DRUKUJ

 

CUDOTWÓRCA

Publikacja:

 10-03-15

Autor:

 Małga
Siedziałam sobie w ciasnej i brzydkiej klatce. Ogonem muskałam o kraty. Siedzący po drugiej stronie pokoju hycel stroił do mnie głupie miny. Był z siebie taki dumny, że udało mu się mnie złapać... Wielkie mi co! Uważał się za takiego mądrego, a nawet nie potrafił odpowiedzieć na moje riposty (w ogóle nie rozumiał kociego języka!). W pewien sposób nawet mnie trochę bawił, jednak chyba bardziej denerwował.
- I co głupi kocurze..? - pytał śmiejąc się do siebie. - Wydawało ci się, że możesz się bezkarnie włóczyć... Nie! Nie w mojej dzielnicy.
Prychnęłam tylko cicho i odwróciłam się w inną stronę. Nie będę dyskutować z przygłupami.
- Ten kot jest jakiś dziwny... - mruknął hycel przyglądając mi się podejrzliwe. W tej chwili ktoś go jednak gdzieś zawołał więc, odszedł.
Rozejrzałam się uważnie dookoła. Towarzystwo nie było zbyt przyjazne. Kot w sąsiedniej klatce właśnie wymiotował sierścią. Aż mnie ciarki przeszły po grzbiecie. Że też musiałam przebywać w takim towarzystwie. Moja klatka była ciasna. Wyłożona sianem, którego, ku mojej wielkiej rozpaczy, nikt nie wymieniał od ładnych paru tygodni. Już chyba tylko pomyje zamiast posiłku mogły dopełnić wizerunku tego miejsca. Na szczęście nie zamierzałam zostawać do obiadu...
Oczywiście to nie była moja pierwsza wizyta w schronisku. W czasie swojego kilkusetletniego życia zaliczyłam ich już kilka. Procedura była zawsze taka sama. Musiałam siedzieć, i czekać, aż przyjdzie Pani.
Byłam jednak zła, że to musiało zdarzyć się akurat dzisiaj. Dzisiaj Pani miała ważny dzień i zależało jej na tym, żebym przy niej była. Ja nie lubiłam jej zawodzić.
- A! Tutaj jesteś, Midril...
To była Ona. Natychmiast poznałam jej ciepły głos. Spojrzałam na nią. Stała obok tego znielubionego już przeze mnie hycla.
Pani wyglądała tak- Miała na oko koło czterdziestu lat, rudawe włosy... Była lekko puszysta, ale w taki elegancki sposób.. To znaczy, wyglądała bardzo dobrze, a schudnięcie choćby o kilogram tylko odebrałoby jej uroku. Miała jasnoniebieskie oczy i wiecznie roześmianą twarz. Wyglądała niezwykle sympatycznie. Przynajmniej dla mnie... Dla mnie zawsze była najmilszą i najwspanialszą istotą na świecie. Była moją Panią. Zrobiłabym dla niej wszystko.
Spojrzałam na nią przepraszająco, kiedy hycel otworzył klatkę, żeby mnie wyjąć.
- Ach, nie przejmuj się tym. To się zdarza... - zapewniła mnie moja Pani. A potem spojrzała ukradkiem na siedzącego w kącie hycla. Cały czas patrzył na nas z pode łba, jakbyśmy były jakimiś intruzami na jego prywatnym terenie... Za kogo on się uważał?
- Czy on był dla ciebie niemiły? - spytała mnie Pani z chytrym uśmieszkiem. Potwierdziłam zdecydowanym kiwnięciem. - To co? Zrobimy mu jakiegoś psikusa?
Wywróciłam oczami i wzruszyłam łopatkami. Skoro Pani chciała...
- Dziękuje za pomoc, przy odnalezieniu kota. Pan to dopiero musi kochać zwierzęta - powiedziała Pani do hycla. On nadal ją ignorował. Tylko jej coś odburknął w odpowiedzi. Byłyśmy już przy drzwiach. Pani na odchodnym uniosła rękę do góry i pstryknęła palcami.
Nagle blokady we wszystkich klatkach otworzyły się... Zrobiło się bardzo głośno. Odgłosy menażerii mieszały się z krzykami zdezorientowanego hycla.
Przy tym akompaniamencie wyszłyśmy już na ulicę. Ja jak zwykle siedziałam na ramieniu Pani. Ona była jak zawsze w dobrym humorze, więc dzień był słoneczny.
- Powtarzam ci Midril, nie przejmuj się tym, że dałaś się złapać... - powiedziała do mnie. - W końcu to nie twoja wina. A ja przecież i tak nie zaczęłabym ceremonii bez Ciebie. To w końcu nasza wspólna tradycja!
Wkrótce dotarłyśmy do domu i tradycji stało się za dość... Muszę tu wyjaśnić na czym ta tradycja w ogóle polegała... Otóż, moja Pani, podobnie jak ja, jest nieśmiertelna. Żyje już od wielu, wielu stuleci. Bardzo lubi jednak towarzystwo ludzi. Dlatego zazwyczaj zatrudnia się w jakiejś firmie gdzie ma z nimi duży kontakt... Zaliczyła już chyba wszystkie możliwe rodzaje prac... A w tej chwili pracowała w kancelarii adwokackiej jako sekretarka. Oczywiście mogła przybierać dowolny wygląd. Problem polegał na tym, że kiedy zatrudniała się w nowym miejscu musiała przybrać nowy wygląd i nową osobowość... No i musiała uważać, żeby co jakiś czas trochę się postarzać, bo inaczej jej współpracownicy zaczynali coś podejrzewać. I to właśnie była nasza „wielka tradycja”. Otóż, Pani bardzo ceniła starczy wygląd. Uważała, że każda zmarszczka, czy siwy włos dodają uroku i szlachetności. Z tego powodu bardzo cieszyła się, kiedy mogła się trochę postarzeć. Uczyniłyśmy sobie z tego wydarzenia coroczną uroczystość. To właśnie na niej Pani z wielkim impetem dodawała sobie zmarszczkę.
Wieczorem było już po wszystkim. Leżałam wygodnie na kanapie i patrzyłam jak Pani z wielką radością, przygląda się sobie w lustrze... Oczywiście bardzo cieszyłam się jej szczęściem, ale szczerze powiedziawszy nigdy nie mogłam zrozumieć, wokół czego ona robi tyle szumu... Chodzi mi o to, że np. gdybym ja była człowiekiem, to chyba miałabym odwrotne kanony piękna. Tzn. chciałabym wyglądać jak najbardziej młodo... W końcu to w młodości drzemała cała siła śmiertelników... No, ale cóż. Być może Pani, jako nad istota nie patrzyła na to w ten sposób.
- A właśnie, Midril.... - powiedziała Pani nadal nie mogąc oderwać się od swojego odbicia. - Jak tam ci idzie pilnowanie tego młodego lekarza?
Wzruszyłam ramionami. A jak miało mi iść? Tak jak zwykle.
- Pamiętaj on jest szczególnie ważny, i to z wielu względów.
Młody lekarz, miał na imię Cedryk...
Moja Pani daje mi czasem takie misje do wypełnienia. Zwykle muszę za kimś chodzić i go pilnować. Albo pilnuję jakiegoś miejsca, lub przekazuję tajemnicze wiadomości... Tego typu sprawy.
Przy czym kiedy dostawałam taką misję, nigdy do końca nie wiedziałam jaki jest jej cel. Na początku jeszcze zadawałam Pani jakieś pytania, ale zawsze tylko uśmiechała się tajemniczo i odpowiadała: „zobaczysz”. Z czasem więc mi się znudziło. Z resztą bezgranicznie ufam Pani i wiem, że ona wie co robi.
Cedryka śledzę już od dwóch miesięcy. Z racji, że pracuje w szpitalu było to trochę trudne zwłaszcza na początku. Z czasem jednak zarówno on, jak i personel szpitala przyzwyczaili się już do mojej obecności.
Zdążyłam go już nawet polubić... To miły facet... Czasem nawet pozwala mi u siebie przenocować, chociaż oczywiście nie robię tego zbyt często, żeby nie obrazić Pani.
Cedryk chyba był trochę samotny... Nikt go nigdy nie odwiedzał. Być może to właśnie dzięki temu tak szybko się ze mną zaprzyjaźnił. Czasami wieczorem kładłam się przy nim na kanapie, a on zwierzał mi się z różnych rzeczy i opowiadał o swoim życiu. Te historie nie były nudne. Nie takie jak opowiadania staruszków o ich nieudanym życiu. Z resztą Cedrykowi daleko było przecież do bycia staruszkiem. Nie skończył nawet trzydziestu lat.
Podziwiałam jego dar opowiadania i niezwykłą skromność. Wiele w życiu przeżył i pokonał wiele przeciwności, ale opowiadał o tym jakby było to coś zwykłego. Coś co może osiągnąć byle kto. Innym objawem jego skromności była jego niechęć do przydomku, którym nazywano go w środowisku lekarzy. Był on wśród nich znany z tego, że żaden jego pacjent nigdy nie umarł. Nigdy. Nawet jeśli wszyscy spisali go już na straty. Nawet dziewięćdziesięcioletni staruszkowie pod jego opieką wracali kolejno, do zdrowia, a potem do domu gdzie przeżywali jeszcze parę spokojnych lat.
On sam bronił się przed tym. Mówił, że po prostu ma trochę szczęścia, a poza tym to w ogóle rzadko dostaje naprawdę ciężkie przypadki. Według niego ci ludzie których niby to uzdrowił tylko wyglądali na mocno chorych. W rzeczywistości byli tylko trochę zmęczeni życiem. Wystarczyło ich podłączyć do kroplówki i przepisać parę leków. Nawet dziecko by to potrafiło!
Ja wiele w swoim długim życiu widziałam i nic mnie już nie dziwiło. Zresztą przyznam, że na medycynie nie znam się zbyt dobrze. Zwłaszcza tej nowoczesnej. Niemniej jednak zawsze uważałam, że przydomek „Cudotwórca”, należał się Cendykowi przynajmniej w jakimś małym stopniu.

Pewnego wieczora leżałam u Cedryka na kanapie. On głaskał mnie po karku. W ręku trzymał kieliszek z winem. Bardzo rzadko pił alkohol zazwyczaj wtedy, gdy martwił się o jakiegoś pacjenta. Tego dnia nie byłam z nim w pracy i nie wiedziałam do końca o co chodzi.
Postanowiłam jednak wspierać go swoją obecnością. Jak zechce to sam mi się zwierzy.
- Wiesz kotku... - zaczął smutnym tonem. - Życie ludzkie jest takie piękne..
Tu spauzował... Wyglądało jakby zakrztusił się tym ostatnim słowem. „Piękno”... A mnie to trochę zaskoczyło. Skoro jest piękne, to dlaczego jest smutny? Dlaczego jego oczy były pełne łez? On jakby wyczuł moje niezrozumienie i zaczął tłumaczyć dalej.
- Ludzie zastanawiają się dlaczego jest tyle zła. Dlaczego cierpimy. A to jest jak szukanie dziury w całym. W życiu jest tylko szczęście. Szczęście i brak szczęścia. Wszystko i nic. Po co przejmować się tym drugim? Po co przejmować się niczym? To głupie.. Pacjenci wiele od nas-lekarzy oczekują. Niektórzy widzą w nas bogów. Panów życia i śmierci. Ale my jesteśmy tylko obserwatorami, tak jak oni. Pełnymi pokory obserwatorami...
Uniosłam na niego swoje wielkie zielone oczy. O czym on mówił? Śmierć zawsze była dla mnie zagadką. Zarówno ja, jak i jedyna osoba, z którą kiedykolwiek byłam związane jesteśmy nieśmiertelne. Tak do końca nie rozumiałam czym jest śmierć. Nie wiedziałam czym ona jest dla ludzi..
- Wiesz... Byłem kiedyś zakochany. Krótko. Ale byłem. Wcześniej żyłem tylko ambicjami. Chciałem pomagać ludziom. Ratować życie, ale sam naprawdę nie zdawałem sobie sprawy z jego ceny. Aż poznałem ją. Miała na imię Amber. Ja wtedy właśnie zaczynałem staż... Ona odwiedzała kogoś w szpitalu... Ten ktoś od wielu miesięcy był w śpiączce....
Widziałam to. Widziałam dziewczynę o długich jasnych włosach. Siedziała przy łóżku. W pokoju panował półmrok. Blade, wpadające przez okno światło ulicznych latarni otaczało ją lekką poświatą. Była piękna jak księżyc. I tak samo samotna.
Obok niej na łóżku leżała jakaś postać.... Ale jej nie było... Nie czuło się jej. Materac zajmowała tylko ludzka powłoka, z której dawno uciekło prawdziwe życie.
Dziewczyna nie trzymała go za rękę... Patrzyła na niego, ale.. Nie tak jak się patrzy na ukochaną osobę pogrążoną we śnie. Patrzyła tak jak się patrzy na zimny kawałek marmuru. Taki, pod którym zostawia się kwiaty.
Amber wszystkie pożegnania miała już za sobą. Wiedziała, że jej ukochany nie wybudzi się już ze śpiączki. Do szpitala przychodziła tylko w jednym celu. Aby zostawić białą różę obok łóżka.
Dziewczyna odwróciła się powoli. Chyba czuła na sobie czyjś wzrok. Cedryk nawet się nie poruszył. W tym momencie było coś magicznego. Nie wstydził się tego że podziwia tą magię. Dziewczyna to rozumiała. Odwróciła się z powrotem w stronę zimnego marmuru…

Tego wieczoru wracałam do domu w pełnym zamyśleniu. Świecący na niebie księżyc przypominał mi, tą niewyraźną utkwioną w mroku twarz dziewczyny. Właściwie, nie miałam w związku z tym żadnych głębszych przemyśleń. Po prostu nie mogłam pozbyć się tego obrazu z pamięci.
Dotarłam do domu. Jednym susem wskoczyłam na parapet, gdzie jak zwykle czekało na mnie uchylone okno. Z niego bezpośrednio dotarłam na kanapę.
Pani jeszcze nie spała. Jak co wieczór wypisywała jakieś dokumenty. To była część jej obowiązków służbowych. Nie spojrzałam w jej stronę, ale tuląc głowę do snu czułam jej spojrzenie. Wiedziałam, że obserwuje nie tylko moje ruchy. Śledziła wzrokiem to samo co ja. To samo ponure wnętrze pokoju szpitalnego…
Następnego dnia odwiedziłam Cedryka w szpitalu. Siedziałam na łóżku jednego z jego pacjentów. Było tam bardzo jasno.
Cedryk podszedł do mnie z uśmiechem na ustach. Od razu widać było, że wczorajszy ponury nastrój już dawno go opuścił.
- Witaj zielonooka. Jak Ci minął dzień? – Cedryk podrapał mnie czule po karku. Uwielbiałam to. – Za chwilę kończę pracę. Wracasz ze mną do domu?
Przytaknęłam, a on uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś wspaniałym kotem! – powiedział. – Czasami mam wrażenie że rozumiesz więcej z tego co się wokół ciebie dzieje niż cała reszta personelu tego szpitala.
W tym momencie spojrzałam na niego przenikliwie. Mogłabym w tym momencie odpowiedzieć „nawzajem, Cedryku”. Już dawno zauważyłam bowiem, że Cedyk ni mniej ni więcej, ale chwyta nieco język koci. A taka umiejętność zdarza się rzadko u zwykłych śmiertelników. Zwłaszcza u dorosłych. Cedryk natomiast rozumiał całkiem sporo. Na przykład w tamtym momencie doskonale zrozumiał o co chciałam go zapytać.
- Jeśli chcesz.. – zaczął swoją odpowiedź i na raz nieco spoważniał. - To dokończymy dzisiaj naszą wczorajszą rozmowę. Wczoraj niestety zmorzył mnie sen. Poza tym przeszłość to trunek, którego naprawdę nie powinno się pić w zbyt dużych dawkach...
Skinęłam głową. Za jakąś godzinę znów byliśmy w jego domu. On znów odkorkował to stare, stare jak świat wino. To z plakietką „przeminęło”. I zaczął sączyć. Znów był oszczędny i ostrożny. Łykał powoli.
Ja leżałam i słuchałam. Dzisiejszego wieczora już nie obrazy, a dźwięki przewijały się przez pokój. I jeszcze zapach. Zapach świeżo rozkopanej ziemi i jesiennych przygniłych nieco liści.
Cedryk i Abmer byli na pogrzebie. W tle słychać było dźwięk wbijanych w ziemię łopat.
- Chodzisz na pogrzeby wszystkich swoich pacjentów? – spytała Amber. Wcale nie była bardzo smutna. Raczej obojętna.
- Nie... Mnie interesują raczej żyjący... – odpowiedział jej Cedryk. - To znaczy tacy którym można jeszcze pomóc.
- Rozumiem.. Widzę jak na mnie patrzysz. W szpitalu.
Zapadła chwila ciszy.
- Nie czuj się skrępowany... Ja... Już dawno pożegnałam swojego chłopaka.
- Wiem. Zauważyłem.
- Mam absolutną pewność, że on chciałby żebym szła dalej i nie zatrzymywała się.
W jej głosie faktycznie brzmiała pewność. I ogromna siła. Midril to podziwiała. Cedryk najwyraźniej też.
- Po wypadku mojego chłopaka... Kiedy leżał na łóżku i wiedział, że prawdopodobnie zaraz umrze... Patrzyliśmy oboje na siebie z takim żalem. On powiedział… Po długiej chwili milczenia powiedział do mnie, że z dwojga złego woli swoją sytuacje niż moją... Bo wie że kocham go tak samo jak on... Powiedział, że boi się śmierci, ale jeszcze bardziej bałby się możliwości, że mógłby żyć dalej beze mnie. Dlatego cieszy się, że to on leży tu i umiera, a nie ja. W tym momencie naprawdę się uśmiechnął, a mi spłynęła łza po policzku. Dostrzegł ją i znów nagle posmutniał. Wtedy powiedział... „Z drugiej jednak strony, ponieważ jak już sam zauważyłem moja sytuacja jest lepsza, a wynika z troski o ciebie... Boże, nie chcę żebyś cierpiała. Wszystko zniosę tylko nie to. Dlatego najchętniej zamieniłbym się z tobą gdybym mógł... Ale Amber... Nie mogę. Nie mogę w ten sposób ulżyć ci w cierpieniu.”
Chciałam wtedy krzyczeć. W egoistyczny i infantylny sposób błagać go żeby faktycznie się ze mną zamienił. Żebym uwolnił mnie od bólu i żebym to ja umarła. Ale wiedziałam że nie mogę.. Raz że to nie możliwe, a dwa... Że ja też nie chciałam, aby on cierpiał. Zrozumiałam, że w ten dziwny pogmatwany sposób to ja jestem na lepszej pozycji. A ponieważ widziałam jak na mnie patrzył.. Z tym współczuciem. Wiedziałam również, że najlepsza rzecz jaką mogę teraz dla niego zrobić to uwolnić się od bólu. Nie cierpieć po jego stracie i jak najszybciej wrócić do życia.
Tamtego wieczoru dostał zapaści i wpadł w śpiączkę. Już nigdy więcej nie miałam okazji aby z nim rozmawiać. Ponieważ od początku było jasne, że z tej śpiączki się nie wybudzi postanowiłam również nie karmić się nadziejami. Otrząsnęłam się z tego niezwykle szybko. Zrzuciłam z siebie ból i myśli o nim tak jak gady zrzucają starą i martwą skórę. On powoli przestawał we mnie istnieć. Zostawiłam sobie tylko najpiękniejsze wspomnienia przeżytych wspólnie chwil. Teraz będę żyć i będę szczęśliwa. Dla niego. Dla niego też się zakocham. Kto wie... Może nawet w tobie? Bo wiesz... Podobasz mi się. Naprawdę. Kiedy na mnie patrzysz czuję się... Hm... Czuję się niezwykle bezpieczna w blasku twoich oczu. Może nie dzisiaj, ani nie jutro, ale kiedyś... Kiedyś moglibyśmy się wybrać na kawę.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na Cedryka. Był trochę smutny, ale w jego oczach nie było łez.
- Chciałem pójść z nią na kawę, naprawdę – powiedział w zamyśleniu. – Niczego bardziej nie pragnąłem... Właściwie, to ja już od dawna byłem w niej szaleńczo zakochany. Trochę cierpiałem z tego powodu, bo wiedziałem, że dużo czasu minie zanim ona otrząśnie się z tego wszystkiego i zanim znów będzie w stanie kochać. A tam... Na tym cmentarzu, naprawdę uwierzyłem, że jest już gotowa...
- A nie była? – kołatało mi się w głowie pytanie. Spojrzałam na niego natarczywie. No dalej! Skończ opowiadać! Jak to się zakończyło?
Wiedziałam że Cedryk mnie rozumie, ale milczał. Był w nim jakiś dziwny chłód. W górę wziął w nim po prostu czysty rozsądek i uczciwa kalkulacja.
- Wystarczy na dzisiaj – powiedział stanowczo, a potem spojrzał na mnie nieco bardziej trzeźwo. Widać było że skończył już podróż w czasie. – Zostaniesz na noc?
Pokiwałam przecząco głową. Miałam jakąś wyjątkową ochotę się przejść.
Wieczór był chłody. Księżyc świecił jeszcze bardziej natarczywie niż wczoraj. W którymś momencie wędrówki stanęłam i odwróciłam się w jego stronę. Przyglądałam się mu uważnie. Stałam tak bardzo długo.
Nie wiem ile czasu minęło zanim bijące się we mnie myśli zdążyły uformować się w jedną cenną konkluzję. A właściwie, to nie była konkluzja tylko pragnienie. Bardzo silne pragnienie. To z nim wróciłam do domu. Zeskoczyłam z parapetu. Tym razem nie na kanapę ale na miękki dywan. Potem uczyniłam jeszcze parę kroków by stanąć naprzeciwko fotela, na którym czekała na mnie moja Pani. Moja zawsze i wszystko wiedząca Pani.
- Dobry wieczór Midril – powiedziała do mnie z lekkim uśmiechem. – Czekałam na ciebie.
Nastąpiła chwila ciszy, w czasie której Pani spojrzała się z namysłem w przestrzeń.
- To nie jest dla mnie łatwa decyzja – powiedziała z westchnieniem, a potem znów przeniosła na mnie swój wzrok. – Ale spełnię twoje życzenie. Przez wieki byłaś moją najwierniejszą asystentką i przyjaciółką. Zasłużyłaś na to...
Tutaj zmarszczyła nieco czoło.
- Ale będzie trochę dziwnie nie sądzisz? Choć na pewno też i zabawnie... Hm... Słuchaj... Jutro, gdy wstaniesz czar się dopełni... Tylko że ja nie będę mieć rano czasu... Zobaczymy się pewnie dopiero w sobotę… Pamiętasz chyba- wyjeżdżam służbowo… Ale na pewno poradzisz sobie sama… Baw się dobrze. I uważaj na siebie... Teraz idę spać, jestem bardzo zmęczona. Z resztą ty chyba też, co? Dobranoc, Midril.
Przytaknęłam z wdzięcznością i odpowiedziałam „dobranoc”. Potem pełna przyjemnej acz lekko dręczącej tremy położyłam się spać.

Obudziłam się rano niezwykle zmęczona. Moje ciało bolało z przemęczenia, jakbym przebiegła wiele, wiele kilometrów. Ale to był dziwny ból... Dziwny bo taki nie mój... Bo to te mięśnie. Mięśnie nie były moje! Otworzyłam oczy. Widziałam przed sobą tylko sufit..
- Pani spełniła prośbę... – szepnęłam cicho i na raz ogarnęło mnie pewne zdziwienie. Moje myśli zamieniły się w słowa! Takie prawdziwe... Takie dźwięczne, takie... Ludzkie.
Miałam struny głosowe! Do tej pory byłam przyzwyczajona, że wszystko co myślę czy też czuję, a to co wypowiadam to jedno... U ludzi jest inaczej. Oni to rozdzielają.
Usiadłam powoli na łóżku. Byłam taka podniecona... Z jednej strony nie mogłam się doczekać, kiedy się dokładnie obejrzę a z drugiej nieco się tego bałam. Spojrzałam w dół. Miałam ręce! Piękne ręce. A na każdej po pięć długich palców. Obracałam je to w jedną to w drugą stronę śmiejąc się do siebie cicho, jakby czynność ta była najbardziej niezwykłą rzeczą na świecie... Nadszedł czas na dalsze zwiedzanie. Spojrzałam jaszcze niżej. Reszta mojego Ciała była zawinięta w narzutę od kanapy. Widocznie okryłam się nią nieświadomie przez sen. Szybko ją odrzuciłam. Chciałam jak najprędzej dotrzeć do lustra. Skoczyłam na podłogę, ale... Nagle sobie to uświadomiłam.
No tak. Teraz byłam człowiekiem. Musiałam się zachowywać stosownie. Według wszelkiej znanej mi wiedzy oraz kilkuset letnich obserwacji ludzie nie chodzili na czterech nogach. No chyba że dzieci, ale ja nie byłam przecież dzieckiem.
Wstałam. Trochę chwiejnym krokiem zaczęłam iść w stronę lustra. Byłam z siebie bardzo dumna, że to idzie mi tak łatwo. Dotarłam do czystej jak łza tafli i tam... Po prostu oniemiałam z zachwytu. Moje nowe ciało było takie śliczne...
Pani najwyraźniej odeszła od własnych konwencji kiedy je tworzyła. Nie byłam bowiem stara. Ani trochę. Wręcz przeciwnie. Wyglądałam na mniej więcej dwadzieścia lat. Miałam jasnobrązowe włosy. Delikatne rysy twarzy... A oczy... Oczywiście zielone. Duże i zielone. Właściwie te oczy były jedyną rzeczą które przypominały mój dawny wygląd. Na twarzy miałam jeszcze trochę piegów. A uśmiech...
Ach, jak ta nieznajoma dziewczyna z lustra cudownie się uśmiechała! Od ucha do ucha. Uśmiechała się do granic możliwości odsłaniając przy tym większość swoich perłowo białych zębów.
Jeśli chodzi o resztę ciała... Dziewczyna miała jasną karnację, gdzie niegdzie przyozdobioną piegami. Była drobna i szczupła. Nie wyglądała jakoś przesadnie kobieco, ale nie była również pozbawiona tego rodzaju wdzięków...
Wyglądałam po prostu idealnie!
Przed tym lustrem stałam jak zahipnotyzowana ładnych parę minut. Potem odwróciłam się w stronę stołu... Byłam teraz taka wysoka! To było niezwykłe... Zresztą wszystko wydawało mi się wtedy niezwykłe. Świat wokół mnie zupełnie się zmienił.
Na stole leżał różowy, gruby portfel Pani, a pod nim jakaś kartka. Podniosłam portfel i przyciskając go do piersi przyjrzałam się kartce.

Midril, Jak się czujesz w nowej skórze? Mam nadzieję, że podoba Ci się Twoje nowe ciało? Zostawiam Ci portfel. Korzystaj z niego ile chcesz. W mojej szafie znajdziesz ubrania. Wybierz coś sobie...
Życzę Ci miłej zabawy.
Twoja Pani

Wzdrygnęłam się z lekkim niedowierzeniem. Portfel – tak. Z pieniędzy mogłam korzystać. W końcu pieniądze to i tak taki przyziemny, ludzki wynalazek. Ale ubrania? Wszystkie rzeczy należące do Pani były dla mnie świętością. O nie, nie... Nie mogłabym z nich korzystać. Traktować jak swoje własne. To byłoby jak bluźnierstwo.
Kilka minut później znalazłam się w sklepie odzieżowym.
Ekspedientki patrzyły na mnie trochę dziwnie, kiedy wybierałam co ładniejsze ubrania. Cały czas byłam w dobrym humorze i nuciłam wesołe piosenki. Byłam zawinięta we wzorzystą czarnobiałą narzutę. Jedną ręką tuliłam do siebie różowy portfel. Drugą przebierałam wieszaki z ubraniami.
W końcu podeszłam do lady kładąc na niej cały stos ubrań. Uśmiechnęłam się szeroko do sprzedawczyni.
- Ludzkie życie jest takie piękne, nie sądzi pani? – spytałam z entuzjazmem.
- Owszem, czasami... Ee... Czy coś się pani stało?
- Nie... Dlaczego? A! Byłabym zapomniała. Jeszcze buty!
Podbiegłam do półki z butami. Cały czas pod bacznym okiem ekspedientek. Przymierzyłam stojące tam fioletowe pantofelki. Pasowały jak ulał. Wróciłam z nimi do lady.
- Potrzebuje pani pomocy? – spytała sprzedawczyni. Dosyć mozolnym ruchem wybijała już te wszystkie rzeczy, które jej przyniosłam.
- Tak. Chciałabym żeby sprzedała mi pani ubrania. Świetnie pani idzie! Jest pani po prostu niesamowita!
- Ech... Dziękuję... Może jednak... Powinien zobaczyć panią lekarz..?
- Lekarz? A tak... Muszę dziś spotkać się z pewnym lekarzem – powiedziałam pełnym odpowiedzialności głosem. To że stałam się człowiekiem nie znaczyło przecież, że od teraz już zawsze będę wyłącznie korzystać z ludzkich uciech. Nadal miałam ważną misję do spełnienia. Wciąż musiałam pilnować Cedryka.
- Mój mąż może panią zawieść – zaproponowała ekspedientka.
- Jej! Naprawdę? To miłe z pani strony... Tylko odniosę zakupy do domu i...
- Może pani zostawić je tutaj... Wróci pani po nie później. Teraz niech się tylko pani ubierze... Tam, w przebieralni.
Skinęłam głową i posłusznie ruszyłam do przymierzalni. Chwilę później sprzedawczyni wraz ze swoim mężem odwieźli mnie do szpitala. Potem nawet odprowadzili mnie na odział. Tutaj cały czas rozglądałam się za Cedrykiem.
- W czym mogę pomóc? – spytała nas pielęgniarka.
- No tak... My.. – zaczęła ekspedientka. Rzucając mi niepewne spojrzenie. Ja nie wracałam na nich uwagi. Wciąż szukałam wzrokiem Cedryka. – Przywieźliśmy tą dziewczynę bo... Zachowywała się bardzo dziwnie... Powiedziała że była tu umówiona z jakimś lekarzem...
- Za jakim lekarzem..?
- Nie wiem... – powiedziała ekspedientka, a potem ściszyła nieco głos. – podejrzewam że psychiatrą....
- O nie! – zaprotestowałam natychmiast i odwróciłam się w ich stronę. – Cedryk nie jest psychiatrą, jest renomowanym lekarzem i genialnym diagnostą.
- Cedryk? To imię lekarza którego pani szuka? – spytała mnie pielęgniarka.
- Tak. Cedryk. Cedryk „Cudotwórca” – dodałam, żeby pielęgniarka miała pewność o kogo chodzi. Wiedziałam że tu wszyscy go tak nazywają. Ona skinęła mi głową.
- Już po niego idę... – powiedziała.
- Na pewno jest teraz w swoim gabinecie. O tej porze zawsze wypisuje recepty... – krzyknęłam za nią.
Chwilę później pielęgniarka wróciła razem z Cedrykiem.
- O co chodzi? – spytał Cedryk państwa sprzedawców. Jego głos był jak zawsze miły i pełen ciepła.
- To może lepiej niech żona wyjaśni..
Sprzedawczyni przytaknęła i znów ściszyła głos.
- Bo widzi pan.. Ta dziewczyna przyszła dziś do naszego sklepu... Prawie że naga... Znaczy... Była owinięta w jakąś narzutę i... Zachowywała się tak.. Dziwnie... To znaczy... Jakby wie pan... Uciekła ze szpitala dla obłąkanych... Pomyśleliśmy że lepiej tak jej nie zostawiać i gdzieś ją odwieść... A ona powiedziała, że była tu dziś z panem umówiona więc... Wie pan...
- Tak... Rozumiem – powiedział niepewnie Cedryk, a potem odwrócił się w moją stronę. Przyglądał mi się przez długi czas. Ja uśmiechałam się do niego znacząco. Wiedziałam, że moje nowe ciało na pewno bardzo go zdziwi.
- Czy my się znamy? – spytał niepewnie Cedryk.
- O tak! – zapewniłam natychmiast. – Tylko że kiedy spotkaliśmy się ostatnio wyglądałam nieco... Inaczej.
- Tak... Jak masz na imię?
- Midril – powiedziałam podchodząc do niego bliżej. Potem przyłożyłam ręce do ust zasłaniając je, tak żeby tylko Cedryk widział ruch moich warg. A potem niemal bezdźwięcznie dodałam – „Zielonooka”.
Cedryk przyglądał mi się chwilę w niemałym zdumieniu. Stał tak dosyć długo. Potem westchnął głęboko i odwrócił się do państwa sprzedawców i pielęgniarki.
- Nie byłem umówiony z tą dziewczyną, ale spokojnie... Możecie odejść ja już się nią zajmę.
Tamci skinęli mu głowami i odeszli. Zostaliśmy sami na korytarzu. Ja cały czas przyglądałam się Cedrykowi z uśmiechem.
- No i? – spytałam natarczywie.
- Co „no i”? – spytał Cedryk.
- Jak ci się podoba moje nowe ciało?
W tym momencie odsunęłam się dwa kroki w tył i zrobiłam obrót, tak, żeby mógł mi się dokładnie przyjrzeć. Wpatrzyłam się w niego z niecierpliwością. On nadal miał minę jakby nie rozumiał o co chodzi.
- Ładne... – powiedział niepewnie. – A... Co się zmieniło?
- Nie udawaj! – powiedziałam już nieco urażona. Ale potem zmieniłam nieco ton. Coś do mnie dotarło. – Ojej! Ty naprawdę mnie nie poznajesz!
- A powinienem? Wyglądasz tak... Czuję, że się znamy, naprawdę... Ale zupełnie nie mogę sobie przypomnieć skąd. Kiedy się ostatnio widzieliśmy?
- Wczoraj!
- Wczoraj?
- Tak. Byłam u ciebie, pamiętasz? Opowiadałeś mi o Amber.
W tym momencie Cedryk rozchylił nieco usta.
- Faktycznie... Siedziałem wczoraj w domu i opowiadałem komuś o mojej dawnej dziewczynie, ale.. To na pewno nie byłaś ty.
- To byłam ja, głuptasie – powiedziałam śmiejąc się. – Właściwie, to ta twoja historia zainspirowała mnie do tego... Była taka wzruszająca. Wiesz.... Po raz pierwszy poczułam taki... Dziwny smutek i zaczęłam myśleć o tym jakie ludzkie życie jest cenne i ulotne. Zapragnęłam tego. Zapragnęłam bycia człowiekiem. A moja Pani. Moja dobra i wszechmocna Pani spełniła moją marzenie.
Cedryk milczał. Przyglądał mi się z bardzo mieszanymi uczuciami.
- A więc.. – powiedział w końcu otrząsając się lekko. – A więc jesteś... Kotem.
- BYŁAM kotem – zaznaczyłam.
- Rozumiem. A jak... Jak to możliwe, że tak po prostu zamieniłaś się w człowieka?
- Moja Pani mnie zamieniła. Ona może wszystko.
- Twoja pani?
- Tak. No wiesz.... Dlatego tak rzadko u Ciebie nocowałam, mimo że zachęcałeś. Nie chciałam odrzucać twojej gościnności, ale z drugiej strony bardzo nie chciałam też urazić Pani. Dlatego wracałam do niej co wieczór.
- Rozumiem... Gdzie jest teraz twoja Pani?
- W pracy.
- W pracy... Ktoś tak wszechmocny musi pracować?
- Nie musi, ale lubi – powiedziałam z uśmiechem. – Tobie też by się pewnie znudziło jakbyś całymi dniami tylko siedział w domu i zmieniał losy wszechświata.
- No tak... To oczywiste... E... Czy „Pani” będzie mogła tu po ciebie przyjechać?
- Po co? Trafię sama do domu.
- No tak... Dobrze...
- To znaczy! Trafiłabym ale...
- Co?
- Spodziewałam się, że pójdziemy do ciebie. I dokończysz mi opowiadać o Amber.
- To nie najlepszy pomysł.
- Proszę! Muszę wiedzieć jak to się skończyło.
Cedryk wahał się przez chwilę.
- Naprawdę to ty...? Ty byłaś kotem?
- Tak.
- A dlaczego... Dlaczego za mną chodzisz?
- Pani mi kazała.
- Jak to? Po co?
- Nie wiem... Z jakiegoś powodu muszę cię pilnować. Najprawdopodobniej wkrótce odegrasz jakąś ważną rolę we wszechświecie, a... Może Pani wyczuła, że jesteś w jakimś niebezpieczeństwie i coś może ci w tym przeszkodzić. Dlatego mnie przysłała. Mam ci pomóc.
- Rozumiem.... Jaką mógłbym „odegrać rolę”?
- Jesteś genialnym lekarzem. „Cudotwórcą”. Codziennie ratujesz ludziom życia. Myślę, że to może mieć z tym jakiś związek...
- Nie jestem żadnym „cudotwórcą”. To co robię to... To po prostu moja życiowa rola. Robota którą codziennie odwalam. Każdy człowiek ma w życiu coś do spełnienia. Wiesz... Taką życiową misję. To sens naszego życia...
- Aha... – przytaknęłam z zaciekawieniem. – To ciekawe co mówisz. W takim razie sensem mojego życia i moją misją, w tej chwili, jesteś ty.
- No proszę... Czyli... Będziesz cały czas za mną chodzić.
- Tak. Muszę. To mój obowiązek....
- W porządku...
- Opowiesz mi dzisiaj o Amber?
- No wiesz, nie wiem czy... Późno dzisiaj kończę...
- Jak w każdy piątek. Wracasz do domu zmęczony i dzwonisz do rodziców. Już dawno chciałam ci zasugerować że w zasadzie mógłbyś dzwonić w co drugi piątek.. Jakoś rozmowy wam się nie kleją i w ogóle...
- Tak... Też o tym myślałem. E... To może. Poczekasz tutaj, a jak skończę pracę pójdziemy do kawiarni na rogu i tam chwilę posiedzimy. Wiesz myślę, że teraz jako młodej i ładnej dziewczynie nie wypada ci mnie odwiedzać w domu o tak późnej porze.
- Hm... Masz rację! Nie pomyślałam o tym... Dopiero się uczę jak być człowiekiem.
- Rozumiem. Zaczekasz w poczekalni?
Przytaknęłam i ruszyłam w stronę krzeseł. Cedryk popatrzył na mnie chwilę, a potem odszedł korytarzem by wrócić do pracy.
Wieczorem siedzieliśmy przy kawie.
- Jakie to dziwne pić kawę w ten sposób... – powiedziałam biorąc łyk. – Tak nie bezpośrednio z filiżanki tylko przechylając ją odrobinę... Zabawne! W ogóle bycie człowiekiem wymaga opanowania wielu ciekawych zasad. To jest bardzo fajne...
- Cieszę się że ci się podoba – powiedział Cedryk. – To co jeszcze chciałaś wiedzieć o Amber?
- Nie wiem... A co ty chciałeś mi powiedzieć? Chciałam wiedzieć jak to wszystko się skończyło. Byłeś z nią czy nie? Teraz nie jesteś, więc jak to się skończyło?
- Ech... Powiedziałem ci wczoraj, że wtedy... Myślałem że jest już gotowa na nowy związek...
- I co? Nie była?
- Była.... To znaczy... To trochę skomplikowane. Lepiej opowiem ci wszystko po kolei tak jak to wyglądało z mojego punktu widzenia.
- Dobrze.
- No więc, niedługo po pogrzebie zacząłem się z nią spotykać. Związek posuwał się dość szybko choć... Ja cały czas miałem wrażenie, że ona znajduje się w jakimś dystansie wobec mnie. Mimo że wyglądała na szczęśliwą.. Nie martwiłem się tym za bardzo. Wiedziałem, że musi minąć trochę czasu zanim będzie mogła w pełni mi zaufać i całkowicie zaangażować się w ten związek. Zadowalałem się tym jak było, chociaż.. Później myślałem o tym okresie czasu, że.. .Miałem klapki na oczach. Że nie widziałem pewnych rzeczy, które powinienem był dostrzegać. Ona... Jeszcze gdzieś na samym początku, powiedziała mi, że jest wdzięczna że przy niej jestem, mimo że wiem o jej palącej ranie.. Mówiła że wielu mężczyzn bałoby się na moim miejscu. Bałoby się, że nie uda jej się zapomnieć o byłym chłopaku, że ja zawsze będę dla niej tylko w zastępstwie i będę taką... Deską ratunkową chroniącą przed samotnością... Nikt nie lubi być deską... Wtedy nie za bardzo wiedziałem o czym mówi ja byłem przekonany, że prędzej czy później ona mnie pokocha. W końcu to się stało, a przynajmniej tak mi się wydawało. Byliśmy naprawdę szczęśliwi.... Aż pewnego razu... Przyszedł taki czas, kiedy coś się zmieniło. Ona nie patrzyła już na mnie z taką wesołością. Jeśli w ogóle patrzyła to z czymś jakby... Współczuciem jakby było coś co ma mi do powiedzenia, coś co może mnie zranić. Codziennie wracała do domu... Może nie tyle smutna, ale... W jakiś dziwny sposób zamyślona. Czułem że oddalamy się od siebie. Próbowałem z nią rozmawiać, ale to nie było łatwe. Ona wciąż wyglądała jakby chciała mi coś powiedzieć, ale nie potrafiła. Aż któregoś wieczoru postanowiłem spytać sam. Pamiętałem te słowa, które ona powiedziała na początku... Przypomniałem jej o nich a ona... Wtedy nagle się otworzyła. Powiedziała, że nie może mnie dłużej zwodzić i oszukiwać. Że zawsze wiedziała, że jej pierwsza miłość jest jej ostatnią miłością i więcej nie będzie... Ze mną zaczęła się spotykać... Trochę z lęku przed samotnością, trochę dlatego że miała nadzieję że jednak się we mnie zakocha ale trochę.. I głównie dlatego... Że tak jej było wygodnie. Tylko że teraz już przestało ją to bawić. Wspomnienia o byłym chłopaku są zbyt silne, a ona nie chce się już z nikim wiązać. Przestałem jej już być potrzebny. Mówiła to właśnie w takich słowach. Była przy tym taka oziębła.... Uwierzyłem natychmiast, że faktycznie nigdy nic do mnie nie czuła. Najpierw było mi trochę smutno. Potem kiedy już się wyprowadziła czułem tylko złość. Ona mnie wypełniła wypychając cierpienie. Potem przestałem czuć cokolwiek. Pomyślałem, że tak naprawdę Amber nigdy nie była warta mojej miłości. Tak naprawdę to ona była słaba i dwulicowa. Była pasożytem, który karmił się moim ciepłem sam nie dając niczego w zamian... Oczywiście wcześniej tego nie widziałem. Pomyślałem, że kochałem tylko jej wyidealizowany obraz. Ją- silną i troskliwą. Zdolną zrobić wszystko dla osoby którą kocha. Ona taka nie była... Nie była więc też warta ani moich uczuć, ani tego żebym po niej rozpaczał. Tak to sobie wtedy kalkulowałem....
- To jednak smutne... – powiedziałam z prawdziwym żalem.
- Tak, ale... Ona mnie jednak czegoś nauczyła... Tego, że trzeba żyć dalej mimo poniesionych strat. Żyć i wypełniać swoją misję. Moją misją była medycyna. Jej się poświęciłem.
- Ach... Szkoda, że Amber nie potrafiła już kochać... Współczuję jej. To trochę tak jakby ona była martwa w środku…
Cedryk nic mi nie odpowiedział tylko patrzył daleko w przestrzeń. Myślami był gdzie indziej. Zaczęłam się obawiać czy nie przedawkował tych wspomnień.
- Wszystko w porządku? – spytałam troskliwie.
- Tak, tak... – powiedział po chwili milczenia. Nie zabrzmiał przekonująco. – Zamierzasz zostać już człowiekiem?
- Nie wiem... Chciałabym, ale... Hm... Będąc człowiekiem moje magiczne moce słabną... Trochę jeszcze umiem czytać w myślach, ale obawiam się, że z moją śmiertelnością jest gorzej... To znaczy w tym ciele pewnie zestarzałabym się i umarła, jak każdy normalny człowiek.
- Boisz się tego?
- Nie... Wręcz przeciwnie... Bardzo chciałabym zaznać ludzkiego życia.
- Więc o co chodzi?
- O moją Panią – powiedziałam poważniejąc. – Czuję że moje miejsce jest przy niej. A ona jest nieśmiertelna i wszechwieczna. Jeśli ja od niej odejdę, to na zawsze zostanie samotna. Nie mogę tego zrobić ze względu na nią.
- Ta twoja Pani musi być bardzo ciekawą osobą...
- Owszem...
- Późno już. Chyba się pożegnam. Spotkamy się jutro?
- Oczywiście. Tak jak zwykle.
Cedryk zawahał się przez chwilę.
- Wiesz co? Odprowadzę, cię do domu... Nie powinnaś się sama szwędać po ulicach w środku nocy.
- No proszę! Jaki ty się nagle zrobiłeś troskliwy. Jak byłam kotem nic cię to nie obchodziło.
Cedryk wpadł chyba w lekkie zakłopotanie.
- Przepraszam ja... Wtedy było inaczej... Byłaś kotem.
- I co? Wtedy moje życie było mniej cenne.
Cedryk zastanowił się przez chwilę.
- Tak – odpowiedział. – To znaczy... Gdybyś była zwykłym kotem... Nie takim... Myślącym. Z resztą nie udawaj, że się nie zgadzasz. Ty też uważasz że życie ludzkie jest cenniejsze. Inaczej nie zamieniłabyś się...
Wzruszyłam ramionami trochę obrażona. W głębi duszy wiedziałam że ma trochę racji. Chwile potem Cedryk odprowadził mnie do domu. Tam paliło się światło.
- To do jutra Cedryk... – powiedziałam wesoło i weszłam na świeżo skoszony trawnik. Cedryk popatrzył na mnie trochę dziwnie...
- Midril...
- Tak?
- Nie chcę się wymądrzać, ale my ludzie zazwyczaj używamy drzwi...
Spojrzałam za siebie na drzwi do klatki schodowej i na okno, przez które zawsze wchodzę. Zaśmiałam się głośno. Oczywiście wiedziałam co ma na myśli.
- Rzeczywiście, masz rację – powiedziałam. – Dziękuje za zwrócenie uwagi.
Cedryk obserwował mnie jeszcze przez chwilę zanim na dobre zniknęłam za drzwiami. Ja w tym czasie znalazłam się w dużym salonie.
Niezwykle szybko zleciał nam następny tydzień. Każdego dnia przesiadywaliśmy wiele godzin w szpitalu. Popołudniami Cedryk zabierał mnie w różne ciekawe „ludzkie” miejsca, zgodnie ze złożoną deklaracją pokazując mi najciekawsze aspekty życia. Nie robiliśmy nic wymyślnego. Wręcz przeciwnie spędzaliśmy czas tak jak spędzają setki innych ludzi. Chodziliśmy do kina, do teatru. Ciekawie jest oglądać film siedząc na fotelu, a nie na niewygodnych schodach, jak to dotychczas robiłam. W dodatku kiedy jest się w ludzkiej postaci ludzie zupełnie inaczej patrzą. Wcześniej traktowali mnie jak rzecz. Teraz widzieli we mnie kogoś równego sobie. Mówili mi „dzień dobry”, uśmiechali się… Gdy ktoś mnie przypadkiem potrącił mówił „przepraszam”. To było całkiem przyjemne. Chwilami czułam się prawie tak, jakbym wróciła do czasów starożytnego Egiptu, gdzie koty były czczone jak największe bóstwa.
Rzecz jasna cały czas nie zapominałam o swoich zobowiązaniach. Wciąż pamiętałam, że wypełniam misję. Zaczynałam też już tęsknić za Panią..
W końcu nadeszła upragniona sobota- dzień w którym Pani miała wrócić z podróży służbowej. Tego dnia Cedryk odprowadził mnie pod dom. Ja byłam cała rozpromieniona.
- Chciałabym, żebyś ją poznałam – powiedziałam do Cedryka. – Tylko że… Nie mogę cię tam tak po prostu wprowadzić, chyba rozumiesz..? Może zaczekasz tu chwilę, a ja spytam Panią czy możesz wejść?
Cedryk przytaknął ze zrozumieniem. Nie okazywał tego, ale wiedziałam, że jest on bardzo ciekawy tego spotkania.
Weszłam do salonu. W całym mieszkaniu było ciemno. To mnie trochę zdziwiło. Czyżby Pani poszła już spać? Nie… Pani na pewno by na mnie zaczekała…
- Pani! Moja Pani, gdzie jesteś...- krzyknęłam. Dźwięk mojego głosu osłabł w ostatnim zdaniu. Rozlał się w całkowitą pustkę otaczających mnie pomieszczeń. Już tylko dla formalności przebiegłam całe mieszkanie. To na nic. Pani znikła! Nie było jej… Ogarnęła mnie straszna panika. Zmroziła mnie od stóp do głowy nie pozwalając wykonać najmniejszego ruchu. Stałam tak parę minut, aż z wielkim wysiłkiem, mojemu umysłowi udało się wydać rozkaz nogom, aby szły.
- Co się stało? – spytał Cedryk na mój widok, głosem lekko zaniepokojonym.
Właśnie zaczął padać śnieg. Chyba dokładnie przed chwilą bo żaden z wirujących wokół nas płatków nie zdążył jeszcze dotknąć ziemi. Oczywiście mnie w tamtej chwili zjawiska atmosferyczne w ogóle nie interesowały.
Nie odpowiedziałam.
- Widziałaś? – powiedział Cedryk patrząc w górę i jednocześnie podnosząc sobie kołnierzyk. – To śnieg… Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby w tych stronach padał śnieg… Jeszcze o tej porze roku..? Midril… Midrli, co Ci jest? Co się stało?
- Nie ma jej – powiedziałam. Gardło miałam suche jak wiór. Czułam się jakby spłynęło ze mnie całe życie.
- Jak to jej nie ma? – spytał Cedrk.
- Tak po prostu… Nie wiem co się z nią stało… To się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Ja… Nic nie rozumiem.
- Dlaczego tak panikujesz? Może to nic takiego… Była w długiej podróży.. Może samolot się spóźnił, może zmieniły jej się plany. To jeszcze nie powód do paniki.
- Nic nie rozumiesz. To się nie zdarzyło! To jeszcze nigdy nie miało miejsca. Pani. Pani miała wrócić dziś. Tak powiedziała. A jeszcze nigdy, ale to nigdy wcześniej nie zdarzyło się, że stało się inaczej niż ona powiedziała. To jest po prostu niemożliwe. Ona zawsze wie co będzie…
- Rozumiem, ale… Może jednak zaczekaj jeszcze trochę, zanim zaczniesz się tak martwić… Jeśli chcesz… Jeśli chcesz to ja przenocuje dziś u Ciebie.
Przytaknęłam i zawróciłam w stronę drzwi. Potem bez słowa położyłam się na kanapie odwracając się twarzą do ściany. Nawet nie wskazałam Cedrykowi miejsca, w którym on mógłby zasnąć.
Następnego dnia wstałam rano. Cedryk spał na fotelu przykryty kocem. Kiedy usiadłam materac lekko skrzypnął. To wystarczyło, żeby go obudzić.
- Pewnie się na mnie obraziła – powiedziałam patrząc w przestrzeń. – Za to że chciałam być człowiekiem. Pewnie pomyślała że to znaczy, że chce ją opuścić i nie chce już jej dłużej służyć, a to wcale nie tak…
- Midril, to nie twoja wina.. – powiedział Cedrk sennym głosem. – Na pewno jest jakieś wyjaśnienie…
Pokiwałam przecząco głową. Mówił tak tylko, żeby mnie pocieszyć. Cedryk westchnął głęboko.
- Lepiej wstańmy i chodźmy do szpitala…
Cedryk wstał i zrobił parę kroków w stronę łazienki. Kiedy był już w korytarzu nagle się zatrzymał. Patrzył na coś po swojej lewej stronie. Czyżby wyglądał przez okno? Z miejsca w którym siedziałam nie było widać okna na korytarzu. W salonie natomiast wszystkie okna były zasłonięte.
Cedryk odwrócił się w moją stronę. Na jego twarzy widniał wyraz pewnego niezrozumienia. Wrócił z powrotem do salonu. Rozglądał się przez chwilę jakby czegoś szukał.
Ja siedziałam cicho. W tamtej chwili wypełniała mnie jakaś nieopisana apatia.
W końcu Cedryk znalazł pilot od telewizora i włączył pierwszy lepszy kanał. Właśnie nadawano jakąś specjalną edycje wiadomości.

Meteorolodzy rozkładają ręce i nie są w stanie podać nawet najprostszej hipotezy wyjaśniającej zaistniałe w całym kraju zjawiska pogodowe. Obliczono, że jeśli śnieg nie przestanie padać w ciągu tygodnia wszystkie miasta pokryje śnieg…

Ta audycja mnie pobudziła. Zerwałam się z miejsca, podbiegłam do okna i jednym szybkim ruchem rozsunęłam kwieciste zasłony. Za oknem śnieg sięgał ponad połowy wysokości okna.
- Midril..? – odezwał się cicho Cedryk. – Co to znaczy?
Powoli odwróciłam się w jego stronę.
- To znaczy że Pani ma kłopoty – powiedziałam słabo. Chyba jeszcze nigdy nie czułam takiego strachu jak w tamtym momencie.
- Jak to...?
- Tak jest zawsze… Gdy jest zła, albo smutna pada deszcz… Teraz… Nawet nie wyobrażam sobie co musiało się stać, że dzieje się coś takiego…
- Midril, nie martw się… Coś wymyślimy na pewno… Ale teraz.. Słuchaj teraz muszę jechać do szpitala… Wiem że nie będzie łatwo się tam dostać, ale musimy. Dzisiaj szczególnie, bo tam na pewno będą wyjątkowo potrzebowali lekarzy…
Nic nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam się zmusić do żadnej konstruktywnej myśli ani czynu. Wszystko wydawało mi się bezsensowne. Nic bowiem nie przybliżało mnie do odnalezienia Pani… Cedryk chyba to wyczuł, bo powiedział:
- Midril… Wiesz… Jeżeli Pani coś się stało, to jest jedno miejsce, gdzie istnieje szczególne prawdopodobieństwo, że ona się w nim znalazła…
Uniosłam na niego swój wzrok…
- Szpital… - szepnęłam. Zamyśliłam się przez chwilę. W pierwszej chwili w ogóle nie wiedziałam co robić. Szpital nie znajdował się tak bardzo daleko, ale przejście nawet paru metrów w tym śniegu wydawało się być niemożliwe. Nagle zaświeciło mi światełko…
Podeszłam do drzwi od niewielkiej garderoby, którą Pani traktowała właściwie jak rupieciarnie. Przypomniało mi się, że jakiś czas temu, kiedy Pani po raz setny spóźniła się do pracy, zaczarowała te drzwi tak, aby w jednej chwili mogły przenosić w dowolnie wybrane miejsce. Ponieważ jednak obie lubiłyśmy spacery od dawna nie korzystałyśmy z tego portalu. Nie byłam pewna czy jeszcze działał…
Otworzyłam drzwi. Przyjrzałam się wnętrzu. Zamknęłam je. W myślał uporczywie powtarzałam: „szpital, szpital, szpital”. Wzięłam głęboki oddech i…
Otworzyłam z powrotem drzwi. Potem przekroczyłam próg. Z satysfakcją stwierdziłam, że znajduje się w szpitalu, tuż za wejściem do komórki na miotły. Z tym że teraz nie było widać tam komórki na miotły, a wnętrze mieszkania. Cedryk cały czas tam jeszcze stał.
- Idziesz? – spytałam, a on jakby nagle się ocknął.
- Tak, tak… Oczywiście… - powiedział i również wszedł do szpitala. – Idę zająć się pacjentami… Na pewno mają tu niezły rozgardiasz… Ofiary wypadków drogowych i ludzie z odmrożeniami… Pewnie każda para rąk się przyda. Twoja też. Pomożesz?
- Jasne… Nie mam nic lepszego do roboty, ale najpierw… Najpierw sprawdźmy czy nie ma tu Pani, dobrze?
- Dobrze… Spytaj się o nią w rejestracji… Ja idę pracować.. Poradzisz sobie prawda?
- Myślę, że tak…
Spytałam o Panią w rejestracji. Dokładnie opisałam jak wygląda. Niestety nikt nic o niej nie słyszał. To była moja ostatnia nadzieja.. Pani tam chyba nie było… Nagle usłyszałam jakąś rozmowę pomiędzy dwoma lekarzami…
- …Wstawiliśmy ją tam gdzie parę godzin temu zmarła tamta kobieta… Jeszcze jest nie posprzątane… No wiesz, mnóstwo zwiędłych kwiatów i takie tam.. Innego pacjenta byśmy tam nie wstawili.
- Jest z nią tak źle, że już ją skazaliście na śmierć..?
- Nawet nie chodzi o to że jest źle… Po prostu tak kobieta wygląda… Jakby miała grubo ponad sto lat… Nie miała przy sobie żadnych dokumentów… Chyba rozumiesz, że w obecnej sytuacji nie możemy sobie pozwolić na marnowanie czasu na kogoś takiego…
- No tak, rozumiem…
- Oczywiście podpięliśmy ją do odpowiedniej aparatury, która utrzymuję ją przy życiu, ale za parę minut ją odłączymy. No wiesz… Tego sprzętu na pewno będzie potrzebował ktoś inny.
- No jasne..
Przepraszam pana! – odezwałam się nagle. Miałam przeczucie. – Czy mógłby pan zaprowadzić mnie do tej kobiety… Mam podejrzenie, że to może być ktoś kogo znam.
Lekarz spojrzał na mnie. Chyba trochę się speszył. Przytaknął i wskazał mi drogę. Weszliśmy na drugie piętro. Otworzył drzwi.
Od razu ją poznałam. Co prawda, dawno nie wiedziałam jej w takiej postaci, ale z pewnością była to Pani. Leżała na łóżku podpięta do skomplikowanej aparatury, o której przeznaczeniu ja nie mogłam mieć pojęcia. Oczywiście była nieprzytomna. Miała postać bardzo, bardzo chudej staruszki. Właściwie miało się wrażenie jakby w tym łóżku leżała wiele, wiele, godzin. Albo nawet nie godzin a dni. Albo nawet nie dni tylko lat. Albo nawet nie lat ale setek lat.
Takie właśnie sprawiała wrażenie. To była tylko skóra i kości. No i plątanina długich srebrnych włosów. Tak niesamowicie długich, że spływały z łóżka aż na podłogę, gdzie wiły się jeszcze na dość rozległym jej fragmencie.
Na ten widok od razu stanęły mi w oczach łzy. Lekarz chyba to dostrzegł. Widział że rozpoznałam Panią.
- Przykro mi że usłyszała Pani tą rozmowę z moim kolegą – powiedział do mnie ze zmieszaniem. – To pewnie brzmiało tak jakby ta osoba była dla nas nieważna i jakbyśmy ją lekceważyli, ale to nie tak… Po prostu.. Chyba pani sama rozumie… Jej już nic nie pomoże… A nawet jeśli to i tak zostałoby jej niewiele życia… A tego sprzętu, który podtrzymuje ją przy życiu prawdopodobnie wkrótce będzie potrzebował ktoś inny…
- Pan nic nie rozumie! – powiedziałam szybko. – Ja… Ona… Ona nie jest taka na jaką wygląda. Jest dużo, dużo silniejsza. I będzie bardzo silna, tylko w tym momencie potrzebuje pomocy….
- Proszę się uspokoić… Rozumiem że to dla pani bolesne, ale musimy ją odłączyć. Jej już nikt nie pomoże. Medycyna jest w tym wypadku bezsilna. Tu potrzebny byłby jakiś cud.
- CUD!!! – krzyknęłam głośno. – Racja proszę pana. Potrzebujemy cudu!!!
Uśmiechnęłam się. Nagle dostrzegłam sens ostatniej, przydzielonej mi przez Panią misji. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co mogło doprowadzić ją do obecnego stanu. Ona chyba też nie była, ale wiedziała, że do tego dojdzie. Wiedziała też, co może ją uratować. Co lub kto… Dlatego przydzieliła mi tą misję. Musiałam sprawić, aby Cedryk ją uratował.
- Niech pan jej nie odłącza jeszcze przez chwile! – powiedziałam szybko. – Muszę po kogoś pójść. Niech mi pan obieca, że jej nie odłączy!
- No dobrze… Mogę zaczekać, ale tylko chwilę.
- Dobrze! Zaraz wracam.
Wybiegłam szybko na korytarz natychmiast kierując się do skrzydła w którym pracował Cedryk. Ledwo tam wpadłam i już go zobaczyłam. Podbiegłam do niego szybko i szarpnęłam go za rękę.
- Znalazłam ją! – oznajmiłam. – Choć szybko musisz iść ze mną..
- Ale… jestem tu trochę zajęty… - powiedział. Chyba właśnie był w trakcie jakiś ważnych konsultacji…
- To nieważne! Jeszcze nie rozumiesz, że Pani jest najważniejsza?!
- No, dobra, dobra, chodźmy.
Biegłam tak szybko jak potrafiłam. Tylko od czasu do czasu zerkałam za siebie, a by upewnić się, że nie zgubiłam Cedryka.
Wbiegłam z nim do odpowiedniego pokoju i zamknęłam za nami drzwi.
- Musimy działać szybko – powiedziałam do niego. – Oni chcą ją odłączyć…
- Więc to jest twoja Pani… - powiedział Cedrk patrząc się na łóżko jak zaczarowany. Potem podszedł do niej i spojrzał na jej karę. – Ale właściwie… Co musimy zrobić szybko?
- Jak to co? Uratować ją!
- Midril… Jak to „uratować”? Nie trzeba być lekarzem, żeby to widzieć.. Już nic nie można dla niej zrobić. Ona umiera.
- Medycyna nic nie jest w stanie zrobić, ale ty tak! Nie rozumiesz? Ty jesteś „cudotwórcą”. Ratujesz życia ludziom, którym podobno już nic nie pomorze…
- O czym ty mówisz…?
- Nie rozumiesz? To dlatego Pani kazała mi za tobą chodzić! Dlatego byłeś taki ważny. Masz uratować jej życie.
- Midril… Wymagasz ode mnie niemożliwego… Ja nie jestem żadnym „cudotwórcą”. Tłumaczyłem ci to…
- Myliłeś się! Jesteś cudotwórcą. Pani to wiedziała. A ona nigdy się nie myli.
- Cóż zawsze musi być ten pierwszy raz.
Zaskoczył mnie ten chłód w jego głosie. Ta absolutna pewność. Dlaczego tak trudno było mu uwierzyć? Nie rozumiałam.
- Cedryk… Musisz spróbować… Zobaczysz, że Ci się uda.
- Nie. Nie zgadzam się… To paranoja… ja jestem zwykłym lekarzem… Zwykłym CZŁOWIEKIEM. Nic nie mogę na taką sytuację poradzić.
W tym momencie ktoś szarpnął za klamkę. Potem głośno zastukał.
- Proszę otworzyć! – usłyszeliśmy głos. Musimy już odłączyć tą aparaturę.
- Czy ktoś jej potrzebuję? – odkrzyknęłam.
- Jeszcze nie, ale musimy mieć ją przygotowaną… Poza tym samo działanie tego sprzętu jest bardzo kosztowne…
- Jeszcze tylko chwilę – powiedziałam z rozpaczą. – Cedryk pomóż mi!
- Ale ja nie rozumiem co miałbym zrobić…
- Ja do końca też nie… Ale wydaje mi się, że wystarczy jeśli po prostu uwierzysz w to co mówię i podejmiesz decyzję o uratowaniu Pani…
- Midril… Nie mogę tego zrobić. Pogódź się z tym. Pozwólmy tamtym lekarzom zabrać sprzęt.
Cedryk już odwrócił się w stronę drzwi. Ja szybko złapałam go za ramię.
- Co ty robisz?! – krzyknęłam. – Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? Pani jest… Centrum równowagi tego wszechświata… Jeżeli ona umrze wszystko się zaburzy! Te śnieżyce to drobnostka w porównaniu do tego co się będzie dziać. Ludzkość nie przetrwa zbyt długo rozumiesz? Ona MUSI ŻYĆ!!!
Cedryk chyba rozumiał bo jego twarz z zimnej pewności zmieniła się w pełną niemocy rozpacz. Westchnął głęboko. Oczy zaczęły mu się lekko szklić.
- Midril… Ja… Naprawdę jestem tylko człowiekiem… To mnie przerasta.
Cedryk podrzedł do okna. Odsunął z parapetu bukiety zwiędłych kwiatów i usiadł między nimi. W tym momencie wyczułam, że problem tkwi gdzieś dużo głębiej.
- Cedryk… O co chodzi…? Dlaczego tak trudno jest ci uwierzyć, że masz tak ważną rolę we wszechświecie..?
- Bo… W życiu, tyle rzeczy mi nie wyszło… Ludzie umierają… A ja czuję ciągłą bezsilność. Gdybym był tym za kogo mnie uważasz… Bogiem… Moje czyny byłyby Boskie… Nie popełniałbym takich błędów jakie popełniałem… Bogowie nie robią takich rzeczy…
- Cedryk… Jakich? Chodzi może o to o czym mi opowiadałeś? O Abmer? Jest ci smutno, że nie potrafiłeś wyzwolić jej od wspomnień i uwolnić ze świata przeszłości? O to chodzi?
- Nie całkiem… Widzisz nie opowiedziałem Ci całej historii o Abmer.
- A co było dalej?
Cedryk długo patrzył przez okno. Nie poganiałam go. Ktoś znów zaczął dobijać się do drzwi. Oboje go zignorowaliśmy.
- Widzisz… Mijały miesiące, a ja… Po rozstaniu z Amber cały czas nie mogłem się pozbierać. Byłem na nią zły. Byłem wściekły. Ale z czasem zacząłem się z tym godzić. Pomyślałem, że ona nie była godna mojego uczucia. Jednak cały czas czułem taki rodzaj zamknięcia.. Wtedy tego nie wiedziałem, nie chciałem się przyznać, ale to zamknięcie było spowodowane tym, że tak naprawdę… Wciąż tęskniłem. Zresztą nieważne.
Zaczynałem wtedy pracę. Jakiś znajomy oprowadzał mnie po hospicjum. Rozważałem czy nie przyjąć tam pracy. Już po przejściu przez kilka pierwszych korytarzy wiedziałem że nie będę umiał tam pracować. Te wszystkie twarze. Wesołe lub smutne… Ruchome obrazki nie do zatrzymania. Ledwo zdarzą wpisać się w pamięć, a już ich nie ma. Wiedziałem że nie potrafiłbym pracować w takim miejscu. Nie umiałbym pogodzić się z własną niemocą. Być przy ludziach którzy odchodzą. To byłoby dla mnie zbyt bolesne.

Cedryk zatrzymał się i nie mówił dalej. Wyczułam, że jeszcze nie skończył historii. Właśnie miał dojść do momentu kulminacyjnego, ale coś go wstrzymywało… Nie mógł przejść do dalszej części.
- Cedryk? – powiedziałam cicho. – Co było dalej...? Wstydzisz się tego że nie potrafiłeś być przy tamtych ludziach? Że się poddałeś..?
- Tak… - przyznał Cedryk, a po jego policzku zaczęły płynąć łzy. – Wiesz to nie wszystko… Wtedy podczas zwiedzania hospicjum weszliśmy do jednej sali. Odwiedzić jakąś pacjentkę po chemioterapii. Walczyła z rakiem już od wielu miesięcy mimo, że wszyscy lekarze powiedzieli jej, że nie ma szans na przeżycie. Już wtedy dawno minął początkowy termin wyznaczony na jej śmierć. Weszliśmy tam wtedy z dość dużą grupką studentów. Lekarz opowiadał jej historię. Ja stałem trochę z tyłu… Widziałem jej twarz… Była bardzo chuda… Na głowię miała dużą zieloną chustę. Jej oczy skierowane były gdzieś w daleką przestrzeń. Poczułem że ona kogoś mi przypomina… Myślałem tak przez chwilę, aż w końcu nagle… Ona spojrzała na mnie… I wtedy wszystko stało się dla mnie takie jasne i oczywiste… Świat wokół mnie zatrzymał się, ja zupełnie zamarłem, nie potrafiłem się ruszyć… Studenci powoli zaczęli wychodzić z pokoju. W końcu zostałem z nią sam. Nadal wpatrywaliśmy się w siebie. Na zegarku upłynęło parę sekund dla mnie to było jak wieczność. W końcu… Powoli, odwróciłam się. Wyszedłem z tego pokoju. A potem z tamtego szpitala. Żeby zapomnieć. Wyrzucić z pamięci. Nie myśleć o tym. Byłem zbyt przerażony, abym potrafił.
- Kim była ta dziewczyna? – spytałam niemo. Instynktownie przeczuwałam jednak odpowiedź.
- To była Amber… Rozumiesz… Zrozumiałem wtedy… Że okłamała mnie podając mi powód, dla którego chce zerwać. Ona już wtedy wiedziała, że umiera. Rzuciła mnie bo wiedziała, że łatwiej mi będzie ją znienawidzić niż być przy niej jak odchodzi… Mimo, że… Potrzebowała mnie wtedy… Ja byłem jej jedyną rodziną… Ale… Wolała umierać w cierpieniu, strachu i samotności, niż pozwolić, żebym ja przechodził przez to co ona kiedyś… Kiedy ją zobaczyłem, rozumiałem to wszystko… Jej gest wydał mi się tak przytłaczająco cudowny… Taki boski… A ja poczułem się taki mały słaby… Ja… Nie mogłem na to patrzeć. Byłem jak robak jak mała nic nie znacząca glizda… Coś we mnie mówiło, że… Tak, jestem za słaby, jestem bardzo słaby, to dla mnie za trudne… I uciekłem. Zamiast przytulić ją, powiedzieć że ją kocham i nie opuszczę, uciekłem… Udałem, że nie poznaję… Choć ona na pewno wiedziała… Midril… Jak ja mógłbym być bogiem? Bóg nie robi takich rzeczy…
W tym momencie usłyszałam za drzwiami czyjeś kroki i brzęczenie kluczy. Od razu się domyśliłam… Mieli zapasowy komplet. Podbiegłam do biurka stojącego pod tą ścianą na której były drzwi. Usiadłam po jego prawej stronie i nogami odepchnęłam je od stojącej obok ściany, tak że teraz zablokowały drzwi. Wiedziałam jednak, że to nie daje nam wcale tak dużo czasu. Wróciłam do Cedryka. Twarz miał całą mokrą od łez, ale teraz już był spokojny. Przyglądał się kwiatom, obok których siedział. Kwiatom, które jeszcze przed chwilą były zupełnie martwe. Teraz te pąki, na które spadły jego łzy odżyłyby na nowo. Widział to. Zaczekałam chwilę aż on odezwie się.
- Jeżeli to jest prawdą… - powiedział. – Wcale mnie nie pociesza… To znaczy, że gdybym wtedy znalazł choć trochę odwagi, żeby przynajmniej przez chwilę z nią posiedzieć… Prawdopodobnie przeżyłaby.
- Cedryk. To co zrobiłeś było faktycznie okropne… - odezwałam się cicho. - Bo Ty… Masz racje nie jesteś do końca bogiem… Pani też nie jest… Wiesz jakie czasem strzelała gafy? Zwłaszcza przez kilka pierwszych setek lat… Jesteście tylko ludźmi z boską mocą… Popełniacie ludzkie błędy, ale możecie też czynić cuda! Nie marnuj tej szansy tylko dlatego, że kiedyś coś ci nie wyszło. Pogódź się z tym i idź dalej. Proszę…
W tym momencie jacyś ludzie wdarli się do środka. Dwóch lekarzy jakaś pielęgniarka i ochrona. Kiedy zobaczyli Cedryka stanęli jak wryci. On spojrzał na nich powolnie, a potem podszedł do łóżka Pani. Stanęłam tuż za nim. Cedryk położył rękę na jej czole.
- Cuda..? Mówisz… Dobrze. Ten świat nie powinien ucierpieć tylko dlatego, że ja nie potrafię sobie z tym poradzić..
Cedryk zamknął oczy. I nagle zaczął dziać się cud. Wszyscy w tamtym pokoju go widzieli. Skóra na twarzy staruszki zaczęła się kurczyć… Zmarszczki znikały… Twarz zaczęła nabierać zdrowego wyglądu… Rumieńców. W końcu wyglądała już zupełnie jak młoda i zdrowa osoba. Wtedy sama zaczęła się kurczyć w całości. Przestała gdy miała już postać czteroletniej dziewczynki. Cedryk zabrał rękę. W tej samej chwili dziewczynka otworzyła oczy i usiada na łóżku. Wyglądała na bardzo, bardzo senną. Ciekawego wyglądu dodawały jej włosy, które mimo iż z siwego zmieniły kolor n jasno brązowy wciąż miały tą samą długość. Ja padłam na kolana, a twarz zbliżyłam do jej małych rączek.
- Dobrze się spisałaś Midrili – powiedziała do mnie jedną ręką głaszcząc mnie po głowie, a drugą przecierając oczy. Chwilę potem znów upadła na poduszkę i zasnęła.
- Nie budźmy jej, musi być bardzo zmęczona – powiedziałam do Cedryka, a potem rzuciłam mu się na szyję. – Dziękuję ci, dziękuje! Uratowałeś ją.
Cedryk spojrzał na przyglądających nam się z odrobiną przerażania i zadziwienia ludzi. Potem powiedział:
- Muszę stąd odejść.. Gdzieś… Gdzieś daleko.
- Rozumiem… - powiedziałam.
- Chcesz iść ze mną..?
W tym momencie posmutniałam trochę.
- Chciałabym, ale nie mogę…Pani mnie potrzebuje… Rozumiesz… Ja… Jestem jej jedyną towarzyszką. Chcę przy niej zostać. Jako kot. Bycie człowiekiem jest naprawdę fajne… Z resztą Ty mi to uświadomiłeś. Będzie mi tego brakowało, ale… Jako człowiek tracę zdecydowaną część swojej magii i… obawiam się że w tej postaci prędzej czy później bym umarła. A Pani zostałaby sama. Ja nie boję się śmierci, ale… Nie mogę jej zostawić.
- Rozumiem – powiedział Cedryk. Uśmiechnął się. – W takim razie… Miło było cię poznać… Żegnaj.
Cedryk już skierował się w stronę drzwi…
- Zaczekaj! – to Pani. Znowu się przebudziła. – Jeszcze Ci nie podziękowałam.
Pani sennym ruchem odwróciła się w stronę swojej poduszki i coś z pod niej wyciągnęła. Była to biała róża. Wyciągnęła ją w stronę Cedryka. On podszedł i wziął ją od niej.
- Wiesz co z nią zrobić, prawda? – spytała Pani.
- Tak… - powiedział z przekonaniem Cedryk. Potem odwrócił się i odszedł.

Nigdy już później nie spotkałam Cedryka. Choć przyznam, że chciałam. Wiedziałam, że zostając z Panią podjęłam słuszną decyzję, jednak… Czasami zastanawiałam się też co by było, gdybym wtedy zdecydowała się odejść z Cedrykiem…
Często odwiedzałam miejsce, gdzie jak przypuszczałam mogę kiedyś na niego natrafić. Cedryka nie spotkałam nigdy. Za to zawsze, pod grobem Amber witała mnie dopiero co pozostawiona, śnieżno biała róża…

Data:

 2009

Podpis:

 Małga

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=61362

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl