DRUKUJ

 

Mgliście

Publikacja:

 10-12-28

Autor:

 Gamepad
I
Unosił się w tej nierzeczywistości, pośród miliona obłoków, a każdy z nich zdawał się być jednym z jego wspomnień. Podpłynął powoli do pierwszego z nich by go nie spłoszyć, chwycił za sieć i zarzucił ją na niego. Włókna przeniknęły przez obłok, zaś sieć spływała powoli, ku dołowi marzenia. Nie miał już możliwości schwytania swych wspomnień. Uświadomiwszy to sobie wpadł w panikę i postanowił się obudzić, jednak zamiast ratunku przyszło przerażenie. Wszystkie obłoki, po kolei, zaczęły wyparowywać. Najpierw ten, w którym zadzwonił do niego jakiś człowiek, który starał się mu powiedzieć, że... nie pamiętał już, co starał się mu powiedzieć człowiek, gdyż obłok wyparował całkowicie. Kolejną ofiarą Znikania stało się wspomnienie, w którym postanowił ukraść... ale tego też już nie pamiętał. Obłoki dematerializowały się coraz szybciej i mężczyzna nie miał już pojęcia, co było zawarte w każdym z nich. Czuł, że coś traci, ale nie miał świadomości co dokładnie. Powoli przestawał mieć nawet mgliste co do tego pojęcie.
I gdy otworzył oczy szarość uderzyła go z siłą irytacji, którą można poczuć kiedy człowiek stara się sobie coś przypomnieć, coś, co ma na końcu języka, co stoi na brzegu umysłu gotowe się zwerbalizować. Jednak nie werbalizuje się. Odcienie bieli i szarość zarysu kątów prostych, linii, które mogły być jedynie dziećmi architektury przeniknęły do umysłu mężczyzny dając wątpliwą nadzieję.
„Nadzieję na co?” zapytał sam siebie. Do tej pory leżał z przyciśniętym policzkiem do chłodnego podłoża, które mogło być albo gładkim chodnikiem betonowym, albo czymś podobnym w swej strukturze, cieple i twardości do chodnika betonowego. Miał już otwarte oczy, umysł gorączkowo starał się znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ocenić sytuację. Nie potrafił. Podniósł tułów na rękach, następnie całe ciało do pozycji modlącego się muzułmanina, później na kolana i wreszcie, dość chwiejnie, stanął wyprostowany patrząc niepewnie w przestrzeń przed sobą. Wokół niego naciągnięto białą, trójwymiarową zasłonę mgły. Nie rozeznawał się w kierunkach świata więc poszedł tam, gdzie zauważył był podczas leżenia zarys budynków. „Być może ktoś tam mieszka” pomyślał i uchwycił się tej myśli, zdając sobie sprawę, że nie jest to zwyczajne miejsce. Nie miał pojęcia skąd to wie, ale był pewien, że nie jest to miasto, w którym mieszkał. Wiedział również, że powinien się stąd wydostać najszybciej jak się da.
Miejsce to wzbudzało w mężczyźnie strach. Są takie miejsca, opuszczone miasta czy też dzikie puszcze, gdzie nie można wyczuć obecności drugiego człowieka. Gdy wiadomo jest, że nie jest się samemu, człowiek czuje się bezpieczniej, wyraźniej, pewniej. Zaś gdy wiadomo, choćby podświadomie, że jest się w obcym miejscu, pustym na dodatek, pozbawionym życia w dosłownym tego słowa znaczeniu, ogarnia człowieka przerażenie. Wie, że nie może się obrócić, bo gdy spojrzy za siebie ujrzy wykrzywioną w grymasie przerażenia maskę – twarz, która będzie należeć do niego samego, a która starać się będzie go pożreć.
Mężczyzna wiedział, że nie obejrzy się. Zbyt był przerażony, zbyt niepewnie się tutaj czuł. Szedł dalej, mając nadzieję, że jednak ktoś mieszka w budynkach, do których zmierzał.
Wtem kątem oka dostrzegł ruch, prawdopodobnie coś niewielkiego, jakby... pies? Wyobraźnia podrzucała mu różne wizje tego, co mogło się poruszać równolegle do jego kierunku ruchu. Małe, czerwone oczy, spiczasty pysk z niewyobrażalną ilością ostrych jak szpilki kłów, długie pazury, muskularne ciało. To coś wgryza się powoli w jego szyję powodując głębokie rany. Krew kapie na ziemię... nie, to tylko wyobraźnia. Mężczyzna odważył się i spojrzał w stronę, gdzie dostrzegł ruch. Pożałował tego natychmiast. Na trawniku, („jak trawa może być tak szara?” pomyślał przelotnie) stało stworzenie dosłownie wyrwane z jego wyobraźni. Rzędy ostrych zębów wyszczerzone były w jego stronę, samo stworzenie zaś było wyraźnie nastawione agresywnie. „No tak, jak mógłbym pomyśleć, że taki potworek może być przyjazny i milutki?”. Podświadomość podpowiadała mężczyźnie, że jeśli w tej chwili nie zacznie biec w stronę bloków rosnących jakieś sto metrów od niego, nie uda mu się przeżyć. Jego myśl była jakby sygnałem do ataku. Małe coś zawarczało gardłowo i rzuciło się w stronę mężczyzny.
***
Biegł ile sił w nogach, ile pojemności w płucach i wytrwałości w psychice. Nie oglądał się za siebie. Mogło go to jedynie spowolnić. „Śmieszne! Przecież ten stwór nawet nie jest straszny! Nie przeraża mnie. Jest jedynie groźny. Jak wilk, albo inne dzikie zwierzę. Jeszcze kilka metrów i będę bezpieczny”. Myślenie zmęczyło go i zaabsorbowało na tyle, że prawie przeoczył mały domek z ogródkiem i niskim płotem. Obił gwałtownie w prawo i zerknął przez ramie w stronę goniącego go napastnika. Mężczyzna nadal był ścigany. Tyle, że przez wilka. Przez ten moment, gdy spojrzał na potwora, okazało się, że to wilk. Jak mógł tego nie zauważyć na początku? Nie czuł się jednak bezpieczniejszy. Mężczyzna przeskoczył przez płotek, dobiegł do drzwi i zaczął głośno uderzać w nie pięściami wrzeszcząc przy tym i prosząc o pomoc. Nikt nie odpowiadał. W ostatnim przebłysku racjonalnego myślenia, które było powoli zastępowane przez instynkt i chęć walki o życie, pociągnął za klamkę. „Otwarte!”. Wskoczył do środka i zamknął drzwi, a w tym samym momencie usłyszał głuche uderzenie i warknięcia, niby pomruki niezadowolenia. Żył i chyba był teraz bezpieczny. Oparł się o ścianę by „złapać” oddech po długim sprincie. Podniósł nieznacznie głowę. Wewnątrz domu było ciemno. Mrok zalegał na korytarzu, w kuchni, do której wiodły otwarte drzwi bezpośrednio z korytarza i na schodach znajdujących się na lewo od mężczyzny. Postanowił zbadać wnętrze domu i, jeśli ktoś tutaj jest, wytłumaczyć wszystko oraz poprosić o pomoc. Czuł się odrobinę nieswojo; jak włamywacz.
Znalazł włącznik światła i nacisnął go. Wnętrze zalał mętny, słaby blask. Lecz nie żółty, ale czerwony. „A może to wszystkie ściany są czerwone?”. Nie, ewidentnie żarówka dawała czerwone światło, od którego aż bolały oczy. Wszedł do kuchni, zajrzał do lodówki. Nic w niej nie było, prócz łba łabędzia. Mężczyzna sam nie wiedział czemu, ale go to nie zdziwiło. Zamknął więc lodówkę i postanowił sprawdzić inne pokoje. Nie był już wystraszony. Odzyskał równowagę emocjonalną. Jednak nadal miał luki w pamięci... „Chmury? Obłoki? Zniknęły? Czemu nie spojrzałem w niebo... dręczy mnie to teraz.”.
Wtem zadzwonił telefon i cały spokój mężczyzny ulotnił się w jednej chwili. Telefon źle mu się kojarzył. „Ale dlaczego?”. Poczuł, że ręce zaczynają mu się trząść, że nie może ustać na nogach. Coś jednak kazało mu odebrać telefon. Podszedł więc do aparatu, podniósł słuchawkę.
- Halo? – powiedział łamiącym się z przerażenia głosem.
- Mu...sz stąd wy ść! – przez szum i trzaski ledwie rozumiał słowa płynące do niego z drugiej strony.
- Słu-słucham?
- Wyjdź! Już!
Było to dość komiczne. Zataczając się ruszył w stronę drzwi mając cały czas w głowie ten szum i głos mówiący, by wyszedł. Odtworzył drzwiczki, które stały się jakby mniejsze i bardziej wyraziste. By wyjść musiał się schylić. Na zewnątrz mgła stała się czerwona, jakby słońce stało się wielką, czerwoną żarówką, barwiącą świat na kolor krwi. „A może to jest krew? Tylko czyja?”. Mężczyzna poczuł się strasznie słaby, czuł, że marzną mu palce, że cały trzęsie się już z zimna. Ledwie mógł oddychać. Przyłożył palce do szyi, by sprawdzić tętno, a gdy na nie spojrzał dostrzegł, że są ubrudzone w jakiejś lepkiej, czerwonej substancji. „Więc to moja krew...”. Stracił przytomność.

Data:

 28.12.2011

Podpis:

 Wołczyk Łukasz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=66430

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl