DRUKUJ

 

Świat, w którym nie ma miłości.

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
Lena siedziała na łóżku w swej małej sypialence. W dłoniach trzymała dokument zaświadczający, iż jest całkowicie zdrowa i została zakwalifikowana do rozrodu kontrolowanego. Rok temu otrzymała takie samo pismo, ale do niczego nie doszło, gdyż złapała wirusa gripozy i dwa miesiące przeleżała w łóżku. Wobec czego nie była zdolna nie tylko do rozrodu, ale i do czegokolwiek innego. Teraz rzecz miała się inaczej. Przynajmniej tak się jej wydawało. Dokładnie za tydzień miała stawić się w Instytucie Rozrodczości I Rozwoju Człowieka, by poddać się procesowi zapłodnienia. Miała tam spędzić kolejne dziewięć miesięcy, a gdy dziecko się urodzi będzie jej przysługiwał miesięczny urlop, by jej ciało doszło do poprzedniej formy. Tak samo jak poprzednio tak i teraz zastanawiała się jak przebiega proces zapładniania i jak to jest nosić w sobie żywą, ruszającą się istotę. Kobiety, które przez to przechodziły mówiły nie wiele. Że to nic nadzwyczajnego, czasem czuły dziwne łaskotanie od środka i duży ból, gdy dziecko wychodziło na świat. Ale tak naprawdę to niewiele pamiętają. Zresztą Lena nigdy tak bardzo się tym nie interesowała. Zawsze wiedziała, że może zostać wybrana jako jednostka zdrowa i silna do przedłużenia ludzkiego gatunku. Gdyż tylko tacy ludzie – kobiety i mężczyźni byli powoływani przez Instytut jako dawcy materiału genetycznego. Kobiety w procesie rozrodu pełniły dodatkową funkcję, w nich kształtowało się i rosło dziecko. Po wielu latach eksperymentów z różnymi urządzeniami powrócono do pierwotnej metody, by dziecko chowało się w brzuchu kobiety. Lena też kiedyś była w brzuchu u jakiejś kobiety, która ją urodziła, a następnie wróciła do swojego życia. Lena nigdy się nie dowie, kim ona była, zresztą nawet nie bardzo wiedziała po co miałaby to wiedzieć. W dzisiejszym świecie takie informacje były niepotrzebne. Dzieci rosły i kształtowały swoje umysły w Centrum Opieki i Nadzoru, zwanym w skrócie CON-em. Tam uczyły się chodzić i mówić, uczono ich samodzielnego jedzenia i mycia, wreszcie czytania, pisania i liczenia. W tym celu chodziły do szkoły. Najpierw ogólnej, potem specjalnej, gdzie zdobywano specjalizacje zawodowe. Gdy specjalizacja została już zdobyta wtedy osoba dostawała stanowisko pracy, własne mieszkanko i zaczynała życie na własny rachunek. Sama martwiła się o swoje utrzymanie, wydatki, zdrowie. Sama organizowała sobie czas.
Lena pracowała w bilansach. Codziennie na ekranach koptopów śledziła kolumny i rzędy cyferek. Przeliczała je, wpisywała w odpowiednie rubryki i przekazywała dalej. I tak dzień po dniu. Aż do niedzieli kiedy mogła spędzić dzień w domu lub wybrać się do jednego z Centrów Rozrywki. Tam mogła coś zjeść, wypić, zrobić zakupy, obejrzeć film bądź wystawę rzeźb, zająć się sportem. Sport i dbanie o własne zdrowie to dwie najbardziej cenione w tych czasach rozrywki. Zdrowy człowiek pod każdym względem jest lepszy i łatwiej mu się żyje, a sport ma to zdrowie zapewnić. Lena biegała, pływała, grała w bontona i piłkę siatkową. Lubiła rywalizować i dlatego jako przeciwnik bardziej pociągał ją drugi człowiek aniżeli maszyna, która zawsze była od niej lepsza. Jeszcze za czasów szkoły specjalnej, razem z chłopcem o imieniu Patryk, próbowała przechytrzyć maszynę. Wiązało to się ze zmianą jej programu i Patryk jako zapalony konstruktor podjął się tego. Ale jego wiedza jak i umiejętności były niestety niewystarczające, wobec czego doszło do zablokowania całego systemu oraz ukarania dwójki winowajców przez władze szkoły. Było to jej pierwsze a zarazem ostatnie wspólne działanie z drugim człowiekiem, działanie jak najbardziej zamierzone i zaplanowanie. W świecie, w którym żyła, każdy żył sam dla siebie, a kontakty między ludzkie były powierzchowne i krótkotrwałe. Ludzie byli po prostu na siebie skazani, jako sąsiedzi czy współpracownicy, ale wspólna egzystencja nie należała do przyjemności. Każdy był traktowany z rezerwą, na nikogo się nie liczyło i dbało się tylko o siebie. Nie było rodzin, nie było przyjaciół, trudno było mówić również o znajomych. Człowiek nie potrzebował drugiego człowieka. A przynajmniej w sensie wspólnego bycia razem, prowadzenia rozmów, wspierania się. Drugi człowiek był potrzebny jedynie w sensie zadaniowym – by coś podał, by obsłużył, by zapewnił rozrywkę.
Lena jeszcze raz uważnie przeczytała dokument. Tak naprawdę niewiele z niego wynikało, a jednak próbowała wyczytać coś więcej niż było napisane. Przez głowę przemknęła jej myśl, że może by tak wcale nie iść do Instytutu. Była to myśl przelotna, bo tak naprawdę Lena by nigdy tego nie zrobiła. Była zbyt dużym tchórzem, by decydować się na dezercję. Może i nie uśmiechało się jej oddawać małemu człowieczkowi swojego ciała do dyspozycji, ale wizja stracenia bądź odsiadki w więzieniu wręcz ją przerażała. Słyszała różne historie na temat niesubordynacji i kar jakie za nią grożą. Wolała więc podporządkować się woli władz wyższych, zrobić swoje i wrócić do dawnego życia. Schowała pismo do szuflady i zaczęła szykować się do snu.
W nocy śniły się jej koszmary. Pełno rozpłakanych dzieci, które próbowały ją gryźć po całym ciele i doktor Mek z wielką strzykawką, twierdzący, że jeśli nie zrobi zastrzyku, to ona zamieni się w takie samo dziecko. Obudziła się zmęczona i przerażona. Ale widok jej sypialenki i znajomych sprzętów uspokoił ją. Wiedziała, że sen ten oznaczał tylko jej lęki i obawy, a więc wszystko było z nią w porządku. Jeszcze za czasów szkoły ogólnej uczono ich analizy snów. Wychodzono z założenia, że każdy powinien znać siebie jak najlepiej, a sny bardzo w tym pomogą. Dzięki nim poznamy, to co jest w nas najgłębiej, a nasze lęki i pragnienia nie będą dla nas żadną tajemnicą. Lena lubiła analizować swoje sny, nie zawsze było to łatwe, miała kilka takich niewyjaśnionych snów, których interpretację odkładała na później.
Szykując się do pracy włączyła telebima. Leciały w nim wiadomości na temat walut, rynków światowych, odwiedzin ważnych gości. W prognozie pogody znów zapowiadano duże upały. Dziś temperatura miała dojść do czterdziestu pięciu stopni Celsjusza. Upały bardzo męczyły Lenę, wolała niższe temperatury, ale prognozy były nieubłagane. Powłoka ziemska była tak zniszczona, że w zasadzie nie chroniła już ludzkości przed promieniami słonecznymi. A słońce wcale słabiej nie świeciło, mimo iż niejedni przepowiadali już koniec życia gwiazdy. Lena spojrzała na swój przegub, gdzie znajdował się zegarek i wyłączyła telebima. Za pięć minut miała kolejkę. Szybko opuściła mieszkanie, przebiegła korytarzem do windy i zjechała na dół. Na zewnątrz było upalnie, lejący się z nieba żar odstraszał wszystkie żywe stworzenia. Karłowate drzewka dawały nikłe cienie, a zaledwie dwupiętrowe budynki niemal że same topiły się w słońcu. Lena, tak jak większość przechodniów, szybko przebiegła do wejścia kolejki podziemnej. Dopiero tam mogła szerzej otworzyć oczy i odetchnąć pełną piersią. Tutaj było chłodno i przyjemnie, nic nie oślepiało i nie parzyło. Kiedy nadjechał jej numer kolejki szybko wskoczyła do środka i choć było jeszcze kilka miejsc wolnych nie usiadła. Zawsze wolała stać, ćwicząc mięśnie nóg i kręgosłupa. Trasę kolejki znała na pamięć, toteż nie musiała jej uważnie śledzić. Zresztą beznamiętny głos zapowiadający kolejne stacje, zwalniał ją z tego obowiązku. Jak nigdy, tak dziś zaczęła przyglądać się osobom jadącym z nią kolejką. Głównie jej wzrok przyciągały kobiety. Dyskretnie lustrowała każdą z nich, zastanawiając się czy brała już udział w rozrodzie. Większość z nich pewnie tak, ale tego Lena nie mogła być pewna. Wystarczył przecież byle drobiazg, by kobieta nie została zakwalifikowana. Jednak poruszanie tematu rozrodu, a co więcej opowiadanie o własnych doświadczeniach było surowo zakazane. Toteż Lena, choć miała wielką ochotę, nie mogła nikomu powiedzieć, że ją zakwalifikowano. Kiedy będzie już po wszystkim pewnie nie wróci na swoje dawne stanowisko. Sama była świadkiem, jak kobiety odchodziły, a na ich stanowiska przychodziły inne. Potem widziała te pierwsze, czasem nieco zmienione, na stanowiskach już wyżej postawionych. Według niej wystarczyło to wszystko ze sobą powiązać i wychodziło, że dziecko równa się awans.
W pracy ruch jak co dzień. Wszystkie koptopy pracowały na pełnych obrotach. Ludzie, kobiety i mężczyźni, w podobnych garniturkach chłodzili się zimnymi napojami i włączali nawiew na coraz wyższe obroty. W upalne dni pracowało się ciężko, ciężko się myślało i ciężko się ruszało. Każdy starał się wkładać jak najmniej wysiłku w wykonywaną pracę, jak najwięcej zadań zlecało się maszynie. Lena wypiła szklankę zimnej wody o smaku cytryny i zaczęła mozolnie wprowadzać dane do swojego koptopa. Nie powinno zająć jej do dłużej niż godzinę, a wtedy resztę pracy powierzy maszynie. Ci którym udało się uporać z pracą mogli poczytać gazetę, obejrzeć telebimy lub pograć. Lena namiętnie układała karty w określone ciągi liczb i znaków. Pasjonowały ją także szachy, gra trudna, wymagająca logicznego myślenia i dużej cierpliwości. Niestety nigdy jeszcze nie udało się jej zagrać w szachy z człowiekiem. Maszyna działała automatycznie, na każdy ruch Leny długo planowany i dokładnie przemyślany, odpowiadała w sekundę, co Lenę niezmiernie irytowało. Taka gra nie dawała należytej satysfakcji. Dziś Lena nie miała ochoty na gry logiczne ani strategiczne. Cały czas wracała myślami do rozrodu. Była tego ciekawa, ale jednocześnie się bała. Nie potrafiła sobie wyobrazić nie tylko procedury zapładniania, ale siebie jako dawczyni życia. I jak to będzie. Opuści na długie dziesięć miesięcy swoje mieszkanie, zostawi pracę, do której być może nigdy nie wróci. Będzie musiał mieszkać w obcym miejscu, słuchać innych ludzi, którzy nagle zaczną jej mówić, co ma robić. Zawsze była wolnym duchem, nie lubiła robić tego co inni. Ale równocześnie nie była odważna i nie wybijała się zbytnio ponad przeciętność. Intrygowało ją też to, kto będzie dawcą drugiej komórki. Na jakiej zasadzie dobiera się ludzi, czy jest to kwestia przypadku czy też wynik szczegółowych badań i analiz. Wiedziała, że mężczyzna którego komórkę jej podadzą, będzie starannie wyselekcjonowany. Będzie to człowiek zdrowy, powszechnie akceptowany, mający zapewnić jak najlepsze geny. Ale tego jak wygląda i jakie nosi imię nie dowie się nigdy. Zresztą do czego te informacje byłyby jej potrzebne. Tak tylko myślała i zastanawiała się. Być może w ten sposób tłumiła swój lęk związany z rozrodem.
Na koniec dnia pracy jak zwykle obowiązkowe badanie krwi. Leciutkie ukłucie w palec i kapka krwi spada na ekran. Szybka analiza wskazuje, że jest wszystko w porządku. Może tylko bardziej powinna zadbać o nawodnienie organizmu. Po powrocie do domu Lena postanawia zamówić butlę najlepszej wody naturalnej, bogatej w sole i składniki mineralne. Upał na ulicy jest jeszcze większy niż rano, nagrzane powietrze stoi w miejscu. Lena ma wrażenie, że tamuje ono jej ruchy, powoli oplata jej ciało jak sieć pajęcza i spowalnia reakcje. Im szybciej Lena chce dojść do zejścia do kolejki i skryć się w przyjemnym chłodzie podziemia, tym większe ma wrażenie, że idzie coraz wolniej i wolniej. Wreszcie dociera do schodków prowadzących do podziemia i zagłębia się w tunel wykopany w ziemi. Uczeni podają, że za jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat całe życie będzie musiało się przenieść do podziemia, gdyż na powierzchni atmosfera nie będzie sprzyjała przetrwaniu. Już teraz ważni urzędnicy państwowi a także wysoko ustawieni przedsiębiorcy nie wychodzą wcale na powierzchnię. Z domów zjeżdżają bezpośrednio do podziemnych garaży, a stamtąd samochodami przejeżdżają specjalnie wytyczonymi tunelami do miejsca pracy. Lena jest zmęczona nie tylko trwającymi już wiele tygodni upałami , ale także obawami, co do swojej przyszłości. Poprzednim razem, gdy dostała wezwanie do rozrodu kontrolowanego, nie przejmowała się tym tak bardzo. Było to dla niej oczywiste, że jako młoda i zdrowa kobieta została wytypowana, by powołać nowe życie. A teraz rodził się w niej bunt. Nie chciała zmieniać swojego życia, nie chciała doświadczać bólu. Ale innego wyjścia nie było, jak podporządkować się wyższej sile, z którą nie było możliwości dyskusji.
Następnego dnia temperatura znów przekraczała czterdzieści stopni i Lena najchętniej zostałaby w mieszkaniu. Ale tak jak każdej soboty musiała iść do pracy. Pocieszała ją jedynie myśl, że jutro nikt nie wygoni jej na zewnątrz. A jedyną przyjemnością jaką sobie zafunduje będzie basen. Lubiła pływać i pływała jak ryba. Głównie dzięki temu była gibka i wysportowana. Wiedziała, że jej ciało przyciąga spojrzenia mężczyzn i kobiet i to się jej podobało. Jednak była mało odważna i rzadko z kimś spędzała intymne chwile. Pamięta swój pierwszy raz. Miała wtedy szesnaście lat, świeżo zdobyty dyplom, pełno myśli w głowie i poczucie wszechobecnej wolności. Mężczyzna był wysoki, przystojny i równie mało doświadczony jak ona. Seks był szybki, a po wszystkim przyszedł wstyd i lęk, bo oboje zapomnieli o sprawdzeniu książeczek zdrowia. Była to podstawa, by iść z kimś na całość. Wynik codziennego badania krwi był notowany w książeczce i każdy miał prawo wglądu w ten zapis. Dzięki temu można było uniknąć wielu nawet drobnych chorób. Ale na szczęście tym razem obyło się bez niespodzianek. Oboje byli zdrowi i chyba zapamiętali na całe życie, że przed chwilą namiętności i zapomnienia trzeba przybrać postawę urzędnika i sprawdzić dokumenty. Ten pierwszy kontakt jednak zapamiętała na całe życie. Chłopak miał na imię Rafi, miał ciemne kręcone włosy i jakiś smutek w oczach. Przez chwilę szamotali się zdejmując z siebie ubrania, a potem zawstydzeni swoja nagością całowali się nieśmiało. Rafi dotykał jej ciała, poznawał je szybko i łapczywie. Ona bała się spojrzeć na dół, by nie zobaczyć tego, co posiada tylko rodzaj męski. Kiedy doszło do penetracji poczuła ból, ale był to ból nawet przyjemny. Potem było kilka pchnięć i po wszystkim. Rafi skończył, wyszedł z niej, a ona krwawiła. Wiedziała wtedy, że wszystko ma już za sobą. I gdy o tym potem myślała leżąc w nocy w swoim nowym mieszkaniu, na nowym łóżku coraz bardziej była przekonana, że to wszystko odbyło się jakoś nie tak. Na filmach seks był zawsze długi i piękny, a w ich wykonaniu przypominał zmaganie się dwóch nagich ciał, prawie jak w zapasach. Dlatego postanowiła staranniej wybierać partnerów. Nie mogli to już być młodzi, napaleni chłopcy, ale ludzie poważni i doświadczeni, którzy nie tylko potrafią czerpać radość z seksu, ale także ją dawać. Od czasu Rafiego miała niewielu partnerów zaledwie kilku mężczyzn i dwie kobiety. Jednak postanowiła zaniechać spotkań z kobietami, bo nic w czasie nich nie czuła. Partnerzy przychodzili i odchodzili, spędzała z nimi godzinę, może dwie. I zawsze pamiętała, by odczytać zapis w książeczce zdrowia. Nie chciała, by przyplątała się do niej jakaś choroba. Tych naprawdę poważnych nie opłacało się leczyć, ludzie byli usuwani i nawet pamięć po nich nie pozostawała. Lena tego nie chciała.
W sobotnie popołudnie oprócz badania krwi, dostawało się zastrzyk. Na wzmocnienie i kłopoty, jak powszechnie mówiono. Tym razem Lena go nie dostała. Doktor Mek uśmiechnął się do niej jakoś dziwnie i powiedział „Ty nie” i przesunął dalej w kolejce. Nieco oszołomiona tym faktem wsiadła do podziemnej kolejki, która miała zawieść ją do mieszkania. Postanowiła jednak nie myśleć o niepodanym zastrzyku, nie chciała by coś popsuło jej humor na niedzielny, wolny dzień. Jednak wieczorem jej myśli znów wróciły do tego tematu. Może nie dostała zastrzyku, bo była absolutnie zdrowa i nawet wzmocnienia nie potrzebowała.
Niedziela upłynęła na lenistwie, rozmyślaniu o niczym. Poniedziałek i wtorek nie różniły się niczym od poprzednich dni w pracy, nawet pogoda niewiele się zmieniła. Raz spadł drobny deszczyk, zawiał silny wiatr, który prawie że wyrwał wątłe drzewka z popękanej ziemi. Środa była już inna. Lena wyczuwała w sobie dziwne napięcie, a temperatura na zewnątrz znów wzrosła. W pracy nie mogła się skupić, w kolejce miała wrażenie, że wszyscy współpasażerowie przyglądają się jej. W domu otworzyła szafę i przejrzała swoją skromną garderobę. Kilka podobnych uniformów, jeden taki na specjalne okazje, dwa rozciągnięte dresy. Piżam i kostiumów kąpielowych nie liczyła. Nie wiedziała, co może przydać się jej w Instytucie. Może powinna kupić sobie coś nowego, ale nawet o tym nie pomyślała, te upały były naprawdę wyczerpujące. Do niewielkiej torby wrzuciła dwa uniformy, dres, piżamę, krem i szczotkę do zębów. To musiało jej wystarczyć. Zresztą zdawała sobie sprawę, że jeżeli będzie się w niej rozwijać dziecko, to będzie miała duży brzuch i żadne z dotychczasowych ubrań nie będzie na nią pasowało. Budzik nastawiła wcześniej niż zazwyczaj, gdyż Instytut znajdował się na obrzeżach miasta i Lena potrzebowała więcej czasu, by do niego dojechać.
Spała niespokojnie. Obudziła się jeszcze przed dzwonkiem zegara. Staranniej niż zawsze zaścieliła łóżko, podlała jedyną znajdującą się w mieszkaniu roślinkę. Przekładała rzeczy z miejsca na miejsce, powstrzymała się jednak od robienia porządków w szafie. I przez to wszystko, w ostatniej chwili wskoczyła do kolejki jadącej do Instytutu. Im bliżej Instytutu tym mniej osób było w kolejce. Przed ostatnim przystankiem w wagonie została tylko ona i dziewczyna o długich, brązowych włosach. Lenie wydawała się młodsza o jakieś dwa lata i chyba jeszcze bardziej przestraszona od niej samej. Kiedy kolejka się zatrzymała, wysiadły z niej i ramię w ramię rozpoczęły marsz do Instytutu. Doskonale wiedziały, że obie idą tam po to samo, ale żadna z nich nie powiedziała ani słowa. Na miejscu pokazały zawiadomienia i identyfikatory. Każda z nich złożyła na specjalnym blankiecie podpis i odcisnęła kciuk. Następnie pojawiło się dwóch mężczyzn ubranych na biało, którzy zabrali bagaże obu dziewczyn i skierowali je do salek dla nich przeznaczonych. Lena nigdy nie dowiedziała się jak brązowowłosa dziewczyna miała na imię i co się z nią działo. W czasie swojego pobytu w Instytucie widziała ją przelotnie cztery razy. Zresztą tak naprawdę nie interesował ją jej los, myślała o sobie i swojej przyszłości. Umieszczono ją w niewielkiej salce z dużym łóżkiem, szafą w ścianie i regałem z książkami i pismami. Wśród nich Lena dostrzegła kilka opisujących przebieg ciąży. Cały dzień męczono ją badaniami, mówiono o metodzie zapłodnienia, ale chyba język był zbyt fachowy, bo niewiele z przemowy lekarza zrozumiała. Wiedziała tylko, że nie będzie jej to bolało, a gdy wszystko pójdzie pomyślenie, a przecież inaczej pójść nie mogło, za dziewięć miesięcy urodzi zdrowe dziecko i opuści Instytut. Na koniec rozmowy lekarz spytał Lenę, czy woli urodzić chłopca czy dziewczynę. Lena myślała, że to żart, ale lekarz z opuszczonymi nad klawiaturą dłońmi najwyraźniej oczekiwał na odpowiedź. „Chłopca” powiedziała niepewnie, a lekarz wystukując litery na klawiaturze zapisał jej życzenie.
Kolejny dzień pobytu w Instytucie nie przyniósł nic nowego. Lena znów przeszła przez szereg badań, w tym przez rozmowę z psychologiem. Wykonywała szereg testów: odpowiadała na pytania, rysowała, układała historyjki do rysunków i wyszła stamtąd bardziej oszołomiona niż weszła. Znów dostała garść pigułek do połknięcia i przespała całe popołudnie. Wieczorem po obchodzie lekarskim zainteresowała się książkami umieszczonymi w jej pokoju. Długo wodziła palcem po tytułach książek aż zdecydowała się na jedną „Dziecko w ciele kobiety”. Temat ten interesował ją najbardziej ze wszystkich, ale była tak zmęczona, że nie była w stanie czytać. Literki zlewały się w jedną całość i nie mogła ułożyć z nich ani jednego słowa. Postanowiła więc obejrzeć tylko rysunki zamieszczone w książce, jednak bez czytania podpisów było niezwykle trudno zrozumieć, co przedstawiają. Kilka z nich Lena odczytała. Rysunki przedstawiały proces zapłodnienia, wędrówkę zapłodnionego jaja do miejsca zagnieżdżenia oraz kolejne fazy rozwoju płodu. W ostatnim dziewiątym miesiącu brzuch kobiety przedstawionej na rysunku był tak ogromny, że Lena stwierdziła, iż jest to nie możliwe, aby jej skóra była w stanie się aż tak rozciągnąć. Jednak niezbyt długo myślała nad tym problemem, gdyż zmorzył ją sen, który nadszedł znienacka jak złodziej.
Po trzech dniach pobytu w Instytucie wypełnionych badaniami i snem, nadszedł moment zapłodnienia pod kontrolą. Wszystko odbywało się według ściśle ustalonej procedury, w sterylnych warunkach, pod okiem specjalistów. Lena została ubrana w biały kaftanik i biały czepek. Sala do której ją wprowadzono była także biała. Czekał już tam na nią lekarz i dwie pielęgniarki, wszyscy w maseczkach na twarzy, toteż Lena nie mogła ich skojarzyć. Usiadła a następnie położyła się na specjalnym fotelu i zgodnie ze wskazówkami lekarza próbowała się rozluźnić. Wokół jej nóg coś się działo, ale nie była w stanie zobaczyć co. Jakieś zimne przedmioty wchodziły w jej ciało, ale ich dotyk nie był bolesny. Ściszone głosy lekarza i pielęgniarek wprowadzały senną atmosferę, a Lenie bardzo chciało się spać. Cały zabieg trwał około godziny, którą w większości Lena przedrzemała. Kiedy było już po wszystkim na tym samym fotelu jedna z pielęgniarek przewiozła ją do sali i surowo zakazała wstawania przez najbliższe dwa dni. Dwa dni bez wstawania wydawały się Lenie wiecznością, zawsze szybka i ruchliwa, teraz miała zostać uwięziona w łóżku. Jednak jak się później okazało Lena nie spędziła w łóżku tylko dwóch dni, ale aż cały tydzień i gdyby nie pielęgniarki wyganiające ją z niego siłą pewnie przeleżałaby w nim o wiele więcej czasu. Czuła się słaba, trochę gorączkowała, później dołączyły się wymioty. Lekarz codziennie badał stan jej zdrowia i uspokajał, że wszystko jest w porządku, tak właśnie przebiega ciąża.
Z każdym tygodniem dziecko rosło w brzuchu Leny, a ona czuła się coraz cięższa i coraz bardziej zmęczona. Puchły jej nogi, raz było duszno i gorąco, a za chwilę czuła dreszcze zimna przebiegające jej po plecach. A co gorsza miała różne humory i zachcianki, czym często denerwowała personel Instytutu. Była podobno jedną z najbardziej kapryśnych pacjentek. Ale mimo złego samopoczucia Leny dziecko rozwijało się prawidłowo. Było zdrowe i silne, co Lena dobitnie odczuwała przy każdym kopnięciu. Trochę bała się tych nagłych ruchów dziecka, bała się dotykać brzucha, wiedząc że tam pod skórą jest żywa istota. I wbrew pierwotnym obawom Leny skóra rozciągnęła się i dostosowała do wymiarów dziecka. Już w siódmym miesiącu trwania ciąży brzuch przesłaniał jej cały świat. Nosiła go dumnie wypięty do przodu, dziwiąc się czasem, że brzuch nie przeważa i nie traci przez niego równowagi. W ósmym miesiącu założyli Lenie na brzuch urządzenie kontrolujące funkcje życiowe płodu. Codziennie wieczorem jedna z pielęgniarek zabierała kartę pamięci z urządzenia, by następnego dnia rano lekarz mógł zapoznać się z wynikami. Wyniki były zawsze pomyślne i Lena spokojnie mogła przygotowywać się na poród. Poród czyli ostatnia faza rozrodu kontrolowanego miał przynieść Lenie wolność. Dawał szansę powrotu do dawnego życia, do swoich spraw i upodobań. Lena z niecierpliwością czekała na ten dzień, gdyż duży brzuch i niespokojne ruchy dziecka w środku coraz bardziej ją irytowały.
Aż nadszedł dzień porodu, który zwiastowały bóle. Najpierw słabe i ledwo wyczuwalne, potem coraz silniejsze i trudne do zniesienia. Lena nie chciała rodzić, chciała umrzeć i nic nie czuć. Jednak nie było jej dane tego uczynić. Znów znalazła się w białej, sterylnej sali z lekarzem i pielęgniarkami. Rodziła, wydawała na świat nowe życie, które było jej zupełnie obojętne. Kolejne skurcze wypychające dziecko na zewnątrz wstrząsały ciałem Leny. Nie miała już siły dłużej ich znosić, nie miała siły krzyczeć ani płakać. Podłączona do wielu urządzeń, leżąc na dużym stole miotana bólem i skurczami czuła się krucha i bezbronna. Wreszcie przy kolejnym skurczu ból i łzy zostały zwieńczone narodzinami dziecka. Lena słyszała tylko jego płacz i widziała białe zawiniątko w rękach lekarza.
- Chcę je zobaczyć. – wyszeptała w stronę pielęgniarki, która podchodziła do niej ze szklaną strzykawką w ręce.
- Nie możesz. – odpowiedziała tamta. – Nikomu nie pokazujemy dzieci.
- Ale ja chcę. – upierała się Lena.
- Zaraz nie będziesz chciała. – powiedziała pielęgniarka i próbowała wbić igłę w ramię Leny.
- Chcę. – powtórzyła Lena jeszcze dobitniej i jednym szybkim ruchem ręki wytrąciła pielęgniarce strzykawkę. Szklana strzykawka rozpadła się na tysiące małych kawałeczków, a znajdujący się w niej płyn rozlał się na podłodze tworząc niewielką kałużę.
- No i co zrobiłaś. - powiedział wściekła pielęgniarka i odwróciła się do stolika, aby przygotować kolejny zastrzyk.
Ale Lena jej nie słuchała. Z trudem wstała ze stołu rozdeptując bosą stopą szkło ze strzykawki i podeszła do lekarza, który badał dziecko. Nachylona nad nimi druga z pielęgniarek ujrzawszy podchodzącą Lenę, próbowała zasłonić swoim ciałem dziecko i zajmującego się nim lekarza.
- Nie możesz go zobaczyć. – krzyknęła zrozpaczona. – Wracaj na stół.
Lekarz zaskoczony całą sytuacja przestał na chwilę zajmować się dzieckiem i także odwrócił głowę. Wtedy Lenie udało się dostrzec małą istotę leżącą na białym prześcieradle. Nie tak wyobrażała sobie małe dziecko, myślała, że będzie bardziej podobne do dużego człowieka. A tym czasem pomarszczona skórka, dziwnie wydłużona głowa z ciemnymi włoskami, przykurczone nóżki i rączki i małe zaciśnięte piąstki odbiegały od obrazu człowieka, który Lena zwykła widzieć. Jednak w dziecku było coś tak ujmującego, że Lena zapragnęła wziąć je na ręce i przytulić. I choć przez całą ciążę nigdy nie objęła brzucha, w którym dojrzewał ten mały człowieczek, teraz czuła nieodpartą potrzebę uczynienia tego. Kiedy lekarz zorientował się, że Lena patrzy na dziecko, zakrył je białym prześcieradłem po sam czubek głowy.
- Możesz mu tylko nadać imię nic więcej. – powiedział patrząc gdzieś nad ramieniem Leny.
- Jakub. – powiedziała Lena i poczuła jak jakaś dłoń zaciska się na jej ręce.
Domyśliła się, że to znów pielęgniarka próbuje zrobić jej zastrzyk. Silna i wysportowana jeszcze przed ciążą odepchnęła pielęgniarkę i wybiegła z sali za lekarzem, który wykorzystał tę chwilę i z dzieckiem w ramionach ewakuował się z pomieszczenia. Jednak sił nie starczyło na długo, osłabiona porodem Lena osunęła się na ziemię. Stąd pielęgniarki zabrały ją do jej sali i troskliwie ułożyły na łóżku. Dostała zastrzyk, po którym czuła się spokojna i szczęśliwa. Nie myślała już o dziecku, o jego ślicznych, maleńkich piąstkach. Osuwała się w ciemność, która wchłaniała ją coraz bardziej i bardziej.
Kiedy Lena się obudziła, czuła, że jej czegoś brakuje. Przesunęła ręką po płaskim już brzuchu i poczuła ogromny żal ściskający jej serce. Nie ma dziecka, nie ma jej maleńkiego człowieczka, którego przez kilka miesięcy miała w sobie. Pamięć powoli wracała. Wracał obraz sali porodowej, pielęgniarki próbującej zrobić zastrzyk i lekarza trzymającego w ramionach małą istotkę owiniętą w białe prześcieradło. Lena poczuła ogromną złość, a także żal za utraconym dzieckiem. Pierwszy raz w życiu doświadczała takich uczuć i nie wiedziała, jak sobie z nimi poradzić.
- Gdzie jest moje dziecko? – zapytała pielęgniarkę, która weszła do sal, by sprawdzić jej stan zdrowia.
- Tam gdzie być powinno. – odpowiedziała pielęgniarka.
- Chcę je zobaczyć, dotknąć.
- Nie możesz.
- Dlaczego. – Lena poczuła, jak łzy spływają jej po policzkach.
- Bo taka jest zasada. Żadna kobieta nie widziała dziecka i ty też nie zobaczysz.
- Ale ja muszę, muszę. – łkała dalej Lena, ale jej płacz obijała się tylko o ściany, gdyż pielęgniarka niewzruszona łzami opuściła salę.
Tęsknota za dzieckiem coraz bardziej dokuczała Lenie. Pomyślała, że jeżeli uda się jej odnaleźć jej chłopca i go zobaczyć, to żal zniknie. Będzie mogła stąd wyjść, wrócić do dawnego życia i zapomnieć o ciąży i porodzie. Doczekała wieczora i kiedy w Instytucie zamarło życie, wyruszyła na poszukiwania. Stopa skaleczona odłamkami strzykawki pobolewała, ale to nie przeszkadzało Lenie posuwać się na przód. Słabo znała rozkład Instytutu, toteż miała wrażenie, że chodzi w kółko, że po kilka razy jest w tym samym miejscu. Większość drzwi, szczególnie tych nad którymi znajdowały się tabliczki z napisem „Wstęp surowo wzbroniony”, była pozamykana. Sale pacjentek Instytutu Leny nie interesowały. Wiedziała, że nie znajdzie tam swojego dziecka, że może odnaleźć go tylko za jednymi z zamkniętych drzwi. Ale to jak je otworzyć było problemem, z którym Lena nie potrafiła sobie poradzić. W szale złości i rozpaczy chwyciła jedno ze stojących na korytarzu krzeseł i uderzyła nimi w drzwi. Jednak efekt był odwrotny od oczekiwanego. To krzesło rozpadło się na kawałki, a drzwi nadal pozostawały zamknięte. Rozzłoszczona jeszcze bardziej Lena złapała drugie krzesło i także roztrzaskała je na drzwiach.
- Oddajcie mi moje dziecko. Oddajcie. – krzyczała do postaci, które w jej mniemaniu stały przyczajone za drzwiami.
Krzyk Leny, a także huk rozpadających się krzeseł wyciągnęły na korytarz dziesiątki pacjentek, a także personel pełniący nocny dyżur. Miotająca się od ściany do ściany, od drzwi do drzwi ubrana w białą, przykrótką koszulę musiała stanowić interesujący widok. Lekarze i pielęgniarki szeptali coś do siebie potakując głowami. Nagle Lenie wydało się, iż widzi lekarza, który zabrał Jakuba i zniknął. Z krzykiem „gdzie ono jest” rzuciła się na lekarza szarpiąc go za fartuch i bijąc po twarzy. Dwie pielęgniarki próbowały ją odciągnąć, ale Lena walczyła zajadle, powtarzając wciąż to samo pytanie. Dopiero zastrzyk podany przez jedną z pielęgniarek zdołał powstrzymać Lenę. Świat zawirował jej przed oczami i miękko osunęła się na ziemię.
Obudziło ją nieprzyjemne mrowienie w nogach. Powieki były ciężkie i nie mogła unieść ich do góry. Głowę rozsadzał ogromny ból, a w ustach miała sucho. Próbowała się poruszyć, ale jej ciało było skrępowane. Powoli i z trudem otworzyła oczy. Widok, który ujrzała oszołomił ją. Wszędzie były białe ściany wyłożone miękką materią. Lena nigdzie nie dostrzegła drzwi ani okna. Spojrzała w dół i zobaczyła swoje bose stopy i kolana. Zorientowała się, że siedzi w bardzo niewygodnej pozycji, a jej tułów i ręce oplatał szary kaftan. Po nogach biegało coraz więcej mrówek, a ponieważ ręce Leny były skrępowane, nie mogła ich rozmasować. Nie mogła także podnieść się i zmienić pozycji. Jedyną rzeczą, którą udało się jej wykonać było przewrócenie się na bok i wyprostowanie przykurczonych nóg. W takiej pozycji było jej o wiele wygodniej a i mrowienie w nogach zaczęło powoli ustępować. Lena nie wiedziała, ile czasu znajduje się w tym pomieszczeniu, ani jak długo będzie jeszcze w nim przebywać. Przeraziła ją myśl, że może na zawsze, że przyjdzie jej umrzeć tu z głodu i pragnienia. Jednak myśl ta nie miała szansy na pełne rozkwitnięcie, gdyż jedna ze ścian nie znacznie odsunęła się w bok i w pokoju pojawił się lekarz. Lena wcześniej go nie widziała, mimo to wydał się jej sympatyczny i nie wzbudzał złych emocji. Lekarz zaczął przemawiać do Leny łagodnym głosem, coś jej tłumaczył. Ona patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, jak gdyby świetnie rozumiała, co lekarz do niej mówi. Ponieważ leżała spokojnie, lekarz uznał, że może ją uwolnić z kaftana. Najpierw posadził ją, a następnie zaczął rozsznurowywać wiązanie na plecach. Wreszcie Lena mogła wziąć głęboki oddech oraz poruszać palcami u rąk. Wstała przy pomocy lekarza i na miękkich jeszcze nogach wyszła z bez dźwiękowej sali. Lekarz prowadził ją przez długi korytarz, gdzie stało kilka postaci i każda z nich uważnie przyglądała się Lenie. Kiedy dotarli do drzwi jednej z sali, lekarz zatrzymał się i powiedział:
- Teraz będziesz tu mieszkała. Masz tu swoje łóżko, krzesło i szafę. Jeżeli będziesz chciała się o coś zapytać, to znajdziesz mnie za tymi zielonymi drzwiami na końcu korytarza.
Lena powiodła wzrokiem za wyciągniętą ręką lekarza. Nie bardzo rozumiała o co miałaby się pytać, ale na wszelki wypadek skinęła głową. Lekarz nacisnął klamkę i lekko popchnął Lenę do środka. Pokój był kwadratowy, znajdowały się tam dwa łóżka i stół z dwoma krzesłami. Na jednym z łóżek siedziała kobieta z jasnymi, krótko przyciętymi włosami i ciekawie spoglądała na Lenę.
- To ty jesteś ta od dziecka? – spytała podnosząc się z łóżka i podchodząc do Leny.
- Tak to ty. – stwierdziła sama, kiedy nie doczekała się odpowiedzi. – I na co ci to było. Teraz zamknęli cię tu razem z nami, a dzieciaka i tak nie dostaniesz.
- Dlaczego? – spytała Lena.
- Co dlaczego? – zdziwiła się tamta.
- Dlaczego nie dostanę mojego dziecka?
- Bo ono nie jest twoje. Ty go tylko urodziłaś, a wychowa je CON. Tak jest od lat, więc nie mów, że o tym nie wiesz.
- Ale ja chcę je mieć. Nie mogą go sobie tak po prostu wziąć.
- Mogą, mogą. A ty zachowujesz się jakbyś była matką, a nie tylko dawczynią materiału genetycznego.
- Bo jestem nią. – powiedziała Lena, która po raz pierwszy w życiu usłyszała słowo matka, ale instynktownie wiedziała, co ono znaczy.
Kobieta przez chwilę przyglądała się Lenie, a następnie spytała:
- Czyżby ci nie podali Błękitnego Zapomnienia?
- Czego? – zdziwiła się Lena.
- Błękitne Zapomnienie. Tak nazywamy zastrzyk z niebieskiego płynu, który sprawia, że kobieta po porodzie zapomina o dziecku i nie rodzi się w niej miłość do dziecka.
Lena przypomniała sobie strzykawkę z niebieskim płynem, która wypada z rąk pielęgniarki i rozbija się na drobne kawałeczki. Pewnie niejeden z nich tkwi nadal w stopie Leny, która od czasu do czasu odczuwa niewielki ból przy chodzeniu.
- Strzykawka się rozbiła, a drugiego mi już nie zdążyli podać. – wyjaśniła.
- Widziałaś dziecko.
- Widziałam, choć bardzo krótko.
- No to koniec. Już nigdy nie zapomnisz o dziecku. Będziesz za nim tęskniła i cierpiała. Pokochałaś go największą miłością, jaką kiedykolwiek znała ludzkość i nigdy się już z niej nie wyzwolisz. W naszym świcie nikt nikogo nie kocha, o nikogo się nie martwi, o nikogo nie troszczy. Ty nosząc w sobie miłość, jesteś inna od wszystkich ludzi i dlatego umieścili cię tutaj. Na zewnątrz możesz stanowić zagrożenie. Możesz pokazać, że jeszcze ktoś potrafi kochać. Zapewne będziesz chciała dalej walczyć o to by być matką dla swojego dziecka, by móc się nim zajmować, otoczyć go troską i miłością. Ale oni nie mogą do tego dopuścić. Runie wtedy ich świat, który tak mozolnie budowali przez lata. Ludzie zaczną się łączyć w grupy, zaczną wspólnie działać i staną się silni, pewni siebie. Nie będzie można nimi tak łatwo sterować jak dziś.
- Skąd o tym wszystkim wiesz? – Spytała z przejęciem Lena.
- Zanim tu trafiłam działałam we wspólnocie, to taka opozycyjna organizacja, którą władza bezlitośnie tępi.
- To dlatego tu trafiłaś?
- Nie do końca dlatego. Główną przyczyną tego, że się tu znalazłam też była miłość. Tyle że nie do dziecka, ale do mężczyzny. Miłość tym bardziej zakazana, że odwzajemniona.
- A gdzie on teraz jest. Ten mężczyzna.
- Nie wiem. Być może w takim samym miejscu jak my? Być może już go nie ma na powierzchni ziemi. Ale najważniejsze jest to, że on nadal istnieje w moim sercu i w mojej głowie. Zabrali mi go, ale tylko w sposób fizyczny. Miłości, którą noszę w sobie nie są w stanie mi zabrać. Nie potrafią mnie też z niej wyleczyć.
- Ciebie też z niej nie wyleczą. – powiedziała kobieta i spuściła głowę.
I tak oto stały na przeciwko siebie dwie kobiety przepełnione uczuciem miłości w świecie, w którym miłość była zakazana. Za uczucie to utraciły wolność i niezależność. Były inne od tych, którzy nie kochali i nigdy pokochać nie zdołają. Były wyrzucone poza nawias życia. Wiele straciły, ale bardzo dużo też zyskały. Miłość była w ich sercach i umysłach. I choć obiekty ich uczyć były nieosiągalne, to one nadal wierzyły w miłość, miłość dobrą i piękną, miłość bezwarunkową.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51412

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl