DRUKUJ

 

Przypowieść o ateiście.

Publikacja:

 11-03-12

Autor:

 tomac
Moje drugie opowiadanie. Tym razem będzie to coś w rodzaju przypowieści. Pewna kompilacja kilku przypowieści biblijnych.

* * *

Na początek – opis miejsca akcji (na szczęście – dość krótki, więc nie powinienem tu zbytnio zanudzić czytelnika):

Płynęła sobie górska rzeka. Niezbyt duża – raczej potok niż rzeka. Jak to w takich przypadkach bywa – gdzieniegdzie na tej rzece zdarzały się głębsze miejsca o powolnym nurcie, gdzieniegdzie były miejsca płytkie, kamieniste, o szybkim nurcie, a gdzieniegdzie były i niewielkie wodospadziki.

Była sobie polna droga. Niczym specjalnym się nie wyróżniająca. Ot – dróżka, jakich wiele. Od czasu do czasu ktoś nią przechodził, ale że okolica nie była gęsto zaludniona – nie zdarzało się to często. Droga biegła wzdłuż rzeki w pewnym oddaleniu – w tym miejscu nie było mostu, więc nie było sensu zbaczać w kierunku wody. Kiedyś – owszem, był tutaj bród. Od drogi biegnącej wzdłuż rzeki przed laty odbijała węższa droga do brodu. Ale teraz nikt z niego nie korzystał. Bo i po co? Kilka kilometrów w górę i kilka w dół od tego miejsca wybudowano mosty, więc któż by teraz pieszo przechodził przez wodę... Tym bardziej, że pracowity nurt nieustannie rzeźbił koryto rzeki i dawny bród stał się niebezpiecznym miejscem. Nie, żeby było jakoś specjalnie głęboko, miejscami nawet z wody wystawały co większe kamienie, ale wskutek wartkiego nurtu i nierównego dna łatwo było stracić równowagę i dać się porwać rzece. A jakby już jakiegoś nieszczęśnika woda porwała to marny byłby jego los. Najtęższy pływak cudem tylko mógłby śmierci uniknąć. Bo na cóż zda się umiejętność pływania, skoro prąd wody człowieka porwawszy o kamienie nim rzuci i ogłuszywszy człowieka ku pewnej poniesie go śmierci?

Bród był od lat nieużywany, ścieżka do niego – zarośnięta i niewidoczna, ale był znak przypominający, że kiedyś była tu droga. Był to rozstajny krzyż. Stał tu od dawien dawna. Kiedy go tu postawiono, kto go wyrzeźbił, – nie wiadomo. Był nieodłącznym elementem tej drogi od zawsze – jak pamięć ludzka sięgała.

Mamy nakreślone miejsce, teraz przechodzimy do sedna:

Zdarzyło się, że do rzeki wpadło dziecko. Kim było to dziecko, w jaki sposób wpadło do wody i gdzie byli jego rodzice – nie wiadomo. Ale w końcu ten tekst ma być przypowieścią, a w przypowieści fabuła ma prawo być uproszczona.

Wracajmy do tematu: Dramatu nikt nie widział. Jednak dziecko nie zginęło. Szczęśliwie udało mu się zatrzymać na jednym z dużych głazów sterczących z wody w miejscu, w którym ongiś był bród. Biedactwo wspięło się na kamień, skąd z przerażeniem wzywało pomocy. Jednak droga była zanadto oddalona a szum rzeki zbyt głośny, by jakiś człowiek mógł usłyszeć rozpaczliwe wołanie.

Wołania żaden człowiek nie słyszał... Ale usłyszał je Bóg.

W tym czasie drogą przechodził pewien człowiek. Przypuszczalnie praktykujący katolik, bo przechodząc przed krzyżem przeżegnał się. W tym to momencie Bóg sprawił, że Chrystus na krzyżu przemówił. I powiedział tak:

„Idź nad rzekę. Tam dziecko wpadło do wody i czeka na pomoc. Uratuj je, zanim opadnie z sił.”

Człowiek ten odpowiedział: „Już idę, Panie” i ruszył przez chaszcze, które już dawno zapomniały o tym, że kiedyś były wiodącą ku brodowi drogą. Jednak po kilku metrach marszu przez zarośla zatrzymał się. Zastanowił się nad tym, co ma zrobić i trochę się przestraszył. Znał rzekę i wiedział, że była niebezpieczna. Ale nie chciał się przyznać sam przed sobą, że się boi. Zamiast tego pomyślał sobie tak:

„Musiało mi się wydawać. Jestem grzesznikiem i nie zasługuję, by Bóg przemawiał do mnie. Jeśli ktoś mnie ujrzy i zapyta, po co lezę przez ten gąszcz, to co odpowiem? Jeśli powiem, że Bóg mi kazał to weźmie mnie za wariata. Nie ma sensu, żebym się tędy przedzierał – tam na pewno nie ma żadnego dziecka. Lepiej wrócę – z pewnością mi się to tylko wydawało, a tam na pewno nic złego się nie dzieje”.

Jak pomyślał – tak i zrobił. Zawrócił i nie obracając się za siebie ani nie patrząc na krzyż szybko odszedł od tego miejsca.

Niedługo potem przez to miejsce przechodził inny człowiek. Tym razem był to ateista. Nie przeżegnał się, jednak do niego również Chrystus przemówił:

„Idź tą starą drogą nad rzekę. Tam dziecko wpadło do wody i czeka na pomoc. Ostatkiem sił trzyma się kamienia. Uratuj je, zanim będzie za późno.”

Na to odpowiedział ateista: „Nienawidzę ciebie, Boże. Nienawidzę ciebie, bo nie zapobiegłeś wypadkowi tego dziecka chociaż mogłeś to zrobić jako wszechmocny. Nienawidzę, bo gdy już do wypadku doszło to sam go nie uratowałeś, chociaż będąc wszechmocny mogłeś to zrobić. Nienawidzę, bo teraz przez robienie przedstawienia z gadającą drewnianą kukłą chcesz zmusić słabego człowieka do ryzykowania swojego życia dla uratowania dziecka, podczas gdy dla ciebie samodzielne uratowanie dziecka nie byłoby niczym trudniejszym, niż to, co sprawiłeś: że ten nie wiadomo przez kogo wystrugany z drzewa bałwan przemówił. Przeklinam cię i nie chcę mieć z tobą nic wspólnego ty nieludzki potworze patrzący z uciechą na cierpienia świata, który podobno stworzyłeś. Pójdę, spróbuje uratować to dziecko – ale nie dlatego, że takie jest twoje życzenie, ale dlatego, że jestem człowiekiem i jestem wrażliwy na cierpienie innych ludzi, a szczególnie niewinnych dzieci.”

Ateista poszedł nad rzekę, wszedł do wody i bezpiecznie wyniósł dziecko, które jakimś cudem do tej pory zdołało się utrzymać na kamieniu.

Który z tych dwóch ludzi wypełnił wolę Bożą?

Data:

 luty - marzec 2011

Podpis:

 Thomas McKainz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=67554

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl