DRUKUJ

 

Labirynt

Publikacja:

 11-10-17

Autor:

 mz510
Wszystkie prawa do tekstu zastrzeżone.
Copyright © 2011 by Mariusz Zimoński. All rights reserved.

Mariusz Zimoński

„Labirynt”


Kiedy byłem mały, bardzo lubiłem rysować labirynty. Każdą wolną chwile poświęcałem na to, aby tworzyć korytarze i ściany z kresek. Pamiętam, że zawsze dążyłem do tego, by taki labirynt był jak największy i jak najbardziej pogmatwany. Właściwie nie chodziło chyba do końca o to, by projektować labirynt z jakąś jedną drogą wyjścia, tylko by ilość odnóg, zakrętów i nieoczekiwanych przejść była nieskończona. Już samo rozgałęzianie tych korytarzy, moment w którym zaczynałem rysować ich rozwidlenia w różnych kierunkach, fascynował mnie. Był to jakiś impuls, którego nie rozumiałem, ale któremu natychmiast ulegałem, tak jak i ołówek w mojej dłoni. Labirynt musiał być skomplikowany, nie było innej możliwości. To co miało być z początku proste, automatycznie przekształcało się nagle w jakiś pokręcony i nieokiełznany splot. Gdy kończyłem rysować, od razu próbowałem przechodzić przez swoje labirynty. Wyobrażałem sobie wtedy, że jestem fizycznie w jakimś prawdziwym labiryncie, w którym brakuje oświetlenia, gdzie jedynym źródłem światła była albo paląca się pochodnia albo latarka, którą trzymałem w dłoni, a która oświetlała tylko fragment tajemniczego miejsca, w którym się znajdowałem. Z jednej strony pociągało mnie to, że nigdy nie wiadomo było co jest dalej, za najbliższym zakrętem lub rozwidleniem, ale z drugiej strony zawsze się bałem tej sytuacji zamknięcia w czymś tak nieokreślonym, z czego może nie da rady się wydostać. Ktoś mi kiedyś powiedział lub może przeczytałem o tym przypadkiem, że jeśli trzymać się tylko lewej lub tylko prawej strony korytarza to zawsze w końcu wyjdzie się na zewnątrz i nie ma takiej możliwości, by człowiek się zagubił. Zacząłem tak próbować i choć ten sposób pochłaniał dość dużo czasu i zwiedzałem przy tym prawie wszystkie odnogi korytarzy, to faktycznie zawsze znajdowało się wyjście z Labiryntu.

Pewnego dnia jednak zdarzyło się, że labirynt wymsknął się spod mojej kontroli. Sam zaczął się jakby rysować i nie można było w żaden sposób tego zatrzymać. Jak wmurowany stałem i patrzyłem na to dziwne zjawisko. Starałem sobie to jakoś wytłumaczyć, że może to jakaś niesamowita gra światła i cienia jest za to odpowiedzialna albo że może coś wcześniej wylało się na biurko i teraz zaczyna przebijać leżący na nim papier. Ale jakkolwiek się nad tym zastanawiałem, labirynt stawał się coraz większy i większy. Już dawno wykroczył poza arkusz papieru, z którego brał swój początek. Powoli oplatywał najpierw moje biurko, potem ściany, sufit. Wyglądał jak kłębek kwadratowego jelita grubego, który co chwila zdobywa coraz większą płaszczyznę w poziomie i pionie. Gdy opanował już cały pokój i mogło by się zdawać, że to kres jego możliwości, labirynt nagle zaczął z sufitu skapywać na moją głowę. Kropla po kropli. Bardzo precyzyjnie mierząc w sam czubek. Choć próbowałem się odsuwać i unikać go, to zawsze we mnie trafiał, gdziekolwiek stanąłem. Przenikał przy tym przez moją czaszkę, wkraczając i opanowując każdy zakamarek szarości, który napotkał. Im bardziej próbowałem z tym walczyć i nie dopuszczać labiryntu do siebie, tym bardziej modyfikował się i rozrastał w moim umyśle, tworząc coraz więcej mniejszych i bardziej skomplikowanych układów. I tak pozostał. W pewnym momencie widziałem już tylko korytarze w których tkwiłem, a które rozchodziły się we wszystkich kierunkach mojego organizmu. Chciałem ruszyć, spróbować wydostać się z tego, ale kiedy postępowałem parę kroków naprzód, to korytarze labiryntu zlewały się nagle ze sobą w jedną całość. Wydawało się w tym momencie, że każdy korytarz jest jakby wszystkimi korytarzami naraz i na odwrót. Kiedy się zatrzymywałem, korytarze ponownie rozchodziły się w swoich niby kierunkach, dając mi złudne poczucie określenia. Miałem przy tym wrażenie, że labirynt drwi ze mnie i nieźle się przy tym bawi. Na pewno obserwował mnie bardzo uważnie, do tego stopnia, że ściany korytarzy napinały się, tak jakby do skoku, przy każdym moim najmniejszym poruszeniu.

Patrzyłem beznamiętnie i długo w przestrzeń, oparty o porysowaną przez labirynt ścianę mojego pokoju. Pomyślałem nad tym, gdzie jestem, a gdzie chciałbym właściwie być lub „nie być”. Poza materią i czasem? Poza własną „ułomną” energią, z której nie ma wyjścia, a w której musimy istnieć i określać się wobec układów odniesienia? A może jest to wyjście, ale co wtedy? Dać się zwariować lub rozpaść się na części pierwsze, drugie lub trzecie? Impuls. Ołówek rysujący linie.

Cokolwiek się działo lub nie w korytarzach labiryntu, to jednak próbowałem nadal iść. Czułem, że coś mnie do tego popycha, jakiś mechanizm ukryty gdzieś tam, gdzie nie mam dostępu, gdzie nikt nigdy właściwie nie ma, chyba. Jak długo to trwało - nie potrafię określić. Pamiętam tylko, że byłem już mocno wyczerpany. W pewnym momencie coś poprzez powietrze wdarło się w korytarze. Na początku delikatnie, trochę nieśmiało ale potem na tyle intensywnie i mocno, że nic już nie mogło tego powstrzymać. Jak echo odbijało się od ścian labiryntu i docierało do moich uszu. Przestałem krążyć po korytarzu, który po chwili wrócił na kilka swoich pierwotnych pozycji i zacząłem się wsłuchiwać w to drganie powietrza. „Nie szczekaj! Nie gryź! Nie drap!” docierało do mnie coraz bardziej intensywnie. Paradoksalnie, im donośniej to brzmiało, tym bardziej potrafiłem się skupić oraz wyciszyć. Zacząłem sobie wyobrażać, że to pewnie znowu sprawka tego tajemniczego mechanizmu, ukrytego gdzieś tam, który czerpie siłę z pokładów naszej „ułomnej” energii. W jakiś dziwny sposób na labirynt też zaczęło to działać. Na początku ściany były spięte przy każdym uderzeniu fali, ale potem korytarze jakby się rozluźniły i przestały też zlewać się ze sobą, kiedy dawałem krok naprzód lub do tyłu, na próbę. Chciałem więc ruszyć odnaleźć jakąś drogę wyjścia, ale postanowiłem najpierw dotknąć ściany, by się przekonać czy korytarz faktycznie jest stabilny i czy nie zrobi mi znów jakiegoś psikusa. Zbliżyłem się do ściany i wyciągnąłem ostrożnie rękę. Kiedy dłoń oparła się o chłodny kamień to dźwięk słów, które niosły się po labiryncie, stawał się nagle jeszcze bardziej głośny i gromki jak nigdy wcześniej, wręcz wywołujący ból w moich uszach. Efekt ten narastał z każdą chwilą. Równocześnie miałem wrażenie, że kiedy dotykam ścianę, sam staje się częścią labiryntu, jakimś jego fragmentem i choć do końca nie czułem się z tym komfortowo, to pomagało mi to dostrzec jak funkcjonuje i gdzie może jest wyjście. „NIE SZCZEKAJ! NIE GRYŹ! NIE DRAP!” w tym samym momencie cięło mój narząd bezlitośnie od prawej do lewej i na odwrót.

Podszedłem do biurka na którym leżała kartka z narysowanym labiryntem. Zastanawiałem się: Po co mi on? Dlaczego ocieranie się o granice percepcji i możliwości własnego ja wypala w człowieku dziurę, której nic nie jest w stanie uzupełnić. Jakiś korytarz? A co jeśli to „ja” jest tylko mirażem wewnętrznego świata? Dlaczego człowiek musi się tak męczyć sam ze sobą tylko dlatego, że własna materia jest zbudowana z takiej energii a nie innej. Impuls z zewnątrz: Doświadczenie bijące młotkiem po twarzy. Impuls wewnątrz: Ołówek wypadający z dłoni.

Niewiarygodny jazgot słów, dewastujący mój zmysł, jak i sypiące się przez to poczucie równowagi, oderwało mnie od ściany. Nie upadłem, ale mocno kręciło mi się w głowie. Powoli dochodziłem do siebie, rozglądając się na wszystkie strony tego feralnego miejsca. Natężenie dźwięków opadło znów do poziomu, który pozwalał mi na osiągnięcie względnego spokoju, choć w tym momencie samo słowo „Spokój” mogło być już bardzo niepokojącym określeniem. Labirynt póki co wydawał się nieporuszony i pierwszy raz miałem wrażenie, że ma mnie kompletnie gdzieś. Dziwne to było doznanie, bo poczułem się nagle trochę swobodniej, bez takiej obsesyjnej obawy, że się stąd nie wydostanę. Mogłem w końcu zacząć klarowniej myśleć. W tym momencie jedyne co mogłem zrobić, a co wydawało mi się najrozsądniejsze, to spróbować przejść najbliższe korytarze i rozwidlenia. Starać oswoić się z nimi, zapamiętać ich układ, a potem coraz bardziej zwiększać obszar poznawczy. Ruszyłem więc nie zastanawiając się ani chwili, wkraczając w różne zakamarki i ślepe odnogi labiryntu. Kiedy przemieszczałem się wzdłuż ścian korytarzy zorientowałem się nagle, że nieświadomie poruszam się w rytm płynących słów. Im dalej szedłem w głąb labiryntu, tym bardziej mój chód harmonizował z nimi, a to pozwalało mi stąpać coraz pewniejszym krokiem pomiędzy ścianami. Uświadomiłem sobie, że poruszanie się wraz z drgająca w przestrzeni falą sprawia mi coraz większą radość i pochłania mnie bez reszty. „Nie szczekaj! Nie gryź! Nie drap!” zaczęło mnie wznosić ponad podłoże coraz wyżej i wyżej. Kiedy się unosiłem, zauważyłem jednak też coś niepokojącego, że ściany labiryntu niebezpiecznie zbliżają się do siebie, zawężając coraz bardziej moje pole działania. Było to jakieś niesamowite powiązanie i miałem dziwne wrażenie, że labirynt zdaje się dopominać o odrobinę swoistego szacunku względem niego. Zwolniłem trochę, bo aż takich wrażeń wyciskających ze mnie wszystko chyba już nie potrzebowałem i ściany automatycznie zaczęły oddalać się od siebie. W końcu zatrzymałem się by to jakoś ogarnąć, zastanowić się nad tym wszystkim. Słowa i tak się niosły, korytarze były stabilne. Jakiekolwiek wnioski mogłem wyciągnąć i cokolwiek bym zrobił, byłem zależny od labiryntu, od jego dziwnie skonstruowanych praw. Uświadomiłem sobie, że przecież podlegam również pracy tego tajemniczego mechanizmu ukrytego gdzieś tam, gdzie nie mam dostępu i pewnie wielu innym rzeczom o których nie mam najmniejszego pojęcia. O ile z korytarzami mogłem w jakimś sensie podjąć grę, o tyle z mechanizmem nie było i nie ma takiej możliwości.

Podniosłem kartkę z narysowanym labiryntem, by mu się lepiej przyjrzeć. Pomyślałem: Czemu wymusza na mnie akceptację pola magnetycznego we własnej głowie? A co jeśli człowiek ma takich pól większą ilość? I każda jest tylko na minus lub tylko na plus. Co wtedy? W dół czy w górę?

.... „Wtedy musi być cel” uśmiechnąłem się ironicznie i w chłodnej przestrzeni korytarzy rozebrałem z wszystkich rzeczy, które miałem na sobie. Podszedłem nagi na czterech kończynach do najbliższego zakrętu, obwąchałem go i podnosząc wysoko nogę obsikałem pierwszy narożnik.

Mariusz Zimoński - Mariush
podziękowania za korektę dla M.M. oraz J.R.
17 październik 2011r.
Kontakt:Mariusz.zimonski@gmail.com

Data:

 październik 2011r.

Podpis:

 Mariush

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=70060

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl