DRUKUJ

 

Biskup bez sutanny.

Publikacja:

 11-12-01

Autor:

 Erwin78
Historia ta jest fikcją, jakiekolwiek podobieństwo do osób i wydarzeń jest przypadkowe.
Miłego czytania i zachęcam do komentowania. Pozdrawiam Erwin.



Biskup bez sutanny



Erwin Mentel




1


Zawsze marzył aby być księdzem.
Urodził się w rodzinie średniej klasy, ale bardzo dbającej o wychowanie dzieci. Był trzecim dzieckiem, jednak pierwszym chłopcem. Siostry bardzo wpłynęły na jego wychowanie, gdyż dzieliła ich duża różnica wieku. Był pupilkiem w rodzinie.
Powodziło im się dobrze. Ojciec był stolarzem i miał niewielki warsztat, gdzieś na Dolnym Śląsku. Bliskość gór, niewysokich, ale jednak gór, sprawiła, że był gotowy zdobywać szczyty i to nie tylko te górskie.
Mama nie pracowała, poświęcała więc cały swój czas na wychowaniu dzieci i dbaniu o dom. Tato zjawiał się zawsze około drugiej na obiad, ponieważ warsztat był niedaleko. Cała rodzina zasiadała do stołu, on chociaż nie miał jeszcze roczku, miał swoja miejsce również. Specjalne wysokie krzesło z odpowiednimi zabezpieczeniami, aby bobas nie wypadł, zrobione oczywiście przez tatę, zostało przyniesione ze strychu i odświeżone. Spełniało swoją rolę już trzeci raz, a wyglądało jak nowe. Wystarczyła tylko odrobina lakieru.
Obiad zawsze z dwóch dań, oczywiście z deserem, brakowało tylko domowego ciasta, gdyż do tego nikt w rodzinie nie miał zapału. Kisiele, budynie i galaretki a także sałatki owocowe dobrze jednak nadrabiały, już nie ten smak kupnego ciasta. Wypieki zresztą były całkiem niezłe bo od znajomego cukiernika. Przy stole panowała zawsze dobra atmosfera, modlitwa na początek, potem jedzenie bez pośpiechu, a przy deserze, szczera i budująca rozmowa.
Rodzice choć nie wykształceni, bez studiów, umieli uczyć dzieci dobrego zachowania, szacunku dla starszych, kłaniania się przechodnią. W tym niewielkim miasteczku każdy praktycznie się znał. Konwersacja przy stole była na różne tematy. Tato był zafascynowany polityką, mama i siostry gawędziły o gotowaniu. Dużo też mówiło się o kościele, biblii i świętych.
Maluch rósł jak na drożdżach. Rozpieszczali go wszyscy, ale tylko do czasu, jak zaczął chodzić, musiał jak każdy wypełniać swoje obowiązki. Sprzątać swoje zabawki i uczyć się. Starsze siostry chodziły już do szkoły, jedna do gimnazjum druga do liceum. Wychowane do sumienności i cierpliwej nauki, po szkole i odrobieniu lekcji spędzały na kształceni braciszka, pół godziny każda. Dopiero potem był czas na zabawę i spotkania z przyjaciółmi.
W domu od najmłodszych lat, był pytany kim chce zostać jak dorośnie? Wychowywany w rodzinie bardzo katolickiej, gdzie słuchało się radia Maryja, wybór mógł być tylko jeden. To coś mówiło mu, że musi iść tą drogą. Drogą trudną i krętą ale ważną i jedyną.
Jednak na odkrycie swojego powołania miał jeszcze czas. Poza tym jak się miało okazać, Bóg miał swój plan dla niego.
Był dzieckiem raczej spokojnym. Mama opowiadała, że to bardziej dziewczynki biegały po drzewach a on czytał książeczki w swoim pokoiku. Lubił ten pokuj i cisze która tam panowała. Był chyba nieśmiały ale odważny. Kiedy pewnego popołudnia dzieci bawiły się na drodze i pies przybłęda, który zjawił się niewiadomo skąd, chciał ugryź przestraszoną siostrzyczkę, sam strzelił mu kopniaka, choć był niewiele większy o niego. Czarny kundel uciekł skowycząc.
Zawsze uśmiechnięty i z pozytywnym nastawieniem do życia, nie bał się wyzwań. Już jako pięciolatek, sam pojechał autobusem do Wrocławia do cioci zawieść ważne dokumenty, gdyż akurat tak się złożyło, że nikt inny nie mógł. Gdy dowiedział się o tym tato bardzo się rozgniewał na mamę, że takiego malucha samego puściła, ale on sobie poradził. Wysiadł na dworcu PKS i kupił sobie bilet na tramwaj. Szesnastką dojechał na Psie Pole a potem już na pieszo do cioci. Kiedy ona otworzyła drzwi i zobaczyła roześmianego pięciolatka, pyta się:
- A gdzie mamusia z tatusiem?
- Tatuś w pracy a mamusia z Ewunią do lekarza poszli, bo bardzo ją ząb bolał. – komunikuje brzdąc – a tu te ważne dokumenty, o które ciocia bardzo prosiła.
Nie mogąc dalej uwierzyć, zdezorientowana ciocia Dorotka, wychyla się nad chłopcem an klatkę. Ale tu ani widu ani słychu kogoś dorosłego. A był to jeszcze czas kiedy telefony komórkowe były dostępne tylko dla wybranych.
- Dobrze dziecko, – mówi ciocia - wejdź na herbatkę.
- Ale ja bym wolał jechać do domu. – jąka się brzdąc.
- No chyba zgłupiałeś. Jak przyjedzie tato to zabierze cię samochodem.
- A dostanę ciastko?
Rozbawiło to już i tak bardzo zdenerwowaną Dorotę. „Jak ona mogła puścić go samego?” - rozważała w myślach. Ale po kolacji, przyjechała cała rodzina i padli sobie w objęcia. „Zuch chłopak” – powtarzał tato głaszcząc syna po czuprynie. A czupryna była pokaźna. Blond kręcone włosy.
Dopiero teraz Iwona zdało sobie sprawę co zrobiła. Dorota dała siostrze wykład co to mogłoby się stać podczas całej tej podróży.




2

Pierwsza komunia Święta to bardzo szczególne wydarzanie w życiorysie chłopca. Stary ksiądz proboszcz, kład duży nacisk na bardzo dobrze przygotowanie dzieci do tego ważnego momentu w ich życiu. A że był dobrym kaznodzieją, młodzi słuchali go z uwagą, jak mówił o ważności mszy Świętej w tym zaganianym świecie. O tym jak to Pan Jezus przemienia się w prawdziwe ciało i krew, za każdym razem kiedy ksiądz wypowiada słowa konsekracji i przy podniesieniu. Uczył ich jakie jest najważniejsze przykazanie i że przykazanie miłości jest ponad starotestamentalnymi dziesięcioma przykazaniami.
Ale też, poczciwy kapelan uczył młodych pretendentów do stołu pańskiego, że życie polega na dokonywaniu nieustannych wyborów. Wyborów, tych małych, czy zjeść ser czy może jednak szynkę w piątkowy wieczór? Za którymi idą już te ważniejsze jak, czy uderzyć kolegę który dla zabawy zabrał mi tornister i się droczy? Aż do wyborów fundamentalnych, które zaważą na naszym całym życiu. Czy się ożenić, czy może wybrać drogę powołania.
- Każdy z tych wyborów jest równie ważny, – wywodził proboszcz - bo jakie podejmujesz decyzje w małych sprawach, z tym samym sercem będziesz wybierał w rzeczach istotnych dla ciebie i dla świata.
Podobały się te słowa młodemu marzycielowi. Wiedział już teraz, że przed każdym nawet najdrobniejszym podjęciem decyzji, będzie prosił Maryję o wstawiennictwo.
Przyszła w końcu ta majowa niedziela, ubrany w biały garniturek, z gromnicą w ręku, kroczył dumnie w szeregu innych młodych dzieci za księdzem do kościoła. Dzień był ciepły i słoneczny. Wszędzie dużo ludzi i ścisk. Ale on był skoncentrowany tylko na jednym. Na tym białym opłatku, którego z chwilę przyjmie po raz pierwszy do swojego serca. Czuł tą więź, która zaczynała łączyć go kimś transcendentnym. Inne dzieci śmiały się i rozmawiały, on był bardzo skupiony. Wyłączył się, odizolował od tego krzykliwego tłumu. Czuł, że jest tylko ten chleb i on. Chleb, który zaraz stanie się pokarmem dającym życie wieczne.
Nigdy jeszcze tak się nie czuł podczas mszy Świętej, a chodził do kościoła często. W każdą niedziele z cała rodziną, a także w tygodniu, jeśli tylko była taka możliwość. Jednak tego dnia, było inaczej. Wiedział, że staje się coś pięknego. Zaczynał się nowy okres w jego życiu. Modlił się też inaczej. Nie tylko „Ojcze nasz”, ale myśli jego płynęły wprost na ten ołtarz, na którym leżała hostia i kielich z winem. I one odpowiadały. Coś kazało mu być już od teraz zawsze posłusznym temu głosowi. Mimo młodego wieku, i tak wielkiej tajemnicy jaka go dotykała, nie przestraszył się. Zaufał i nigdy już tego nie żałował.
Podszedł spokojnie do klęcznika i skosztował ciała i krwi swojego Pana. Mimo tego co stało się później w jego życiu, zawsze z takim samym zapałem przystępował do stołu pańskiego.
Po uroczystości były pamiątkowe zdjęcia i podziękowania, i kwiaty. W domu pięknie przyszykowany stół i dużo prezentów. Ale to wszystko to był tylko dodatek do tego co już się stało. Inni chwalili się zegarkami, rowerami dla niego ważniejszy był różaniec w ręku. Od tego dnia, czuł że w sercu rodzi się powołanie. Długa jeszcze była droga przed nim, ale zaczęły pojawiać się pierwsze drogowskazy. Wiedział, że Bóg ma wobec niego wielki plan, nie przypuszczał jeszcze teraz, że będzie to bardzo dziwny plan, ale ufał.
Po białym tygodniu, proboszcz zapytał się czy ktoś z chłopców nie chciał by zostać ministrantem. Dużo chętnych nie było, ale on był pierwszy. Będzie bliżej ołtarza i będzie bliżej tego światła które go zafascynowało i przejęło nad nim kontrolę.




3
Lata zaczęły biec coraz szybciej. W szkole podstawowej uczył się pilnie, dużo pomagała starsza siostra, już teraz studentka Dagmara. Rodzice wiedzieli, że syn ma talent więc zapisali go na prywatne lekcje języka angielskiego. Wtedy w szkołach królował jeszcze tylko rosyjski. Dodatkowo chodził też na korepetycje z matematyki. Nie że był bardzo słaby z tego przedmiotu, wręcz przeciwnie bardzo go pociągała wiedza ścisłą i to co było na lekcjach dla wszystkich, dla niego było za mało. Sąsiedzi dalsi śmiali się z tych wyborów. Po co mu angielski i tak pójdzie do łopaty. Jak miało się później okazać, to był strzał w dziesiątkę i nikomu już po latach nie było do śmiechu.
Coś za coś, jak się mówi. Inne dzieci biegały po boiskach i parkach on dwa razy w tygodniu popołudniami chodził do na drugi koniec miasteczka na lekcje języka a na dodatek czasem zostawał po szkole na rozwiązywanie łamigłówek matematyka. Ale to go kręciło tak samo jak gra w szachy.
Kiedyś na gwiazdkę, mikołaj który bardzo się spieszył i dzieci nie mogły go zobaczyć, zostawił pod choinką prezent dla niego. Rozpakowywał z zaciekawieniem taki duży pakunek, w którym było pudełko z szachami. Już pierwszego dnia Świąt siadł z tatą przy stole i poznawał tajniki tej gry. A że był pojętnym uczniem już za dwa lata wygrywał z tatą każdą partię. Szukał więc bardziej doświadczonych graczy. Koledzy byli dobrzy, ale nie na tyle aby mu stanąć na drodze. Nauczycieli też wkrótce zaczął pokonywać. Prawdziwym więc wyzwaniem był turniej szachowy w ratuszu. Zajął tam drugie miejsce, co było nie lada wyczynem dla szachisty bez rankingu. Była to ciekawa przygoda, ale wiedział że arcymistrzem nigdy nie będzie. Dlatego później grał już w szachy tylko dla przyjemności.
Wróćmy jednak do matematyki. Dojrzewał i czuł, że coś tu jest nie tak. Rozpoznając swoje powołanie, szedł w przeciwnym kierunku. Ksiądz to człowiek raczej z głową humanisty, filozofa i teologa a nie umysł ścisły. Ale to mu nie przeszkadzało, wiedział że tam ktoś czuwa i widocznie tak ma być. Szlifował więc matematykę i łamigłówki.
Nie żył jednak tylko szkołą. Choć nieśmiały rozwijał się też towarzysko. Jeździł na szkolne wycieczki, chodził do kina z kolegami i koleżankami. I stało się też coś co myślał, że nie może się stać.



4

Zakochał się po raz pierwszy!
Była to dziewczyna z klasy o rok starszej. Blondynka o niebieskich oczach. Zawsze lubił długie włosy, które ona splatała w warkocz. Spotykał ją często na korytarzu szkoły, ale bał się podejść i zagadnąć. Los jednak ma swoje sposoby. I splatał figla. Szkoła organizowała wycieczkę jednodniową nad morze. A że on lubił morze, bo przecież góry miał blisko, zapisał się. Uśmiechnięty i zadowolony za czapką z daszkiem na głowie wsiada do autobusu. Zrobił wielkie oczy kiedy zobaczył, że na przedostatnim siedzeniu siedzi ona. Zrobił się czerwony i nico zmieszany usiadł za nią w ostatnim rzędzie.
Był nieco przejęty, ale podróż zaczynała go intrygować. Ona siedziała z koleżanką, on w ostatnim rzędzie foteli gawędził z kumplami. Choć, jak zauważyli niektórzy, był mało rozmowny, ale przecież on nigdy nie był gadułą. Gdy dotarli już do Kołobrzegu, bo tam właśnie zmierzali, myślał że będzie jak zawsze, nawet nie zamienią ze sobą słowa. Jak bardzo się mylił.
Zwiedzali trochę miasto a potem poszli do Muzeum Oręża Polskiego. Kiedy przechadzali się wśród starych eksponatów wojskowych zauważył, że ona się do niego uśmiecha. Zawstydził się, ale odwzajemnił ten, jakże miły, gest. Czuł że serce bije mu coraz szybciej, a jednocześnie intrygowało go co to z tego urośnie?
Na tę chwilę nic, myślał. A może uśmiechała się do kogoś innego, czy jeszcze gorzej, śmiała się z niego a nie uśmiechała. Jak tu to sprawdzić? Najprościej podejść i porozmawiać. Dla niego to nie było wcale proste. Ciągle jednak różne myśli kłębiły mu się w głowie.
A czas leciał. Po wizycie w muzeum poszli na plażę. Jak na marcowy dzień pogoda była piękna. Słonecznie i dość ciepło, wiał tylko lekki wiaterek. Plaża była jednak dosyć wyludniona, jednak prawie pięćdziesiątak rozkrzyczanych dzieciaków rozbudziła ją z letargu. Woda dosyć mroźna, ale chłopcy jak to chłopcy, zaczęli chlapać na dziewczyny, które od razu podniosły krzyk. On jednak nie maił ochoty na głupoty, w głowie była burza myśli. Złapał się na tym, że jego wzrok i myśli biegły tylko ku jednemu. Temu cudzie o imieniu Agata.
Po harcach na plaży całe towarzystwo udało się do autokaru i w podróż powrotną, i tu nastąpił przełom. Nie to, że on zaczął rozmowę, dalej stremowany, ale kobieta wzięła sprawy w swoje ręce. Kiedy już miał usiąść na swoim miejscu w autobusie ona zagadnęła czy nie zamienił by się z jej koleżanką i usiadł przy niej. Myślał, że się przesłyszał. Puls skoczył mu bardzo, ale czuł się jak w niebie. Usiadł koło niej i przez pierwsze dziesięć minut nie mógł wydobyć z siebie słowa. Agata próbowała zagadywać, ale on był stremowany i przestraszony. Opanował się jednak i zaczęli dialog. Ona mówiła, że fajny z niego chłopak i bardzo przystojny. Schlebiało mu to. On też stwierdził, że ona bardzo ładnie wygląda w tym czerwonym sweterku. Może nie był to wyszukany komplement, ale najlepszy na jakiego było go stać w tym momencie.
- A co ci się we mnie najbardziej podoba? – zapytała.
To pytanie jeszcze bardziej go stremowało. Chciał krzyknąć „wszystko”, ale wybąkał tylko – Masz piękne włosy i te niebieskie oczy.
Uśmiechnęła się i odparła – Ty też mi się podobasz.
Teraz to już był w siódmym niebie. Podróż która trwała ponad 5 godzin dla niego minęła jak pięć minut. Tak zaczęła się przygoda, która jednak nie była mu pisana aby zakończyć się szczęśliwie. Ale teraz był szczęśliwy. Tylko to się liczyło, choć też czuł, że to nie jego droga.
Spotykali się często, przez pierwsze dwa miesiące, ale gdy zauroczenia minęło i jej i jemu zdawało się, że to nie to. Podjęli decyzję o rozstaniu, była to jedyna słuszna decyzja. Przeżył to nieco, ale na horyzoncie pojawiło się kolejne wyzwanie, które on podjął.



5

Agata to już teraz przeszłość. Natomiast ksiądz proboszcz wyszedł z propozycją, aby poszedł na kurs lektorski i jednocześnie poinformował że jest organizowany konkurs biblijny dla lektorów, gdzie nagrodą jest wyjazd do Rzymu. Był dopiero maj, kurs trwa dwa tygodnie a finał konkursu jest pod koniec czerwca, więc wszystko jest do pogodzenia.
Zgodził się bez namysłu, wiedział że praca pomoże mu zapomnieć o tym miłosnym zauroczeniu i wkrótce Agata będzie tylko fajnym wspomnieniem. Bo, że było w tej przygodzie z niebieskooką blondynką coś świetnego, był przekonany.
Kurs rozpoczął się w sobotę, mszą święta w sąsiedniej parafii. Prowadził go młody ksiądz o imieniu Robert. Mówił, że słowo boże jest bardzo ważne i przekazywanie go jest sztuką, którą każdy z was musi pojąć aby docierało ono do wiernych i zapadało w pamięci.
W Kościele służą różni księża, jedni z powołania inni nie. On jednak na swojej drodze spotykał więcej tych pierwszych. Tak było i tym razem młody entuzjastyczny księżulek, dobrze przygotowywał przyszłych lektorów do posługi przy ołtarzu i ambonie. Wykłady skończyły się bardzo szybko, uświadamiając jemu, po raz kolejny, że idzie słuszną drogą.
W dzień uroczystości Zesłania Ducha Świętego otrzymał od biskupa pomocniczego archidiecezji wrocławskiej świecenia lektoratu i już od tej pory stał się głosicielem bożego słowa. Pierwsze kroki jak zawsze były trudne, trema i strach przed publicznym wystąpieniem, jakim też było czytanie fragmentów Pisma Świętego w kościele, dały o sobie znać. Z każdym razem było jednak lepiej. Borykał się tylko z jednym problemem. Zawsze się spieszył, tak samo było tym razem czytał za szybko. Pomocne rady proboszcza i księdza Roberta jednak się przydały i starał się nad tym zapanować. Gdyż i ludzie zaczęli zauważać, że to co robi, robi z pasją.
Czytania pierwsze i drugie, które jest tylko czytane w Niedziele i święta, nie sprawiały mu żadnego problemu. Gorzej było z psalmami. Nie umiał i nie lubił śpiewać. Ale ksiądz czasem musi, mówił sobie, więc przełamywał się, jednak częściej się poddawał i tylko czytał psalmy. Ale za to jak czytał.
Jeszcze przed święceniami bardzo mocno studiował ewangelie synoptyczne, czyli: Mateusza, Marka i Łukasz, bo właśnie z tego tematu będzie konkurs biblijny jak poinformował go proboszcz. Czytał je uważnie i robił notatki, sam też wymyślał sobie pytania i pisał odpowiedzi. Nie robił tego z chęci zdobycia tylko nagrody ale wiedział, że jest o co walczyć.
Kiedy zbliżała się data finału, był gotowy. I wtedy, kiedy modlił się przed snem, coś zaświeciło mu w głowie i postanowił zawrzeć układ z Panem Bogiem.
- Jeśli będę w pierwszej trójce (bo właśnie podium gwarantowało wyjazd do Rzymu), zostanę księdzem i będę służył tobie Boże. – powiedział na glos.
I w tym momencie zabrzmiał głos dzwonu kościelnego. Tak właśnie Bóg potwierdził zawarcie paktu. A był dopiero w siódmej klasie podstawówki. Odważna decyzja. Ale czuł, że musi dotrzymać danego słowa i będzie robił wszystko aby wywiązać się z umowy.
Następnego dnia jeszcze bardziej wziął się do nauki. Konkurs miał odbyć się za trzy dni. Spotkał się jeszcze z proboszczem i innymi trzema kolegami lektorami, aby przepytać się wzajemnie. Co się wydarzy nie mógł przewidzieć, ale wiedział, że jest ktoś z nim. Ten, który szedł od początku przy jego boku, a gdy było ciężko, niósł go na swoich barkach.
Przyszła ta sobota. Cała trójka pojechała na konkurs do seminarium duchownego do Wrocławia, samochodem księdza proboszcza. Pierwszy raz był w tym miejscu. Na początek było krótkie zwiedzanie. Podobało mu się tam. Duży ogród, dom dla studentów-alumnów, kaplica i refektarz, przestronna biblioteka, no i ten kościół z przepięknym ołtarzem. Wszystko to go zachwyciło, wiedział że tu wróci.
Konkurs był podzielony na dwie części: pierwsza pisemna, na którą składało się pięćdziesiąt pytań i druga finałowa, ustna, tylko dla dziesięciu najlepszych z uwzględnieniem wyników części pierwszej.
Uczestników było około czterdziestu pięciu. Wszyscy w auli dostali kartki z pytaniami i godzinę czasu na udzielnie odpowiedzi. Mu wystarczyły trzy kwadranse. Oddał swoją kartkę i czuł się pewnie. Po wszystkim księża profesorowie ogłosili że wyniki i część finałowa odbędzie się za dwie godziny, a teraz zapraszają wszystkich na obiad.
Po obiedzie, na spacerze, dyskutowali wszyscy o części pisemnej. Jakie pytania były łatwe jakie sprawiły nico problemów i tak dalej? O tym co słyszał z tych rozmów, coraz bardziej był przekonany, że zawarty pakt może okazać się faktem. Myślał teraz czy dobrze zrobił decydując się na ten krok. To już jednak za późno. Nie był jednak tym obrotem spraw zbytnio zafrasowany. I z uśmiechem na twarzy podążał do auli.
Przewodniczący zaczął czytać wyniki w kolejności odwrotnej od zdobytych punktów, oczywiście tylko pierwszej dziesiątki. Po pięciu nazwiskach czuł się zawiedziony, że jego tam jeszcze nie ma. Po dziewięciu stracił nadzieję. Jakże nieroztropnie. Zdobył czterdzieści dziewięć punktów na pięćdziesiąt możliwych, nawet w snach tego nie przypuszczał.
Nastąpiła część ostatnia konkursu, zawodnicy podchodzili od ostatniego do pierwszego i musieli odpowiedzieć na trzy pytania każdy. Poprzednicy odpowiadali różnie ale trzech było bezbłędnych, teraz już wszystko było jego rękach. Był bardzo stremowany i uświadomił sobie, że pierwsze pytanie zawalił. Z drugim już było nieco lepiej. Serce biło coraz mocniej. Nie mógł się skupić i tylko połowicznie odpowiedział na trzecie pytanie. Nastąpiło podliczanie punktów. I co się okazało. Wygrał Rafał, drugie miejsce zajął Przemek a o trzecie musi dojść do dogrywki, gdyż aż pięciu zawodników ma tę samą liczbę punktów. On też jest w tej grupie. „Zawiódł” – pomyślał. Ale cóż jeszcze nic straconego. Wstanie i będzie walczył. Nie wiedział jeszcze, że Bóg wywiąże się ze swojej części umowy w inny sposób. Gremium sędziowskie ogłosiło, że musi jeszcze raz sprawdzić wyniki. Co się okazało, że błędnie policzono wyniki części pisemnej i on nie zdobył czterdziestu dziewięciu punktów tylko czterdzieści dziewięć i pół, co automatycznie dało mu trzecie miejsce, spychając pozostałą czwórkę na nic nie dającą czwartą pozycję.
- To jest znak – mówił do siebie w myślach – Bóg jednoznacznie potwierdził, że on wypełnił swoją część umowy. Została tylko ta moja. Tak – myślał dalej – ja też swojej dotrzymam.
Po stresie, teraz już na niego czekał tylko Rzym, w te wakacje.



6

Cieszył się niezmiernie, że pojedzie na tę pielgrzymkę. Trzy tygodnie we Włoszech w tym tydzień w Rzymie, a po drodze jeszcze Wiedeń. Nie mógł się już doczekać. Odliczał dni.
Rok szkolny zakończył się udanie. Świadectwo z czerwonym paskiem, pochwalił się rodzicom, a oni powiedzieli, że ma też i tę nagrodę za trud tego roku. Książkę którą dostał za dobre wyniki w nauce, przeczytał w kilka dni po zakończeniu roku. Wiedział, że na pielgrzymce nie będzie na czasu na czytanie, tyle do zobaczenia i zwidzenia. Nowi ludzie i nowe kraje, jak pięknie to brzmi. Lato było gorące, a czas do wyjazdu upływał błyskawicznie.
Wreszcie przyszedł ten dzień. Mimo że wyruszali o świcie z domu, nie potrzebny mu był budzik. Wstał już o czwartej rano. Bagaż spakowany poprzedniego wieczora, zaniósł do samochodu. Pożegnał się z siostrami, które chyba mu nieco zazdrościły. Tak czuł, ale nie wywyższał się.
- Wy pewnie też kiedyś będziecie mieli szanse wyjechać, jak nie do Rzymu, to do innego pięknego miasta. – powiedział.
Uśmiechnęły się obie i życzyły udanego wypadu braciszkowi.
Gdy przyjechali do Wrocławia, było jeszcze pół godziny do wyjazdu autokaru, ale prawie wszyscy byli już gotowi. Przywitał się z pozostałą dwójką zwycięzców konkursu, tylko ich znał. To mu jednak nie przeszkadzało, był podekscytowany i szczęśliwy. Czego nie można powiedzieć o mamie. Iwona, przezywała to, że jej mały synek wyrusza sam w tak daleką drogę. On pewnie by się nie zgodził, że jest mały, ale dla mamusi zawsze będzie tym malutkim pupilkiem. Gdy żegnał się z rodzicami, mamie poleciały łezki po policzku.
- Tylko mi się tam dobrze zachowuj – dodał, jak zawsze poważny i trzymający uczucia na wodzy, tato.
Tak właśnie zaczynała się wielka przygoda i podróż w nieznane. Wyruszyli zgodnie z planem. Po krótkiej modlitwie, o szczęśliwą podróż, prowadzący pielgrzymkę ksiądz, postanowił zapoznać wszystkich uczestników ze sobą. A w autokarze byli różni ludzie. Od blondwłosych studentek po panie już w kwiecie wieku, aż do wykwintnych babć. Tylko mężczyzn było jak na lekarstwo. Wspomniana trójka z konkursu biblijnego, ksiądz organizator, kierowcy, dwóch i jeszcze tylko dwójka innych panów. On jednak dobrze czuł się wśród tych wszystkich kobiet. W oko wpadła mu szczególnie dwudziestoletnia studentka zarządzania z Wrocławia, Ania.
Gdy przyszła jego kolej, aby się przedstawiać, powiedział bardzo krótko, tylko skąd jest, jak się nazywa i że bardzo się cieszy, że jest teraz w tym gronie. Ksiądz zaraz dodał, że ta trójka młodych chłopców jest na pielgrzymce, dzięki zwycięstwu w konkursie biblijny. Zaraz też rozległy się gromkie brawa od pozostałych uczestników.
Nim się obejrzał, a byli już na granicy. Dumny był z tego, że ma już paszport, a za chwilę będzie miał też pierwszy stempel. Kontrola przebiegłą sprawnie i tak oto znalazł się na obcej ziemi. Był ciekawy wszystkiego. Kiedy większość odsypiała poranne wstawanie, on przyglądał się przez szybę w autokarze mijanym wioskom, polom i miasteczkom. Podobało mu się to co widział, ale dostrzegł również, że w Polsce jest podobnie, poza małymi szczegółami. Trochę go to rozczarowało, bo wyobrażał sobie, że gdy minie granicę to znajdzie się w zupełnie innym świecie. Nie miał sprecyzowane, jaki to będzie świat, ale na pewno nie tak podobny do rodzinnego podwórka. Zastanawiał się, czy cała kula ziemska jest tak bardzo do siebie podobna? Kiedy tak myślał, przyszło mu do głowy, że pewnie tak, przecież to Bóg stworzył ten piękny świat.
Późnym popołudniem dotarli do Wiednia. Po posiłku była chwila odpoczynku, a około dziewiątej wszyscy mieli iść na zwiedzanie miasta. Było dwóch przewodników jeden Polak mieszkający na stałe w Wiedniu i młodszy Austriak, który nie mówił po polsku. Ten drugi był samochodem i mógł zabrać chętną czwórkę na przejażdżkę po mieście o ile się dogadają po niemiecku lub angielsku, gdyż znał ten język trochę. Zgłosiły się trzy osoby, ksiądz zapytał się jeszcze, czy może jest jeszcze jeden chętny? Nieco się wahając, z szeregu wyszedł on.
- A ty młokosie będziesz umiał się porozumieć? – wypalił ksiądz.
- Znam trochę angielski, - nieśmiało zaczął – i myślę, że mogę go teraz wypróbować – kontynuował.
- Jeśli jesteś taki odważny, no to już, ruszajmy – zakończył ksiądz.
W ten oto sposób znalazł się w samochodzie, z obcokrajowcem, ale za to zwiedził znacznie więcej niż pozostała grupa. Już teraz, więc inwestycja rodziców, zaczęła procentować. Pojechali miedzy innymi do muzeum Jana III Sobieskiego, gdzie ze wzniesienia roztaczał się bardzo piękny widok na rozświetlone nocą miasto. Łamaną angielszczyzną, ale dogadywał się z przyjaznym Austriakiem. Także zwiedzanie zajęło im kilka godzin i około drugiej w nocy dołączyli do reszty grupy, która już czekała aby ruszyć w dalszą drogę. Kierunek Wenecja.
Po wyczerpującej nocy, zasnął słodko w dalszej podroży. Obudził go dopiero harmider jak zrobił się na granicy. Wyjmowanie i sprawdzanie paszportów, kolejna pieczątka, a to już nastał prawie ranek. Uporali się jednak dosyć sprawnie na granicy i podziwiał już włoską ziemię. Miasta, wioski, pola i góry, ale to już widział w Polsce. Nic nadzwyczajnego, nie tego się spodziewał. Zresztą nie wiedział czego się spodziewać? Świat jest jednak bardzo podobny do siebie z niewielkimi wyjątkami, widział te wyjątki już w telewizji i książkach, a cała reszta jest zbliżona. Nauczył się jednak czegoś nowego. A to nie pójdzie na marne.
Wenecja przynajmniej go urzekła. Nie brud i niemiły zapach, ale mnóstwo tych krętych i pięknych kanałów. Podziwiał z autobusu wodnego, gondole i domy które wychodziły na wodę, zbudowane na palach. A na placu Świętego Marka mnóstwo gołębi i turystów. A ponadto ten upał, ponad 30 stopni w cieniu. Kupił sobie coś do picia i podążał za grupą, zwiedzając. Przydał teraz się też aparat, który również wygrał. Pstrykał zdjęcia, i wiedział że będzie miał dużo do opowiadania rodzicom i siostrom. Pochwali się też kolegom i koleżankom, a co, w końcu to nie lada wycieczka. Będą mu zazdrościć, kiedy pokaże zdjęcia.
Po posiłku wrócili do autokaru i w dalszą drogę. Zatrzymali się jeszcze w kilku innych miastach, ale on czekał już tego upragnionego Rzymu. I się doczekał. Dotarli do miasta około południa, ale zanim znaleźli miejsce zakwaterowania było już po piątej po południu. Przejażdżka po Rzymie i przyglądanie się mu nawet z autobusu też było ogromnym przeżyciem. Teraz bardzo mu się podobało, to co będzie później.
Gościnę znaleźli w parafii, gdzie proboszczem był polski ksiądz. Może nie było tam wygód, bo spanie na materacach w salach katechetycznych to nie luksus, ale za to blisko do Watykanu. Rozpakowali się i udali na posiłek, oczywiście spaghetti. Po dwudziestej pierwsza wyprawa na miasto. Głośne i pełne ludzi, ale cudne w tle zachodzącego słońca. I ten plac Św. Piotra, na żywo wygląda o wiele lepiej niż na ekranie TV. Wszystko mu się tu podobało. Następnego dnia miała być wizyta u papieża Polaka. Czekała jednak wszystkich podróżnych, przykra niespodzianka. Papież od wczoraj był w klinice Gemelli, gdyż doznał jakiejś infekcji i wszystkie wizyty na kolejne dwa tygodnie zostały odwołane. Cóż za pech?
- Takie życie – pomyślał – nie teraz to innym razem zobaczę papieża. Może będzie mi dane tu wrócić?
Papieża nie zobaczyli, ale za to zostali zaproszeni do ogrodów watykańskich, gdzie normalnie gości się nie wpuszcza. Przynajmniej coś!
Tydzień w Rzymie upłyną jak mgnienie oka. Nim się wszyscy zadomowili już trzeba było się pakować. Miasto go urzekło, Watykan, Koloseum, zamek Świętego Anioła, te przepiękne fontanny i stare miasto. Był pod dużym wrażeniem, a także miłe wspomnienie z kościółka spotkania Św. Piotra uciekającego z Rzymu z Panem. Tak chodzi o „Quo vadis”. To właśnie tam Św. Piotr poszedł za swym przeznaczeniem i powołaniem, jego też tam coś dotknęło. Rozważał to w swym sercu i zastanawiał się, do czego jego powołuje Chrystus.
Był zmęczony ale szczęśliwy. Wycieczka była udana a wrażenia ogromne. Dużo się nauczył, wiele zobaczył i czuł się z tym świetnie. Będzie miał co opowiadać i wspominać.
Podróż powrotna, mimo że długa, szybko zleciała. Wszyscy byli zadowoleni, śpiewali i rozmawiali o swoich przeżyciach z wycieczki. Wszystko się udało. Myślał tylko jak wypełni obiecane śluby, i co niesie przyszłość? Oddał to Bogu.
Dotarli do Wrocławia przed północą, co nie oznaczało, że nikt na niego nie będzie czekał. Wpadł w ramiona zapłakanej, ale szczęśliwej matki a później powitania z tatą i siostrami. Stęsknili się za nim, wycałowali i pytali o wrażenia. Gdy dotarli do domu opowiadał wszystko ze szczegółami do rana, dobrze że był to sobotni ranek.
Wszystko układało się cudownie. Nie spodziewał się jednak, że właśnie teraz, czeka go przykra tragedia.



7

Nic nie zapowiadało burzy. Wakacje dobiegały końca, przygotowania do nowego roku szkolnego. Wszystko układało się dobrze. A tu nagle wiadomość, że dziadek został zabrany do szpitala i rokowania nie są najlepsze. Bardzo był z dziadkiem związany, który miał do niego wielką cierpliwość. Opowiadał mu mnóstwo historii o wojnie i dawnych czasach, i zawsze miał dla niego czas. Babcia często kręciła się przy kuchni a to dziadek brał go na długie spacery kiedy był jeszcze brzdącem. Nad rzekę, do lasu czy na łąki gdzie pasły się krowy. To właśnie dziadek pierwszy uczył go czytać Pisma Świętego, włącznie z przypisami. Lubił te rozmowy i przebywanie z tym już starszym jego dobrym kumplem.
Wiadomość o tym, że został on zabrany do szpitala i jest w złym stanie bardzo go przybiła, kiedy tylko miał wolną chwilę po szkole, szedł zaraz do szpitala. Siedział przy łóżku i patrzył w te wszystkie monitory i różne sprzęty medyczne, które przedłużały Zycie, czuł jednak że to niczemu dobremu nie wróży. Dziadek był w śpiączce i powoli odchodził z tego świata. Wiedział o tym, nie był jednak na to przygotowany. Tym razem on opowiadał o wyjeździe do Rzymu i udanej pielgrzymce, coś mu mówiło, że dziadek wszystko słyszy i cieszy się jego szczęściem. Natomiast jego mina mówiła, że musi być silny i dalej iść tą kręta, trudną ale jedynie właściwą drogą.
Dziadek zmarł na początku października. Kiedy wrócił do domu wiadomość tę przekazała mu mama, padli sobie w objęcia i przez chwilę razem płakali. Zastanawiał się kto wypełni mu tę pustkę po Dziaku. Będzie mu brakowało tych spacerów i przede wszystkim tych rozmów. Na pogrzebie było wielu ludzi, był bardzo lubiany i miał niewielu wrogów, dlatego kościół pękał w szwach. Idąc za trumną na cmentarz, myślał gdzie jest teraz dziadek, wierzył, że jest tam gdzie chce tego stwórca i wstawia się za wszystkimi, którzy jeszcze są w wędrówce po tej ziemi.
Był to trudny okres dla niego, ostatnia klasa podstawówki, dużo pracy a tu taki cios. Ale głowa do góry i trzeba zacisnąć zęby i iść do przodu. A wiek tu nie ma znaczenia, każdy ma coś do spełnienia tu na tym ziemskim padole i w różnych momentach życia każdy ma swoje wzloty i upadki. Bóg jednak nie stawiam nam przeszkód ponad siły. Teraz te wieczory, kiedy było brak rozmów z ukochanym dziadkiem, zastępowała książka. Czytał dużo i na różne tematy. O filozofii, historii, ale też luźne książki przygodowe czy sensacyjne.
Dziadka nie zapomni nigdy, ale czas upływa nie ubłagalnie i Boże Narodzenia przeminęło bardzo szybko, i właśnie zaczął się Nowy Rok, rok kolejnej próby. Na horyzoncie czekały egzaminy do liceum i wkroczenie w świat bardziej dorosły.


8

Rok szkolny kończył się. Był to dla niego, mimo śmierci dziadka, dobry rok. Świadectwo z czerwonym paskiem a teraz decyzja o tym którą szkołę średnią wybrać. Wybór trudny, ale on wiedział, że musi być to liceum aby później iść do seminarium, na pewno nie technikum. Zdecydował się na czwarte liceum im. Stefana Żeromskiego we Wrocławiu, gdyż było ono bardziej o profilu humanistycznym, gdzie uczono też greki i łaciny.
Do egzaminów przystąpił bardzo skoncentrowany i skupiony, gdyż mogło być ciężko. Ponad trzy osoby na jedno miejsce. Ale po teście z polskiego i szybkim skończeniu zadań z matematyki był pełen optymizmu i czekał z podniesioną głową na wyniki.
W ten dzień pojechał do Wrocławia z Dagmarą. Starsza siostra mówiła, że na pewno wszystko poszło dobrze. Tak też było, ale zanim dotarli do kartek gdzie były osoby przyjęte, serce biło mu szybciej. Ona pierwsze zobaczyła jego nazwisko na liście i uściskała go, potem on sam to zobaczył i czuł się spełniony. Zadanie wykonał dobrze. Teraz już mógł sobie odpocząć i mieć zasłużone wakacje. Tym razem nie w Rzymie ale nad polskim morzem też będzie super. I tak też było, pojechali całą rodziną do Rewal na tydzień. Pogoda dopisała i jednego dnia bardzo się spiekł, że w nocy nie mógł spać, później więc już uważał na słońce. Chodzili po plaży, kąpali się, było tam nawet wesołe miasteczko gdzie było dużo śmiechu i zabawy, jak jeździli na karuzelach i samochodach elektrycznych. Wieczorem chodzili na rybkę i czas tam spędzony minął bardzo szybko.
Gdy wrócili do rodzinnej miejscowości, resztę wakacji spędził z koleżankami i kolegami. Dziećmi sąsiadów i gośćmi, którzy do nich przyjeżdżali na wakacje. Były to czasy gdzie nie wszystkich było stać na wysłanie dzieci na kolonie czy obozy lub na wyjazdy rodzinne, dlatego często miastowi przyjeżdżali na wakacje do rodziny na wsi. Bawili się dobrze, czasem nawet do północy, mama mu pozwalała, przecież w wrześniu pójdzie już do liceum. Była to zgrana paczka, on był jednym z najmłodszych, gdyż byli to przyjaciele starszych sióstr, które w końcu zaczęły zabierać go ze sobą. Wcześniej mówiły mu, że jest jeszcze za mały, nie akceptował tego, nic jednak nie mógł zrobić, teraz jednak już dorastał i powoli czuł się aprobowany.
Kolejne dni mijały, a on myślał co to będzie dalej, jak poradzi sobie w nowej szkole, a najważniejsze co będzie potem. Czy wypełni złożone śluby? Ta myśl nurtowała go najbardziej ale mówił sobie wtedy – będzie tak jak Bóg sobie tego życzy. – Zawsze słuchał głosu Boga także wierzył, że On nad wszystkim czuwa i wszystkim się zajmie. Teraz był czas na zabawę i cieszenie się młodością, całe życie przed nim i będzie co ma być. Wakacje się kończyły i zaczynał się nowy okres w jego życiu, bardziej dojrzały okres.

9

Dojrzewanie, liceum, nowe wyzwania, to czekało go teraz. Nie wiedział co i jak będzie, ale wierzył, że będzie dobrze.
Rok szkolny zaczął się uroczyście a on poznawał nowych nauczycieli i współuczniów. Wszystko było nowe, nie przerastało go to jednak. Zaaklimatyzował się szybko i nauka też przychodziła łatwo. Może tylko na samym początku miał nieco problemów i musiał się więcej przykładać ale szybko się przyzwyczaił.
Na początku dojeżdżał autobusem do Wrocławia, ale to było męczące i musiał wcześnie wstawać, a tego nie lubił. Dlatego też postanowił z rodzicami, że zamieszka u cioci Dorotki. Jej mieszkanie było trzypokojowe, a mieli z wujkiem tylko syna jedynaka, znalazł się więc i pokój dla niego. Zamieszkał tam pod koniec listopada, plus też był taki, że nie musiał martwić się, czy zima będzie sroga i nie dojedzie do szkoły na czas, przez obfite opady śniegu. Rozstanie z rodzicami mimo że tylko na pięć dni w tygodniu było trudne, nie jednak beznadziejne. Radził sobie z tym dobrze, poznawał miasto i odkrywał więcej możliwości niż w rodzinnej miejscowości. Podobało mu się nawet.
Żadnej rewolucji nie przeżył w pierwszym roku w nowej szkole, może tylko to, że odkrył Internet i komputer. Były to rzeczy nowe, ale rozumiał je dobrze i szybko się uczył, polubił bardzo lekcje informatyki.
Pierwsza klasa minęła bardzo szybko. Nic nadzwyczajnego. Cieszył się jednak z nadchodzących wakacji i z tego, że będzie częściej z rodzicami i siostrami. Nie miał szczególnych planów, pobyt w domu rodzinnym był jednak wystarczającym plusem. Lato było cudowne, szczególnie tu na wsi. Udał się też kilkudniowy wypad w góry z sistrami. Czas wolny od nauki mijał jednak szybko i wkrótce trzeba będzie wrócić do szkolnej ławy i codziennych obowiązków. Laba się kończyła.
Druga klasa to już pewna nobilitacja, nie będzie już „kotem”, ale do końca liceum jeszcze sporo czasu. To traki okres największej beztroski i jednocześnie buntów. On nie był jednak buntownikiem. Wiedział to dobrze, postawił Boga na pierwszym miejscu, więc wszystko inne będzie zawsze na właściwym. Znał tę zasadę i był jej posłuszny. Od pewnych sytuacji życiowych nie mógł się jednak odciąć. Takich jak na przykład dziewczyny i szybsze bicie serca z ich powodu.
Tak, tak, już po raz drugi miał się zakochać. Tym razem to nie była koleżanka ze szkoły, poznał ją na przyjęciu urodzinowym swojego kuzyna. Od samego początku wpadli sobie w oko. Mimo jego nieśmiałości, zaczęli rozmawiać i wymienili adresami. Tak to się zaczęło, pisali do siebie często, spotykali się rzadziej. Czekał jednak na jej listy bardzo. Były to długie list, a co dziwne on też wysyłaj jej długie listy. Raz zabrał ją na dyskotekę i odkrył, że lubi i umie tańczyć. Z nią też mu się bardzo dobrze kręciło walce i inne tańce. Spotykali się przez pół roku. Jeśli to można nazwać spotykaniem, dwa może trzy razy w miesiącu. Pewnie dlatego nic z tego nie wyszło. Listy zaczęły przychodzić rzadziej, aż w końcu ktoś mu powiedział, że ona widuje się też z kimś innym. Nie miał do niej, ani nikogo innego żalu, to od samego początku nie wróżyło nic dobrego. Zerwali ze sobą i każdy poszedł swoja drogą. Poświęcił się teraz już tylko nauce.
- Tak musi być – myślał – dziewczyny to nie mój chleb. Bóg ma wobec mnie inne plany, ale przecież ja to wiem.
Przyszły kolejne wakacje, które spędził podobnie jak poprzednie. Tak stabilizacja, lub stagnacja, ale to miało się zmienić. Trzecia klasa liceum to już coraz bliżej do matury i kolejnych poważnych wyborów. Zanim jednak do tego dojdzie coś pojawiło się na horyzoncie. W listopadzie dowiedział się od księdza katechety, że pobliska parafia organizuje wyjazd na noworoczne dni młodzieży z Taize, które odbędą się w Paryżu. Koszt nie był drogi dlatego uprosił rodziców o zgodę. Cieszył się, ale już nie był tak podekscytowany jak przed wyjazdem do Rzymu. Wiedział, że to co prawda inny świat, ale nie kosmiczny i całkiem odmienny.
Po bożym narodzeniu spędzonym w domu rodzinnym z najbliższymi, trzy dni przed końcem roku wyruszył autokarem do Paryża.



10

Kolejna podróż autokarem, ale on lubi podróżować, więc nawet te dwadzieścia godzin jazdy go nie przerażało. Jechał też z przyjaciółmi ze szkoły, atmosfera była miła i wesoła. Czego więcej chcieć?
Paryż, miasto miłości i jego ikona czyli wieża Eiffla a także Louvre to go czekało.
- Jeśli chodzi o miłość to jedynie do Boga – myślał – a zabytki warto zobaczyć.
Podróżowali nocą, więc nie było za bardzo czego oglądać przez okno autokaru. Po godzinie konwersacji z przyjaciółmi i śmiechami hihami, postanowił się zdrzemnąć. Jazda mu nie przeszkadzała i był w objęciach morfeusza kilka godzin, przebudził się dopiero na ostatnim postoju przed Paryżem. Wyszedł rozprostował kości i kupił sobie batonika. Nawet we Francji język angielski stał się przydatny. Budził się nowy dzień a przed podróżnikami czekała nowa przygoda.
Dotarli do miejsca przeznaczenia około 10 rano. Po opuszczeniu autokaru skierowano ich do dużego hangaru, gdzie podzieleni na mniejsze grupy, zostali przydzieleni do parafii, gdzie każdy znajdzie nocleg na najbliższe dni. Dostali też mapy i karty na jedzenie, i bilety na komunikację miejską. Razem z piątką znajomych udali się w drogę do wyznaczonej parafii, zanim tam dotarli było już po 15-tej po południu. Miasto było bardzo zaludnione od przybyszów na spotkanie młodzieży z różnych krajów przeważnie Europy, ale znaleźli się też i osoby z innych kontynentów. Widać było też duże zaangażowanie gospodarzy i to nie tylko księży ale też samych paryżan w organizacje tych najbliższych dni. Noclegi były w szkołach i u rodzin. On z kolegą Robertem znaleźli się u pewnej rodziny gdzie dostali pokój dla siebie. Gospodarze byli bardzo gościnni, mieli też dwie córki w ich wieku, a co ważne jedna z nich mówiła po angielsku. Problemów z komunikacją nie było więc. Tylko do centrum miast był kawałek drogi, ponad godzina metrem, ale to małe zmartwienie. Wieczorem pozwiedzali okolice i po 22-giej położyli się spać.
Każdego dnia rano były spotkania w grupach w parafiach a później był czas na zwiedzanie miasta, natomiast wieczorami były modlitwy dla wszystkich w specjalnych dużych hangarach w centrum Paryża. Jednego dnia nawet poznał organizatorach tych spotkań, brata Rogera. Polubił te wieczorne modlitwy przy świecach i wokół krzyża. To było chyba dla niego nawet ważniejsze niż cudne zabytki Paryża. Widok oświetlonej wieży Eiffla zrobił też na nim wrażenie, a zdjęcie przy Mona Lizie też się dobrze prezentuje.
Dni mijały błyskawicznie i nadszedł już sylwester. Spędzili go w parafii najpierw na modlitwie w kościele a później po złożeniu sobie życzeń byłą zabawa w Sali katechetycznej. Byli tam młodzi ludzie i różnych krajów i każdy miał swoje pięć minut aby zaprezentować coś charakterystycznego dla swojego państwa. Polacy zdecydowali zatańczyć krakowiaka i pokazać wszystkim jak się bawi w „Mam chusteczkę haftowaną”. Było przy tym dużo śmiechu, ale też wiele można było się nauczyć o kulturach w innych częściach Europy. Noc była udana.
W Nowy Rok była uroczysta msza a później obiad tam u rodziny gdzie każdy mieszkał. Następnie pożegnania, wręczenie drobnych upominków i trudna droga powrotna. Najpierw trzeba było znaleźć autokar, co nie było łatwe pośród kilku tysięcy na ogromnym parkingu. Dodatkowo z obciążonym bagażem, ale wszyscy trafili i przed 19-tą ruszyli w drogę powrotną do Wrocławia.
Był zadowolony z tego wyjazdu. Poznał nowych ludzi, z innych krajów, nawiązał przyjaźnie i doświadczył tam obecności Boga wśród młodych. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Naładował baterie na kolejny rok walki o dobro, a przy okazji zwiedził jedno z bardziej interesujących miejsc świata. Opłaciło się!



11

Matura zbliżała się wielkimi krokami. Za nim jednak nadejdzie ten ważny dzień w życiu każdego licealisty, jest jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
Jedna z nich to studniówka.
Jest czas na naukę i jest też czas na zabawę, nie samą pracą żyje człowiek. Bal licealistów zbliżał się wielkimi krokami, a on nie wiedział z kim wybierze się na tę uroczystość. Podobała mu się jedna dziewczyna z trzeciej klasy, ale nie wiedział jak się jej zapytać czy nie poszłaby z nim na studniówkę. Zawsze był nieco nieśmiały. Czas uciekał a tu nie było jeszcze dobrej okazji aby ją zaprosić. Co jednak się odwlecze to nie uciecze.
Tuż przed Bożym Narodzeniem była w szkole w auli organizowana szopka i małe przedstawienie. Było to po ostatniej lekcji i nie wszyscy musieli być, ale on postanowił pójść. Zajął miejsce w środku Sali, nie było też za dużo uczniów, ale była ta która być miała. Alicja bo o niej mowa, usiadła koło niego. Znali się już wcześniej, więc zaczęli rozmawiać, jednak zaczęło się przedstawienie i musieli być ciszej. Jak on bardzo pragnął aby ta szopka się już skończyła, nie żeby mu się nie podobało, ale teraz był zaprzątnięty innymi myślami. Wydawało mu się, że to nigdy się nie skończy. Dłużyło mu się strasznie, dobrnęli jednak do końca, a ponieważ było odwrotnie niż mu się wydawało i godzina była młoda poszli na herbatę do kawiarenki szkolnej. Dobrze im się rozmawiało, ale pytanie najważniejsze dla niego nie padło. Motał się i myślał, że już wszystko stracone. W ostatnim momencie jednak gdy Alicja zbierała się już do wyjścia,
- Czy zechciała byś pójść ze mną na studniówkę? – wydukał.
- Zaskoczyłeś mnie! – odparła.
- Wiesz, chciałem zapytać cię wcześniej – był szczery – ale brakowało mi odwagi.
- Teraz muszę już iść, ale spotkajmy się jutro po lekcjach, to dam ci odpowiedz. OK. – zakomunikowała.
- Nie ma sprawy – odpowiedział, a w myślach dodał – jest więc światełko nadziei.
Kiedy poszła uśmiechnął się i rozważał, że to nie było wcale takie trudne. Troszkę odwagi kolego. Co prawda to jeszcze nie wiedział, czy się zgodzi, ale pierwszy krok został uczyniony. Szczęśliwy wracał tego dnia do domu.
Następny dzień, dłużył mu się jeszcze bardziej niż wczorajsze przedstawienie. Tylko pięć lekcji, a każda kolejna jak kilkugodzinny i nudny wykład. Dotrwał jednak do końca i z bijącym sercem udał się do kawiarenki, tak jak się wczoraj umówili.
Zobaczył ją z daleka, te długie ciemne włosy i piękny uśmiech.
- Cześć – krzyknął.
- Witaj – odpowiedziała – jak minął dzień?
- Szybko – skłamał.
- Jak tam przygotowania do matury? – zapytała.
- Całkiem dobrze, ale najpierw będzie studniówka, jak wiesz.
- Tak wiem i mam dobrą wiadomość dla ciebie.
- Tak – przerwał.
- Pójdę z tobą na tę studniówkę – kontynuowała.
Myślał, że zaraz zacznie skakać z radości pod sufit, ale opanował się – bardzo jestem szczęśliwy, że podjęłaś taką decyzje – odparł.
- Ja też – dodała.
- Napijemy się herbaty? – zaproponował.
- Jasne.
Posiedzieli jeszcze ze sobą ponad pół godziny i ustalili szczegóły na bal. Alicja też nie była z Wrocławia, ale umówili się, że on po nią podjedzie. Miał już przecież prawo jazdy a tata nie zabraniał mu używać samochodu, więc i teraz na pewno też się zgodzi.
Święta i Nowy Rok minęły błyskawicznie. I już jest czas an studniówkę. Wystroił się w nowy garnitur, kupiony specjalnie na tę okazję i oczywiście na maturę. Wsiadł w taty matiza i popędził po Alicję. Przed dziewiątą byli już na miejscu. Impreza była w sali gimnastycznej, wszystko się udało. Na początek odtańczyli poloneza jak to na studniówkach, a później bal do białego rana. Cała zabawa była super, bawili się uczniowie i nauczyciela a także rodzice. Mała garstka nieodpowiedzialnych chłopaków, tylko za dużo wypiła alkoholu i później narozrabiali w toalecie. Ale tego incydentu nikt nie zauważył lub nie chciał zauważyć. On wybawił się świetnie, a że był dobrym tancerzem, Alicji też się podobało.
Wracając do domu zagadnęła – Nie wiedziała, że tak dobrze tańczysz?
- A to stare dzieje. Mam dwie starsze siostry i kiedy tylko byliśmy na weselach uczyły mnie jak się tańczy – odparł – a że same kiedyś chodziły na kurs tańca, to miałem dobre nauczycielki.
Takiemu to dobrze – dodała.
Odwiózł ją do domu, a odjeżdżając zapytał – może umówimy się jeszcze kiedyś?
- Bardzo chętnie, ale tylko na spotkanie nie na randkę - ciągnęła – bo ja mam chłopaka i dlatego też nie mogłam Ci dać odpowiedzi od razu, że z tobą pójdę na studniówkę.
- Aha – zamyślił się.
- Mam nadzieję, że się nie gniewasz?
- Skądże – doparł. Ale trochę go to zasmuciło.
- Bardzo mi było miło – powiedziała Alicja i poszła w kierunku drzwi.
- Mi też – nie wiedział, czy to powiedział, czy tylko pomyślał.
A miał nadzieję że coś z tego będzie. Po zastanowieniu jednak, czuł że tak ma być. Bóg kolejny raz mu daje znak. Nic tylko wkuwać do matury.



12

Egzamin dojrzałości. Pierwszy tak ważny test w życiu młodego człowieka. Pierwszy ale na pewno nie ostatni.
Czuł się dobrze przygotowany, ale jednak się bał, bo nigdy nie lubił pisać esejów, szczególnie z języka polskiego. Matura tak jak studniówka odbywała się na Sali gimnastycznej. Wszedł nieco stremowany i usiadł na wskazanym miejscu. Gdy dostali tematy nie wiedział na który się zdecydować. Zaczął też się bardziej denarowa. Podjął jednak decyzję i zaczął pisać recenzję wiersza. Nie szło mu najlepiej, ale wysmarował te pięć stron A4. Po egzaminie był nieco rozczarowany. I pierwszy raz obawiał się wyniku. Głowa jednak do góry i jutro kolej na matematykę.
Drugi dzień był bardziej udany i mimo problemów z jednym zadaniem szybko uporał się z testem. To dodało mu odwagi czekać na wyniku, które maiły być ogłoszone za tydzień.
Pojechał z siostrą Dagmarą i to jej kazał szukać ocen jakie dostał bo sam bał się.
- No kolego – zaczęła,
- nie zdałem – wtrącił się.
- Może to nie same piątki – kontynuowała – ale trzy z polskiego i cztery z matmy więc jest w porządku.
Odetchnął z ulgą, gdyż ten polski go przerażał. Bał się że będzie musiał iść na poprawkę. A tu trója, więcej niż się spodziewał.
Egzaminy ustne to już pryszcz. Angielskiego nie obawiał się w ogóle, matmy też, tylko znowu ten polski za tydzień.
Uczył się jednak pilnie, co zaowocowało kolejną trują na świadectwie. Może to nie jakieś osiągnięcie, ale zaliczone to zaliczone.
Teraz czeka go kolejna ważna decyzja o wyborze studiów, bo że się na nie odważy nikt w to nie wątpił.





13

Papiery złożył na dwie uczelnie. Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu i tu nieco wszystkich zaskoczył, Uniwersytet im. Mikołaja Kopernika w Toruniu. On wiedział, że nie będzie studiował na żadnym z nich.
Był na egzaminach i poczuł nieco studenckiego życia w Toruniu, kiedy zamieszkał na czas egzaminów w domu studenckim. Zobaczył jak młodzież zamiast się uczyć to baluje do rana. Wiedział, że to nie dla niego. Dostał się na obie uczelnie, ale w końcu powiedział wszystkim, że złoży jeszcze papiery do seminarium we Wrocławiu. Wcześniej był u księdza proboszcza i długo z nim rozmawiał. O powołaniu i darze wyboru odpowiedniej drogi. Po tej rozmowie był już pewien i zawiózł papiery do Metropolitalnego Seminarium we Wrocławiu.
Pod koniec sierpnia przyszedł list, że jest przyjęty i ma się stawić na początku września na rekolekcje dla przyszłych alumnów.
Teraz czuł się najbardziej szczęśliwy. W domu przyjęli jego decyzję ze zrozumieniem i obdarzyli go potrzebnym wsparciem.
- Tak Panie – modlił się – wypełnię moje śluby i pójdę drogą, którą ty mnie poprowadzisz.
Zostało mu jeszcze kilka dni przed rekolekcjami, które spędził z rodzicami i siostrami. Wyjechali nad morze i dobrze się bawili, ale on wiedział, że przed nim mnóstwo pracy i coraz więcej obowiązków. Czas laby mijał a życie, prawdziwe życie czekało.

Rodzice odwieźli go do miejsca przeznaczenia na najbliższe 3 tygodnie. Stawiło się razem z nim dwudziestu siedmiu innych chłopców, którzy poczuli tak jak on powołanie. Był to dobry rok dla Seminarium, ponieważ ostatnio na pierwszy rok zgłaszało się coraz mniej powołanych.
Był to dla niego jak i innych czas poznawania. Wstawali o godzinie szóstej rano codziennie, było to dla niego trochę trudne, gdyż był śpiochem. Poranna toaleta, później modlitwa dalej śniadanie, zajęcia w grupach a po obiedzie nieco czasu wolnego i nawet gra w piłkę nożną czy siatkówkę. Oczywiście raz rano innym razem po południu msza święta a po kolacji adoracja Najświętszego Sakramentu. Nie było to łatwe, ale nikt tnie mówił, że będzie prosto i przyjemnie. Dni były wypełnione, więc czas szybko minął. Pierwszej próby nie wytrzymał tylko jeden chłopak. Dlatego na pierwszy rok studiów przystąpiło dwudziestu siedmiu nowych alumnów. Nie była to jego pierwsza wizyta w seminarium ale teraz było inaczej. Czuł, że tu należy. Mury a także park przy budynku seminarium tworzyły tę atmosferę, która go pociągała. Zamieszkał w pokoju z kolegą z roku na także klerykiem z trzeciego roku. Polubił wspólne modlitwy, z także posiłki w refektarzu. Studia nie były łatwe. Filozofia bardzo ciężka, a jest ona na dwóch pierwszych latach. Poza tym łacina i metafizyka. Bardzo go natomiast interesowały języki obce, znał już angielski ale zaczął się też szkolić w niemieckim i włoskim. Liznął już ich trochę w liceum ale teraz pragnął się bardziej przyłożyć. Nawet ranne wstawanie zaczęło mu mniej doskwierać.
Uczył się pilnie a wolnym czasie czytał książki z seminaryjnej biblioteki lub grał w szachy z kolegami. A że lubił grać w szachy, wpadł nawet na pomysł aby zorganizować turniej szachowy przed Bożym Narodzeniem. Udało się, pomysł się spodobał a on zajął w tym turnieju drugie miejsce. Był nieco zawiedziony, gdyż lubił wygrywać, ale nie zawsze można zwyciężać. Z dyplomem za drugie miejsce udał się do domu rodzinnego na Święta. Bardzo mu tego brakowało, chociaż rodzice często go odwiedzali w seminarium, siostry zresztą też. Jedna niedziela w miesiącu była taka, że kto chciał mógł przyjechać z wizytą do kleryków.
Po Nowym Roku wziął się ostro do pracy, gdyż pierwsza sesja już tuż tuż, a egzamin z filozofii nieco go przerażał. Uczył się jednak pilnie i zaliczył wszystkie egzaminy. Na piątkę oczywiście z biblistyki, ale też na szczęście na tę lichą truję z filozofii, choć nie było łatwo. Napocił się strasznie. Ale teraz będzie mógł nieco odpocząć, gdyż w przerwie międzysemestralnej razem z ojcem duchownym i czterema innymi kolegami wybierali się w góry na narty do Zakopanego.




14

Cieszył się bardzo. Nie był dobrym narciarzem, ale chciał się uczyć, jazdy na nartach też. Pogoda była mroźna kiedy tam dotarli i śniegu też sporo, i do tego jeszcze słońce, w sam raz na hulanie po stokach. Zamieszkali u góralki, która była znajomą księdza, który ich zabrał ze sobą. Narty pożyczyli od znajomych i już pierwszego dnia, lekcji jazdy udzielała im córka góralki. Początki były trudne, ale szło im nieźle, jak dla większości z nich, na pierwszy raz styczności jazdy na nartach w prawdziwych górach. Wieczorami chodzili na grzane piwo do knajpy na Krupówkach. Wszystko układało się super, aż do ostatniego dnia.
Czuł, że tak właśnie pragnie żyć. Służyć Bogu, ale też czasem zabawić się, to normalne. Kiedy odpoczął sobie i zebrał siły na kolejny semestr, wydarzyło się coś, czego nie mógł przewidzieć. Następnego dnia o poranku mieli wyjeżdżać z powrotem do Wrocławia, ale zanim to, wieczorem wszyscy wybrali się na ostatnie zjazdy na Nosalu. Bawili się dobrze, jednak już kiedy mieli iść do domu, coś go podkusiło aby zjechać z samej góry z Nosala. Do tej pory jeździli tylko na średnim stoku.
Został mu jeszcze jeden bilet, więc wsiadł na wyciąg i pojechał na górę. Tylko on, gdyż wszyscy się obawiali tego zjazdu. I mieli rację. Gdy był na szczycie nie był już taki pewny czy chce zjechać? Teraz nie było już odwrotu. Zaczął powoli i upadał na każdej muldzie, ale mówił sobie że musi zacząć jechać jak narciarz, a nie fajtłapa. Wstał i ruszył. Szło mu całkiem nieźle, szusował coraz szybciej i dojechał już do zakrętu. Zobaczył jak czekają na niego pod stokiem i w tym momencie wybiło go na muldzie. Stał tam ratrak, wszyscy zamarli ze strachu. Nie było odwrotu leciał prosto na gąsienice, zdążył tylko zakryć twarz. Uderzył całą siłą, nogami o stojącą maszynę. Wszyscy rzucili narty i ruszyli biegiem w kierunku nieruchomego jego ciała. Przeczuwali najgorsze. Ojciec duchowny od razu zadzwonił po pogotowie. Kiedy dobiegli do niego zobaczyli, że rusza się ale zwija się z bólu.
- Nie czuję nóg – wyszeptał.
- Spokojnie, zaraz tu będzie lekarz – odparł jeden z kolegów.
- Ale ja nóg nie czuję! – krzyknął.
Zaczęli go pocieszać, że wszystko będzie dobrze. On wiedział jednak, że nie będzie. Zabrali go do szpitala i od razu na salę operacyjną. Operacja była długa. Wszyscy czekali w poczekalni. Lekarz powiedział, że na rokowania musimy poczekać, aż się wybudzi ze śpiączki. Chłopcy ruszyli w drogę powrotną, przy nim został tylko ksiądz, który już powiadomił rodziców. Byli już w drodze do Zakopanego.
Wieczorem przeszedł kolejną operację.
- Musieliśmy usunąć obie kończyny powyżej kolana. Wdała się infekcja, nie było innego wyjścia – zimno poinformował go lekarz, w obecności rodziców i ojca duchownego -twoja rodzina wyraziła zgodę. – Kontynuował.
- To znaczy nie mam obu nóg? – zapytał.
- Ważne że jesteś wśród nas – pocieszał tato – i całe życie przed tobą.
- Ale już zawsze będę inwalidą – nie chciał się pogodzić.
- Z tym można żyć, synku – wtrąciła się mama.
- Ludzi dotykają gorsze tragedie – odezwał się ksiądz.
- Gorze? Co może być gorszego? – pytał z ironią.
- Mógłbyś stracić życie. – Ostro oświadczył ksiądz – a tak jeszcze możesz zrobić bardzo wiele pożytecznego dla świata.
- Ale ja chciałem być księdzem. – Spokorniał – czy to jeszcze możliwe?
- Wspólnie musimy się nad tym zastanowić, ale teraz musisz odpocząć i przespać się – zakomunikował ksiądz, wyjmując ostatnie słowa z ust lekarza.
Po dwóch tygodniach, gdy wstępna rehabilitacja się zakończyła, wrócił do domu. Nie był w najlepszym stanie psychicznym. Choć fizycznie, mimo braku kończyn, wszystko było w porządku. Jednak pod czułym okiem matki, powoli wracał do świata, nie tylko żywych ale też aktywnych. Jeździł na wózku i radził sobie świetnie, ale od wypadku minęło już ponad dwa lata. Wcześnie podjął decyzję, że nie będzie kontynuował studiów w seminarium.
- Taka wola Boża – często powtarzał sobie w myślach.
Rodzina była dla niego wielkim wsparciem. Wszyscy starali się go traktować normalnie i nie zwracać uwagi na niepełnosprawność. Mieszkał z rodzicami i otrzymywał skromną rentę. Po trzech latach i wielu rozmowach szczególnie z tatą, powiedział że tak dalej być nie może.






15

Złożył papiery na wyższą szkołę zarządzania i bankowości, podszedł do egzaminów i został przyjęty. Znowu czuł, że staje się potrzebny i ma jeszcze wiele do zrobienia w tym życiu. Była to filia Wrocławska WSZiB z Poznania. Studiował pilnie i na drugim roku dostał nawet stypendium naukowe. Poznał też studentkę o blond włosach o imieniu Agnieszka. Spotykali się podczas studiów a kiedy je skończyli postanowili się pobrać. Nie przeszkadzało jej jego inwalidztwo, a jemu że jest o dwa lata starsza od niego.
Zamieszkali w bloku w dwupokojowym mieszkaniu. On pracował trochę przez Internet, ona była sekretarką w dużej firmie. Ale to mu nie wystarczało. Czuł, że musi coś zrobić dla ludzi podobnych jemu, czyli upośledzonych. Zarówno fizycznie jak i psychicznie.
Na początek wyszukał prze Internet kilka niepełnosprawnych osób w okolicy i skontaktował się z nimi lub z ich rodzicami. Zaczęli spotykać się w świetlicy. Starał się mobilizować, przygnębionych i załamanych ludzi, że nawet z ułomnością można się realizować w życiu. Grono z miesiąca na miesiąc się powiększało. Z czasem co środę organizował dyskotekę dla niepełnosprawnych. Przychodzili różni ludzie. Osoby z syndromem Down’a, z ADHD, osoby niepełnosprawne umysłowo, chore na Autyzm. A także na wózkach inwalidzkich, czy nawet starsi z Alzhaimerem. I wszyscy dobrze się bawili. Zatrudnił DJ’a i był też bar z napojami i drobnymi przekąskami.
Może nie został księdzem ale, mimo swojego problemu, realizował coś dobrego i pomocnego.
Teraz wiedział, że mimo wszystko nie wolno się poddawać. Bóg ma wobec każdego z nas osobny plan, często różny od naszego.









Epilog

Nie został księdzem. Jest inwalidą i jest żonaty. Spełnia się jako mąż i udziela się społecznie. Mógł się poddać i tylko narzekać na los. Nie zrobił tego, podjął wyzwanie i realizuję misje jaką powierzył mu Ten z góry.
Jest szczęśliwy i pomaga uszczęśliwiać innych. Niesie dobre nowinę dla strapionych i strudzonych.
Tym, którym pomaga i również im rodzicom jest darem od Boga. A oni wiedzą o jego przeszłości i o jego młodzieńczych marzeniach.
Dlatego nazwali go „Biskupem bez sutanny”.

Data:

 październik-listopad 2011

Podpis:

 Erwin Mentel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=70560

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl