DRUKUJ

 

Zaginiona księga część pierwsza: Szamani Cienia

Publikacja:

 09-04-26

Autor:

 cloe
Rozdział drugi
Tunel pełen świateł

Wybucha zahuczał im w uszach, a na placu pojawiła się chmura dymu.
-Cholera! Tylko jeden stwór się tak materializuje.-warknęła Viven.
-Jaki znowu stwór?!-zapytała Susan.
-Nie ma czasu, wiejemy!-krzyknął David.
Dziewczyna ledwo co zdążyła złapać torbę, kiedy dłoń Davida uchwyciła ją mocno za rękę. Znów biegli, jakby czas się zatrzymał i ciągle miało się dziać to samo. Wybiegli przez tylne wyjście i razem z zatrzaskującymi się drzwiami, szyba przy której siedzieli posypała się w proch. Ludzie krzyczeli, ale ich głosy jakby dźwięczały w oddali. Dla tej trójki istniała teraz tylko droga. Kiedy dobiegali do zakrętu, drzwi kawiarni wyleciały w głośnym hukiem w powietrze, przeleciały jedną trzecią długości ulicy i wylądowały na samochodzie.
Szybko skręcili i skryli się pod stołami koło lodziarni.
-To na nic. I tak nas zwęszy.-wydyszał David.
-To co robimy?-zapytała Susan, dysząc ciężko.
-My? Ty zostaniesz tutaj, a my się nim zajmiemy.-Viven zdawał się denerwować.
-Nie martw się. Mula łatwo odstraszyć.
Dziewczyna zrobiła dziwną minę.
-Mula?
-Potem ci wyjaśnię, teraz z Viven musimy się troszkę po gimnastykować. Ty tu siedź.
Wybiegli spod stolika i zniknęli za rogiem.
Susan poczuła się samotna. Martwiła się że coś się nie uda, a na pewno tak będzie. Jak zna swoje szczęście, to na pewno ulegną jakiemuś dziwnemu wypadkowi. Tak jak z tatą. Właściwie nie wiadomo do końca kto go zabił, bo jedyny podejrzany został znaleziony nieżywy w mieszkaniu. Podobno umarł na atak serca. Chociaż jej matka jakoś w to nie mogła uwierzyć, to cieszyła się że spotkała go odpowiednia kara.
Sprawdziła godzinę na zegarku. Zbliżała się już godzina dwunasta.
-Czy oni myślą że ja będę tu tak siedzieć wiecznie?!-powiedziała do siebie, wychodząc spod blatu.
Poprawiła sobie torbę na ramieniu i trzymając się blisko ściany, podeszła do rogu i wyjrzała ostrożnie zza niego. To co ujrzała bardzo ją przeraziło. David podpierał się na Viven, bardzo mocno krwawiła mu noga. Za to ona straciła wiele włosów, jak krucze pióra leżały wszędzie na ziemi. A przed nimi stał Mule.
Był bardzo dziwny. Same kości, na około niego unosiła się zielona mgiełka, oczodoły pozostawały jednak puste. Palce, zarówno u nóg, jak i dłoni miał zakończone ostrymi “pazurami”, które błyszczały stalą w południowym słońcu. Jego zęby wyglądały bardziej jak kły niedźwiedzia, niż jak ludzkie. Do tego ociekały krwią, a Susan zaraz skojarzyła to z raną na nodze chłopaka. “Bardzo bym chciała pomóc, ale co ja zrobię? Tylko będę przeszkadzać. Będą musieli mnie potem ratować...”-myślała.
David wyprostował się gwałtownie i krzyknął:
-Koniec pogawędek! Nie powiemy ci gdzie ona jest!
Kościotrup przestąpił z nogi na nogę.
-Chcecie umrzeć?-zadźwięczał grobowy głos, Susan przeszły ciarki.
-Nie układamy się z stworami Cienia!-tym razem Viven nie wytrzymała.
Dziewczynie zdawało się że wcale nie jest tak łatwo go pokonać jak twierdził blondyn. Zaczęła się nerwowo rozglądać wokół. Nie znalazła nic, co mogło by jej ułatwić walkę. Zrezygnowana osunęła się po ścianie i skryła głowę między nogami.
-Niech to już się skończy...Nigdy nie czułam się taka bezsilna jak teraz...
Przeklinała chwilę, z którą wstała dzisiaj rano z łóżka. Nie wiedziałaby teraz o tym wszystkim. Co za głupia myśl popchnęła ją ku temu, żeby wypytać ich o to wszystko? Jak ona teraz będzie z tym żyć? Mogła ich wtedy zostawić, kiedy się kłócili, mogła odjeść... “Ale tego nie zrobiłam”-stwierdziła z łzami w oczach.
Za ścianą David właśnie kończył formułkę zaklęcia, kiedy Viven szarpała się z Mulem. Straciła kolejne kosmyki i kawałek rękawa. W końcu ostatnie słowa wyleciały z ust chłopaka, który opadł na ziemię. Jego towarzyszka szybko do niego podbiegła i przerzucając sobie jego rękę przez ramię, zaczęła się kierować w stronę lodziarni.
Wtedy na niebie zaczęły zbierać się chmury. W mgnieniu oka zaczął padać siarczysty deszcz. Stwór wydał z siebie cichy pisk, a później z odgłosem przypominającym gasnącą zapałkę, zdematerializował się.
Susan siedziała na ziemi, strugi deszczu zmieszały się z jej łzami, ubrania przykleiły się do ciała, włosy ciężko opadły na ramiona. Podniosła głowę, chcąc spojrzeć na niebo, ale zamiast tego ujrzała nad sobą twarz Viven.
-Wstawaj zrozpaczona damulko. Musimy iść.-powiedziała.
Dziewczyna wstała i jej wzrok spoczął na nieprzytomnym Davidzie.
-Może go wezmę.
Viven z chęcią oddała chłopaka pod opiekę Susan. Bez słowa ruszyły przed siebie. Dopiero teraz mogła ocenić dokładne obrażenia obydwóch Rozmówców. Szczególną uwagę przyciągnęły dziewczyny włosy, ostro potraktowane przez potwora.
-Musze wrócić do domu się przebrać.- stwierdziła po chwili.
Viven spojrzała na nią i przeszyła ją wzrokiem.
-Ty już nigdy nie wrócisz do domu.
Wtedy Susan zatrzymała się i spojrzała na nią zdziwiona.
-Jak...jak to?-wyjąkała.
-Nie mam ochoty, ani siły ci tego tłumaczyć. Możesz poczekać, aż dojdziemy do wioski?
Ona tylko kiwnęła głową.
Następne chwile były bardzo ciężkie. Obie dziewczyny biły się ze swymi myślami. Najtrudniejsze było przekroczenie granicy miasta. Przy ostatnim budynku Susan odwróciła się i przyjrzała dokładnie swemu domowi. Łza spłynęła jej po policzku, ale szybko zniknęła, zmyta przez deszcz.
Sama już nie wiedziała czy idzie od piętnastu minut, czy od dwóch godzin. Czuła jak nieprzytomny kolega coraz bardziej ciąży jej na ramionach. Czasami zsuwał się i musiały na chwilkę przystawać, aby się zamienić. Deszcz powoli ustępował, ale za to David robił się coraz bardziej blady. Za to one miały sine usta, bo nie została na nich ani jedna sucha nitka i było im strasznie zimno.
W końcu doszły do bardzo wysokiego i grubego dębu. Viven okrążyła je mrucząc:
-To gdzieś tu musiało być.
W końcu znalazła duży, nieregularny, szary kamień. Podniosła go i odrzuciła troszkę ziemi. Pod nią kryła się metalowa klapa, która miała około dwa metry średnicy. Susan skojarzyła się zaraz z obrazem zanieczyszczonych ścieków, tysiącem szarych szczurów i nieprzyjemnym zapachem. Ale ku jej niezadowoleniu dziewczyna przesunęła ją i wsadziła głowę do środka.
Po krótkiej rozmowie, zakłóconej przez dobiegające z dołu odgłosy, wróciła do Susan i powiedziała:
-Musisz mi pomóc, on jest bardzo ciężki.
Podeszły do niego i chwyciły każda za jedną rękę. Spuściły go na tyle głęboko, na ile pozwalały im ręce, a później z ciemności wyłoniła się para silnych męskich rąk i chwyciła chłopca pod pachy, po czym razem z nim znów zniknęła.
-Dobra wskakuj.-zabrzmiał głos Viven.
Nie chciała zanurzać się w tych ciemnościach. Nie wiedziała co ją spotka na dole. Po kilku obelgach takich jak: “tchórz”, “strachliwa kotka”, “głupia szczapa” i innych bardziej niecenzuralnych, chwyciła się drabinek i zaczęła pełznąć w dół. Z każdym krokiem czuła jak powietrze stawało się coraz gęstsze, mokrzejsze, a przy tym zimniejsze. Zupełnie jakby wspinała się na wysoką górę, a nie do podziemi. Jeszcze do tego stopnie ciągnęły się w nieskończoność i od czasu do czasu brakowało kilku szczebli. Mijała ciemne odnóża tuneli, które ciągnęły się wyżej. Z każdego zawiewało jeszcze chłodne powietrze. W końcu daleko w dole zaczęło migotać jasne światło, które przybliżało się za każdym krokiem.
Aż w końcu doszła tak daleko, że nie wyczuła nogą już więcej szczebli. Kiedy Viven nadepnęła jej na głowę(zresztą nie pierwszy raz), powiedziała:
-Skończyła mi się droga.
-Skacz, idiotko!-usłyszała odpowiedź.
Susan bardzo niechętnie opuściła się na rękach w dół, po czym zsunęły się jej palce i zaczęła spadać na dół. Zamknęła odruchowo oczy i ugryzła w język, aby nie zacząć krzyczeć. Wszystko to działo się może tylko sekundę, albo dwie, bo zaraz później spadła na coś miękkiego.
-Na brodę mojego dziada, nic ci nie jest?-usłyszała.
Otwarła oczy i zobaczyła przed sobą starszego mężczyznę, o siwych włosach i brodzie. Spoglądał na nią piwnymi oczyma.
-Chyba nie- wyjąkała.
Widok który tu zobaczyła całkowicie ją zaskoczył. Nie spodziewała się zobaczyć czegoś takiego. Była pewna, że będzie tu całkowicie ciemno. Okazało się, że było tu zupełnie jasno, a światło dawały małe, zielone zawieszone w powietrzu kule. Miejsce gdzie wylądowała wyglądało jak brukowana ulica, a to na czym siedziała, było wielkim i zielonym materacem. Wstała powoli i zaczęła się rozglądać.
Zobaczyła w ścianach okna, a w nich zaciekawione oczy spoglądające zza firanek. Zobaczyła wejścia do mieszkań, bez drzwi, jedynie z szmatą zawieszoną na drewnianym patyku. Za chwilkę w miejscu na którym siedziała, spadła Viven, odbiła się od materaca i wylądowała koło Susan na równych nogach.
-Trzeba było się chwycić drugiego, nie pierwszego.-wypaliła patrząc na nią.
-Nie powiedziałaś jej?-wzburzył się starszy mężczyzna.
-Zapomniałam...-wzruszyła ramionami.
Staruszek pokręcił głową i powiedział:
-Wybacz, ale na pewno teraz zapamiętasz, że ostatni szczebel jest pomalowany eliksirem Śliskości. Zresztą zauważyłaś też pewnie pełno innych pułapek, takich jak brakujące stopnie i tunele w których mieszkają Cyreki. To wszystko nas zabezpiecza. Masz szczęście że ten szczeniak został ranny, bo nie było by tutaj tego materaca. Za pewne zabolało by dużo mocniej.
Susan syknęła i pogładziła się po tyłku na który upadła.
-Zapraszam panie na odprawę.
Ruszyła zaraz za nim do mieszkania które wcześniej obserwowała dziewczyna. W środku było dużo cieplej, gdzieniegdzie paliły się świece. Ściany były białe i puste, po środku stał stolik, a na nim leżały karty, kartki, kubki po napojach i kilka rzeczy których Susan nigdy w życiu nie widziała. Zaraz za nim stały dwa biurka, a za każdym siedział mężczyzna. Jeden z nich był średniego wieku o niebieskich, podkrążonych oczach i długich rudych włosach. Drugi był bardzo młody, również miał miedziane włosy, ale oczy miał piwne, a na twarzy pełno piegów. Zaraz za nimi były ciężkie, drewniane drzwi.
-Viven jak się nazywa twoja przyjaciółka?-zapytał starszy z mężczyzn z mocnym akcentem.
-To nie jest moja przyjaciółka.-mruknęła.
-Nazywam się Susan Alicja Taylor.
Młody chłopak szybko to zanotował i powiedział:
-Data urodzenia?
-Piętnasty marca 1988 rok.
-Nie mamy takiej osoby tato.-powiedział po chwili przeszukiwania papierów.
Wyglądał na bardzo podekscytowanego.
-Przeszukaj ją. -powiedział, a rudzielec aż podskoczył na krześle.
Wyciągnął z szafki przedmiot przypominający lampę. Był zbudowany z podłużnego klosza, a w środku tliło się błękitne światło. Podszedł do niej i przesunął z przodu i od tyłu, tak że niebieskie światło padało na mokre ubrania Susan.
-Czysta.-powiedział kiedy skończył.
-Skąd to wiesz?-zapytała.
-Bo gdybyś ukrywała jakieś niebezpieczne urządzenie lub coś podobnego, to światełko zarobiło by się czerwone. Troszkę szkoda, że tak się nie stało, bo praca tutaj jest strasznie nudna, a to zawsze jakieś urozmaicenie.
Uśmiechnęła się do niego i zauważyła że on zrobił to samo.
-Nazywam się Belmundo Tores, a ten drugi rudy to mój ojciec Jose. Nie odzywa się za dużo, bo ma mocny hiszpański akcent i nie zna wszystkich słów.- powiedział.
-Ah...-wydusiła z siebie.
-Dostanie w końcu tą przepustkę?! Zimno nam...
-Rzeczywiście, macie śliczne rumieńce.-zauważył staruszek, który ich tu przyprowadził.
-Chwilka... Ty się chyba nie przedstawiłeś?-zauważyła Susan.
-Masz głupi zwyczaj zwracania się do wszystkich na “ty”. A on? Nie wie, że nie wszyscy go muszą znać.-powiedziała Viven.
“Jak ona śmie się mnie czepiać, jak sama nazwała tego faceta On”-pomyślała obrzucając wściekłym spojrzeniem Viven.
-Ekhem... Nie wiedziałem że ona jest niewtajemniczona... Wybacz. Nazywam się Cyprian Overstreet. Jestem tutaj głównym medykiem.
-Overstreet?-powtórzyła jest nazwisko.
-Tak jest ojcem Davida...-dodał Belmundo.
-Ma po mnie drugie imię.-zauważył z uśmiechem.
Jeszcze raz przyjrzała się jego brodzie i włosom. Teraz zauważyła, że wcale nie są siwe, tylko mają odcień bardzo jasnego blondu.
-I nie martwi się pan o swojego syna?-zapytała.
-A tam.-machnął ręką- My mamy bardzo mocne kości. A właśnie możemy iść dowiedzieć się co z nim. Jose wypisałeś już ten kwitek?
-Tak już końcę.-powiedział cicho.
-Kończę.-poprawiła go Viven, a Susan miała ochotę jej przywalić.
-Idziecie?-zapytał Belmundo.
-Że co proszę?-powiedział Cyprian.
-Przecież musimy skończyć grę.
-Innym razem, Bel.-odpowiedział ojciec Davida, podchodząc do biurka Jose'a.
-Nie nazywaj mnie Bel... To brzmi, jakbym był dziewczyną.
-Można powiedzieć, że jesteś troszkę do dziewczyny podobny.
-Posłuchaj Viven! Albo przestaniesz wszystkim na około ubliżać, albo ja się z tobą policzę!-Susan nie wytrzymała.
-O co ci znowu chodzi, nieznośna dziewucho?
-Wybacz, ale troszkę przeginasz. I nie nazywaj mnie dziewuchą! Gdzie ty się wychowałaś? Na wsi?
Widocznie wstrząsnęły nią te słowa.
-Uważaj co mówisz! Wychowałam się w lepszym miejscu, niż te twoje śmierdzące miasto, pełne nieświadomych śmiertelników.
-Dobra, dobra dziewczyny. Spokojnie, bo się zaraz pobijecie. Mam już ten głupi kwitek.-pomachał do nich kartką papieru- Możemy iść.
Obie poczerwieniały jeszcze bardziej na twarzy. Susan szybko biło serce i zrobiło się bardzo ciepło. Patrzały sobie w oczy. Pierwsza wzrok odwróciła Viven i wyszła na zewnątrz. Zaraz za nią wyszedł pan Overstreet. Ona zanim wyszła, rzuciła szybko: “cześć” i “do widzenia”. Odsłoniła zasłonę i oślepiło ją zielonkawe światło. Kiedy jej wzrok się już przyzwyczaił, opuściła głowę i powlekła się za przewodnikiem.

Data:

 20 marca 2009

Podpis:

 Cloe

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=53197

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl