że znów trzeba będzie zamawiać fryzjera do czesania. Ostatecznie stanęło na tym, że fotograf przyjdzie do nas w środę. Założymy te stroje, które miałyśmy w czasie zaręczyn, a uczesze nas Zuźka.

26 czerwiec – poniedziałek
Dziś miałam dużo wolnego czasu. Nie było lekcji i po śniadaniu nie miałam, co ze sobą zrobić. Kiedy mama tylko zauważyła, że się nudzę posłała mnie do kuchni, bym przypilnowała obiadu. Nie bardzo wiedziałam jak tego obiadu mam pilnować, przecież robiła to doskonale nasza kucharka. Usiadłam więc sobie cichutko na krześle i patrzyłam jak kroi mięso i warzywa, dorzuca węgla do pieca. Choć nasza kucharka jest gruba, to bardzo zgrabnie porusza się w kuchni. Nic jej nie spada, nie wylewa się, wszystko robi tak szybciutko, że ja to bym sobie palce pozacinała.
Kiedy tak sobie cichutko siedziałam i słuchałam jak kucharka pokrzykuje na swoją córkę – pomoc w kuchni, to zdarzyła się następująca rzecz. Kuchenne drzwi się otworzyły i stanął w nich Szymon. Nie wiem, czemu, chyba się przestraszyłam tego nagłego wejścia, ale serce strasznie mi zabiło i jeszcze długo nie chciało się uspokoić. Szymon chciał porozmawiać z Zuzką. Kucharka powiedziała, że jest na pokojach i jej wołać nie będzie. Szymon chyba się tym zasmucił, bo spuścił głowę i przez chwilę patrzył na czapkę, którą trzymał w ręku. Potem poprosił, by jej przekazać, że był i jeszcze tu przyjdzie pod wieczór. Ale kucharka naskoczyła na niego, że lepiej niech się tu nie pokazuje, bo tylko niepotrzebnie zawraca głowę biednej dziewczynie. Szymon znów opuścił głowę i powiedział coś, czego niedosłyszałam. Kiedy wyszedł zrobiło mi się go żal, chciałam mu pomóc. Przecież to nic złego, że chciał się spotkać z Zuzką. Jeżeli ją kocha, a ona kocha jego (o czym jestem przekonana), to nie wolno im zabraniać spotkań. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale coś mnie popchnęło i wybiegłam za Szymonem na zewnątrz. Nie odszedł jeszcze daleko więc go z łatwością dogoniłam. Był bardzo zaskoczony tym, że chcę mu pomóc. Nie chciał jednak, abym zorganizowała mu spotkanie z Zuzką. Powiedział, że chce zamienić z nią tylko parę zdań i że sam sobie poradzi. Czapkę cały czas trzymał zwiniętą w dłoni. Wiedziałam, że coś go gnębi. Bardzo chciałam, aby powiedział mi co, ale spytać nie śmiałam. Szymon skłonił mi się i już chciał odejść, kiedy chwyciłam go za ramię i powiedziałam, że ja też mam narzeczonego i rozumiem go, czyli Szymona doskonale. Nikt ani nic nie może stanąć na drodze miłości między dwojgiem ludzi. I że jeżeli trzeba to ja osobiście będę organizowała im, Szymonowi i Zuzi, spotkania, aby mogli być razem. I, że przekonam rodziców by zgodzili się na ich ślub. Mówiłam szybko, a serce wciąż mocno mi biło. Szymon patrzył się na mnie i chyba nic nie rozumiał. Potem uśmiechnął się i powiedział, że on nie potrzebuje takiej pomocy, jaką chcę mu zaoferować. Ale bardzo mi dziękuje za moje chęci. Potem zdjął delikatnie moją dłoń ze swojego ramienia, skłonił się powtórnie i odszedł. Czułam się bardzo głupio. Wróciłam do kuchni, gdzie kucharka powiedziała, że niepotrzebnie wybiegłam za tym bezecnikiem, bo Zuzce i tak nic nie pomoże. Nie dowiedziałam się w czym nie pomoże, bo zawołała mnie mama. Dostałam od niej ogromną burę. Widziała, jak rozmawiałam z Szymonem, a przede wszystkim to, że trzymałam go za ramię i nie pozwalałam odejść. Co będzie, jeżeli ktoś doniesie o tym Makaremu i w ogóle co ludzie o mnie pomyślą, nie tak mnie przecież z ojcem wychowała. Za karę obiad musiałam zjeść u siebie w pokoju. Obiad przyniosła mi Zuzka. Powiedziałam jej o wizycie Szymona. A ona wtedy się rozpłakała i wybiegała z pokoju. Już sama nie wiem, jak to jest między nimi. Chciałabym się tego dowiedzieć, ale nikt pewnie mi tego nie powie. Długo o tym wszystkim myślałam, aż obiad całkiem my wystygł i musiałam zjeść zimny.

27 czerwiec – wtorek
Dziś znów spotkałam Szymona. Szłam do kwiaciarni zamówić kwiaty na jutrzejszy dzień. Jutro ma być powtórka z naszych zaręczyn. To znaczy nie zupełnie. Nikogo nie prosimy, tylko znów ubieramy się bardzo elegancko i pozujemy do zdjęcia. Jestem bardzo ciekawa tego zdjęcia. Musiałam iść sama, bo Zuzka się rozchorowała, była strasznie blada i wymiotowała. Mama obawiała się trochę posłać mnie samą, ale ona iść nie mogła, musiała dopilnować pieczenia ciast. Sama bardzo rzadko bywałam na ulicy, ale znam miasto, więc nie bałam się, że się zgubię. Kiedy już zamówiłam kwiaty i wracałam do domu, zobaczyłam Szymona. Stał blisko ulicy, gdzie jest nasz dom. Chyba miał ochotę znów do nas przyjść i zobaczyć się z Zuzką. Drgnął na dźwięk mojego głosu, ale w jego oczach nie było śladu lęku. Powiedziałam mu, że Zuzka na pewno się dziś z nim nie zobaczy, bo jest chora. „Jak to chora.” – zdziwił się. „ Wymiotuje i jest bardzo słaba. Może się czymś zatruła” – powiedziałam. Wtedy on zbladła i powiedział „A więc to prawda”. Nie wiedziałam, co jest tą prawdą i się dopytywałam. „Nie wie Pani?” – zapytał. Naprawdę nie wiedziałam i nalegałam, aby mi powiedział. „Chyba Zuzia będzie miała dziecko” – powiedział wolno patrząc mi w oczy. Nie mogłam wytrzymać tego spojrzenia, a poza tym poczułam się bardzo niezręcznie. Dopiero w tym momencie dotarło do mnie, że nie wypada mi rozmawiać z obcym mężczyzną na takie tematy. Nie bardzo tylko rozumiem jak Zuzka może mieć dziecko, nie ma przecież nawet męża, i narzeczonego oficjalnie też nie. Miałam ochotę uciec do domu, nie mogłam znieść wzroku Szymona. Ale przemogłam się i zachowałam naprawdę jak dorosła osoba. Spojrzałam na Szymona i powiedziałam „Nic mi o tym nie wiadomo”, a następnie odeszłam. Gdy tylko znikłam za rogiem ulicy zaczęłam biec tak szybko, jak pozwalała mi moja sukienka. Gdy tylko otworzyłam drzwi do domu wpadłam na wychodzącego właśnie ojca. „Czy ktoś cię gonił moje dziecko?” spytał pełen troski. Odparłam, że się bardzo śpieszę, by pomóc mamie i poszłam na górę do siebie.
Cały czas zastanawiam się nad Zuzką i jej przyszłym dzieckiem. Jeżeli naprawdę Zuzia jest przy nadziei, to dlaczego nie ma dużego brzucha? I skąd Szymon wie o tym. Wiem, że aby było dziecko musi być kobieta i mężczyzna, więc może dziecko Zuzi będzie też dzieckiem Szymona? To wszystko nie mieści mi się w głowie.

28 czerwiec – środa.
Nie wiedziałam, że robienie sobie zdjęcia, to taka ciężka praca. Przyszedł pan z ogromnym pudłem, które rozstawił na śmiesznie cienkich nogach, a samo pudło zakrył ciemnym suknem. Ustawiliśmy się: Ja, Makary i rodzice do zdjęcia. Fotograf jednak nie był z tego zadowolony. Ustawiał nas i wyginał na wszystkie strony. Zaczynał ode mnie, a kończył na Makarym. Kiedy ustawił Makarego i wydawałoby się, że wszyscy stoimy jak należy, to okazywało się, że ja zdążyłam już nieco zmienić swoje ustawienie i wszystko zaczynało się od początku. Trwało to ponad pół godziny, aż tata się zniecierpliwił i kazał fotografowi zrobić zdjęcia w takich pozach jakie sami przybierzemy. Fotograf nie był tym zachwycony, ale nie miał innego wyjścia i musiał posłuchać taty. Kolejne pół godziny manipulował przy swoim pudle, aż usłyszeliśmy trzask, zobaczyliśmy błysk i było po wszystkim. Tylko w pokoju czuć było taki zapach, jakby coś się przypaliło. Zdjęcia mają być dopiero za tydzień, a szkoda, bo jestem bardzo ciekawa jak będę wyglądać na fotografii.
Potem był obiad i Makary znowu jadł jak za trzech. Po obiedzie szybko się pożegnał, wymawiając zaległą pracą. A szkoda, bo myślałam, że może z nim uda mi się porozmawiać na temat Zuzi i dziecka. Z nim chyba mogę o tym rozmawiać, jest przecież moim narzeczonym.

1 lipiec - sobota.
Jak każdego roku o tej porze wybieramy się do naszego domku nad jeziorem. Już od czwartku trwa pakowanie. Mamy jeszcze godzinę do odjazdu na stację, więc siadam i piszę. Jadę ja z mamą, tata jedzie też, ale tylko na dwa tygodnie. Potem mają do nas dojechać jeszcze Emilka, Judyta i Izabella ze swoimi pociechami. Zabraknie tylko Lidii, ale ona po porodzie jest podobno bardzo słaba i nie zniosłaby podróży. Bardzo żałuję, że nie będzie Lidii, zawsze to z nią najlepiej mi się rozmawiało. Izabella jest wyniosła i mam wrażenie, że się ze mnie naśmiewa. Emilka, mimo tego, że jest moją siostrą i bardzo ją kocham, jest strasznym głuptaskiem i wie jeszcze mniej niż ja. A Judyta żyje w swoim świecie, pisze wiersze i maluje obrazy. A poza tym ona nie ma dzieci. Wobec tego bardzo będzie mi brakowało Lidii, bo tylko ją mogłabym zapytać o rodzenie dzieci. Z Makarym wstydzę się o tym rozmawiać, ale wolę już o to spytać jego niż mamy, bo ona i tak mi nic nie powie, a do tego usłyszę od niej wywody na temat zainteresowań dziewcząt z dobrego domu. Muszę kończyć bo rozpoczęło się ładowanie bagaży do powozu.

25 sierpień – piątek.
Nareszcie w domu. Lubię wakacje na jeziorem, ale w domu kocham być jeszcze bardziej. Z tego całego zamieszania przed wyjazdem zapomniałam zabrać pamiętnika. Najpierw postanowiłam spisywać wszystko na kartkach, ale gdy zginęła mi karta z pierwszego dnia, zaprzestałam pisać. Więc muszę nadrobić wszystko teraz i opisać to, co było najważniejsze.
Makary odwiedzał nas, co niedzielę. W środy przyjeżdżać nie mógł. Chodziliśmy sami po lesie, zbieraliśmy jagody i poziomki. Makary nawet grzyby. Chodziliśmy sami, gdyż mama nie lubiła leśnych spacerów. Czasami towarzyszyła mi któraś z sióstr z dziećmi, ale wtedy gdy spytałam się go o dzieci byliśmy sami. Teraz żałuję, że się go o to spytałam. Nie wiem, o co Makaremu chodziło Ale złapał mnie i przyciągnął do siebie. „nie wiedziałem, że już o tym myślisz” – wyszeptał mi w ucho, a jego oddech był ciężki i przesiąknięty tytoniem. Chciałam się uwolnić z jego objęć, ale był zbyt silny. „ Jeśli chcesz to mogę ci już pokazać” – powiedział i wbił się w ustami w moją szyję. Bałam się, że chce mnie ugryźć tak jak wampir, ale chyba nie miał takiego zamiaru. Potem chciał pocałować mnie w usta, ale szybko odchyliłam głowę. „nie chcesz” spytał, coraz bardziej zbliżając się do moich ust. „Nie” kręciłam głową na wszystkie strony, by tylko jego usta nie spotkały się z moimi. Wtedy jedna ręką zaczął gładzić mnie po plecach, gładził tak i gładził, a jego ręką wędrowała coraz niżej, aż zaczęła dotykać moich pośladków. Tego już miałam dosyć, zaczęłam się wyrywać i powiedziałam, że jeżeli nie przestanie, to będę krzyczeć. Wtedy on mnie puścił i powiedział, że przecież sama chciałam się dowiedzieć, skąd u kobiet w brzuchu bierze się dziecko. A on jako mój przyszły mąż chciał mi to tylko uświadomić. Byłam zła na niego za jego zachowanie, a na siebie za brak rozwagi i rozsądku. Oczywiście nikomu nie powiedziałam o tym, co było w lesie, bo się wstydziłam. Ale o tego czasu Makary coraz częściej mnie dotykał, niby to przypadkiem, a na jego twarzy pojawiał się obrzydliwy uśmiech. W czasie posiłków siadał zawsze blisko mnie i swoją nogą dotykał mojej, trzymał mnie za rękę pod stołem, a raz nawet gładził moją nogę, aż musiałam mu tę rękę zepchnąć. Próbowałam powiedzieć o tym mamie, ale ona zawsze mnie zbywała. Miałam wrażenie, że nikt nie widzi tego, co się dzieje, więc zaczęłam unikać Makarego. Ale to też zdało się na nic, bo mama kazała mi nie być taka wyniosła i bardziej dbać o mojego przyszłego męża. I znów musiałam spędzać z Makarym więcej czasu. Pewnego dnia znów zostaliśmy sami, bo towarzysząca nam Emilka musiała wrócić ze swoim synkiem do domu. Wtedy Makary znów zaczął robić swoje dziwne podchody. Tym razem stanął za mną i objął mnie od tyłu. Powiedział, że już nie może doczekać się kiedy zaczniemy starać się o dzieci. Mówił, że może nie jest on już najmłodszy, ale wiele jeszcze może i że nie pożałuję nocy z nim spędzonych. Przestraszyłam się, bo nie wiedziałam o czym on mówi. Powiedział też, co już było ponad wszystko okrutne, że nie może się doczekać kiedy ujrzy mnie bez okrycia i że jego ciało też będzie nagie i wtedy spleciemy się w miłosnym uścisku. Jego nagie ciało musiało być jeszcze bardziej nieznośne dla oczu, niż on w ubraniu. Przeraziłam się tego tak bardzo, aż zrobiło mi się ciemno przed oczami. Może nawet na chwilę straciłam przytomność, bo Makary wziął mnie na ręce i zaniósł do domu. Działo się to w ostatnią przed naszym wyjazdem niedzielę i od tej pory jeszcze nie widziałam Makarego. I wcale nie chcę go widzieć. Ale za pewne przyjdzie w niedzielę i zostanie przyjęty jako mój narzeczony. Nie chcę być jego żoną. Data ślubu nie została jeszcze ustalona, ale zbliża się nieubłaganie. Już od poniedziałku mamy szykować wyprawę dla mnie. Potrwa to kilka miesięcy, ale kiedyś się skończy i będę musiała zostać żoną Makarego i zamieszkać w jego domu.
Nad jeziorem zawsze po wizycie Makarego śnił mi się Szymon. Raz nawet, co mnie przeraziło, miałam duży brzuch, a w nim dziecko. Szymon dotykał mojego brzucha i pytał się, jak czuje się jego syn. Śniła mi się też Zuzka wymiotująca do drewnianego wiadra na kuchennym podwórzu. Ale za chwilę już trzymałam się za ręce z Szymonem i biegli razem wśród traw. Dziwne sny czasem przychodzą do człowieka w nocy. Na szczęście Makary nie śnił mi się ani razu. Już wystarczająco straszy mnie w ciągu dnia, więc nie musi tego robić w nocy.
Nie chcę o tym pisać, ale jest to chyba coś ważnego, więc zanotuję to w moim pamiętniku. W poniedziałek przed naszym wyjazdem, a po niemiłej przygodzie z Makarym, poszłam sama nad jezioro. Było mi strasznie smutno i nawet uroniłam kilka łez. Nad jeziorem wśród krzewów stała kapliczka z Matką Boską w niebieskiej szacie. Postanowiłam się do niej pomodlić o to, aby ustrzegła mnie przed małżeństwem z Makarym. Jako dar złożyłam jej bukiet kwiatów z okalających jezioro łąk. Kiedy tak żarliwie modliłam się do Najświętszej w krzakach coś się poruszyło. Myślałam, że to jakieś zwierzę. Ale wyszła z nich stara kobieta dziwnie ubrana. Trochę się jej przestraszyłam, bo nigdy kogoś takiego nie widziałam. Jej strój był bardzo barwny i miała dużo biżuterii. Okazała się być Cyganką. Powróżyła mi z ręki i powiedziała, że szczęście zaznam tylko przez chwilę, potem czeka mnie stagnacja. Moje modlitwy będą wysłuchane tylko w połowie, a swojego przeznaczenia nie zmienię. Muszę być cierpliwa i wyrozumiała, a kiedyś moje poświęcenie zostanie wynagrodzone. Na koniec dała mi jedną ze swoich bransoletek z kolorowych koralików, którą trzymam pod poduszka. Może ona przyniesie mi szczęście. Kiedy spytałam się mamy o Cygankę, powiedziała, abym nigdy nie pozwoliła sobie wróżyć, że Cyganka prawdy i tak mi nie powie, a tylko wyłudzi pieniądze. Nie wiem teraz, czy mam wierzyć w to, co powiedziała Cyganka. Nie chciała przecież za to pieniędzy, a jeszcze sama dała mi bransoletkę. Muszę o tym porozmawiać z panną Alicją. Ona ma zupełnie inne spojrzenie na świat niż mama.

27 sierpień – niedziela.
Wczoraj dostaliśmy zaproszenie na bal do Anieli Modrzejewskiej. Bal ten ma być uwieńczeniem lata. Ogromnie uwielbiam takie bale. Wszyscy wtedy są weseli, wypoczęci i nawet nikt się nie smuci, że lato odchodzi. Bal jest w przyszły piątek i właśnie Makary wtedy nie może. Podobno musi wyjechać w interesach w środę wieczorem i będzie szczęśliwy jak uda mu się wrócić na nasze niedzielne spotkanie. Zrobiło mi się bardzo przykro, ale nie dlatego, że Makary nie pójdzie na bal, tylko dlatego, że mnie i tam nie będzie. Bo podobno nie wypada, abym pojawiła się tam bez narzeczonego. Są to jakieś niedorzeczne zasady. Przez całe nasze spotkanie miałam tak smutną minę, że przy pożegnaniu Makary szepnął mi, że jeśli tak bardzo zależy mi na balu, to on postara się przełożyć swoje spotkanie. Ale powinnam być dla niego bardziej miła niż ostatnio. Nie wiem, czy będę w stanie sprostać temu zadaniu, ale postaram się. Taki bal jest tylko raz w roku.

2 wrzesień – sobota.
Na bal poszliśmy, ale tańczyłam tam tak niewiele, że mogłam wcale na niego nie iść. Najpierw Makary narzekał, że nowe buty strasznie go cisną i musi je rozchodzić zanim zacznie tańczyć. Trwało to ponad godzinę, aż inni chłopcy zaczęli prosić mnie do tańca. Zatańczyłam trzy tańce, zawsze z innym partnerem, ale to się Makremu nie podobało. Uznał, że jego narzeczona nie będzie mu znikać w ramionach innych mężczyzn i postanowił sam ze mną zatańczyć. A tańczył jak hipopotam. Gracji ma jeszcze mniej niż słuchu. Wszystkie pary rozsuwały się, aby zrobić nam miejsce. A może bały się, że zaczniemy na nie wpadać? Makary tańczył nieskładnie, mylił kroki, deptał mnie po stopach i zmęczył się tym tańcem okropnie, więc dużo mieliśmy przerw. Nie wiem jak to będzie później, chyba wcale nie będziemy chodzić na bale, bo Makary ich nie lubi. Będę starzeć się w domu, z dala od ludzi i życia towarzyskiego.

3 wrzesień – niedziela.
Stała się rzecz niesłychana. Makary odwołał swoją wizytę na obiedzie. Podobno musiał wyjechać już dzisiaj w swoją odłożoną podróż w interesach. A mnie się po prostu wydaję, że on się wstydzi teraz swojego tańca.

4 wrzesień – poniedziałek
Mama uznała, że należy zaopatrzyć mnie w nowe suknie i wierzchnie okrycia. Teraz już jako prawie dorosła osoba powinnam ubierać się w bardziej stosowne suknie. Uszyje się dla mnie kilka sukienek na jesień i zimę, a o letnią i wiosenna garderobę zatroszczy się później mój mąż. Zrobi się też dla mnie parę pantofelków na jesień i jedną na zimę. Serce mocniej mi zabiło, gdy usłyszałam o wizycie u szewca. Ciekawe czy Szymon dalej u niego pracuje.
Zuzka jest cały czas markotna. Nie gada tyle co wcześniej i często popłakuje. Słyszałam też rozmowę między rodzicami, że chyba trzeba ją wydać za mąż. A więc w tym roku mogą być aż dwa śluby. Mój i Zuzi.

5 wrzesień – wtorek.
Cały dzisiejszy dzień spędziłam u krawcowej. Wybieranie fasonów sukien, materiału i kolorów trwało bardzo długo. Niestety mama nie podzielała mojego zdania, uważała, że wybieram zbyt odważne kroje i kolory. Może w przyszłości, jeżeli mój mąż wyrazi na to aprobatę, będę mogła nosić takie stroje. Oby się zgodził.

6 wrzesień – środa.
Znowu bardzo męczący dzień. Dalsze przymiarki u krawcowej i obiad z Makarym. Był dziś dziwnie milczący. Ojciec stwierdził, że chyba interesu mu źle poszły. Ale o tym z Makarym nie rozmawiał.

7 wrzesień – czwartek.
Od rana się źle czułam. Bolała mnie głowa i byłam rozpalona. Mama chciała wezwać lekarza, ale powiedziałam, że jest mi już lepiej, muszę się tylko położyć. Musiałyśmy odłożyć wizytę u szewca. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale boję się spotkania z Szymonem. Pewnie uważa, że jestem jeszcze dzieckiem, a mam już przecież szesnaście lat. Ostatnia nasza rozmowa nie wypadła najlepiej. Było mi po niej strasznie wstyd. Mam nadzieję, że Szymon nie pamięta o niej.

8 wrzesień – piątek.
Na nic się zdały moje wykręty. Dziś musiałyśmy iść do szewca. Podobno pan Edward jest chory, a sam Szymon nie nadąża z zamówieniami i dlatego trzeba długo czekać na buciki. Poszłam z mamą i Zuzką. Obie miałyśmy markotne miny, aż mama powiedziała, że chyba ktoś nam dał do picia po łyżce oleju rycynowego. Nic nie powiedziałam, tylko jeszcze niżej opuściłam głowę. Nie wiem, co pomyślała Zuzka, szła za nami i nie widziałam jej twarzy. Nad jeziorem dużo myślałam o Zuzce, ale nic mądrego nie wymyśliłam. Tylko tyle, że jeśli naprawdę ma w sobie dziecko, to nie będzie jej łatwo.
U szewca spotkałyśmy Magdalenę Potocką z córeczką. Biedna dziewczynka, tak samo jak matka miała rude włoski i chyba jeszcze więcej piegów niż jej rodzicielka. Ukłoniłyśmy się sobie, ponieważ Magdalena zbierała się do wyjścia. Po wyjściu Magdaleny mama zaraz przystąpiła do ataku na Szymona, który pokazywał najnowsze modele obuwia, skórki i materiały. Ja z Zuzką stałyśmy za mamą i się nie odzywałyśmy. Tylko Szymon nie stracił rezonu i powiedział, że jeżeli te buty są dla mnie, to może ja powinnam wybrać sama. Mama chyba była zaskoczona jego uwagą, bo nic nie powiedziała , tylko się odsunęła, abym podeszła bliżej. Patrzyłam na to, co wybrała mama i sama nie wiedziałam, czy mi się to podoba, czy nie. Trwało to chyba dosyć długa, bo mama się zniecierpliwiła. Wtedy po raz pierwszy dzisiejszego dnia spojrzałam na Szymona i los tak chciał, że nasze oczy się spotkały. Zamarłam na chwilę i wstrzymałam oddech. Jego oczy były ciemne i niezbadane. Z trudem odrzekałam, że wszystko, co wybrała mama podoba mi się. Szymon zaczął coś notować małym ołówkiem i powiedział, że pierwsza para będzie gotowa już w przyszły piątek.
Jeszcze teraz, gdy piszę te słowa, widzę głębię oczu Szymona. I czuję jego uważny wzrok. A gdy zamykam oczy i przypominam sobie tamtą sytuację, słyszę nawet dźwięk jego głosu. Szkoda, że Makary choć trochę nie przypomina Szymona. Mógłby mieć chociaż takie cudne oczy, a wtedy bym mogła się w nim zakochać.

11 wrzesień – poniedziałek.
Mamy nową dziewczynę do sprzątania. Ma na imię Weronika i jest młodsza ode mnie. Rodzice wzięli ją na przyuczenie, ale być może zostanie u nas dłużej. Zuzka dziwnie mało pracuje, a więcej odpoczywa w swoim pokoju. Teraz już jestem pewna, że z tym dzieckiem to najprawdziwsza prawda. Tylko dlaczego Zuzka nie wychodzi za mąż.
Weronika jest bardzo wstydliwa. Nic nie mówi, ale uważnie słucha. Chyba bardzo zależy jej na służbie u nas. Podobno jej matka jest ciężko chora, a ona ma jeszcze pięcioro młodszego rodzeństwa. Ojciec nie żyje i to ona musi zarobić na rodzinę. Nie wiem, czy ja bym potrafiła być taka dzielna jak ona.

15 wrzesień – piątek.
Szymon coraz bardziej zajmuje moje myśli. A nasze spotkanie dzisiaj bardzo się do tego przyczyniło. Na przymierzenie bucików poszłam razem z Weronką. Była ona bardzo zafascynowana miastem, pozwoliłam jej więc obejrzeć wszystkie wystawy jakie są na tej ulicy co szewc, a sama poszłam po buciki. Kiedy weszłam do środka, nikogo tam nie było. Dopiero po pewnym czasie wyszedł do mnie Szymon, przyciskając do dłoni chusteczkę. Okazało się, że skaleczył się przy pracy. Długo musiałam go przekonywać, by pozwolił obejrzeć mi skaleczenie i jeśli będzie taka konieczność opatrzyć je. Przeszliśmy do pomieszczenia z tyłu i tam Szymon pokazał mi skaleczoną dłoń. Nie wyglądało to za ładnie, rana była zabrudzona, ale na szczęście nie głęboka. Oczyściłam ją i założyłam bandaż. Dłoń Szymona była miękka i zbyt delikatna jak na mężczyznę, który na dodatek nie boi się pracy. Serce mi zamarło kiedy Szymon w podziękowaniu za pomoc ucałował moją dłoń. Buciki leżały idealnie, więc mogłam je od razu zabrać. Szymon spytał się czy przyszła ze mną Zuzka. Powiedziałam, że nie, co go trochę zmartwiło. Jak się okazało nie porozmawiał z nią od czerwca. Obiecałam, że pomogę mu się z nią spotkać. Niech czeka na wiadomość jutro w południe na ulicy za rogiem naszego domu. Muszę to dla niego zrobić. Zależy mi na szczęściu Szymona i Zuzki.

16 wrzesień – sobota.
Spłoszony koń i mój strach. Bezpieczne ramiona Szymona i nasze szybko bijące serca. Czy to jest miłość. A jeśli tak, to co mam z nią zrobić. Co?
Zuzka nawet nie chciała słyszeć o spotkaniu z Szymonem, na nic zdały się moje namowy. Chciałam do Szymona wysłać Weronkę z wiadomością, że nie będzie dziś spotkania, ale mama zabrała ją i udzielała lekcji jak należy sprzątać w domu i wypełniać inne obowiązki. Mama była zajęta, ojciec też więc postanowiłam sama iść na spotkanie z Szymonem. Zarzuciłam na ramiona szarą chustę i wymknęłam się z domu. Szymon już czekał, ale po jego minie poznałam, że był bardzo zaskoczony moim widokiem. Nie zdążyłam powiedzieć nawet jednego słowa, kiedy ujrzałam przed sobą pędzącego, rozszalałego konia. Niewiele by brakowała, a znalazłabym się pod jego kopytami. Szymon nie stracił głowy, rzucił się w moim kierunku i odepchnął. Był cały czas blisko mnie, nawet gdy koń był już tylko wspomnieniem, staliśmy zwarci w jednym uścisku. „Nie chciała przyjść” wyszeptałam drżącym jeszcze z przerażenia głosem. Szymon wziął mnie za rękę i zaprowadził do sadu. Nie wiem do kogo sad należał, ale nie był nawet porządnie ogrodzony. Tam dowiedziałam się jaka jest prawda. Zuzka będzie miała dziecko, ale on Szymon nie ma z tym nic wspólnego. Spotykali się przez jakiś czas, ale on jej nie potrafił pokochać, więc chciał przestać się spotykać. Wtedy ona zaczęła go szantażować dzieckiem. Doskonale wiedział, że to dziecko to nie prawda, ale od znachorki na końcu miasta dowiedział się, że jednak to prawda. I dlatego tak bardzo chciał porozmawiać z Zuzią. A że dziecko nie jest jego, wie doskonale i nie może być inaczej. Spytałam się go, skąd jest tego taki pewien. Powiedział, że wie, bo między nimi nic takiego się nie stało, co mogłoby do tego doprowadzić. Patrzyłam na niego, czekając na dalsze wyjaśnienia, aż na jego twarzy pojawił się rumieniec. Ujął mnie za dłoń i zaczął przepraszać za swoją gruboskórność, jak może z taką młodą, niewinną i delikatną damą poruszać takie tematy. Ja odparłam, że bardzo chciałbym pomówić o takich tematach, co jeszcze bardziej wprawiło go w zakłopotanie. Powiedział, że tego dowiem się po ślubie, a on nie może i nawet nie potrafi o tym mówić. Ucałował moją dłoń i chciał odprowadzić pod dom, ale się nie zgodziłam. Wolałam wrócić sama, może nawet nikt nie zauważył mojego zniknięcia.

17 wrzesień – niedziela.
Weronika była zniesmaczona Makarym i powiedziała, że mi współczuje takiego narzeczonego. Ja tylko westchnęłam, bo cóż mogłam jej powiedzieć. Weronka robiła się coraz śmielsza, przynajmniej przy mnie. I to ona powiedziała mi jak robi się dzieci. Wychowywała się na wsi i nie jest to dla niej czymś nowym. Nie mogę uwierzyć we wszystko, co mi powiedziała. I na pewno nie jest to coś o czym marzę. Chcę mieć dzieci, ale jeżeli można je mieć tylko w taki sposób, to jeszcze się nad tym zastanowię. Ale podobno z tego nie zawsze są dzieci. Nic już z tego nie rozumiem.

18 wrzesień – poniedziałek.
Dziś stała się rzecz straszna, wręcz niemożliwa i niepojęta. Mama mdlała kilka razy, aż ojciec polecił wezwać doktora. Zuzka powiesiła się w swoim pokoju. Popełniła straszny grzech i pewnie teraz trafi do piekła. Ciekawe gdzie trafi jej dziecko? Nie widziałam jej, gdyż nie wpuścili mnie tam. A potem gdy przyjechali ją zabrać, musiałam siedzieć w swoim pokoju. To straszne, dlaczego ona to zrobiła? Dlatego, że miałaby nieślubne dziecko? Pewnie tak. Muszę o tym powiadomić Szymona, on przecież życzy jej dobrze.

Udało mi się spotkać Szymonem. W domu było zamieszanie, więc mogłam wyjść niezauważona. Spieszyłam się bardzo, aż ludzie oglądali się za mną na ulicy. W zakładzie były dwie grube damy i wybierały fasony. Byłam zaskoczona ich widokiem, spodziewałam się, że Szymon będzie sam i teraz nie wiedziałam, co powiedzieć. Ale Szymon mnie w tym wyręczył i powiedział, że buciki są już gotowe i za chwilę będę mogła je przymierzyć. Kiedy panie wyszły przeszliśmy do dalszego pomieszczenia. Szymon patrzył na mnie wyczekująco, a ja nie potrafiłam powiedzieć z czym przyszłam. Zamiast tego rozpłakałam się okropnie, aż Szymon musiał mnie przytulać, uspokajać i prosić bym przestała płakać. Wykrztusiłam wreszcie, że Zuzia nie żyje, co także nim wstrząsnęło. Dał mi do picia coś strasznie niedobrego i przypilnował bym wypiła to do końca. Zrobiło mi się po tym dziwnie lekko i mogłam spokojnie powiedzieć co się stało. Szymon tylko kiwał głową. Powiedział mi też, czego on się dowiedział. Zuzia podobno spotykała się po kryjomu z pewnym paniczem, który przyjechał niedawno do miasta i to prawdopodobnie z nim miała mieć dziecko. Kiedy Szymon mówił nie spuszczałam z niego oczu. Przyciągał mnie swoim głosem, uśmiechem, a najbardziej spojrzeniem brązowych oczu, okolonych zasłoną ciemnych rzęs. Mogłam się przejrzeć w jego oczach, jak w lustrzanej tafli. Szymon skończył i zamilkł. Powinnam wtedy coś powiedzieć, ale nie wiedziałam co. W głowie było pusto, a i przez gardło nie mogło przejść żadne słowo. Wreszcie Szymon się odezwał i zaproponował, że odprowadzi mnie do domu, bo taka piękna kobieta nie powinna sama chodzić po ulicy. Nie zaprzeczałam. Czułam się dziwnie. Nagle ten człowiek zaczął mnie onieśmielać. Jednocześnie chciałam się z nim widzieć i rozmawiać, ale czułam też w sobie nieokreślony lęk znajdując się w jego towarzystwie. Odprowadził mnie, ucałował moją dłoń i odszedł.

20 wrzesień – środa.
Nie wiem czemu, ale ciągle myślę o Szymonie. Wyobrażam sobie jego twarz, postawę, głos, kiedy mówi do mnie. Widzę jego piękne, brązowe oczy, które tak bardzo chciałabym jeszcze raz zobaczyć. Myślę tylko o nim i chwilami nie wiem co się dzieje w moim otoczeniu, jestem rozkojarzona i nieobecna. Mama, którą bardzo wstrząsnęła śmierć Zuzi, uważa, że moje zachowanie jest właśnie tym podyktowane. I dlatego odwołała dzisiejsze spotkanie z Makarym, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

24 wrzesień – niedziela.
Makary bardzo zmartwił się stanem mojego zdrowia. Co jednak nie przeszkadzało mu jeść za dwóch, pić za trzech, opowiadać okropne historie i śmiać się do rozpuku. Nie wiem, czemu Makary jest taki zmienny. Raz jest miły i serdeczny, i gdy już mi się zdaje, że mogłabym go polubić, wychodzą z niego te najgorsze cechy. Wizyta ciągnęła się w nieskończoność, jadłam i mówiłam niewiele. Moje myśli ciągle wracały do Szymona. Jakże bym pragnęła, aby to on siedział tu teraz a nie Makary. Może i jest prostym chłopakiem, ale z pewnością ma więcej taktu i ogłady niż mój przyszły mąż.

25 wrzesień – poniedziałek.
Po odbiór kolejnych bucików poszłam z mamą, która nie odstępowała mnie nawet na krok. Musiałam więc być poważna i mówić do Szymona jak by był tylko szewcem, a nie kimś więcej. Ale tak naprawdę jest on moim przyjacielem, nawet jeśli o tym jeszcze nie wie. Szymon też zachowywał się inaczej niż w czasie naszego ostatniego spotkania. Był poważny i taki obcy, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy on mnie lubi. Ale później stało się coś, co zupełnie zaprzeczyło moim czarnym myślom. Kiedy już odbierałam zapakowane buty Szymon wsunął mi do ręki karteczkę. Na szczęście mama tego nie zauważyła i nie musiałam jej się z niczego tłumaczyć. Kiedy byłam już u siebie w pokoju, rozłożyłam kartkę, by sprawdzić, co w niej jest. Równe, zgrabne pismo czarnym atramentem. Szymon chciał się ze mną jutro spotkać w opuszczonym sadzie. Serce biło mi ogromnie i bardzo się przestraszyłam wchodzącej do pokoju Weroniki. Bardzo chcę iść na to spotkanie i obawiam się tylko tego, czy uda mi się na nie wymknąć. Weronika obiecała, że mi pomoże. Szymona znała z widzenia i uważała, że jest on o wiele bardziej interesujący niż Makary. Zastanawiam się teraz dlaczego Szymon chce się ze mną spotkać. Przecież Zuzi już nie ma, nie ma też dziecka.

26 wrzesień - wtorek.
Na spotkanie przybyłam mocno spóźniona i myślałam, że już go nie zastanę. Ale był tam, czekał na mnie i bardzo ucieszył się na mój widok. Chciałam usprawiedliwić swoje spóźnienie, ale mi na to nie pozwolił. Wziął mnie za ręce i zaproponował, abyśmy przeszli w głąb sadu, by nikt nas nie zobaczył. W towarzystwie Szymona czułam się bezwolna i zrobiłabym wszystko czego by zażądał. Ale on nie żądał niczego. Chciał się ze mną spotkać, bo nie może przestać o mnie myśleć. Miałam wrażenie, że jest za to na mnie zły. Kiedy mu o tym powiedziałam, roześmiał się i powiedział, że jest zły, ale tylko na siebie. Od czasu naszego spotkania sam na sam myśli tylko o mnie. Nie może spać, jeść, pracować, chyba się zakochał. „W kim” – spytałam głupio i zaraz tego pożałowałam. On wtedy po raz pierwszy nazwał mnie po imieniu. „ W tobie Aniu” – powiedział i wtedy ja również zrozumiałam, że to co się ze mną działo od wielu dni to jest miłość. Staliśmy pod rozłożystym drzewem i trzymaliśmy się za ręce. Patrzyłam Szymonowi prosto w oczy i widziałam w nich dobroć i miłość. W oczach stanęły mi łzy, które następnie spłynęły po policzku. Nie chciałam płakać, ale nigdy wcześniej nie przeżyłam tak pięknej chwili jak ta. Szymon mnie przytulił, a kiedy się uspokoiłam, zaczęliśmy rozmawiać. Dowiedziałam się o nim wielu rzeczy, ale opiszę to kiedy indziej, bo dziś jest późno.

27 wrzesień – środa.
Opowiedziałam Weronice o naszym spotkaniu. Myślę, że jest ona moją przyjaciółką. Powiedziała, że będzie za nas trzymać kciuki i pomagać mi w spotkaniach z Szymonem.
Brr. Dziś znowu muszę spotkać się z Makarym. Nie cierpię tych spotkań, a tym bardziej Makarego. Muszę porozmawiać z mamą przekonać ją, że Makary nie jest dla mnie odpowiednim kandydatem na męża. Muszą ją przekonać, aby jeszcze nie wydawali mnie za mąż.

29 wrzesień – piątek.
Udało mi się znów zobaczyć Szymona. Siedziałam w sadzie na jego marynarce i jadłam jabłka, z drzewa pod którym siedzieliśmy. Szymon poparł mój pomysł, abym porozmawiała z mamą o odłożeniu ślubu. Niech rodzice dadzą mi jeszcze trochę czasu. Wspierał mnie i pocieszał. Powiedział, że rodzice na pewno mnie kochają i chcą mojego dobra. Pewnie inaczej patrzą na Makarego niż ja i powinnam im o tym powiedzieć. Szymon jest dobry i czuły. Ma ciepły, przyjemny głos. Jego śmiech jest miły dla ucha i nie przypomina rechotu żaby tak jak śmiech Makarego. Na pożegnanie Szymon musnął mnie ustami w policzek i powiedział, że będzie tęsknił. Ja za nim też.

1 październik – niedziela.
Wreszcie spokój, wolność. Makary wyjeżdża na dwa tygodnie. Przez czternaście dni nie będę musiała oglądać jego nalanej twarzy, patrzeć w małe, zimne oczka i słuchać nieprzyjemnego głosu, wygłaszającego krępujące mnie uwagi.
Od jutra mamy zabrać się na poważnie za przygotowanie wyprawy ślubnej dla mnie. Myślę, że to najwyższy czas porozmawiać o odłożeniu ślubu. Będę starała się ze wszystkich sił przekonać mamę, a potem ojca, że nie jestem jeszcze gotowa na to, by zostać żoną. Muszę tylko się przygotować do tej rozmowy.

2 październik – poniedziałek.
Co ja teraz pocznę? Ślub musi się odbyć i to kategorycznie. Rodzice planują go na wiosnę, gdy będzie zielono i słonecznie. Podobno to dla mojego dobra. Mama powiedziała mi w zaufaniu, jako już prawie dorosłej osobie, że interesy ojca źle idą. Budżet został też naruszony, aby pomóc Izabelli i Tomaszowi. Więc póki jeszcze nie jesteśmy bankrutami, trzeba mnie wydać za mąż za odpowiednio ustawionego człowieka. A takim to właśnie człowiekiem jest Makary. Trudno mi było uwierzyć, że nie mamy pieniędzy, przecież nie oszczędzamy na niczym: strojach, jedzeniu, służbie. Mama powiedziała, że to tylko pozory, ale żebym ja się o to nie martwiła. Jestem jeszcze młoda i powinnam bawić się i korzystać z życia. Poddałam w wątpliwość jej słowa, za co zostałam odesłana do pokoju. Nie pozwoliłam sobie na łzy, nie chcę być słaba. Ale to, co powiedziała mama nie daje mi spokoju. Chcą mnie wydać za mąż dla pieniędzy, moi ukochani rodzice, którym ufałam, chroniłam się u nich, gdy było mi źle.

8 październik – niedziela.
Spotkania z Szymonem wręcz mnie upajają. Wracam po nich nieprzytomna i nie mogę długo zasnąć. Weronika kryje mnie przed rodzicami, mówiąc, że wcześniej się położyłam. Ale ja co wieczór wymykam się z domu. Szymon czeka na mnie blisko domu, ale tak, aby nikt go nie zobaczył. Spędzamy razem godzinę lub dwie, aż zrobi się zupełnie ciemno i pusto. Szymon to dobry i prawy człowiek. Jest sierotą, pan Edward to jego wujek. Chce nauczyć go zawodu szewca i przekazać zakład. Szymon wolałby być kimś innym, ale nie stać go na naukę. Podobno pięknie rysuje, ale jak twierdzi wujek z tego dużych pieniędzy nie będzie, więc zajmuje się robieniem butów. Spytałam się Szymona, czy mógłby mnie narysować. Powiedział, że już to zrobił. Z pamięci. I dziś przyniósł mi mój portret. Jest śliczny. Wyglądam na nim jak żywa, choć jest narysowany szarą kredką. Trzymam ten rysunek w szufladzie zamknięty na kluczyk, razem z pamiętnikiem. Jest to na razie jedyna rzecz jaką dostałam od Szymona.
Kiedy się żegnamy Szymon zawsze najpierw całuje mnie w czoło, a dopiero potem w usta. Uwielbiam te pocałunki, dotyk jego dłoni, bliskość ciała. Czasami czuję się jakbym miała umrzeć, rozpłynąć się, stać się niebytem. Chciałabym wtedy nic nie czuć, nic nie widzieć i nie słyszeć. A potem, gdy wracam do siebie i leżę już w łóżku czuję ogromny ból w całym ciele i wiem, że ten ból to tęsknota za Szymonem.

10 październik – wtorek.
Szymon twierdzi, że jego wujek domyśla się naszych spotkań. Nie mówi tego wprost, ale nawiązuje do tego tematu. Szymon się nie odzywa, tak jakby w ogóle nie słyszał słów wujka. Nie może przecież zaprzeczyć, a przyznać się też nie może. Moi rodzice na szczęście niczego się nie domyślają, ale i tak za każdym razem kiedy wracam do domu czuję strach, że mogą odkryć moje wieczorne wyjścia.

14 październik – sobota.
Stało się to, czego najbardziej się obawiałam. Kiedy wczoraj wróciłam zastałam w moim pokoju mamę i bardzo zapłakana Weronkę. Mama była bardzo wzburzona. Mówiła, że nie mam do nich- czyli rodziców szacunku, nic nie obchodzi mnie poza własną osobą, że wystawiam całą rodzinę na pośmiewisko, a na dodatek nie szanuję siebie. Mówiła długo i głośno. Jej twarz wykrzywiały takie grymasy, jakich nigdy jeszcze nie widziałam. Próbowałam się bronić. Pytałam, czy to źle, jeżeli kocham i jestem kochana. Jeżeli znalazłam szczęście i chcę je pielęgnować. Mama kazała mi się zastanowić, co nazywam szczęściem. Życie w ubóstwie, z prostym człowiekiem, który może dać mi jedynie masę dzieci i ciężką pracę. Nie byłam w stanie temu zaprzeczyć, ale mama nawet nie czekała na moją odpowiedź. Wyszła z pokoju szeleszcząc suknią. Zostałam sama z zapłakaną Weronką, która teraz rozszlochała się na nowo.
Dziś cały dzień siedzę w pokoju i popłakuję. Nie zobaczę się dziś z Szymonem, ani dziś, ani żadnego innego dnia. Tak siedzę i sobie myślę, że może byśmy tak uciekli. Czytałam wiele książek, gdzie kochankowie, gdy robiono im trudności i nie pozwalano być razem, uciekali. My możemy zrobić to samo. Szymon nie boi się żadnej pracy, ja co prawda niewiele umiem, ale przecież się nauczę. Mogę uczyć dzieci, tak jak robiła to panna Alicja. Myślałam i myślałam o naszej ucieczce, aż przyszła mi na myśl ciotka Marta. Ona mnie z pewnością zrozumie i pomoże. Muszę tylko do niej napisać i to zaraz, aby list jak najszybciej do niej dotarł.

15 październik – niedziela.
Jednak dziś odbył się obiad w towarzystwie Makarego. Wrócił już ze swojej podróży i przywiózł mi masę prezentów. Ale jakoś nie potrafię się nimi cieszyć. Napawają mnie taką samą odrazą jak sam Makary. Ojciec był przez cały obiad zamyślony i pochmurny, to mama podtrzymywała rozmowę i zapowiedziała, że ma dla nas razem z ojcem niespodziankę. Domyśliłam się, że ta niespodzianka, to nic dobrego. I miałam rację. Okazało się, że rodzice postanowili przyspieszyć nasz ślub. Makary był bardzo uradowany tą wiadomością, ja natomiast się rozpłakałam. Mama powiedziała, że to ze szczęścia i wyprowadziła mnie z salonu. Płakałam długo, a mama nawet na mnie nie krzyczała. I znowu dowiedziałam się czegoś nowego, co miało usprawiedliwić decyzję rodziców o moim ślubie. Mamy długi w banku należącym do Makarego i jeżeli zostanę jego żoną weksle mogą zostać anulowane. Mamy coraz mniej pieniędzy i im szybciej opuszczę dom jako szczęśliwa mężatka, tym lepiej dla nas wszystkich. Nie bardzo wierzę, że jest to powód, aby przyspieszyć ślub. To moja znajomość z Szymonem sprawiła, że rodzice zaczęli się obawiać, iż ślubu może nie być. Makary nie zechce mnie za żonę, albo ja wywołam taki skandal, że nie tylko nie wyjdę za mąż, ale cała rodzina zostanie obciążona piętnem mojej znajomości.

18 październik – środa.
Tak bardzo pragnę spotkania z Szymonem, że jestem prawie nie przytomna z tęsknoty za nim. Martwię się o niego, pewnie nie wie, co się ze mną dzieje, dlaczego nie przychodzę na spotkania. Mam nadzieję, że Weronika opowiedziała mu wszystko. Weronika, znałam ją krótko, ale się zaprzyjaźniłyśmy. Teraz jej nie ma. Musiała opuścić nasz dom, kiedy stało się jasne, że pomagała mi w wieczornych schadzkach. I to jest jedyna rzecz, jakiej żałuję w całej tej historii. Szymona kocham i zrobię wszystko, żeby z nim być. Z utęsknieniem czekam na list od ciotki Marty. Ufam, że ona rozwiąże nasze problemy, jeżeli nie przekona rodziców do zmiany zdania, to zabierze mnie stąd i pozwoli zamieszkać u siebie. Może to są dziecinne marzenia, ale nic innego mi nie pozostało.
Makary robi się coraz bardziej natarczywy. Uważa mnie już za swoją własność, próbuje narzucać swoje zdanie. Mówi o wspólnie spędzonych nocach, zapewnia, że poznam go od tej strony, od której jeszcze nie miałam okazji. Na naszych spotkaniach mało się odzywam, za to Makary mówi bez przerwy, a jego poglądy są bardzo zachowawcze. Nigdy nie interesowałam się sprawami państwa Polskiego i losami Polaków, ale uważam, że Makary zachowuje się bardzo komfromistycznie i dba tylko o swoje interesy, nie zważając na krzywdę innych ludzi.

20 październik – piątek.
Nie mogę już wytrzymać. Siedzę w swoim pokoju, jak w więzieniu. Schodzę tylko na posiłki, w czasie których przy stole panuje cisza. Słychać tylko dźwięk przesuwanej zastawy. Ojciec wygląda tak jakby się postarzał. Jest bardzo milczący i przygaszony. Czuję się temu trochę winna, ale nie tak do końca. To nie ja postanowiłam wydać się za mąż i nie ja wybrałam sobie narzeczonego.
Nadal nie wiem, co dzieje się z Szymonem. Nie mam możliwości, aby się z nim zobaczyć. Wszyscy pilnują mnie na każdym kroku. I mam zabronione bez wyraźnej potrzeby wychodzić z pokoju. Siedzę tu i odchodzę od zmysłów. Na miejsce Weroniki nie został jeszcze nikt przyjęty i nie wiem, czy w ogóle będzie. Bo jeżeli jest tak naprawdę, jak mówi mama, to nie stać nas na służącą.

22 październik – niedziela.
Makary dopytywał się czemu jestem taka milcząca i poważna. Nic mu nie odpowiedziałam. Ślub jest blisko i jest nieodwołalny. Jutro zaczyna się szycie ślubnej sukni. Cały czas łudzę się, że pantofle ślubne zrobimy w zakładzie pana Edwarda. Wtedy mogę choć na chwileczkę zobaczyć Szymona. Odpowiedź od ciotki Marty nadal nie nadeszła. Co robić?

26 październik – czwartek.
Dostałam list od Szymona. Przyniósł go pan Edward. Buciki do ślubu są robione w jego zakładzie, ale wszystkie sprawy z nimi związane będą załatwiane w domu. Wobec tego dziś zjawił się pan Edward. List od Szymona bardzo mnie zmartwił. Nie takie słowa chciałam w nim przeczytać. Szymon pisze, że z wielkim bólem rezygnuje z naszej znajomości, z uczucia, które dopiero się budzi i rozkwita. Jakich pięknych słów używa Szymon. Wini siebie za całą tę sytuację. On jako prosty chłopak z ludu robotniczego nie powinien nawet na mnie spojrzeć, a cóż dopiero posunąć się do takich czynów jak pocałunek. Życzy mi w życiu szczęścia i prosi, abym mu wybaczyła jego niecne zachowanie. Za wszelką cenę muszę zobaczyć się z Szymonem. Muszą mu powiedzieć, że jest dla nas jeszcze szansa. Jest nią ciotka Marta. Nie tylko bogata, ale przede wszystkim odważna i wyrozumiała.

28 październik – sobota.
Liścik do Szymona miałam przygotowany od czwartku. Był krótki. Proponowałam w nim spotkanie w sadzie o dziesiątej wieczorem. Pan Edward schował szybko list do kieszeni i udawał, ze nic się nie stało. Teraz niecierpliwie czekam na godzinę dziesiątą.

To była klęska, totalna klęska. Nie udało mi się wyjść z domu a tak bardzo liczyłam, że to się uda. Szymon czeka na mnie na pewno i martwi się, że nie przyszłam.

1 listopad – środa.
Dziś w kościele go zobaczyłam. Nasze oczy na chwilę się spotkały i o niczym innym już nie potrafiłam myśleć. Szymon, tylko jego kocham i z nim chcę być.

5 listopad – niedziela.
Jeszcze drżę na całym ciele. Zarówno z uwagi na to co zaszło między mną a Szymonem, jak i faktem, że moja rodzina o tym wie. Moja nie obecność się wydała, ale nic ze mnie nie wydobyli.
Teraz siedzę nad tobą pamiętniczku i opisuję wieczorne wydarzenia. Szymon wywołał mnie z domu. Głośne gwizdnięcia przyciągnęły moją uwagę. A serce podpowiedziało, że sylwetka rysująca się w ciemności należy do Szymona. Wymknęłam się z domu, by spotkać się z mym ukochanym, opowiedzieć o swoim planie wyjazdu do ciotki Marty. Ucieczki od tych złych ludzi i nieprzychylnego miasta. Ale kiedy znalazłam się blisko niego, nie byłam w stanie powiedzieć tego, co chciałam. Staliśmy przyczajeni w ciemności. Gładził mnie po ramionach, choć tak naprawdę chciał dotknąć moich piersi. Wiedziałam o tym, a serce biło mi jak oszalałe. Położyłam jego dłoń na mojej piersi, by poczuł moje wyrywające się serce. Zacisnął dłoń i nie wypuszczał mojej piersi z jej uścisku. I tak staliśmy wpatrzeni w siebie przez całą wieczność. Szybkie pocałunki, a raczej muśnięcia wargami już mi nie wystarczały. Chciałam być jego cała i na wieki. Drżałam. Drżałam nie tylko z zimna, ale na myśl o tym co może się za chwilę wydarzyć. Bardzo chciałam mu się oddać. Myślałam o tym tysiąc razy i nieważne były dla mnie konsekwencje, jakie mogły potem wystąpić. Ale on nie chciał. Próbował mnie o tym przekonać, mówił, że nigdy nie uda nam się być razem, że nie możemy ryzykować, że moja reputacja na tym ucierpi. Ale ja nalegałam, bardzo nalegałam. Chciałam choć jeden raz być z mężczyzną, którego naprawdę kocham. Którego chcę dotykać i całować. Który nie wzbudza we mnie wstrętu, nie powoduje odrazy. Powiedziałam mu o moich planach związanych z wyjazdem i pomocą ciotki, bo wciąż wierzę, że ją uzyskam. Nie potrafię tego opisać, ale czegoś takiego nie przeżyłam nigdy. W zimną, deszczową noc przestałam być niewinną dziewicą, a stałam się prawdziwą kobietą zdolną do miłości i cielesnej rozkoszy. Szymon mimo swoich pierwotnych obaw zatracił się zupełnie w chwili namiętności. Kiedy było po wszystkim leżałam w jego ramionach i szukałam jego ust. Chciałam wiedzieć, że nadal jest blisko mnie. Nie wiem, ile czasu tak leżeliśmy, ale kiedy oboje zaczęliśmy już dotkliwie odczuwać chłód, postanowiliśmy wrócić do domu. Moje włosy w nieładzie, pomięte ubranie i nieprzytomne spojrzenie mogły zdradzać, co się przed chwilą wydarzyło. W domu rozpętała się awantura, ale to wszystko jest nieważne w obliczu minionych wydarzeń. Zaznałam smak prawdziwej miłości i przedsmak tego, co może czekać na mnie w przyszłości. Podobno przyjechała ciotka Marta, ale dziś nie pozwolono mi się z nią spotkać. Jutro z nią porozmawiam, jutro okaże się, czy moje marzenia, moje plany i nadzieje spełnią się. Jej wizyta chyba coś znaczy i mam nadzieję, że coś dobrego.
Muszę się już położyć. Drżę na całym ciele, jest mi zimno. I ten okropny ból głowy. Rozsadza mi ją od środka. Ale sen wyciszy go, uspokoi moje ciało, wyciszy myśli. Jutro będzie piękny dzień.




Dziś jest czwartek. Zima nastała w pełni. Do świąt już niedaleko. Jestem jeszcze bardzo słaba po chorobie. Ale nie mam już gorączki i czuje się dobrze. Zapalenie płuc, tak orzekł doktor. Wysoka temperatura, złe rokowania. Mama i ojciec na zmianę czuwali przy moim łóżku. Ciotka Marta już wyjechała. Podobno znów pokłóciła się z ojcem. Z tego, co mówi mama oraz służba wynika z tego, że ciotka chciała mi pomóc. Chciała odwieść rodziców od ślubu, nie marnować mi życia. Nie udało się. Nie wiem co mnie teraz czeka i nie chcę wiedzieć. Jest mi wszystko jedno jak potoczą się moje losy, jeśli nie mogę być z Szymonem. Podobno Makary odwiedzał nasz dom co niedzielę i codziennie dowiadywał się o moje zdrowie.

11 grudzień – poniedziałek.
Jestem jednak jeszcze bardzo słaba. Dużo śpię, nie mam apetytu. Prawie dziś zemdlałam, kiedy mama próbowała wcisnąć mnie w ślubną sukienkę. Ślub już nie długo, a przez moją chorobę wiele spraw nie zostało jeszcze załatwione.
Wczoraj odwiedziła mnie Izabella, mówiła o małżeństwie, nowych prawach i obowiązkach z niego wynikających. W pewnym momencie ściszyła głos. Powiedział mi, że jestem bardzo nieodpowiedzialna i egoistyczna. Zaspokoiłam swoje zachcianki, kosztem nie winnego człowieka. Nie rozumiałam, o co jej chodzi. Okazało się, że przez moją niefrasobliwość Szymon ma wiele problemów. Ktoś go pobił, nie pracuje już u wujka, gdyż jego osoba odstręczała klientki. Izabella osobiście bardzo się dziwi, że Makary jeszcze nie odwołał ślubu. Przecież całe miasto aż huczy od plotek, ale tak naprawdę nikt nie wie, co się zdarzyło. Wiem to tylko j a i Szymon. Miałam wrażenie, że Izabella bardzo chce, abym się jej zwierzyła i opowiedziała, jak było naprawdę. Milczałam. Czułam się, jak bym była przeklęta. Moja miłość skrzywdziła prawego człowieka. Nie wybaczę sobie tego do końca życia, a mój ślub z niekochanym człowiekiem będzie dla mnie najlepszą karą.

26 grudzień- wtorek.
Dziś dzień mojego ślubu. A ja nie czuję nic. Ani strachu, ani lęku, ani nawet nadziei, że nie będzie tak źle. Ciotka Marta nie zjawi się na ślubie. Dostałam od niej list, w którym wyjaśnia swoją nieobecność. Pisze, że jestem jej ulubiona bratanicą i bardzo żałuje, że to właśnie mnie los nie oszczędził.
Dziś po raz ostatni występuję jako wolny człowiek, ale wcale nie jako człowiek szczęśliwy. To co wydarzy się za parę godzin zmieni moje życie, zmieni mnie całą. Jest to także mój ostatni wpis do pamiętnika, bo tylko piękne i szczęśliwe chwile zasługują na opisywanie. Chwile nie chciane, pełne żalu i smutku należy chować głęboko w sercu. I trzeba wierzyć, wierzyć, że szczęście jeszcze zapuka do naszych drzwi i że my te drzwi otworzymy szeroko i zaprosimy szczęście do naszych serc i umysłów. Wierzę, że moje szczęście wróci do mnie jeszcze, wróci na przekór wszystkim i wszystkiemu. Na przekór rodzicom, którzy podejmują złe decyzje w imię błędnie pojętego dobra. Na przekór ludziom bojącym się odejścia od konwenansów, szukającym taniej sensacji, plotkujących i obłudnie martwiących się sprawami innych. Wreszcie na przekór losowi, który odbiera mi to co kocham, a daje uczucie niechciane i przeze mnie nie akceptowane. Idę zakuć się w małżeńskie kajdany. Idę wziąć sobie męża, w którego domu będę więźniem. Idę, choć iść tam nie chcę.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51410

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl