DRUKUJ

 

Depresja Wampira

Publikacja:

 09-06-01

Autor:

 Kartofel 96
XIX wiek, Transylwania. Większość wampirów porzuciła stare, zakurzone zamczyska i udała się do miast. Malwir był jednym z niewielu, którzy zostali. Polował na okolicznych wieśniaków. Kilka razy prawie zginął poprzez obrzucenie czosnkiem, wbicie drewnianego koła w serce, porażenie światłem słonecznym lub inne wymyślne egzorcyzmy. Mimo to lubił taki styl życia. Niestety picie krwi nie pozwalało mu na konsumpcję innych artykułów spożywczych, dlatego przeszedł na dietę bezkrwistą. Kilka razy dziennie Edward, który był jego igorem, przynosił mu gąbkę nasączoną czerwoną farbą z wodą. Igory to służący wampirów. Każdy z nich jest garbaty, łysy i nie ma zębów.
Od rozpoczęcia terapii minął tydzień. Malwir trochę cierpiał, ale nie wypił ani kropelki krwi. Wymiękł dopiero po miesiącu. Kiedy zaszło słońce, wymknął się ze swojego zamczyska. Spotkał po drodze igora. „Kurcze, mówiłem mu, żeby nie pozwalał mi polować” przypomniał sobie wampir „Muszę go jakoś oszukać”.
-Gdzie pan idzie?- zapytał Edward
-Eeee, idę się przewietrzyć-odpowiedział Malwir
-Plosę pana, cy mogę sobie kupić plotezę zębów?
-Nie. Każdy szanujący się igor jest szczerbaty.
-Ale ja nie chcę seplenić!
-Może jak zapanuje moda na igory z zębami, to wypiję krew jakiemuś sprzedawcy protez
i zabiorę dla ciebie jedną.
-Och, baldzo dziękuję!
Należy zwrócić uwagę, że Malwir był bardzo modnym wampirem. Kiedy stały się popularne egzotyczne pająki, wtedy specjalnie udał się do najbliższego zoo, które było bardzo daleko. Wyssał krew strażnikom i ukradł terrarium z tarantulami.
Malwir zakradł się do wioski. Wszedł do stojącego na obrzeżach domku i pożywił się mieszkającą tam młodą kobietą. Zadowolony z siebie wrócił do zamczyska.

*

Jon, wioskowy kowal, znalazł swoją żonę martwą w łóżku. „Kurde, ten wampir zabił mi już czwartą małżonkę!” jęknął pod nosem „Znowu będę musiał wydać fortunę na kolejny ślub. Ale żeby mi się opłacało, to muszę załatwić tego wariata”.
Wsią wstrząsnęła wiadomość o ostatnim ataku Malwira. Mieszkańcy myśleli, że wampir przeszedł na dożywotnią dietę wykluczającą krew.
Wlad, najstarszy mieszkaniec wsi zwołał naradę.
-Ten świr ukatrupił mi już czwartą żonę!- krzyknął Jon- Wiecie, ile zapłaciłem za wszystkie śluby? Ale jakiegoś wariata z walącego się zamczyska nie obchodzi, że przez niego uczciwi ludzie mogą zbankrutować. Załatwmy go raz na zawsze!
-Może by tak podrzucić mu zupę z czosnkiem?-zaproponował Claudiu
-Ten pomysł jest bardzo dobry, ale ma jedną małą lukę-stwierdził Wlad- Wampiry nie jedzą zup. Odżywiają się tylko krwią.
-W takim razie wrzućmy czosnek do krwi!
-Matoły!-ryknęła Rosjab- Ile razy już próbowaliśmy wykończyć Malwira na amen?
-Eee, nie da się tego policzyć na palcach u rąk, ale z użyciem stóp może się udać-powiedział Valkiria
Rumunowi jednak nie udało się tego policzyć nawet z użyciem palców u nóg. Wtedy wykorzystał kończyny Jona, Claudia, Wlada a następnie wszystkich zebranych.
-Za pomocą naszych nie idzie tego obliczyć, więc chodźmy do tej wsi na
wschodzie!-zaproponował Valkiria- To nasi sąsiedzi. Na pewno nie będą nam żałować swoich kończyn.
-Nie trzeba-rzekła Rosjab- Sami widzicie, że nawet na wszystkich palcach w tej wsi nie uda nam się policzyć naszych prób zabicia Malwira. Żadna się nie udała. Trzeba zrobić coś innego. Wampiry do picia krwi używają zębów, prawda?
-Tak-odpowiedziała reszta zgromadzonych
-No właśnie. Mam pewien pomysł, dzięki któremu uwolnimy się od tego potwora raz na zawsze.

*

Po zagryzieniu na śmierć młodej kobiety Malwir poszedł spać do swojej trumny. Rano,
a właściwie wieczorem, czuł się w piekło wzięty1.
-Edward, dzisiaj kończę dietę-powiedział do swojego igora
-Ale dlacego?
-Te gąbki są wstrętne! W sumie to zawsze chciałem zjeść kanapkę z kurczakiem, ale chyba nie może być smaczniejsza od krwi.
-No dobze.
Malwir zmienił się w nietoperza i poleciał odwiedzić swojego sąsiada wampira Drukaza. Tymczasem Edward poszedł do łazienki w celu pielęgnacji swoich zębów, czy raczej ich braku. Bardzo zajęło go odbarwianie dziąseł.
Po kilku godzinach dzikie wrzaski z korytarza na dole odciągnęły igora od jego zajęcia. Szybko stoczył się ze schodów. Zobaczył swojego pana, który szczerzył zęby... a właściwie to ich brak.

*

Po naradzie wieśniacy byli bardzo podnieceni. Plan Rosjab wydawał się bezbłędny. Wystarczyło tylko wybrać jakąś piękną, młodą dziewczynę na ochotnika, żeby go zrealizować. Zgłosiła się, albo raczej została zgłoszona przez ojca, córka Wlada.
Plan polegał na tym, żeby pod nos Malwira podrzucić jakiś „apetyczny kąsek”. Jak wiadomo, wampiry w celu wyssania krwi gryzą w szyję. Znienawidzony przez wieśniaków mieszkaniec starego zamczyska miał dorwać się do córki Wlada, której kark był osłonięty kamieniami.
Claudiu i Tekwoj przebrali się za przerośnięte świstaki i pobiegli obserwować zamczysko Malwira. Zobaczyli, jak przez okno wylatywał nietoperz. Claudiu pobiegł do wsi po córkę Wlada. Drugi Rumun miał udawać głos świstaka i biec za wampirem.
Wieśniak z dziewczyną szybkim krokiem poszli z powrotem do miejsca, gdzie znaleziono Malwira.
-Miau!-słychać było zza krzaków-Miau! Miau!
Claudio poszedł do miejsca, skąd słychać było miauczenie. Stał tam przerośnięty świstak, albo jakiś frajer przebrany za przerośniętego świstaka.
-Ej, co ty robisz?!-spytał stwora
-To ja, Tekwoj-powiedziało bydle-Udaję przerośniętego świstaka.
-Ale świstaki nie robią „Miau! Miau”!
-W takim razie jak robią?
-„Hał, hał”.Takie dźwięki wydaje prawdziwy świstak.
-Ale ja jestem tylko przebranym.
-Aha, w takim razie rób jak ci się podoba. Gdzie jest wampir?
-Nie wiem. Przed chwilą leciał nad tamtym skrzyżowaniem, ale się ulotnił.
Nagle wokół mieszkańców wsi zadymiło się. Między nimi stał człowiek. No, przynajmniej przypominał człowieka. To był wampir.
-Ooo, przekąska!-westchnął zachwycony Malwir patrząc na córkę Wlada
Faceci przebrani za świstaki udali, że zwiewają. Schowali się za krzakami i obserwowali sytuację. Napastnik złapał dziewczynę, wyszczerzył do niej zęby i ugryzł zamaskowany kamień.
Potem wrzasnął, narobił dużo dymu a na koniec zniknął.

*

-Edwaldzie, ja nie mam zombków!
-Co się stało, mój panie? Cy ktoś ci zlobił ksywdę?-spytał zatroskany igor
-Moje zemby! Stlaciłem zemby! Zycie, to znacy śmielć, jest do nicego!
W szkole dla igorów żaden nauczyciel nie uczył Edwarda o tym, jak ma się zachować takich sytuacjach. Musiał myśleć nieszablonowo. Swego pana zamknął na klucz w trumnie i wyszedł z zamku. Ruszył w kierunku wzgórza, gdzie znajdował się sklep z artykułami dla wampirów.
-Ceść Edek!-przywitał go sprzedawca, emerytowany igor-Cego potzebujesz?
-Klwi w plosku.
-Cy twój wampil ma dziecko?
-Nie.
-Lozleniwił się i nie chce polować na ludzi?
-Nie.
-To po co ci klew w plosku?
-Mój pan stlacił zęby.
-O kulde, no to mas ploblem. Ile ci blakuje do emelytuly?
-Pięć lat temu zacąłem placę.
-Moze znas wampira, któly potsebuje igora?
-Nie.
-No to mas pseląbane. Twój pan niedługo zdechnie. Jakby co, to mam wolny pokój u góly Mógłbyś w nim zamieskać.
-Nie chcę, zeby on zdechł! Juz się do niego pzyzwycaiłem, a nawet polubiłem! Pseciez klew
w plosku go ulatuje, co nie?
-Ten plodukt zaspokoi jego zapotsebowanie na klew, ale wpadnie w taką deplesję, ze plendzej cy później sam sie zabije. Ale jest jeden psedmiot, któly moze mu psywrócić chęć do zycia.
-Co to takiego? -Specjalna ploteza zembów. Niestety nie mam ich w sklepie.
-Ech, w takim lazie na pewno umze.
-Jest dla niego pewna sansa. Takie plotezy mozna kupić za Siedmioma Gólami, Za Siedmioma Lasami w miejscu zwanym Bukalest.
Na twarz Edwarda wstąpił uśmiech. „Cyli być moze pzezyje!” mówił sobie w duchu.
-Dzięki Jozin!-powiedział igor i przytulił sprzedawcę
-Dobla, dobla, psestań, bo mnie udusis! Co powies na zupę w pięciu smakach?
-Łee, tylko nie zupa... znacy dzięki, chętnie coś zjem.
Każdy igor zna przynajmniej dziesięć przepisów na zupy. W końcu jak nie ma się zębów, to co innego można jeść?

*

Wieśniacy triumfowali. Malwir bez zębów nic nie mógł im zrobić. Największą satysfakcję czuła Rosjab, która wyjątkowo nienawidziła wampira. Mimo sukcesu nie chciała zostawić tak tej sprawy. Musiała coś jeszcze zrobić...

*

Edward wrócił do zamku z dwiema torbami krwi w proszku, buteleczką na mleko dla dzieci ozdobioną makabrycznym rysunkiem przedstawiającym wampirka pijącego krew przez słomkę wbitą w szyję uśmiechniętego faceta.
-Nie chcę juz zyć, znacy się być maltwym-westchnął Malwir
Każdy wampir, który straci zęby popada w stan maniakalno-depresyjny poprzedzający śmierć. W sumie to nie umierają. One po prostu znikają z tego i wszystkich innych światów.
Edward wymieszał krew w proszku z ciepłą wodą. Tym roztworem nakarmił swego pana.
-Fuj-jęknął Malwir-To jest niedoble. Daj mi ludzką klew!
-To jest klew-poinformował go Edward-Ale w plosku.
-Niedobla! Ja chcę moje zemby!
-Panie, jutlo wyjedziemy do Bukalestu, tam mozna dostać nowe zombki.
-Nie chcem. Wolę tu lezeć i zdechnąć.
-Plosę tak nie mówić!
-Bende tak mówił!
-Ech, zmusa mnie pan do tego.
Igor dał Malwirowi ostatnią łyżeczkę krwi w proszku i z pięści przywalił mu w łeb. Dla pewności zamknął wampira w trumnie. Z poczuciem pewności, że jego pan nie będzie mógł zdobyć drewnianych kołów, czosnku lub światła słonecznego, Edward zszedł do piwnicy. Wygrzebał starą karetę. Kiedyś tata Malwira lubił w niej jeździć na kolacje do dalszych wsi. Syn wolał jednak korzystać z ludzi mieszkających bliżej. Igor wyciągnął z niej wszystkie ostre elementy, mogące posłużyć za kołek, a następnie odkaził pojazd aerozolem o nazwie „Anti czosnek”. Potem załadował do środka zapas krwi w proszku z buteleczką. Następnie przeniósł tam trumnę, w której leżał Malwir.
-Łeeełełe!!!-wrzeszczał wampir-Aaaaaaa! Kakarara!
W zamczysku nie było żadnego konia, ani nawet osła. Kiedyś w piwnicy mieszkał pewien rumak, ale Malwir chciał spróbować końskiej krwi. Wierzchowiec został zagryziony na śmierć, ale wampirowi i tak nie smakowało. „Ta krew ma za bardzo metaliczny smak.” mówił „Najlepszą mają i zawsze będą mieć ludzie. Mniam!”.
Wbrew pozorom igory są bardzo silne. Edward nie miał konia, więc sam ciągnął karetę. Bez wahania ruszył w drogę.

*

W nocy jakaś postać podkradała się pod zamek Malwira. Swoimi ruchami i wyglądem sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć „Cześć! Nie chcę być zauważona i mam zamiar kogoś zabić”. Na jej plecach uważny obserwator mógł zobaczyć kuszę, a w rękach drewniany kołek i młotek.
Postać weszła na ganek. Zapaliła zapałkę i przeczytał treść kartki przyczepionej do drzwi. Warknęła coś pod nosem i pobiegła ścieżką w kierunku Siedmiu Gór i Siedmiu Lasów.
Na tajemniczej karteczce było napisane:


Szanowny gościu!
Nie ma mnie w domu. Pojechałem do Bukaresztu. Nie wiem, kiedy wrócę.


Buziaczki
Malwir

*

Edward z Malwirem byli coraz bliżej siedmiu gór i siedmiu lasów. Przez pierwsze pięć dni podróż przebiegała bez problemów, ale wampiry zawsze ktoś chce skasować.
Edek w pewnym momencie poczuł zmęczenie. Zostawił karetę na polance i poszedł usiąść. JNiestety igory nigdy nie mają lekko. Kiedy już znalazł odpowiednio duży i nie gniotący w tyłek kamień, wtedy usłyszał za plecami głośny huk. Obejrzał się poirytowany i zobaczył swojego pana, a właściwie to tylko jego tułów leżący pod drzewem. Na gałęzi wisiała jego głowa. Obok leżały szczątki karety i trumny. Jednak nie to przeraziło Edwarda. Malwira raziły promienie słoneczne.
-Juz idę, panie!-krzyknął
Igor ściągnął z gałęzi głowę wampira i razem z tułowiem schował ją w cieniu. Nagle obok jego ucha przeleciał bełt wystrzelony z kuszy. Skoczył za kamień. Ktoś zza górki biegł w jego kierunku.
Garby igorów nie są do końca prawdziwe. Przyczepia się je stałe i służą jako plecaki. Edward otworzył swój i wyciągnął z niego strzelbę. Strzelił z niej do zbliżającego się wroga. Spudłował, ale tamten uciekł i przestał być zagrożeniem.
-Panie, cy zyjes?-spytał
-Głupie pytanie, Edwaldzie-powiedział Malwir- Ja jestem maltwy od ponad stu lat! Niestety ta gałąź nie tlafiła mnie w selce. Wtedy miałbym spokój, bo by mnie juz nie bylo.
-Plosę nie mówić takich głupot! Za chwilę panu pzysyję głowę.
Edek wyciągnął z garba igłę i nici. Potem zaczął zszywać wampira. Był w tym słaby. Radził sobie z każdą igorową robotą, oprócz szycia. Po kilkunastu minutach złączył głowę z tułowiem, co prawda krzywo, ale ważne, że się trzymało.
Edward ze szczątków po karecie i trumnie zbudował zadaszenie, pod które zaniósł Malwira. Na wszelki wypadek przywiązał go do stojącego obok drzewa. „Hmm, jak ja telaz pseniosę mojego pana do Bukalestu? Nie mam kleju, więc nie naplwię kalety”. Wtedy do głowy przyszedł mu szatański pomysł.

*

Nikolae wybierał się na urlop do Bukaresztu. Jechał swoim wozem przez Transylwanię. Oprócz ataku jednego wampira, którego przegonił garścią ząbków czosnku, nie napotkał żadnych przeszkód. Jechał tak i jechał, nic się nie działo, aż nagle wozem coś bardzo mocno wstrząsnęło. Rumun wyszedł na zewnątrz żeby zobaczyć, co się stało.
-O mój Boże!-zawołał przerażony
Za pojazdem w kałuży krwi leżał niski, garbaty człowiek. Wypłynął mu mózg, a oczy wyleciały na ulicę. Nikolae podszedł do niego.
-Ten mózg wygląda identycznie jak galaretka agrestowa-zauważył
Nikolae nabrał podejrzeń. Odwrócił się i popatrzył na wóz. Pod nim leżało kilka dużych kamieni, które ktoś najwyraźniej tam przeniósł. Nie zdążył dojść do jakichkolwiek wniosków, bo ktoś przywalił mu w tył głowy. Nieprzytomny Rumun upadł na ziemię.

*

„To było banalne!” śmiał się w duchu Edward. Jechał na nowym wozie. Malwira przywiązał łańcuchami do słupka. „Tamten koleś był idiotą.” stwierdził igor „Nabrał się na starą sztuczkę
z podrzuceniem kamieni, wylaniem rozpuszczonej krwi w proszku i położeniu się na powstałej kałuży. A poza tym ten mój wyciekający mózg to była pleśniejąca galaretka agrestowa. Tylko kretyn dałby się na to nabrać!”.

*

Burcag był doświadczonym emerytowanym wampirem. Urodził i wychowywał się
w Transylwani, ale wyprowadził się do Bukaresztu.
Po pewnym czasie miał dosyć uganiania się za ludźmi, żeby wyssać im krew. Kilka razy prawie „umarł” w trakcie spożywania obiadów. Aby uczynić życie, a raczej jego brak łatwiejszym założył krwistą restaurację. Codziennie zatrudnieni przez niego łowcy przynosili mu świeżą krew, a on odpowiednio ją przyrządzał. Odżywianie się w jego lokalu było nie tylko bezpieczniejsze od polowania na ludzi, ale również oferowało lepszy smak pokarmu. Kiedy już zarobił na tym dużo forsy, postanowił kupić sobie zameczek w rodzinnej Transylwani. Chciał jakiś znaleźć, dlatego udał się w tamte okolice.

*

Po krótkim czasie Edward zużył całą krew w proszku. Bał się zostawić Malwira, ale musiał upolować jakiegoś zwierzaka, żeby zdobyć pożywienie dla wampira. Nie za bardzo lubił taki styl zdobywania krwi. Zdecydowanie wygodniejsza była ta w proszku, ale nie miał wyboru. Wyciągnął z garba giwerę i ruszył na poszukiwania, zostawiając wampira będącego w stanie maniakalno depresyjnym bez opieki.

*

Malwir siedział grzecznie w wozie powtarzając czasami pod nosem „Brak życia jest do niczego”. Nasuwały mu się filozoficzne pytania typu „Dlaczego ten sznurek jest żółty?” albo „Czy ja lubię poziomki?”.
Wóz był zamknięty. W pewnym momencie ktoś wywarzył drzwi. To była dosyć młoda kobieta. Na plecach nosiła kuszę.
-Ceść!-przywitał się wampir- Pewnie cię to nie obchodzi, ale jestem Malwil. Jak mas na imię?
-Rosjab-odpowiedziała kobieta
-Identycnie jak taka jedna wieśniacka, któla kilka lazy plóbowała mnie skasować.
-W takim razie ma ze mną trochę wspólnego.
-Nikt mnie nie lubi! Wsyscy, któlych spotykam chcą mi wbić kołek w selce! Nie wiem dlacego. Dobla, wysysam im klew, casami tlochę za duzo, ale to chyba nie jest powód do moldelstwa, co nie? Ale dzięki, ze psyslaś. Załatw mnie, bo nie chcę juz być maltwy.
-Ups, chyba po drodze zgubiłam kołek i młotek. No cóż, w taki razie załatwię cię w inny sposób.
Rosjab naciągnęła kuszę i położyła na niej bełt. Strzeliła. Trafiła prosto w serce Malwira, ale pocisk odbił się od niego.
-To nic nie da-powiedział wampir-Musis uzyć kołka.
Kobieta rozejrzała się po wnętrzach wozu. W rogu stała skrzynka z narzędziami. Otworzyła ją. Wyciągnęła metalowy młotek i długi, gruby gwóźdź. Wbiła go tam, gdzie trafił bełt. Kawałek metalu odbił się od klatki piersiowej.
-Kołek musi być zlobiony z dlewna.
Rosjab wyszła na zewnątrz. Szukała kawałka drewna. Wóz stał na łysym polu, więc musiała drałować do znajdującego się daleko lasu. Tam szukała odpowiedniej sztuki. Kiedy już znalazła, wtedy wyciągnęła nóż i zaczęła ostrzyć końcówkę. Narzędzie pękło; ostrzyła mieczem. Kilka
razy mało brakowało, aby odcięła sobie rękę, dłoń miała pokaleczoną, ale udało się jej zrobić kołek.
Wróciła z nim do wozu. „Aaah, wreszcie mogę się zemścić!” pomyślała. Próbowała przebić serce Malwira, ale naostrzony kawałek drewna odbijał się od klatki piersiowej.
-Młotek musi być dlewniany.
Rosjab była wściekła, ale nie straciła panowania nad sobą. Otworzyła skrzynkę z narzędziami i wyciągnęła z niego odpowiedni młotek. Po raz kolejny wbiła, a raczej nie wbiła kołka w serce wampira.
-Co do jasnej cholery jest nie tak?!-zapytała
-Tzonek jest metalowy.
-I co z tego?
-Musi być dlewniany.
Dziewczyna była bliska załamania, ale pobiegła szybko z powrotem do lasu. Było ciemno i potknęła się o korzeń nabijając sobie kilka guzów. W końcu znalazła odpowiednio długi, gruby i twardy kij. Wróciła z powrotem do wozu. „Wreszcie będzie martwy, znaczy nie będzie.” myślała. Przystawiła kołek do serca Malwira, przygotowała młotek i... odpadł z niego obuch. Rosjab przybiła go gwoźdźmi do trzonka. Wtedy z zewnątrz usłyszała gwizdanie. Uchyliła drzwi
i rozejrzała się. Zobaczyła wracającego Edwarda.
-Już nie chcesz być martwy, racja?-zapytała wampira
-Tak. Wpadłem w deplesję.
Zdesperowana kobieta wyciągnęła miecz i przecięła nim sznury krępujące Malwira.
-Masz. Skasuj się-powiedziała
Rosajb dała wampirowi kołek i młotek.
-Dzienki. Chciałbym ci się odwdzięcyć, ale nie będę mógł.

*

Burcagowi udało się wynaleźć rozwiązanie problemu wrażliwości wampirów na światło słoneczne. Do krwi dodawał szczyptę rozmarynu. Wystarczyło codziennie wypić
łyżkę tej mikstury, aby bez obaw przebywać na dworze w ciągu dnia. Dzięki temu patentowi podczas swojej wyprawy do Transylwani nie musiał targać ze sobą trumny. Mógł zaczepić się nogami o gałąź drzewa i spać w takiej pozycji.
Pewnego wieczora Burcag podszedł do niskiej jabłoni. Wleciał na nią, zawiesił się głową w dół i zasnął.
Wampira obudziły ludzkie rozmowy. Otworzył oczy.
-Ej, co jest?-spytał
Przed nim stał mały tłum ludzi.
-Odczepcie się! Ja tu tylko śpię-poinformował Burcag- Weź przestań się bawić tym czosnkiem, bo jeszcze zrobisz komuś krzywdę!
Do grupy dołączył starszy pan niosący drewniany kołek i młotek.
-O szlag! Tylko nie to!-jęknął wampir
Burcag doskonale wiedział, co może zrobić narwany staruszek z takimi narzędziami.
W podobnej sytuacji zginął jego prapradziadek2.
-Ja nie chcę nikomu zrobić krzywdy-zapewniał- Nie przymierzaj mi tego cholernego kołka! Asio!
Staruszek cofną się o kilka kroków.
-Buu!-nastraszył go wampir
Kilku ludzi zaczęło wymachiwać czosnkiem. Wampira rozbolała od tego głowa i spadł z gałęzi. Dziadziuś zbliżył się do niego. Przystawił mu kołek do serca i... ktoś strzelił. Obok upadł jeleń. Ludzie wrzeszcząc rozbiegli się we wszystkie strony. Mimo to Burcag wolał poszukać innego miejsca do spania.

*

Edward wszedł do wozu z martwym jeleniem na plecach.
-O kulde!-zawołał-Panie, nie lób tego!
Malwir siedział na skrzyni. Jedną ręką trzymał przy klatce piersiowej drewniany kołek,
a w drugiej młotek.
-Idź sobie-burknął na Edwarda- Tutaj się popełnia samobójstwo! Nie widzis?
Wampir uderzył młotkiem w kawałek drewna. Potem znowu, aż w końcu wbił go.
-Hmmm, cy nie powinienem telaz wzesceć i się lozpuscać?-mówił Malwir- Pzeciez wbiłem sobie kołek w selce. Niech to slag! Od tej deplesji plawa myli mi się z lewą!
Wampir przez pomyłkę zamiast serca przebił swoją wątrobę. Od takiej rany wampiry czuję tylko ogromną chęć zrzygania się, ale bez pracującego żołądka to jest raczej niemożliwe.
Niedoszły samobójca wyciągnął kołek i przystawił go sobie do serca, ale nie zdążył zrobić nic więcej, ponieważ igor ogłuszył go mocnym ciosem w łeb.

*


Burcag w trakcie ucieczki zgubił swoją krew turystyczną3. Nie zabrał ze sobą innego pokarmu. Chodził kilka dni głodny, do momentu, kiedy zobaczył pod drzewem nastoletnią dziewczynę. Mógł napić się wcześniej, kiedy spotkał pomarszczonego, garbatego staruszka, ale nigdy nie żywił się byle czym. Burcag był koneserem. Zawsze powtarzał, że „Krew starych ludzi jest prawie całkowicie pozbawiona smaku.”.
Wampir zakradł się od tyłu do siedzącej pod drzewem nastolatki. Złapał ją za ramiona.
-Dzień dobry, Burcag jestem-przywitał się
-A ja Raija-powiedziała dziewczyna-Czy aż tak bardzo ci się podobam?
-Eee, można tak powiedzieć.
-To może zaprosiłbyś mnie na kolację?
-W sumie to za chwilę będę konsumował obiad.
-Też może być. Czy mogę się do pana przyłączyć?
-Od początku mi o to chodziło! Tylko proszę nie krzyczeć.
Burcag obnażył kły. Wtedy dziewczyna obróciła się.
-Aaaa, ratunku wampir!-wrzeszczała
Raija próbowała uciec, ale wampir ją złapał.
-Proszę się nie bać, to potrwa tylko chwilkę-uspokajał ją-Potem zaśniesz, obudzisz się i nic ci się nie stanie.4
Burcag wbił zęby w szyję młodej kobiety. Chwilę possał, a kiedy nastolatka zemdlała, wtedy ruszył w dalszą drogę.

*

Edward coraz bardziej martwił się o bezpieczeństwo Malwira. Przed kontynuacją drogi uszył mu kaftan bezpieczeństwa. Włożył go na wampira i obwiązał grubym sznurkiem. Na haku wiszącym z sufitu zamkniętej części wozu zrobił supełek. Ponadto wzmocnił drzwi i zabił deskami okna.
Edward z Malwirem byli na terenie Siedmiu Lasów i Siedmiu Gór. Pewnego słonecznego dnia wóz przejechał po czymś wypukłym i miękkim. Igor zszedł, aby zobaczyć co to było.
Za pojazdem leżała młoda kobieta. Leciała jej krew.
-Psiaklew!-westchnął Edward- Ech, dlacego ci ludzie nie uwazają na dlodze? Zostawić tu tego tlupa? Wezmę go. Mój pan zajmie się tym kiedy wyssie całą klew z jelenia.
Igor rozejrzał się. Pod wozem zobaczył kilka sporych kamieni.
-O jasna chole...-nie skończył, bo jakiś tępy i ciężki przedmiot uderzył go w głowę.

*

Rosjab pozbyła się Edwarda i porwała wóz z Malwirem. „Przeklęty cień!” myślała „Przez te drzewa słońce nie może go załatwić. Z kołkiem wolę się nie męczyć. Muszę wyjechać z lasu!”. Przed desperatką była jeszcze długa droga, bo przejeżdżała dopiero przez pierwszy z siedmiu lasów.
Ktoś wskoczył na wóz. Podszedł z tyłu do miejsca woźnicy. Złapał Rosjab.
-Dzień dobry, mam na imię Burcag-przedstawił się intruz
-Puszczaj mnie!-krzyczała kobieta
-Proszę nie krzyczeć! To potrwa tylko chwilę.
Wampir wyssał z Rosjab trochę krwi. Potem zrzucił ją na drogę. „Była nawet smaczna” stwierdził.
Burcag zapomniał, że był na wozie konnym. Pojazd wjechał w drzewo, wierzchowce się pozabijały, a część „mieszkalna” poleciała w górę i utknęła między dwoma gałęziami.

*

Rosjab wstała cała poobijana. Wszystko ją bolało.
-Aua-jęknęła-Gdzie jest moja kusza? Och...
Broń leżała obok. Przy upadku rozleciała się na kilka kawałków. „Ech, słońce to był zły pomysł.”stwierdziła Rosjab i pokuśtykała za krzaki. Szukała kawałka drewna na kołek.

*

Edward wstał po dwóch godzinach. Kręciło mu się w głowie i miał nad uchem wielkiego guza. „Co to ja miałem...” pomyślał i znowu upadł. Po kilku długich chwilach podskoczył jak oparzony.
-O kulce, Malwil!-krzyknął i pobiegł wzdłuż drogi
Edward po niedługim czasie dotarł do miejsca, gdzie rozbił się porwany wóz. Szybko podbiegł do drzewa.
-Panie, zyjesz?!-zawołał
-Nie-odpowiedział mu głos z góry-Jestem maltwy od jakiś stu lat. A za chwilę w ogóle mnie nie będzie, bo się powiesę.
-Gdzie jesteś?
-Tutaj, w kolonie dzewa. O, juz zawiązałem snulek na syi.
-Pzestań, panie! To nic nie da.
-Mylis się! Wlescie będę mógł odpocąć. Tlwanie w stanie bycia maltwym bez zembów jest oklopne!
-Nieee!
-Taaak!
Obok Edwarda spadł tułów bez głowy.
-Kulde, coś jest nie tak!-powiedział zaniepokojony samobójca- Cemu ja jesce tu jestem?
Malwirowi po ostatnim wypadku odpadła głowa. Edward przyszył mu ją, ale nie był mistrzem igły. Podczas tej samobójczej próby wampirowi pękły szwy.
-Panie, tylko zywi ludzie mogą się zabić popzez powiesenie-rzekł igor-To na ciebie nie działa.
-Dlacego?-zapytał Malwir
-Bo tak juz jest.
Wampir się popłakał. Jego tułów próbował uciec, ale ciągle uderzał w drzewo.
-Echm, czy ktoś pomógłby mi?-zasugerował leżący obok Burcag
Sytuacja Burcaga wyglądała nieciekawie. Koło przejechało po jego brzuchu dzieląc go na dwie części. Ponadto przygniatał go martwy koń. Edward podniósł zwierzę i rzucił nim w krzaki. Następnie zszył wampira.
-Dziękuję! Teraz czuję się dużo lepiej-powiedział wampir-A co z kolegą?-wskazał na wrzeszczącą głowę Malwira
-Chyba będę musiał go ściągnąć na dół-odpowiedział igor
-Zszyjesz go?
-Nie. W dwóch cęściach jest mniej niebezpiecny dla siebie.
-Chyba nie do końca rozumiem.
-Mój pan popadł w deplesję. Chce się zabić. Kilka lazy plawie mu to wysło. Nie wiem nawet, jak udało mu się wyleźć z wozu na dzewo. Dobze go zabespiecyłem.
-Chces wiedzieć, jak mi to się udało?-zawołała głowa Malwira-Kaftan lozciął się o gwóźdź. Aaaaaaa! Uuuu! Aaaaa!
-Dlaczego on tak krzyczy?-zapytał Burcag
-Ostatnio lubi kzyceć bez powodu-odpowiedział Edward
-Jak popadł w depresję?
-Banda wlednych wieśniaków wybiła mu zęby. Dlatego jadę z nim do Bukalestu. Podobno mozna tam kupić plotezy.
-Mogę się zabrać z wami? Też wybieram się do Bukaresztu. Chciałem kupić tutaj jakiś ładny zameczek, ale stwierdziłem, że nie jestem dobrze zaopatrzony.
-Nie ma ploblemu.
Burcag wziął siekierę i poszedł do lasu pozbierać drewno potrzebne do odbudowania wozu.
Tymczasem Edward związał ciało Malwira i ustawił je pod drzewem. Głowę wampira ściągnął ze stryczka i włożył do drewnianej skrzynki. Miał pewność, że nie ucieknie. Potem wyciągnął z garba butelkę taniego wina i poszedł z nią w rosnące niedaleko krzaki.
Igor mylił się twierdząc, że jego pan jest bezpieczny. Rosjab nadal żyła i mimo wcześniejszych kłopotów, porażek oraz upokorzeń nie straciła chęci na zlikwidowanie Malwira. „Pożyczyła” od jakiegoś wieśniaka drewniany młotek. Potem znalazła gruby kij. Naostrzyła go mieczem, odcięła sobie jednego palca, ale i tak była zadowolona. Pobiegła wzdłuż drogi, aż zauważyła leżące pod drzewem ciało bez głowy. „Nareszcie!” powiedziała sobie w myślach. Wzięła do ręki kołek i młotek. Podeszła do wampira.
-Teraz się zemszczę, ty potworze!-syknęła-Zabiłeś mojego biednego Pysia!

*

Kiedy Rosjab była małą dziewczynką, miała pieska. Bardzo go kochała. Wszędzie z nim chodziła, szyła mu ubranka. Nazwała go Pysio.
Pewnej nocy małoletni Malwir i jego ojciec6 wybrali się do wioski na polowanie. Starszy wampir dorwał nastoletnią dziewczynę. Tymczasem jego syn złapał Pysia. Rozszarpał go i wypił parę kropel krwi, po czym powiedział: „Łee, nie dobre!”. Rosjab zobaczyła go przez okno. Krzycząc wybiegła z domu i rzuciła się na niego.
-Ooo, kolacyjka do mnie biegnie-powiedział Malwir
Wampirek podhaczył dziewczynkę i wyssał jej krew. Chwilę potem podszedł do niego ojciec.
-Widzę, że nieźle ci dzisiaj poszło-pochwalił swojego synka i wrócił z nim do zamku
Rosjab tydzień leżała w łóżku. Zaraz po tym, jak się pozbierała, poszła pochować Pysia. Przysięgła, że go pomści.

*

Rosjab przyłożyła drewniany kołek do serca Malwira, a właściwie nie do serca, tylko do wątroby. Wbiła go, ale wampir nie zareagował. „Ech, chyba czas, żebym nauczyła się rozróżniać prawą od lewej” westchnęła i wyciągnęła kawałek drewna. Za drugim razem udało się jej.
Z leżącej obok skrzynki dobiegały przeraźliwe krzyki. Tułów Malwira zniknął.
Edward usłyszał hałas. Butelkę po winie schował do garba, wyciągnął strzelbę i pobiegł
do drzewa. Zobaczył, jak Malwir rozpływa się. Słyszał jego krzyki. Wycelował w kobietę trzymającą drewniany młotek, ale ona go zauważyła i skoczyła za kamień. Nagle krzyknęła.
Burcag po powrocie zobaczył Rosjab i wbił zęby w jej szyję. W pewnym momencie czuł się już najedzony i próbował się cofnąć, ale ofiara mocno trzymała go za szyję, więc nie mógł tego zrobić. Po krótkim czasie kobieta upadła martwa na ziemię.
-O nie!-jęknął wampir-Zachowałem się jak ostatni cham! Ona nie żyje! To takie nieeleganckie!
Igor podbiegł do drewnianej skrzynki.
-Aaaa, łełełe!-wrzeszczał jej lokator- Uaaarggggh! Uuuaaa! Khriii!
Edward podniósł wieko. Zobaczył głowę wydzierającą się głowę Malwira.
-Co jest?-zapytał wampir
-Panie, jesteś cały?-zapytał igor
-Co się głupio pytasz, skoro widzisz, że nie? Dlaczego leżę tutaj pozbawiony tułowia?
-Twoje zemby!
-Co z nimi? Brudne? Podaj mi szczoteczkę i pastę, to je umyję.
-One odlosły!
-O czym ty do jasnej ciasnej gadasz?
-No bo wceśniej pańskie zemby się poklusyły.
-Naprawdę? Nie przypominam sobie. Gdzie jest reszta mojego ciała?
-Eeeem, nie ma.
-Co to znaczy „nie ma”? Gadaj! Jak do tego doszło?!
-No bo odpadła panu głowa, to ją pzysyłem. Potem plóbowałeś się powiesić i pękły swy, więc schowałem ją do skzynki. Pzed chwilą jakaś kobieta pzebiła pańskie selce i tułów się lozpłynął.
-W takim razie dlaczego nadal jestem tylko martwy?
Odpowiedź na to pytanie Malwira nie jest prosta. Rosjab przebiła jego serce, ale tymczasem głowa leżała obok odłączona od reszty ciała. Kobiecie udało się zniszczyć tylko tułów wampira, bo reszta jego organizmu żyła, czy raczej nie żyła osobno.
-Panie, skolo twojej zywej cęści nic się nie stało, to dlacego tak kzycałeś?-zapytał Edward
-Nie wolno sobie powrzeszczeć bez powodu? Nudziłem się-odpowiedział Malwir
Wampir został tylko martwy i jakimś cudem odzyskał zęby, ale stracił prawie całe ciało. Wiedział, że w Transylwani nie miał szans na przeżycie, więc sprzedał Burcagowi swój zamek
i przeprowadził się do Bukaresztu.

Data:

 Przełom 2008 i 2009 roku

Podpis:

 Michał Ziora

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=54133

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl