DRUKUJ

 

Niepamięć

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
Zygmunt spojrzał na Marię. Siedziała w fotelu z nieobecnym wyrazem twarzy. Patrzyła we włączony telewizor, ale gdzie była myślami tego, nie wiedział. Tak naprawdę to mógł wyłączyć to grające pudło, a ona by tego nawet nie zauważyła. Choć nie mógł być tego wcale taki pewien. Czasami zdarzało się, że Maria protestowała. Były to jedne z niewielu chwil, kiedy łapał z nią kontakt. Zazwyczaj Maria przez cały dzień siedziała wpatrzona w jeden punkt wykazując bardzo niewiele aktywności. Zygmunt pomagał jej się umyć, ubrać, prowadzał do toalety. Czasem, niestety coraz częściej zdarzały się Marii przykre wypadki, kiedy trzeba było ją przebierać, zmieniać pościel lub ścierać z podłogi jeszcze ciepły mocz. Zygmunt robił to wszystko tylko z poczucia obowiązku. Karmił Marię, czesał jej długie włosy, gdyż Maria nie wiedziała do czego służy łyżka czy grzebień. Taka sytuacja trwała prawie od trzech lat i żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazywały, że nastąpi poprawa. Diagnoza była jak wyrocznia. To Alzheimer. Choroba jak na razie nieuleczalna. Jednak leki, które codziennie podawał Marii, miały zahamować objawy i opóźnić postęp choroby. Lecz w przypadku Marii leki nie skutkowały. Choroba pogłębiała się coraz bardziej i bardziej, a lekarze tylko rozkładali ręce. Maria nie była w stanie samodzielnie funkcjonować, wymagała całodobowej opieki i całkowitej uwagi. Czasem Zygmunt był już u kresu wytrzymałości, chciał uciec jak najdalej od Marii, od jej choroby, z którą musiał zmagać się każdego dnia. Ale uciec oznaczało przekreślić czterdzieści trzy wspólnie spędzone lata. Lata dobre i złe, wtedy gdy byli szczęśliwi, miele wspólne plany i pragnienia i wtedy gdy ich życie waliło się w gruzy wśród wzajemnych pretensji i oskarżeń. Zygmunt jeszcze raz, ale już znacznie uważniej spojrzał na Marię. Chyba jednak oglądała lecący w telewizji program o zwierzętach pustyni. Zygmunt zdołał usłyszeć, jak Maria kilkakrotnie powtórzyła słowo wąż.
Była dziesiąta rano, początek nowego i jakże dla niego żmudnego, pełnego pracy dnia. Podniósł się z fotela i zebrał nakrycie po śniadaniu. Podał Marii leki, które łykała bez protestu, popijając podaną wodą. Kiedy kończył zmywać u drzwi rozległ się dzwonek. To sąsiadka, która jak co dzień przyniosła zakupy. Zygmunt co wieczór wręczał jej karteczkę z listą zakupów i pieniądze na nie przeznaczone. Starał się, aby lista nie była zbyt długa, a podane produkty nie ważyły za dużo. Nie chciał obciążać pani Halinki, która także przekroczyła już sześćdziesiątkę. Znali się od bardzo dawna, jeszcze za czasów, gdy żył jej mąż. Razem z Marią pomagali jej i wspierali ją, kiedy została sama. Teraz ona pomagała im. Nie tylko robiła rano zakupy, ale także kiedy było trzeba zostawała z Maria, podpowiadała co i jak ugotować, który środek jest najlepszy do mycia podłogi, a który do okien. Pani Halinka była ich jedynym towarzystwem. Syn wpadał na krótko zawsze tłumacząc się brakiem czasu. Ale kiedy był potrzebny był. Woził matkę do lekarza, zabierał ojca na zakupy do marketu, wspierał finansowo. Dłuższe chwile spędzali razem tylko w czasie świąt oraz imienin rodziców. Wtedy przyjeżdżał ze swoją rodziną, przywoził upominki i ciasta kupione w cukierni. Maria bardzo cieszyła się z jego wizyt, ale synowej i dwóch wnucząt jakoś nie zauważała. Dzieci nawet ją irytowały, ale dla syna zawsze był pełna miłości i ciepła. Mimo wielkiej miłości do syna były dni, kiedy go nie poznawała. Mówiła do niego pan, albo nazywała imieniem swojego męża. Paweł tłumaczył jej wtedy cierpliwie kim jest i jak ma na imię, wtedy Maria szlochała i tuliła Pawła do siebie nazywając go swoim małym synkiem.
Zygmunt staranie wytarł ręce i poszedł otworzyć drzwi.
- Dzień dobry. Już myślałam, że nikogo nie ma. – pani Halinka z torbą pełną zakupów wsunęła się do przedpokoju.
- Zmywałem. – wyjaśnił Zygmunt.
- A jak dziś czuje się Marysia. – spytała sąsiadka i zerknęła w stronę pokoju, skąd dolatywały dźwięki z telewizora.
- Myślę, że nieco lepiej. Dziś ma swój lepszy dzień. Ładnie zjadła śniadanie, zdążyliśmy na czas do toalety, a teraz ogląda film o zwierzętach i chyba niektóre z nich nawet rozpoznaje.
- To dobrze. – uśmiechnęła się pani Halinka. - Będę o czwartej, tak jak się umawialiśmy. A teraz biegnę robić pranie, jest piękna pogoda, więc będzie szybko schło.
Zygmunt zamknął drzwi za sąsiadką i pomyślał, że on też ma pełno ubrań do prania. Jakoś nie mógł się do tego zabrać i z dnia na dzień kupka brudów rosła. Dokończył sprzątanie w kuchni, zajrzał do Marii, aby upewnić się, czy wszystko jest w porządku i zamknął się w łazience segregując ubrania białe i kolorowe, pościel i ręczniki. Nawet sam nie wie, kiedy tego wszystkiego się nauczył. Wcześniej, kiedy Maria była zdrowa to ona zajmowała się domem. On potrafił zrobić tylko jajecznicę. Gdy miał wolny czas pomagał Marii jak umiał: nosił ciężkie siatki z zakupami, odkurzał i trzepał dywany, obierał ziemniaki do obiadu. Ale nigdy nie musiał robić wszystkiego sam tak od początku do końca. A teraz od przeszło roku był do tego zmuszony. Wtedy to właśnie skończył sześćdziesiąt pięć lat i przeszedł na emeryturę. Gdyby nie choroba Marii pewnie by odsuwał tę decyzję w czasie, ale w obecnych okolicznościach nie mógł postąpić inaczej. Stan zdrowia Marii pogarszał się z miesiąca na miesiąc i absolutnie nie było możliwe, aby została sama w domu nawet na kilka minut. Pamięta jak dziś, kiedy pół roku temu zszedł do osiedlowego sklepiku po herbatę i pieczywo. Maria jeszcze spała, więc uznał, że może bezpiecznie zostawić ją samą. Ale mylił się. Maria wstała, nie pamiętała kim jest i gdzie się znajduje. Wyszła w koszuli, bez kapci na klatkę schodową i szukała swojego małego synka, którego w jej mniemaniu ktoś porwał. Swoim zachowaniem, ale również i wyglądem wzbudziła ogólną sensację wśród sąsiadów, którzy wylegli na klatkę schodową. Najbardziej Zygmunta zdziwiło to, że nikt nie próbował Marii pomóc, uspokoić jej, zaprowadzić do mieszkania. A przecież znali ją wszyscy i wiedzieli, że nie jest wariatką. Zygmunt był wtedy zły, ba nawet wściekły, na tych nieczułych ludzi, na Marię, a najbardziej na siebie, że nie przewidział konsekwencji jakie może pociągnąć za sobą zostawienie Marii samej. Od tego czasu bardzo pilnował, by z Marią zawsze ktoś był w mieszkaniu. Wtedy też swoją pomoc zaoferowała pani Halinka, nieobecna przy zdarzeniu na klatce, po powrocie z sanatorium od blokowych kum dowiedziała się o przygodzie Marii. Była oburzona postawą sąsiadów i nie omieszkała się podzielić tym z Zygmuntem. Od tej pory zawsze mógł liczyć na jej pomoc.
Kiedy Zygmunt zakończył pracę na podłodze w łazience piętrzyły się cztery kupki. W jednej pościel i ręczniki, w drugiej rzeczy białe, w trzeciej kolorowe, w czwartej zaś to co wymagało ręcznej przepierki. Wstawił pralkę z białymi ubraniami, namoczył w misce rzeczy delikatne i postanowił posadzić Marię na balkonie. Zadanie to nie było łatwe, gdyż nagle Maria odkryła w sobie lęk wysokości i bardzo opierała się przed wyjściem na balkon. Mieszkali na drugim piętrze i na darmo były tłumaczenia, że nic się jej nie stanie, że jest barierka, zawsze próba wystawienia Marii na balkon kończyła się tak samo.
- Powinienem ją zabrać na spacer. – pomyślał pełen skruchy. – Ale mam tak dużo pracy w domu i tak mało czasu, że jedynie mogę ją teraz posadzić na balkonie.
Ze spacerami wcale nie było lepiej. Najpierw długo ubierał Marię, starannie dobierając poszczególne elementy garderoby, potem przekonywał ją do wyjścia, niejednokrotnie posuwając się do kłamstwa. A kiedy już znaleźli się na ulicy w oczach Marii pojawiał się strach, czepiała się wtedy kurczowo jego ramienia i chciała wracać. Marię przerażało wszystko obcy ludzie, nieznane miejsca, szybko jadące samochody. A na dodatek bała się, że Zygmunt ją tu zostawi, ucieknie jej, a ona nigdy nie trafi do domu. To dziwne, ale mimo swoich problemów z pamięcią, doskonale pamiętała ten dzień kiedy się zgubiła. Była już blisko domu, ale jakoś nie potrafiła znaleźć drogi, zamiast się do niego przybliżać, oddalała się coraz bardziej. Od tego czasu każde wyjście z domu urastało w jej oczach do niebotycznego wyzwania, któremu nie była w stanie sprostać.
Tak jak oczekiwał namawianie Marii na wyjście na balkon zajęło mu pół godziny. Woda w misce wystygła, pralka zakończyła pracę i należało nastawić nowe pranie. Nie był już młody i czuł się ogromnie zmęczony nawałem pracy. A zdrowie coraz mniej dopisywało. Zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa i stawów, początki reumatyzmu wykręcającego palce ogromnie utrudniały codzienną pracę w domu. Skoki ciśnienia i podwyższony poziom cukru we krwi regulował za pomocą leków. Choroba niedokrwienna mięśnia sercowego nie pozwalał na zbyt duży wysiłek fizyczny, nie sprzyjała ciągłemu napięciu i nerwom, które ostatnio coraz częściej mu towarzyszyły. A na dodatek teraz zaczęły szwankować nerki. Dziś na siedemnastą wybierał się do nefrologa z pełnym kompletem badań, które lekarz zlecił mu wykonać w czasie poprzedniej wizyty.
Ubrania były poprane i powiewały na balkonowej suszarce. Maria na powrót została usadzona w fotelu z kolorową gazetą w ręce. Kiedyś Maria bardzo lubiła czytać, zaczytywała się w literaturze światowej, jak i w autorach zupełnie nieznanych, którzy pisali lepiej lub gorzej. Ponad to potrafiła barwnie i interesująco opowiadać o przeczytanych książkach, polecała je znajomym, namawiała do ich przeczytania. A teraz na zgromadzonych przez lata książkach osiadał tylko kurz, który Zygmunt dwa razy w tygodniu pieczołowicie ścierał. Sam nie miał czasu na czytanie, czasami udało mu się przejrzeć gazetę i to najczęściej wtedy, gdy czekał w kolejce do lekarza. Maria nie czytała w ogóle, być może straciła tę cenną umiejętność i zadowalała się teraz oglądaniem kolorowych zdjęć w czasopismach. Mogła oglądać ciągle tę samą gazetę i zachowywała się wtedy, jak gdyby widziała ją po raz pierwszy na oczy. Czasem podsuwała Zygmuntowi zdjęcie, które jej się bardzo spodobało lub w jakiś sposób poruszyło. Teraz też siedziała w fotelu z gazetą i przypatrywała się zdjęciom egzotycznych plaż. Patrzyła się na nie i patrzyła, być może nasuwały jej one jakieś wspomnienia. O minionych wakacjach nad morzem, gdy Paweł był jeszcze mały i późniejsze pobyty, gdy jeździli już z Zygmuntem sami. Któregoś roku przestali jeździć razem, nie tylko nad morze, ale w ogóle gdziekolwiek. Wtedy to ich małżeństwo przeżywało trudne chwile i chyliło się ku upadkowi. Ale oboje znaleźli tyle siły w sobie i wykazali tyle dobrej chęci, że uratowali je. Uratowali je, ale miłości uratować już nie zdołali. Przez wiele lat żyli razem w jednym domu, troszczyli się o swoje potrzeby, ale nie było między nimi żadnej iskierki miłości. To co ich trzymało razem to przyzwyczajenie i obawa przed ludzkim gadaniem. Zygmunt zastanawiał się czasem, jak wyglądało by teraz jego życie, gdyby jednak zdecydował się na rozstanie z Marią. Im dłużej o tym rozmyślał, tym większego nabierał przekonania, że byłby szczęśliwszy. Że ominęłaby go ta wątpliwa przyjemność niańczenia starej, schorowanej kobiety. Ale czasami, szczególnie wtedy gdy Maria miała lepsze dni, uznawał, że może jego decyzja nie była najtrafniejsza, ale nie mógł postąpić inaczej. Przecież Marii zawdzięcza tak wiele. Skończył studia, w pracy robił to, co lubił, nigdy nie musiał martwi się domowymi kłopotami. O tym wszystkim myślała Maria. Zajmowała się domem, prała, gotowała, stała w kolejkach i zdobywała rzeczy, które jemu wydawały się nie do zdobycia. Załatwiała wczasy rodzinne, wysyłała syna na kolonie, zapisywała się na telewizor i pralkę. Ludzie ją lubili, a i ona dogadywała się z nimi świetnie. Zygmunt nigdy nie musiał wstydzić się za Marię. Miała doskonały gust, umiała zachować się w towarzystwie, tańczyła cudownie i z gracją ogrywała wszystkich w brydża. Dzisiejsza Maria nie przypominała w żadnym szczególe tamtej Marii sprzed lat. Tamta Maria umarła, odeszła wraz z pamięcią Marii dzisiejszej.
Było już po dwunastej, toteż Zygmunt uznał, iż najwyższy czas zabrać się za obiad. Z czasem przywykł do obierania i krojenia warzyw, mielenia lub zbijania mięsa na kotlety. Wciąż dużą trudność sprawiało mu doprawianie potraw, ale Maria zjadała wszystko, co ugotował, jakby zatraciła zupełnie smak. Jemu wciąż czegoś brakowało i zastanawiał się, w jaki sposób czyniła to wcześniej Maria. Jej potrawy wprost rozpływały się w ustach. Nigdy nie zapomni smaku duszonych żeberek , pieczeni w sosie własnym, barszczyku z uszkami czy zupy cebulowej. Jednak wraz z postępującą chorobą Maria była coraz rzadszym gościem w kuchni, aż przestała bywać w niej zupełnie. Coraz częściej zostawiała coś na gazie, co się paliło i zasmradzało mieszkanie na wiele godzin. Nie zakręcała gazu bądź odkręcała kurek nie zapalając palnika. Gotowała też coraz dziwniej, niektórzy powiedzieli by że z polotem. Zapominała obierać warzywa, myliła przyprawy, coś co miało być słone było słodkie i na odwrót. Na początku Maria bardzo przeżywała swoje porażki, ale potem zobojętniała na nie całkowicie, co niestety nie było najlepszym wyznacznikiem stanu jej zdrowia. Zdarzało się, że Zygmunt żałował, iż nie mają córki, która pomogłaby mu w domu, zajęła się obiadami. Lubił swoją synową, ale ona niestety nie tylko, że nie wykazywała chęci pomocy, to sama miała dwie lewe ręce do prac domowych. Zygmunt doskonale pamiętał niedzielne obiady u syna, kiedy oboje z Marią tylko z grzeczności chwalili potrawy, które tak naprawdę z trudem przechodziły im przez gardło.
Ponieważ kuchnia była bardzo mała, obiady jadali w dużym pokoju. Zupa dla Marii nie mogła być nigdy zbyt gorąca, a mięso musiało być pokrojone na kawałki, by Maria nie musiała używać noża. Zygmunt tak jak co dzień posadził ją przy stole włożył pod szuję serwetkę, a do ręki łyżkę. Maria automatycznie zaczynała jeść. Zygmunt siadał wtedy obok Marii i zastanawiał się, czy gdyby zamiast łyżki włożył by jej do ręki widelec, zrobiło by to jej jakąś różnicę. Maria wydawała się absolutnie nie poruszona, kiedy łyżka nie trafiła do jej ust lub kiedy zawartość łyżki po drodze się wylała. Kiedy łyżka wypadała z ręki Marii Zygmunt wkładał jej do dłoni nową, wcześniej przygotowaną łyżkę. Również drugie danie Maria jadła automatycznie, nie przywiązując żadnej uwagi do nadziewanych na widelec potraw. Na początku Zygmunta raziło jej zachowanie przy stole, z czasem jednak przywykł do poplamionych ubrań i obrusów, ubrudzonej twarzy Marii. Sam się czasem dziwił, skąd ma tyle cierpliwości. Dawniej pewnie wstałby od stołu, by być jak najdalej od niemiłego dla jego oczu obrazu. Zygmunt zawsze był estetą, lubił czystość i porządek, co niewątpliwie zapewniała mu dawna Maria. Dziś sam musiał się o to zatroszczyć.
Po obiedzie zmienił Marii bluzkę, gdyż cały rękaw był ubrudzony w sosie. Sprzątnął naczynia i poplamiony obrus. Na stole położył serwetę ręcznie wyhaftowaną przez Marię, w czasie, gdy po operacji musiała dużo wypoczywać. Ułożył Marię do drzemki w małym pokoju i znów zabrał się za zmywanie. Dopiero teraz docierało do niego to, jak wiele wysiłku Maria musiała wkładać w prowadzenie domu, szczególnie wtedy, gdy Paweł był mały. To prawda, że Maria była wtedy młoda, miała więcej siły i energii, ale życie było trudniejsze. Nie mieli telefonu, automatycznej pralki, nie było supermarketu, gdzie można było zrobić duże zakupy ani samochodu, by je nim przywieźć. Z rozmyślań na temat obecnych udogodnień wyrwał Zygmunta łoskot najwyraźniej dochodzący z małego pokoju. Coś musiało się stać. Pełen obaw zostawił niedokończone zmywanie i pospieszył do pokoju gdzie spała Maria. Ale ona wcale nie spała. Siedziała na podłodze i patrzyła na swój palec, z którego powoli skapywała krew tworząc brunatną plamę na dywanie. Maria skaleczyła sobie palec o rozbite szkło z ramki na fotografię. Zdjęcie od niepamiętnych czasów stało na regale z książkami i przedstawiało młodą Marię z trzyletnim Pawełkiem na ręku. Oboje mieli szeroko otwarte oczy i szerokie uśmiechy na twarzach. Zygmunt bardzo lubił to zdjęcie i właśnie dlatego zajmowało ono przez lata niezmienne miejsce w domu. Zygmunt zaprowadził Marię do łazienki, by opatrzyć ranę. Poddała się tej czynności bez najmniejszego protestu czy grymasu. Zadziwił go jej spokój i ufność z jako oddała mu swoją dłoń. Zygmunt nawet nie próbował dociekać do tego, jak doszło do stłuczenia szybki. Co Maria chciała uczynić, że zdjęcie spadło z półki i dlaczego dotknęła rozbitego szkła. Czyżby próbowała je posprzątać?
Na nowo ułożył Marię do snu, a sam dokończył zmywanie. Miał już nie wiele czasu do przyjścia pani Halinki, a co za tym idzie do opuszczenia domu. Musiał się jeszcze przygotować do wizyty u lekarza. A przede wszystkim pamiętać o zabraniu teczki z badaniami. I choć czuł się zdrowy pod tym względem, to zdawał sobie sprawę, że jemu też czasem pamięć zawodziła. Punktualnie o czwartej zadźwięczał dzwonek u drzwi. To pani Halinka, niezawodna jak zawsze, stawiła się do pilnowania Marii. Pod pachą trzymała grubą książkę i jak się później okazało był to atlas zwierząt.
- Jak Marysia wstanie. – powiedziała pokazując Zygmuntowi atlas. – to sobie pooglądamy.
- To świetnie, że o tym pomyślałaś. – uśmiechnął się Zygmunt wdzięczny sąsiadce, że pamiętała o porannym filmie, który bardzo przypadł Marii do gustu. – na mnie już pora. Mam nadzieję, że nie wrócę późno.
- Nic się nie martw. Zostanę tyle, ile będzie trzeba. A ty musisz dbać o swoje zdrowie, bo Marysia potrzebuje cię teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Ostatnie słowa wypowiedziane przez panią Halinkę wciąż brzmiały Zygmuntowi w uszach. Miał je w głowie kiedy wsiadał do autobusu, kiedy jechał tramwajem i kiedy czekał do lekarza na swoją kolej. „Marysia potrzebuje cię teraz bardziej niż kiedykolwiek.” Wiedział o tym doskonale. Każdego ranka budził się z tą myślą, a każdego wieczora zasypiał mając tego świadomość. Kiedyś też Maria potrzebowała go. Potrzebowała go tak bardzo, że zrezygnował z własnego szczęścia. Z zimy w górach, przytulnego pokoju z kominkiem dającym ciepło z płonących szczap i tej kobiety zarówno wymarzonej, jak i niezapomnianej. Przez te wszystkie lata nigdy jej nie zapomniał. Jej egzotycznej urody, niecodziennego imienia i frapującego zachowania. To właśnie nim głównie wzbudziła w Zygmuncie zainteresowanie. Jej uroda była wręcz niepokojąca i nie pozwoliła Zygmuntowi przez kilka nocy zmrużyć oka na pojedynczym łóżku w jednym w zakopiańskich pensjonatów. Ponieważ stosunki z Marią układały się nienajlepiej, Zygmunt sam wyjechał na zimowy wypoczynek. Ta rozłąka miała im pozwolić odpocząć od siebie, spojrzeć na sprawy z należytym dystansem i dać szanse na poprawę stosunków. Jednak zamiast oczekiwanych rozwiązań przyniosła jeszcze większy galimatias. Zygmunt wcześniej optymistycznie nastawiony do naprawy związku, teraz zaczynał wątpić, czy ratowanie go ma jeszcze sens. A wszystkiemu była winna Eleonora. To ona stała się jego wielką miłością i zagrożeniem wieloletniego małżeństwa. Zjawiła się właściwie z nikąd i od razu zawładnęła sercem Zygmunta. Zygmunt zdobywał ją cały pobyt, zdobywał i zdobył. Ostatniej nocy uległa mu i tak rozpoczął się ich romans trwający cztery lata. W tym czasie stosunki z Marią były napięte do granic wytrzymałości. Często pojawiały się groźby rozwodu, zarówno wypowiadane przez Marię, jak i Zygmunta. Kiedy tak bardzo się kłócili, kiedy wrzeszczeli na siebie i skakali sobie do oczu, Zygmunt tęsknił za Eleonorą. Tęsknił za jej brązowymi włosami miękkimi i pachnącymi przy każdym dotyku, za jej chabrowymi oczami wyciętymi na kształt migdała, za jej gładką i brązową skórą. Nieomal czuł dotyk jej dłoni na swoim policzku, słyszał jej głos uspokajający go. Chciał być blisko swojej słodkiej Eli, bo tak ją nazywał w chwilach rozkoszy i namiętności. Tylko on mógł używać tego imienia i tylko w chwilach najbardziej intymnych. Dla innych była jeśli nie Eleonorą, to Norą. Dla niego była Elą. Najbardziej podobało mu się w niej to, że tak naprawdę niczego od niego nie chciała. O nic nie prosiła, nic nie wymagała. Wystarczało jej to, co było. No może z małym wyjątkiem. Chciała, aby jej imieniny spędzał wspólnie z nią, w górach, gdzie się poznali i pokochali. Więc każdego roku w czasie trwania romansu, Zygmunt jeździł w góry, by dwudziestego pierwszego lutego zjeść z Eleonorą uroczystą kolację, podarować drobny upominek, a potem kochać się długo i namiętnie. Kiedy Zygmunt poznał Eleonorę nie był już najmłodszym mężczyznom. Skończył czterdzieści cztery lata i dopóki jej nie poznał czuł się strasznie staro. Ona go odmłodziła, dodała chęci do życia, pokazała, że jeszcze może cieszyć się życiem. Sama miała nieco ponad trzydzieści, ale wigoru i zapału mogła pozazdrościć jej niejedna dwudziestka.
I tak przez lata kwitł romans tych dwojga. Zygmunt nawet się nie zastanawiał nad tym, co czuje Maria, jak na tę sprawę patrzy jego syn. Czuł się młody i szczęśliwy. Ale prawdziwe życie nie kazało długo czekać na siebie. Okazało się, że lekarze podejrzewają u Marii nowotwór układu rozrodczego. I kiedy zrozpaczona żona zadzwoniła do niego nie wahał się ani chwili. Zdecydował się wracać natychmiast. Być przy niej, wspierać ją w trudnych chwilach. Nawet nie wiedział za bardzo, dlaczego tak postąpił. Dlaczego zrezygnował z kolejnych dni i nocy spędzonych w towarzystwie Eleonory i postanowił wrócić do Marii, której przecież już nie kochał, a przynajmniej tak uważał. Jadąc autobusem przez zaśnieżone drogi wsi, miast i miasteczek, rozmyślał nad tym wszystkim. Pamięć podsuwała mu obrazy małego Pawła, gdy Maria przyniosła go ze szpitala. Podsuwała dni pełne szczęścia, gdy oboje patrzyli jak chłopiec rośnie i rozwija się. Ale podsuwała też obrazy te gorsze. Gdy tak bardzo starali się o drugie dziecko, gdy Marii udawało się zajść w ciążę i roniła. To były trudne dni, pełne łez i smutku. I teraz też nastał taki dzień, gdy jego żona i matka jego syna wjedzie do sali operacyjnej, by lekarze usunęli z niej to, co niepotrzebne. Z tym, że teraz chodziło o życie Marii, które nagle wydało się Zygmuntowi bardzo ważne. Na szczęście nowotwór okazał się niezłośliwy i mało zaawansowany, a Maria szybko wracała do zdrowia. Jednak zerwanego romansu nie udało się Zygmuntowi odbudować. Na początku często, potem coraz rzadziej zdarzało mu się obwiniać za to Marię. Po powrocie Marii do zdrowia, dni znów biegły swoim ustalonym rytmem, a Zygmunt czuł wokół siebie narastającą pustkę. Czuł się nieszczęśliwy i niepotrzebny. Żył, spał, jadł i pracował machinalnie, jak automat. Dopiero choroba Marii wyrwała go z tego marazmu. Sprawiła, że musiał zacząć dostrzegać rzeczy, których wcześniej nie widział. Musiał nauczyć się żyć za nich oboje. I może miłość odeszła, ale odpowiedzialność za drugiego człowieka, niegdyś bardzo bliskiego, pozostała.
Zygmunt z rezygnacją wracał do domu. Wyniki badań były nie najlepsze, nerki kiepsko pracowały, groziła mu dializa. Na razie dostał kolejne pigułki do łykania i polecenie dbania o siebie. W domu odciążył panią Halinkę i zajął się Marią. Miała tylko jego i nie mógł jej zawieść. Musiał opiekować się nią najlepiej jak potrafił. Musiał spełnić swój małżeński obowiązek do końca, mimo poślizgów jakie przytrafiały się na ich wspólnej małżeńskiej drodze, teraz musiał udowodnić, że jest godzien być jej mężem i że ona może być z takiego męża dumna.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51411

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl