DRUKUJ

 

Niepotrzebna śmierć.

Publikacja:

 09-02-13

Autor:

 cavelady
Wiosna tego roku jest inna. Wszystko zielone, dookoła cisza i śpiew ptaków. Słońce grzeje jakby mocniej, a ludzie są szczęśliwsi. Idą razem trzymając się za ręce, obok nich idzie Małgosia podskakując co kilka kroków. Jej mysie, ciasno splecione warkoczyki podskakują razem z nią i opadają granatowymi kokardkami na szczupłe ramiona dziewczynki. Małgosia ma czternaście lat, jej brat Marek dziewiętnaście. Ale tak naprawdę mają ich więcej, widać to szczególnie w ich oczach, zawsze smutnych, nawet wtedy gdy się śmieją. Widać to po ich ustach, gestach, sposobie chodzenia. A przede wszystkim w sposobie myślenia. Choć mają naście lat wszystko traktują bardzo poważnie, myślą o przyszłości, planują każdy dzień, wspierają się, pomagają sobie, a co najważniejsze bardzo się kochają. Marek kocha jeszcze Alinę. To właśnie ją trzyma za rękę, a kiedy ich oczy się spotkają uśmiecha się do niej przyjaźnie. Alina ma osiemnaście lat, ciemne włosy i ciemne oczy zatopione w bladej twarzy. Jej usta mają kolor malin i Marek uwielbia je całować. Są na świecie sami: Marek, Małgosia, Alina, tworzą rodzinę.
Kiedyś mieli swoje własne rodziny. Mieli domy, pełne światła i ciepła zimą, wiosną i latem pachnące świeżym powietrzem, praniem i czystością, a jesienią jabłkami. Taki obraz swojego domu zapamiętała Małgosia. Zapamiętała też drobne dłonie matki, jej ciepły głos i piosenki, które śpiewała jej na dobranoc. Marek zapamiętał co innego. On widział spracowane ręce mamy, jej czasami zmęczoną twarz, pamiętał pochylone plecy ojca nad deską kreślarską, kiedy dorabiał w domu wieczorami do pensji. Oboje pamiętają też swoich starszych braci i malutką siostrzyczkę Hanię. Alina nie miała rodzeństwa. „To nawet lepiej.” – mówi. „Dziś przynajmniej nie muszę ich opłakiwać.” Jej rodzice zginęli w Gettcie, ona dzięki życzliwości ludzi się wydostała. Ojciec, żydowski lekarz, do końca swoich dni pomagał ludziom; pomagał, bo leczyć nie było już czym. Mama zawsze życzliwa i uśmiechnięta, teraz stała się markotna, zamknięta w sobie, dla Aliny była jak obca. A ojciec pozostał sobą. Aktywny, żywotny, pełen serca i życzliwości, jak zawsze pomagał i biednym i bogatym, bez względu na pochodzenie i wyznanie. Pełen pomysłów, idei, wciąż gdzieś biegał, angażował się w jakieś podejrzane przedsięwzięcia, a przy tym dbał o rodzinę: by miały gdzie mieszkać, w co się ubrać, co zjeść i czym się ogrzać. Załatwiał Alinie książki, ołówki i zeszyty, niekiedy do połowy zapisane. Alina bardzo go kochała, a matki zaczynała się bać. Już w niczym nie przypominała tamtej kobiety sprzed dwóch lat. Wtedy była bardziej podobna do ojca, wtedy stanowiła dla Aliny cały świat. Obcierała jej dziecięce łzy, opatrywała skaleczenia i stłuczenia, tłumaczyła to, co niezrozumiałe, czytała książki, uczyła jeździć na rowerze, zimą lepiła bałwana i rzucała śnieżkami. Teraz była tylko cieniem tamtej matki i cienia Alina nie zapamiętała. Wciąż nosiła w sobie obraz matki sprzed wojny, obraz kobiety pięknej, aktywnej i otwartej.
Dziś nie ma ani matki ani ojca, nie ma też getta i rodzeństwa Marka i Małgosi. Są tylko oni. Idą razem przez miasto pełne ruin, czasem nie rozpoznają ulic. Ale wierzą, że kiedyś ruiny te zamienią się w piękne budynki, że powstaną nowe ulice i mosty. A oni będą uczyć się, pracować, założą rodziny, będą mieć dzieci, cały świat będzie należał do nich. Tak myślą w tej chwili pięknej i złudnej, chwili, która zbyt szybko umyka, by uchwycić ją w kadr, by zamknąć ją w obrazie. I właśnie ta chwila daje im poczucie bezpieczeństwa, nadzieje i wiarę, pozwala oddychać pełną piersią. To nic, że mają przyciasne i poszarpane ubrania, to nic, że nie mogą najeść się do syta, a Małgosię od wielu tygodni łapie paskudny kaszel. Teraz czują się naprawdę szczęśliwi, gdy idą tak sobie w niedzielne, słoneczne popołudnie, pełne wiosennych barw i zapachów.
- Patrz Marek. Kotek! – woła Małgosia i przystaje. Patrzy w górę, gdzie na szczycie czegoś, co kiedyś było domem, siedzi szary kłębek i głośno miauczy.
- Widzę. – odpowiada brat i nawet nie zwalnia kroku.
- Marek! – krzyczy Małgosia i czepia się wolnego ramienia chłopaka. – Zatrzymaj się!
- O co ci chodzi Małgosiu? Przecież widzę, że tam siedzi kot. I co z tego? Siedzi, to siedzi
- Ale może trzeba mu pomóc zejść. – nie daje za wygraną dziewczynka. – On chyba się boi i na pewno jest głodny.
- A ty nie jesteś? – pyta brat.
Małgosia spuszcza oczy. Co ma powiedzieć? Przecież dobrze wie, że jest głodna.
Głodna jest zawsze, choćby zjadła nie wiedzieć ile, to ciągle będzie głodna. Zdobyte jedzenie Alina i Marek najpierw dzielą na trzy równe części, a następnie pod byle pretekstem oddają jakąś swoją część Małgosi. Ona czuje, że to niesprawiedliwe i za każdym razem obiecuje sobie, że dziś to już jest ten ostatni raz, kiedy wzięła coś z ich „talerza”. Ale zawsze na obietnicach się kończy.
- Słuchaj Marek. – teraz odzywa się Alina. Mówi cicho, ale pewnie. – A może byśmy jednak wzięli tego kota. Przecież on nie je dużo.
- Ale pije mleko. A jego też nie mamy. Zresztą nie ma o czym gadać. Dokąd zabierzemy tego kota. Do Rogowskich i Michalaków? A stara panna Aniela nie cierpi zwierząt. Damy im doskonały pretekst, by się nas pozbyć. I tak ciągle nam docinają, że nie mamy ślubu, a na bajkę, że jesteś naszą kuzynką od początku nie dali się nabrać.
Alina nie cierpi tych ludzi. Są niemili, zadufani, pazerni i kłótliwi. Codziennie w ich oczach widzi szyderstwo i wysłuchuje niby to mimochodem powiedzianych docinek. Alina ma wrażliwą duszę i ich słowa bardzo ją bolą. Niejedną noc przepłakała w poduszkę. Bardzo nie chciała, by Marek to słyszał, ale on po całodziennej pracy w fabryce zasypia szybko kamiennym snem. Przynajmniej tak się jej wydaje. Jednak prawda jest inna. Marek słyszy cichutki płacz Aliny, słyszy i nie wie, co zrobić. Wie, że Alina jest dumna i nigdy w życiu nie przyzna się do wylewanych w nocy łez. Ale wie też, że jeśli nic nie zrobi, jeśli ich sytuacja się nie zmieni, to oboje utoną w morzu łez. Kocha tę dziewczynę nad życie i chce jej dać wszystko. Dlatego ciężko pracuje, a gdy otworzą uniwersytet zamierza studiować. Chce też wziąć ślub z Aliną, ale to jeszcze nie teraz, jeszcze nie. To nie jest czas na radość, śluby, nawet czas na miłość. „ Chociaż może już jest” – zastanawia się Marek. „Może, gdy wojna się skończyła, można już kochać drugą osobę, nie obawiając się, że ją się utraci?”. Jednak nadal nie potrafi zdecydować się na ślub, zresztą nie wyobraża sobie nawet gdzie i kto miałby dać im ten ślub. W czasie wojny dużo rozmawiali na temat ślubu: jakie będą wtedy mieć stroje, kogo zaproszą na przyjęcie, a najwięcej o tym co podadzą do jedzenia. Po wojnie rozmowa była tylko jedna i przyniosła im ból i ciche dni. Gdyby to były inne czasy Alina naprawdę pogniewałaby się na Marka, ale w tej sytuacji nie miała wyboru. Była od niego zależna. To on ją karmił, chronił, opiekował się nią. Alina często wracała myślami do czasów sprzed wojny, potrafiła godzinami siedzieć zapatrzona w jeden punkt i przypominać sobie wydarzenia sprzed lat. Były to chwile zabawne i radosne, ale też smutne, gdzie przewijały się łzy i rozczarowanie. Wyobrażała sobie też jakby się ułożyło jej życie, gdyby nie było wojny. Czy spotkałaby Marka, czy zaprzyjaźniliby się i jak ich rodziny patrzyłyby na ich znajomość. Różniło ich wiele, pochodzenie, status społeczny, religia, obyczaje. Ale teraz to wszystko nie było ważne, nie miało znaczenia. Teraz liczyło się tylko to, że żyją, że są razem i że się kochają.
Małgosia szła teraz ze spuszczoną głową, już nie podskakiwała, tylko uważnie patrzyła pod nogi. Dookoła nich było coraz więcej zburzonych domów, wokół których mimo niedzieli, uwijały się grupki osób. Odgruzowywali i porządkowali teren. Gdy Marek przyjrzał się im bliżej uznał, iż nie są to robotnicy, tylko zwykli ludzie tacy jak oni, którzy się zebrali i „remontują” domy dla siebie.
- Może my też byśmy sobie odnowili jakieś mieszkanko? – pomyślał i rozejrzał się dookoła. – Tyle tu tego. Tylko wybierać.
Nieświadomie przyspieszył kroku, a zaskoczona Alina puściła jego rękę. Niemal że z obłędem w oczach szedł na przód coraz szybciej i szybciej, wspinał się na gruzowisko, oglądał dokładnie ocalałe ściany, oceniał ile pracy należy włożyć w odbudowę, zastanawiał się skąd zdobyć materiały. Był podniecony faktem, iż mogą mieć własny dom, taki tylko dla nich.
- Marek, co ty robisz!? – krzyczały z dołu zaskoczone dziewczyny.
- Schodź na dół, tam może być niebezpiecznie!
- Marek!
Alina mocno ściskała Małgosię za rękę i szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w postać Marka biegającego po ruinach.
- Czy on zwariował? – pomyślała z przerażeniem. – Dlaczego nic nie odpowiada?
- Co tu się dzieje? Kim jest ten człowiek?
Na dźwięk ostrego tonu Alina drgnęła. Obok nich stał potężny mężczyzna w zielonym mundurze. Jego twarz miała nieprzyjemny wyraz, a oczy wpatrywały się uparcie w Alinę oczekując odpowiedzi. Ale nie mogąc się jej doczekać, mężczyzna podbiegł bliżej ruin i zaczął machać rękami w stronę Marka.
- Wracaj! Wracaj! – wołał
Ale Marek zamiast wracać jeszcze bardziej zagłębiał się w ocalałych murach. I wtedy zdarzyło się to, co nie powinno się zdarzyć. Wybuch wstrząsnął całą okolicą, ludzie zajęci swoją pracą zastygli bez ruchu. Przez krótką chwilę nikt nie wiedział, co się stało. Dopiero gdy przebrzmiało echo i gdy opadł pył, wszyscy rzucili się na miejsce zdarzenia. Każdy chciał wiedzieć, co się stało, padały pytania, domysły. Wciąż zbiegali się nowi ludzie, wypytywali, gestykulowali, tylko Alina i Małgosia stały bez ruchu, każda z nich miała w pamięci obraz Marka, znikającego za ocalałą ścianą. A potem ten wybuch, który przesłonił wszystko. Ale obie wciąż wpatrywały się w to miejsce, gdzie widziały po raz ostatni oddalającą się sylwetkę chłopca. Chyba nadal miały nadzieję, że Marek za chwilę wyłoni się zza muru i pomacha do nich. Ale im dłużej czekały, tym bardziej nie wierzyły, że to się nie dzieje. Ludzie dyskutowali coraz głośniej, coraz pewniej.
- Podobno to był całkiem młody chłopak. – mówiła okrągła blondynka w ubrudzonych na biało spodniach.
- Młody nie młody, ale głupi, że się tam pchał. – odparł mężczyzna w podartej koszuli.
- A może ktoś powinien sprawdzić, może on jeszcze żyje.
- Zwariował pan, co sprawdzić. Przecież tam cały budynek był zaminowany, nawet tablice wisiały. A on jak głupie ciele poszedł tam na pewną śmierć.
- Taki młody chłopak. – znów załamała ręce blondynka.
- Ty, Jadźka tu nie becz, tylko lepiej patrz gdzie nasz Antek chodzi.- naskoczył na nią facet z wąsem. – Wracaj do roboty, bo nas tu zmrok zastanie.
Ale blondynka wciąż ociągała się z odejściem, widać lubiła sensacje i teraz żal jej było opuścić to miejsce.
- Taki młody człowiek. – pociągnęła nosem. – I zupełnie niepotrzebna śmierć.
- A pewnie, że nie potrzebna. – obruszył się mężczyzna w podartej koszuli. – A w czasie wojny, to niby potrzebna. Ja sam straciłem dwóch synów, a mogli wyrosnąć na wspaniałych ludzi. I na pewno nie pchali by się tak jak ten tam w zaminowane budynki.
Do rozmowy włączały się wciąż nowe osoby, każdy chciał dorzucić swoje dwa grosze i nikt nie zwracał uwagi na stojące w pobliżu dziewczyny. Przy gruzach uwijali się wojskowi, zabezpieczali teren, ustawiali nowe tablice, by nikt więcej tu nie zginął. Ale dla Marka było za późno. Leżał gdzieś tam przysypany cegłami i pyłem. Być może miał urwaną rękę albo nogę, rozdarty brzuch. A jego twarz zastygła w niemym zdziwieniu, w jego otwartych oczach wciąż malowało się zaskoczenie. Jak to się stało, że zamiast domu, znalazł śmierć. Czemu zamiast ślubu, będzie pogrzeb? Co teraz stanie się z jego ukochaną Aliną, jaki los czeka jego młodszą siostrzyczkę? Przeżył wojnę, najcięższe lata okupacji, doczekał się wyzwolenia, wolnej i niepodległej Polski. Dlaczego musiał zginąć w tak głupi i bezsensowny sposób?
Teren wokół gruzowiska powoli pustoszał, wojskowi odjechali, ludzie zaczęli wracać do pracy. Na nie też była już pora, musiały iść do domu, musiały zjeść kolację, musiały jutro rano wstać i zacząć kolejny dzień bez następnej bliskiej osoby. Choć wojny już nie było, to wciąż wokół czaiła się śmierć. Sprytna, chytra, nieprzenikniona, wciąż była tajemnicza i nieunikniona i czekała na każdego.

Data:

 sierpień 2006

Podpis:

 cavelady

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=51414

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl