DRUKUJ

 

Idzie Wiosna. Rozdział 2.

Publikacja:

 11-03-24

Autor:

 idzie_wiosna
Zimne powietrze w parze z wiejącym wiatrem, przypominało że to jeszcze nie lato, że wieczory tu w Kołobrzegu o tej porze roku potrafią być zimne i nieprzyjemne. Powoli szedłem uliczkami Starego Miasta, zupełnie nie zastanawiając się dokąd idę, gdzie jestem... Ta cholerna, kompletna pustka, całkowite zniechęcenie nie sprzyjało nawet temu, żeby myśleć, choć czy to możliwe, żeby nie myśleć? No ale co zrobić, ja chyba już tak mam, że wtedy, kiedy powinienem pomyśleć, to po prostu nie myślę...
Nie miałem nastroju, żeby siedzieć w knajpce, szybko wypiłem piwo, nie wiem co mnie z tym piwem naszło, rzadko sięgam po nie, a potem jeszcze drugie, jakbym chciał zrobić sobie na złość, zapłaciłem i wyszedłem. Sam, powoli szedłem skrajem pustego już chodnika, spoglądając w okna pogrążonych w mroku kamieniczek. W szybach wystaw widziałem swoje odbicie, przesuwało się wolno, dziwnie zniekształcone nierównym niekiedy szkłem, niemal niedostrzegalne na tle wiszących po drugiej stronie tej prawie niewidocznej tafli damskich sukienek, czasem jakichś pamiątek czy poustawianych czyjąś ręką butów, a czasem na tle siedzących po drugiej stronie ludzi. Siedzących w kręgu światła coraz bardziej pustych już kawiarenek, jakichś restauracyjek, pubów... Siedzących w czyimś towarzystwie.
Patrzyłem z zazdrością na te twarze i czułem, że jest mi źle, że chyba nie potrafię z tym swoim życiem zrobić coś sensownego. Czy ja jestem inny? Jakiś zdziczały? Czy naprawdę, nie potrafię rozmawiać jak człowiek z drugim człowiekiem? Czy też tak jak tu oddzielony zimną powierzchnią okna nie potrafię, nie mogę choćbym nawet chciał podejść i już zostać, kochać i być kochanym bo coś, tak jak ta szyba oddziela mnie, stoi mi na drodze? Dlaczego, gdy pojawił się ktoś, z kim mogłem rozmawiać, z kim mogłem pomilczeć, z kim mogłem czuć się szczęśliwy, ktoś, kto czułem, że jest mi bliski tak, jakbyśmy się już znali od wielu lat to pozwoliłem, żeby ten ktoś uciekł, nie umiałem go zatrzymać, może sam zraziłem go do siebie?... Ktoś?... Kurcze, teraz myślę, ktoś? Nie myślę, że Joanna... tylko że ktoś?...
Nie zrobiłem nic, nie zatrzymałem, nie starałem się pochwycić tego radosnego promyku, który rozgrzał tak gwałtownie moje serce, tylko zupełnie bezradnie poddałem się, zostałem, nie próbowałem sprzeciwić się jej odejściu, pozostałem nadal, z własnej woli w szarzyźnie swego życia?
Idąc wolno uliczkami mojego miasta, spostrzegłem znajomy zarys płotu. Płotu ogradzającego dom, w którym mieszkam, w którym się urodziłem, wychowałem. Pchnąłem furtkę, jak tysiące już razy i chodnikiem poszedłem w głąb, w kierunku jego ciemnej o tej porze bryły. Parę kroków i te same od wieków, chciałoby się powiedzieć, a jednak te same choć dla mnie tylko, a może aż, od ćwierćwiecza drzwi. Wyjąłem z kieszeni klucze. Mechanicznie, jak każdego przecież dnia otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Starałem się zamknąć je cicho, lecz jak zwykle przeciągle zaskrzypiały. Muszę je kiedyś naoliwić...
- Maciek, to ty? - zaraz w progu usłyszałem dobiegający z salonu głos, w którym cicho gadał sam do siebie telewizor.
- A spodziewasz się kogoś innego? – odezwałem się niechętnie.
- Przepadłeś na cały dzień, - głos, jak mogłem się tego przecież spodziewać nie dawał mi spokoju - a ja pół niedzieli siedzę w kuchni i odgrzewam obiad...
Zdjąłem buty, powiesiłem marynarkę na wieszaku i poszedłem w kierunku schodów prowadzących na górę.
- Gdzie ty idziesz? - znowu usłyszałem nieco zaspany, ten sam co zawsze, monotonny głos - Przecież wszystko gorące.
- Nie będę nic jeść, nie mam ochoty. –odburknąłem.
- No i po co ja cały dzień przy kuchni stoję... – pełne rezygnacji westchnięcie spuentowało to zdanie.
Wszedłem po schodach na piętro i otworzyłem drzwi do swojego pokoju. Był idealnie wysprzątany, nawet na biurku pod oknem wszystko poukładane z precyzją godną uznania. Tylko na tapczanie leżał rzucony, tak jak go zostawiłem, saksofon. On jeden podlegał w tym domu całkowitej nietykalności. Choć tyle wywalczyłem. Nie wolno go było ruszać i to był jego święty, nienaruszalny przywilej. Podszedłem, wziąłem go do ręki, palcami pobawiłem się jego klapami i nie widząc nigdzie zawiesiny odłożyłem z powrotem. Sięgnąłem po leżący na biurku pilot i włączyłem telewizor, przeleciałem po programach i zostawiłem na jakimś filmie. Usiadłem w foteliku i bezmyślnie wpatrzyłem się w ekran. Przesiedziałem tak kilka minut patrząc na zmieniające się obrazy, podniosłem się z fotela i wyszedłem do łazienki.
Umyłem ręce i przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze. W zasadzie nic się nie zmieniło od ostatniego razu, tylko czoło zdobił pokaźnych rozmiarów siniak zwieńczony czerwoną szramą zdartej skóry. Wyglądałem jakbym oberwał od kogoś po głowie. Chwilę przyglądałem się temu niezbyt ciekawemu zjawisku, otworzyłem szafkę i poszperałem w różnych rzeczach ukrytych za taflą lustra. Miałem nadzieję, że znajdę coś na to stłuczenie, ale poza pastą do zębów i kremem do rąk, żadnej innej tubki tam nie było. Musiałbym zejść na dół, ale na to nie miałem ochoty. Zamknąłem więc szafkę i wpatrzyłem się w lustrzaną głębię.
Całkiem zwyczajna gęba, pomyślałem. Gość do pogadania, zabawienia się, na jeden raz i nic poza tym. Coś chyba nie jest ze mną w porządku, skoro zawsze wszystkich sobą odstraszam. No prawie wszystkich...
Wróciłem do pokoju, ściągnąłem z siebie koszulę i rzuciłem ją byle jak na fotel. Po chwili moje spodnie wylądowały tuż obok niej. Specjalnie zaakcentowałem w tym muzealnym wręcz ładzie moją obecność, nie mogłem przecież poddać się tej manii ciągłego dbania o porządek. Usiadłem na tapczanie i odruchowo sięgnąłem ręką po saksofon, położyłem go sobie na kolanach. Poczułem jego zimny, metaliczny kształt i delikatnie, czule jakbym miał do czynienia z żywą istotą musnąłem go po roztrąbie. Zdjąłem fifkę i dotknąłem opuszkiem kciuka stroik. Nie spodobał mi się. Ściągnąłem ustnik z fajki i poszedłem z nim do łazienki. Poluzowałem opaskę i wyjąłem stroik, delikatnie położyłem wszystko na umywalce i odkręciłem wodę.
Powolutku, starannie wymyłem po kolei każdą jego część i złożyłem z powrotem w całość. Zadąłem w złożony już ustnik wydając krótki, przeraźliwy dźwięk. Uśmiechnąłem się do swojego odbicia w lustrze i wróciłem do pokoju. Napchałem ustnik na fajkę saksofonu, usiadłem, sięgnąłem ręką pod tapczan i namacałem leżącą z boku zawiesinę. Zarzuciłem ją na szyję i zawiesiłem na niej instrument delikatnie przebiegając palcami po klapach. Wydały z siebie głuchy, dudniący dźwięk. Przycisnąłem klapę „c” i wydobyłem z instrumentu dźwięk, strojny, głęboki, cieszący zmysł słuchu ciepłym saksofonowym brzmieniem. Przedąłem go o oktawę w górę i szybką gamą ‘c-dur’ zbiegłem palcami po dźwiękach w dół. Lubiłem jak mój instrument gra, jak wydaje z siebie dźwięczne głosy, takie jak ja chcę i takie, jakie mi się podobają. Niemal automatycznie zacząłem wygrywać jakąś melodyjkę, coś co zawsze chętnie grałem, delektując się barwą saksofonowego brzmienia.
- Maciek, czy ty już do reszty zwariowałeś? Popatrz no, która jest godzina. - z niespodziewanie otwartych drzwi dobiegł głos matki.
- Mamo, straszysz jak duch. - powiedziałem przerywając nagle grę i odkładając instrument.
- Maciuś, cały dzień nic nie jadłeś, co się z tobą dzieje? - powiedziała przyglądając mi się - Ja już tego nie rozumiem, no znowu jesteś jakiś poobijany.
- Jak to znowu? - spytałem ironicznie uśmiechając się do niej.
- Nie nauczę cię już nigdy... - zmieniła temat spostrzegając rozrzucone na fotelu ubranie - Jak możesz robić taki bałagan.
- Mamo, przyszłaś mi teraz morały prawić? – wyrzuciłem z siebie z nagłą złością - Wiesz, że nie cierpię, jak mi tu bez przerwy wszystko przestawiasz.
- Nabrałam ci rosołu, - matka uparcie mówiła dalej - zejdziesz na dół, czy mam tu przynieść?
- Nie chcę jeść, - pokręciłem z rezygnacją głową - ale dobra zejdę już.
Odwróciła się i poszła w kierunku schodów, a ja położyłem saksofon na tapczanie i zszedłem za nią na dół, do kuchni. Na stole już stał talerz z rosołem i tuż obok niego starannie ułożona łyżka. Usiadłem na stołku i zacząłem jeść.
- Jak chcesz soli, to sobie weź. – odezwała się po chwili monotonnym głosem.
- Przecież wiesz, że smakuje mi tak jak doprawiasz.
Spojrzałem w okno i dostrzegłem na parapecie złożoną kartkę i leżące na niej kluczyki do samochodu.
- Co to za kluczyki? - spytałem.
- Całkiem bym zapomniała, pan Marian przyniósł. - odpowiedziała.
- I dopiero teraz mi to mówisz? – spojrzałem na matkę ze zdziwieniem.
- Maciuś, a kiedy miałam ci powiedzieć, jak przecież gdzieś się włóczysz całymi dniami. - zdenerwowała się nagle - Skaranie boskie z tym chłopakiem, ja nie wiem, czy ty już nigdy nie zmądrzejesz, tylko te głupoty i głupoty ci ciągle w głowie...
- Mamo, nie zaczynaj znowu. – przerwałem jej.
- Jak mam nie zaczynać? – w glosie matki słychać było niezadowolenie - Synku mój, przecież ty już dawno powinieneś...
- Mamo, znam to już na pamięć, co powinienem, i co inni w moim wieku. – znów jej przerwałem, tym razem jednak bardziej stanowczym tonem - Zamiast marudzić, powiedz mi, co mówił Marian.
- A to masz tam napisane, - mówiła cały czas tym irytującym mnie niezadowolonym głosem - żebyś pojechał z rana do Szczecina i odebrał te rzeczy.
Podeszła do parapetu i wzięła złożoną w czworo kartkę. Podała mi ją razem z kluczykami.
- Sam zobacz, ja tam bez okularów nie widzę.
- Wiem co pisze i wiem, że miałem jechać w środę, - powiedziałem spoglądając na kartkę - co go znowu napadło, że już zaraz jakby się paliło, nawet nie zadzwoni, żeby powiedzieć, myśli, że jestem dla niego 24 godziny na dobę? Jak mnie wkurzy to będzie musiał poszukać sobie kogoś innego.
- Maćku, co ty wygadujesz? – głos matki zdawał się być jeszcze bardziej wzburzony nić przed chwilą - To pan Marian dla ciebie jak ojciec a ty tak mówisz?





dalszy ciąg znajdziesz na:
http://www.idziewiosna.blox.pl
zapraszam

Data:

 sukcesywnie od 2005 r.

Podpis:

 Maciej K.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=67699

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl