DRUKUJ

 

MM: "Czerwona Krew i Zimna Stal" (12)

Publikacja:

 09-07-26

Autor:

 tommy2007
Następnego dnia Snake i Amina wybrali się do gospody odwiedzić starego Fonda. Snake przedstawił jej swego przyjaciela i zamówił u niego dzban pitnego miodu, z którego słynęła tawerna. W gospodzie była też córka Fonda i jego dwoje wnucząt. Nicola podeszła do stolika Snake’a witając się z nim i jego towarzyszką.

- Może się przysiądziesz? – zaproponował Snake.
- Chętnie... – odrzekła Nicola odgarniając z czoła swe falujące jasne włosy.
- Pamiętasz jak opowiadałem ci o naszych przygodach na morzu? To właśnie jest Amina.
- Bardzo mi miło – Nicola wyciągnęła rękę do Aminy – Jak ci się podoba w naszym kraju? Latem jest tu naprawdę pięknie...
- Bardzo tu przyjemnie – odpowiedziała Amina – I tacy gościnni ludzie...

Do stolika podbiegł mały chłopczyk, synek Nicoli i Hallmarka.

- Wujek Snake! Czy tata przyjechał razem z tobą?

Nicola wzięła chłopca na kolana. Jej twarz posmutniała, ale odpowiedziała pogodnie:

- Tatuś jeszcze musiał zostać... Powiedz dziadkowi żeby przyszedł dziś do nas na kolację, no leć... – wysłała go w kierunku pykającego fajkę starszego mężczyzny za barem. Snake spojrzał na szczupłą blondynkę o zielonych oczach.

- Nicola, strasznie mi przykro... Wiesz o tym...

Dziewczyna otarła ukradkiem łzę z kącika oka.

- Ja tobie również współczuję... Nie wiem tylko jak powiem dzieciom...

Dziewczynka będąca wierną kopią mamy wycierała właśnie talerze pomagając dziadkowi w jego obowiązkach. Rudowłosy chłopczyk zaś zainteresował się krążącą wokół świecznika ćmą która nie wiedzieć czemu obudziła się w środku zimy. Amina milczała gdyż po raz pierwszy nie wiedziała co ma powiedzieć.

Od rozmowy w gospodzie minął równo tydzień. W tym czasie w kierunku lasów Zavadii zdążyła wyruszyć uzbrojona drużyna czternastu zbrojnych rycerzy. Jednym z nich była młoda kobieta jadąca na białym wierzchowcu obok swego towarzysza, z którym wspólnie dowodzili wyprawą. Jeźdźcy pokonali już pierwsze pasmo górskie i znajdywali się właśnie na bagnistej równinie zwanej Doliną Mgieł. Pokryta szronem trawa chrzęściła pod końskimi kopytami a mijane drzewa srebrzyły się w blado świecącym zimowym słońcu. Podróżnikom powoli kończyły się zapasy żywności. Wyjeżdżając z zamku zabrali ze sobą worek pełen mięsa i chrupiącego pieczywa, a nawet trochę owoców, jednak postanowili oddać większą część swego prowiantu głodującym emigrantom z przygranicznych wsi, których rozbite namioty minęli pod murami leżącego na szlaku miasteczka. Dolina Mgieł wydawała się jednak być wymarła i w ciągu dwóch dni nie napotkali żadnej zwierzyny która mogłaby posłużyć za posiłek. Kiedy znaleźli się na górskiej łące, tej samej na której kilka miesięcy temu stacjonował król Ferdinald, Snake i Amina postanowili wyruszyć do leżących poniżej lasów i upolować jakąś sarnę czy jelenia. Pozostali członkowie wyprawy mieli teraz czas na rozbicie obozu i odpoczynek. Podczas gdy para myśliwych ruszyła zboczem góry ku ośnieżonej puszczy, ubrani w ciepłe futra rozbójnicy zaczęli budować szałas ze ściętych młodych sosen. Miejsce to było dobrze osłonięte od wiatru, a jednocześnie widać było stąd zamek czarnoksiężnika i otaczające go lesiste pagórki, pod którymi powstawał tunel kopany przez ludzi Ferdinalda. Król i jego armia znajdowali się prawdopodobnie gdzieś w lesie, a obóz ich był niewidoczny ani z zamku, ani z gór. Snake planował następnego dnia wyruszyć konno do jednego z wejść do kopalni i wypytać pracujących w niej ludzi gdzie może zastać króla. Tymczasem jednak wędrował z Aminą po zimowym lesie tropami niewielkiego stada saren, które odcisnęły na śniegu delikatne ślady swych racic. Amina postanowiła okrążyć stado i nagnać je w kierunku Snake’a, dlatego też podążyła na skróty aby przeciąć zwierzętom drogę. Snake posuwał się wolno leśną ścieżką i obserwował tropy, kiedy nagle usłyszał gdzieś z boku trzask łamanych gałęzi.
Wkrótce potem zauważył przedzierające się przez krzaki masywne cielsko. W pierwszej chwili pomyślał że to niedźwiedź. Trzymając w pogotowiu miecz schował się za gruby konar wiekowego dębu. Zdziwienie jego przeszło w niepewność, gdy zorientował się że dziwny zwierz zachowuje się bardziej jak tygrys niż typowy brunatny król lasów. Kiedy masywne stworzenie wytoczyło się na ścieżkę powiało grozą. Przed Snake’m stał dziwny stwór przypominający w połowie wilka, a w połowie tygrysa. Ogromne muskuły prężyły się pod płową sierścią, a zakończone ostrymi pazurami łapska były grubości uda dorosłego mężczyzny. Bestia podniosła się stając na tylnych łapach. Poruszanie się w tej pozycji nie sprawiało jej żadnego problemu. Szerokie nozdrza rozchylały się rytmicznie węsząc zdobycz, a pomarańczowe ślepia zdradzały żądzę krwi. Potwór łatwo zlokalizował kryjącego się za drzewem człowieka. Snake nie miał chwili do stracenia. Wyskoczył niespodziewanie w kierunku stwora mierząc ostrzem miecza w jego szeroką pierś. Bestia była jednak wyjątkowo zwinna jak na swoje rozmiary i uniknęła ciosu. Snake uchylając się przed śmiercionośnymi pazurami uderzył po raz kolejny. Tym razem zaledwie niegroźnie drasnął zwierzę. Stwór ponownie wzniósł się na tylnie łapy, przygniatając przednimi Snake’a do drzewa. Człowiek i potwór zwarli się w zaciętym pojedynku który dla jednej ze stron musiał zakończyć się śmiercią. Bestia krwawiła z kilku niegroźnych ran na boku i grzbiecie, Snake natomiast czuł potwór omal nie zmiażdżył mu wszystkich kości. Na twarzy i rękach miał zadrapania po ostrych jak brzytwa pazurach. Najeżona równie ostrymi zębami paszcza kilkakrotnie już zbliżała się do jego ciała, na szczęście jak dotąd nie-skutecznie. Robiąc unik przed kolejnym atakiem ciężkiej łapy, Snake uderzył mieczem we włochaty łeb odcinając potworowi fragment ucha. Stwór zary-czał wściekle i z całej siły wbił pazury w bok Snake’a, który brocząc krwią z rany upadł na ziemię. W tej samej chwili na pole walki wbiegła Amina. Zaskoczona bestia zwróciła na nią swoją uwagę. Dziewczyna zasłoniła sobą rannego towarzysza i wyciągnęła w kierunku potwora lśniące ostrze miecza. Stwor zaryczał groźnie i uniósł łapę aby zmiażdżyć istotę która ośmieliła się stanąć na jego drodze, jednak nie zdążyła już zrobić ani jednego kroku. Z gęstwiny drzew poszybowała bowiem w jej kierunku strzała wbijając się do połowy w jedno z pomarańczowych ślepi. Strzał był na tyle skuteczny że potwór padł martwy młócąc przez chwilę w powietrzu wielkimi łapskami. Amina dopadła leżącego Snake’a, a gdy spostrzegła że żyje rozejrzała się w poszukiwaniu tajemniczego łucznika który ocalił im życie. Las jednak był tak samo chichy i spokojny jak przedtem. Snake stracił dużo krwi. Amina przewiązała go fragmentem swojej peleryny, jednak materiał szybko nasiąkał czerwoną barwą. Spróbowała podnieść towarzysza lecz nie dała rady. Jeszcze raz spojrzała w kierunku lasu. Gdyby znalazła się jakaś pomoc!

- Jest tu ktoś? – zawołała – Sama nie dam rady, potrzebuję pomocy!

Odpowiedziało jej jedynie echo. Po chwili wyczekiwania znów szarpnęła nieprzytomnego Snake’a lecz zdołała unieść go tylko trochę nad ziemią. Zrezygnowana opadła na śnieg i spojrzała błagalnym wzrokiem w gęstwinę.

- Kimkolwiek jesteś, proszę pomóż mi!

I wtedy zza drzew wyszła niezwykła postać. Była to ubrana w cienkie zielone spodnie i takąż bluzkę młoda dziewczyna o nieziemskiej urodzie. Jej złociste włosy opadały prosto na zgrabne plecy, a błękitne oczy patrzyły z zaciekawieniem i lękiem na Aminę. W dłoniach trzymała duży łuk.

- Dziękuję ci za pomoc z tym stworem... Proszę, pomóż mi go zanieść... – rzekła Amina wskazując na leżącego na śniegu Snake’a.

Dziewczyna milcząc zbliżyła się do nieprzytomnego mężczyzny. Pochyliła się nad nim pośpiesznie oceniając stan jego zdrowia. Amina dopiero wtedy zauważyła dziwny, nienaturalny kształt jej wąskich uszu które kończyły się na górze ostrymi czubkami. Skóra dziewczyny była blada, a jej ruchy pełne gracji i niewysłowionej elegancji. Jeśli nieznajoma nie była człowiekiem, można byłoby rzec że było to stworzenie doskonałe. Amina pomyślała o opowieściach mówiących o leśnych nimfach zamieszkujących odlegle krainy. Być może miała przed sobą jedną z nich. Dziewczyna spojrzała ostrożnie na twarz Aminy. Ona też zdawała się nigdy nie widzieć człowieka. Po chwili wahania nieznajoma odezwała się miękkim, nieco śpiewnym głosem.

- Chodź ze mną, wiem jak mu pomóc...
- Jestem ci bardzo wdzięczna... Ale chyba go tu nie zostawimy?

Dziewczyna pomyślała przez moment i rozglądając się po okolicy podniosła dwie w miarę proste gałęzie. Po chwili dorzuciła do nich jeszcze kilka mniejszych.

- Zrobimy nosze...

Po krótkim czasie spod jej zręcznych palców wyszła prowizoryczna platforma na której można było przenieść rannego. Zamiast sznurków dziewczyna użyła swego paska, pasa Aminy i fragmentów jej peleryny, która w tym momencie dokończyła swego żywota jako część odzieży. Obie dziewczyny ułożyły ostrożnie leżącego bezwładnie Snake’a na noszach.

- Nawet nie zapomniałam cię o imię... Ja jestem Amina, a to Snake...
- Schilla – uśmiechnęła się nieznajoma – Chodźmy do mojego dziadka, meszka niedaleko. To najmądrzejszy z elfów, na pewno wyleczy twojego przyjaciela.
- Elfów? – zdumiała się Amina – Chcesz powiedzieć że...
- Jestem elfem – uśmiechnęła się Schilla – Nie mów że nie zauważyłaś!
- Nigdy nie widziałam elfa... Bardzo mi miło, Schilla... Znacie nasz język?
- To długa histora... Może kiedyś ją usłyszysz... Teraz chodźmy...

Chwyciły z obu stron za uplecione przez Schillę nosze i skierowały się w stronę lasu. Po kilkunastu minutach drogi znalazły się na polanie. Zaczęło się już ściemniać, gdy zbliżyły się do zawieszonego na drzewie drewnianego domku, w którego oknach migotały światełka umieszczonych w lampionach świec.

- Poczekaj tu – powiedziała Schilla – Muszę uprzedzić dziadka. On też jeszcze nigdy nie widział człowieka...

Dziewczyna-elf wspięła się na drabinkę. Po chwili uniosła drewnianą klapę i zniknęła we wnętrzu domu. Minęło nieco czasu nim ukazała się ponownie prowadząc ze sobą starego elfa o długiej siwej brodzie i łagodnym spojrzeniu.

- Ervengald, mój dziadek... – przedstawiła starca Aminie

Amina wyciągnęła ku niemu dłoń, elf jednak cofnął się zaskoczony i tylko lekko się skłonił. Amina wiedząc że ludzkie zwyczaje mogą być mu nieznane odwzajemniła ukłon i przywitała się z gospodarzem.
Elf przyjrzał się uważnie rannemu. Sprawdził jego puls i ciepło ciała.

- Zrobię co w mojej mocy, ale nie można oczekiwać cudów. Nie znam się zbyt dobrze na ludzkiej fizjologii – oznajmił elf podnosząc się z ziemi.

- Mistrzu Ervengaldzie, Schillo, jestem wam ogromnie wdzięczna. Nie wiem co bym sama zrobiła!
- Wszystko co żyje jest dzieckiem natury – rzekł Ervengald pociągając za zwisający z podłogi domu sznur.

Okazało się że oprócz drabinki elfy miały również windę, którą zapewne wwoziły do domu potrzebne rzeczy. Wszyscy troje ułożyli Snake’a na szerokiej desce, która po nawinięciu liny na kołowrotek powędrowała do góry stając się na powrót częścią podłogi. Następnie elfy zaprosiły dziewczynę do środka. Amina znalazła się w przytulnie urządzonej izbie z plecionymi z wikliny krzesłami, stolikiem i wysłanym wzorzystym materiałem miękkim siennikiem. Były tam również łóżka i proste kuchenne szafki, oraz palenisko. Na parapetach stały doniczki z roślinami, a podłogę pokrywał zdobiony w wyszywane kwiaty dywan.

- Schilla, zaparz naszemu gościowi herbaty a ja zajmę się rannym – powiedział Ervengald do wnuczki, która krzątała się w części kuchennej.
- Usiądź Amina – dziewczyna wskazała jej krzesło – Wszystko będzie dobrze!

Jedynie Snake nie zdawał sobie sprawy z tego gdzie i w jak niezwykłym towarzystwie się znajduje. Amina zastanawiała się czy jej towarzysz choć trochę ma świadomość tego, że ona jest przy nim i tak bardzo martwi się jego losem.

CIĄG DALSZY NASTĄPI...

Data:

 2007

Podpis:

 Tommy2007

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=55491

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl