DRUKUJ

 

Plotka

Publikacja:

 12-05-26

Autor:

 Smith12
Plotka


— Słyszała pani?
Ton głosu Kowalskiej sugerował, że miała ona do przekazania coś niezwykle interesującego. Nic więc dziwnego, że Baranowska postanowiła przystanąć na chwilę i posłuchać. Wprawdzie ogromnych rozmiarów torba z zakupami strasznie jej ciążyła, jednak nie na tyle mocno, by przeszkodzić w poznaniu najnowszych plotek. Kowalska przecież zawsze mówiła same interesujące rzeczy. Jako osiedlowy biuletyn informacyjny wiedziała dosłownie o wszystkim, wliczając w to wydarzenia, które nie miały miejsca.
— Co też się stało, no mów żesz pani!
Baranowska podeszła nieco bliżej do koleżanki, wytężając słuch. Pech chciał, że niedosłyszała na lewe ucho.
— Moja droga... — Kowalska ściszyła głos. — Właśnie się dowiedziałam, że Schneiderowa, no wie pani, ta nowa smarkula spod osiemnastki...
Widząc, że jej rozmówczyni nie domyśla się o kogo chodzi, dodała po namyśle
— No ta, co to ma tę nastoletnią córkę, Linę, Lodę, Lenę, czy jak jej tam!
— No, no! — Baranowska najwyraźniej zorientowała się, o kim mowa, bo pokiwała głową. — Co z nią?! Mów pani, bo mi się pierogi w torbie rozmrożą!
— No więc ona...
Kowalska zamilkła na chwilę, jakby zastanawiając się, czy powinna wyjawić dopiero co poznany sekret. Doskonale wiedziała, że ten drobny zabieg jeszcze bardziej pobudzi ciekawość Baranowskiej. Nie myliła się.
— Oj, kobieto, na co czekasz?! Znasz mnie przecież, wiesz, że nikomu nie powiem!
— Dobrze już, dobrze. Widzi pani, dowiedziałam się, że ta cała Schneiderowa to się nierządem trudni!
— Co też pani mówi?! — Baranowska zrobiła minę, w której zdziwienie mieszało się z oburzeniem. — Właściwie to się tego domyślałam od dawna. Rozumiesz, kochana, ona taka skąpo ubrana, dziecko jakieś takie niedorobione, zaniedbane…
Widząc, że Kowalska nie domyśla się, o co chodzi, dodała, rozejrzawszy się uprzednio dookoła:
— Pewnie wpadka!
— Ano... Ojca to ja jeszcze na oczy nie widziałam, a kto to słyszał, żeby dziecko się w normalnej rodzinie bez rodzica chowało! Patologia jak nic!
— Skandal, powiem pani, i tyle! Sodoma i Gomora! Co się w tym kraju dzieje?! — skwitowała Baranowska.
Widać było, że usłyszana plotka strasznie ją zdenerwowała. Nie dbając już o pierogi, dodała:
— Za kilka lat to tu połowa takich, za przeproszeniem, zdzir mieszkać będzie. Nie szanują się młode, to potem mają! Tak tylko jeszcze zapytam… — ściszyła głos. — Skąd pani to wie?
— Słyszałam, moja droga.
Kowalska nie zamierzała tym razem zniżać tonu. Tym bardziej, że chodnikiem szła akurat grupa nastolatków.
Niech słyszą! — pomyślała zapewne, wychodząc z założenia, że wieści o cudzej głupocie nauczą ich rozsądku.
— Słyszałam, jak rozmawiała przez telefon o tym, co robi po nocach. Mogłam się domyślić, że z tej Schneiderowej to zwykła PROSTYTUTKA jest!
Kładąc nacisk na przedostatnie słowo Kowalska niewątpliwie osiągnęła cel, jakim było zwrócenie uwagi młodych. Chichocząc cicho i szepcząc między sobą, nastolatkowie przeszli pospiesznie obok kobiet.

Rozmowa Kowalskiej z Baranowską pewnie trwałaby jeszcze długo, gdyby nie pojawienie się na chodniku omawianej akurat sąsiadki.
— Dzień dobry — powiedziała z uśmiechem kobieta.
W odpowiedzi usłyszała jedynie szorstkie Dobry. Niezrażona wrogimi spojrzeniami minęła obie panie, zaaferowane jej krótką sukienką, poplamioną niezidentyfikowaną, białą substancją. Ich uwagę zwrócił również ogromny dekolt.
— Skandal! — skwitowała Baranowska, po czym pożegnawszy się z Kowalską poszła do domu.

Nie minął nawet tydzień, jak całe osiedle wiedziało już, czym trudni się jego nowa mieszkanka. Wieść o nierządzie, jakiego miała się dopuszczać pani Schneider, lotem błyskawicy obiegła wszystkie zakątki lokalnego piekiełka. Jedynie fakt, iż Schneiderowie dopiero co się sprowadzili i nie znali dobrze okolicy sprawił, że tak matka jak i córka nie dostrzegły wszechobecnej dyskusji na ich temat. A dyskusja toczyła się w istocie na wszystkich frontach. Jakiś życzliwy sąsiad na przykład zadbał o to, by przy lokalnej trasie przelotowej stanęły bilbordy z biblijnymi cytatami piętnującymi prostytucję, a ktoś jeszcze inny na wszystkich lampach i śmietnikach powypisywał Dziwki precz z osiedla. Nie mniej stanowczo o całej sprawie wypowiedział się proboszcz lokalnej parafii, który podczas kazania z imienia zwymyślał nową lokatorkę od puszczalskiej szmaty i taniej lodziary. Nie użył wprawdzie nazwiska, ale wcale nie musiał tego robić. Wszyscy w okolicy wiedzieli już, o kogo chodzi, z wyjątkiem samej zainteresowanej. Ostra wypowiedź kapłana spotkała się zresztą z entuzjastycznym przyjęciem tłumu.
— Jebać dziwki! — zawołała jedna z wyjątkowo sędziwych, starszych kobiet, siedząca w pierwszym rzędzie tuż przed ołtarzem.
— Jebać! — zawtórowali jej pozostali.

Z dnia na dzień plotka o pani Schneider nabierała nowych barw. Jednego dnia mówiło się jedynie o tym, że kobieta jest prostytutką, następnego natomiast wszyscy byli już przekonani, że nie stroni też od amfetaminy oraz że bije córkę rozgrzanym żeliwem po twarzy. Ktoś stwierdził nawet, że obydwie dziewczyny są lesbijkami, z których jedna urodziła w wannie krokodyla, co jednak nie przyjęło się tak dobrze, jak pozostałe wersje.
Zarówno Aldona Schneider jak i jej córka Lena początkowo nie zwracały uwagi na pojawiające się odnośnie ich życia plotki. Nie do końca zdawały sobie sprawę z tego, iż są obiektem rozmów mieszkańców osiedla. Było to dla nich nowe miejsce, stąd przez pierwsze tygodnie nie miały w okolicy żadnych znajomych, którzy mogliby je ostrzec lub chociaż poinformować o toczącej się wokół nich burzy. Stosunki z nowymi sąsiadami również nie należały do specjalnie ożywionych. Ograniczały się tylko do sporadycznych i raczej oschłych zwrotów typu: dzień dobry, do widzenia, tudzież spierdalaj dziwko! Nic więc dziwnego, że dopiero po kilku dniach pani Schneider zauważyła, że coś jest nie tak. Pierwszym niepokojącym objawem było dziwne zachowanie Leny. Dziewczyna wprawdzie nigdy nie cechowała się zbytnią gadatliwością i żywiołowym stylem bycia, jednak w ciągu raptem kilku dni niemal całkowicie przestała mówić, a nawet jeść. Od rana do wieczora chodziła smutna. Wyjątkowo dużo czasu poświęcała też na sen, nie tylko w ciągu nocy. Wręcz przeciwnie — nocami miała problemy z zaśnięciem. Sprawiała wrażenie zagubionej.
Jej mama, sama borykająca się z wieloma problemami, potrzebowała czasu by spostrzec, że dzieje się coś niedobrego. Całymi dniami, a niekiedy nawet i w nocy pracowała, by zarobić na chleb. Trudno było jej wychowywać córkę i utrzymywać mieszkanie z jednej pensji, dlatego często błagała szefa o nadgodziny, w czasie których wykonywała różne, niekiedy całkiem niepotrzebne czy wręcz upokarzające prace. Po przeprowadzce co prawda rachunki znacząco spadły ze względu na mały metraż nowego lokum, jednak nadal były zbyt wysokie dla kobiety samotnie wychowującej dziecko. Niewielkie zasiłki socjalne również nie wystarczały, by nastoletnia Lena i jej matka nie czuły się gorsze od innych.
Jednak pomimo piętrzących się z dnia na dzień przeciwności losu, Aldona uparcie próbowała sprostać wyzwaniom. Nie lubiła swojej pracy, ale nie zamierzała się poddawać. Robiła co w jej mocy, by zapewnić Lenie lepszą przyszłość. Tym trudniej było jej się w związku z tym pogodzić z cierpieniem dziecka.
To pewnie z braku ojca. Jest w trudnym wieku, przejdzie jej — tłumaczyła sobie w myślach.
Wszystko zmienił telefon ze szkoły. Słowa wychowawczyni bardzo zabolały panią Schneider.
— Z przykrością zobowiązana jestem zawiadomić, że pani córka, yyy... ta, no, jak jej tam… Lila, notorycznie nie chodzi do szkoły — rozległ się w słuchawce oschły głos służbistki. — Jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, zgodnie z artykułem...
— Zaraz, chwileczkę! — przerwała jej Aldona. Nie dbała o to, że pomylono imię jej córki. Miała w tej chwili znacznie poważniejsze zmartwienie. — Jak to moja córka nie uczęszcza do szkoły?! Przecież codziennie rano widzę, jak bierze plecak i wychodzi z domu!
W słuchawce zapanowała głucha cisza, przerywana ustawicznym dźwiękiem przełykania napoju i jednorazowym Ałć, za gorąca! Po chwili wychowawczyni przemówiła jednak ponownie. W tle słychać było, jak asystentka studzi jej napój, wachlując filiżankę jakimiś dokumentami.
— Przyjęliśmy tę dziewczynę w połowie semestru pod warunkiem, że będzie się przykładała do nauki i nadrobi wszystkie zaległości. Tymczasem od dłuższego czasu pani dziecko nie pojawia się w szkole, a przypominam, że w razie jakichkolwiek komplikacji zobowiązała się pani informować nas o ewentualnych nieobecnościach z odpowiednim wyprzedzeniem. Jak więc mówiłam, zanim mi przerwano, artykuł czterdziesty pierwszy, punkt drugi, ustęp piąty statutu naszej szkoły głosi wyraźnie, że…
Aldona nie zamierzała jednak dowiadywać się, co też zawarte jest w wymienionym artykule. Trzasnęła słuchawką, po czym wziąwszy z kuchni taboret, ustawiła go w przedpokoju. Postanowiła poczekać, aż Lena wróci do domu i wyjaśnić z nią tę sprawę. Zgodnie z planem zajęć, dziewczyna za kilka minut powinna skończyć lekcje.

Rzeczywiście, chwilę później drzwi wejściowe otworzyły się i stanęła w nich córka Aldony. Przez chwilę z niepokojem przyglądała się siedzącej w przedpokoju matce, po czym rzuciwszy krótkie Cześć, ruszyła w kierunku swojego pokoju.
— Masz mi coś do powiedzenia? — zapytała pani Schneider.
Lena aż podskoczyła.
— Nie, a co?
— A to, że dzwoniła twoja wychowawczyni!
Na te słowa dziewczyna wyraźnie zbladła. Poza tym jednak uparcie nie dawała po sobie poznać, że wie o co chodzi.
— No więc? — naciskała Aldona.
Po dłuższej chwili Lena doszła najwyraźniej do wniosku, że nie ma sensu dalej udawać. Zrobiła minę stłuczonego psa, po czym wybąkała pod nosem:
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj! — zaprotestowała jej matka. — Powiedz lepiej, co się z tobą dzieje!
— No bo... — Przez kilka chwil Lena wyraźnie zastanawiała się, jak zacząć. — W szkole mówią, że jestem... Jestem córką dziwki! Mówią też, że urodziłaś mnie, bo wpadłaś... Ktoś wspominał też o jakimś krokodylu. Wszyscy się ze mnie śmieją. Nawet wychowawca i sprzątaczki. Woźny zapytał mnie kilka dni temu, czy i kiedy może cię przelecieć, a koledzy z klasy chcą, żebyś przyszła na Prawiczek party, tylko zastanawiają się, ile bierzesz za godzinę i czy dupczysz na bilet grupowy ze zniżkami czy bez! — wyrzuciła jednym tchem. — Wszyscy traktują mnie jak pośmiewisko, wszyscy! To chciałaś usłyszeć?! O to ci chodziło?!

Dopiero po kilku minutach do Aldony dotarł sens słów, które dopiero co usłyszała z ust córki. Stała bez ruchu w korytarzyku, nie mogąc zebrać myśli. Zapłakana Lena pobiegła do swojego pokoju, zostawiając matkę samą.
To nie może być prawda — pomyślała kobieta, siadając na taborecie.
Momentalnie zrobiło jej się słabo. Na wspomnienie tego, co właśnie usłyszała, przeszły ją dreszcze. Słowa Leny z każdą chwilą zdawały się ranić coraz mocniej.
Co poszło nie tak? Przecież po tym, co przeszłyśmy, tutaj miało być lepiej.
Z oczu pani Schneider popłynęły łzy. W tym momencie marzyła o tym, by rozpłynąć się, przepaść, zniknąć raz na zawsze. Musiała jednak poznać odpowiedź na jeszcze jedno pytanie.
Drżącą ręką zapukała do pokoju córki. Odpowiedziała jej cisza. Kobieta ostrożnie uchyliła drzwi. Lena siedziała na tapczanie z podkulonymi nogami.
— Czy ty im wierzysz?
Głos Aldony brzmiał nienaturalnie piskliwie.
Dziewczyna milczała. Założyła jedynie słuchawki na uszy i włączyła muzykę. Aldona dopiero teraz uświadomiła sobie, że odkąd przyszło jej wychowywać córkę samotnie, nigdy z nią nie rozmawiała o swojej pracy. Nie wytłumaczyła jej, dlaczego bierze nadgodziny. Po prostu zabrakło na to czasu. W tym momencie nie miała jednak siły na taką rozmowę. Za pół godziny powinna być w biurze szefa, by zgodnie z umową wykonać kolejne zlecenia. Usłyszane słowa tłukły się jej w głowie, nie dając myśleć racjonalnie. Założywszy cienki, materiałowy płaszcz, w milczeniu wyszła z domu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że czeka ją kolejna nieprzespana noc. Noc zdecydowanie trudniejsza od poprzednich. Noc, którą zdaniem własnej córki i mieszkańców osiedla, spędzi w burdelu.

Wróciwszy nad ranem do domu, Aldona zajrzała do pokoju córki. Chciała z nią szczerze porozmawiać. Niestety, było już za późno. Dziewczyna leżała nieprzytomna na dywanie w kałuży zasychającej krwi.
— Lena! — Stłumiony okrzyk wydobył się z ust pani Schneider.
Karetka zjawiła się błyskawicznie, jednak nastolatki nie udało się już uratować. Jej serce przestało bić i nic nie mogło tego zmienić.
Ciało Leny, owinięte częściowo tylko w czarny worek, wzbudziło spore zainteresowanie sąsiadów. Gdy sanitariusze wnosili nastolatkę do karetki, tłum ciekawskich otoczył szczelnie pojazd, tak że kierowca nie mógł ruszyć z miejsca. Niektórzy robili zdjęcia, inni bez wstydu usiłowali odpiąć worek, a jeszcze inni rozwodzili głośno nad przyczyną śmierci dziecka.
— Zabiła ją jak nic, mówię panu! — skwitował starszy mężczyzna.
— Oczywiście! — zawtórował mu ktoś inny. — Pewnie przeszkadzała jej w pracy!
Ludzie całkowicie zignorowali dramat matki. Kobieta stała przed wejściem do bloku, błądząc półprzytomnym wzrokiem. Nie mogła zrozumieć, co się właściwie stało. Bez słowa usiłowała wsiąść do ambulansu.
— Ustaw się pani w kolejce! — wrzasnęła na nią jakaś starsza kobieta. Ona również chciała jechać, wszak nigdy nie była jeszcze w karetce.
Gdyby nie pomoc sanitariuszy, Aldona pewnie by z nią przegrała, jednak ostatecznie udało jej się zająć miejsce obok noszy, na których leżało ciało córki. Karetka ruszyła. Włączenie sygnału dźwiękowego nie było już konieczne.
— Skoro już się wam nie spieszy, to może podrzucicie mnie do warzywnego? — zawołała jedna ze starowinek, nad wyraz sprawnie usiłując dogonić odjeżdżający ambulans, a gdy zorientowała się już, że z podwózki nici, krzyknęła na odchodnym — Co się z tymi ludźmi dzieje?!
— Widziała pani? — zagaiła Baranowska.
Razem z Kowalską obserwowały całe zajście zza drzew.
— Nic mi nie mów, kochana — odparła kobieta. — To się musiało tak skończyć!
— Ale oczywiście! — Baranowska nie kryła poruszenia. — Uczepili się ludzie biednej dziewczyny... Co ona komu zrobiła?!
— Nie wiem, moja droga... Takie dobre dziewczę...
— Ano, szkoda jej.
— Ludzie to są jednak, powiem pani szczerze, jak te wampiry — stwierdziła Kowalska, kręcąc głową. — Jak się już do kogoś przyczepią, to nie odpuszczą do ostatniej kropli krwi!
— Dokładnie — przytaknęła Baranowska. — Od razu mówiłam, że one takie miłe, grzeczne, zawsze się przywitały z człowiekiem, drzwi wejściowe przytrzymały.
— Powiem ci kochana, że z mentalnością ludzi nie wygrasz, po prostu nie wygrasz!


*
DWA TYGODNIE WCZEŚNIEJ


Aldona Schneider, korzystając z chwilowej przerwy w opadach, wybrała się do sklepu na zakupy. Szczęśliwie droga nie była daleka. Osiedle, na którym od niedawna mieszkała razem z córką, mimo że stare, okazało się całkiem dobrze rozplanowane. Wszystkie najpotrzebniejsze obiekty znajdowały się na wyciągnięcie ręki.
Wtem, gdy przypominała sobie w myślach, co też miała kupić, odezwał się telefon. Dzwonił jej brat. Od śmierci męża Aldony Hubert robił co w jego mocy, by pomóc siostrze. Dobrze wiedział, jakim szokiem był dla niej i dla Leny wypadek, w którym zginął jego szwagier. Szczególnie Lena nie mogła się pogodzić ze śmiercią ojca.
— Jak się trzymasz?
Głos Huberta był bardzo ciepły. Czuć w nim było szczerą troskę.
— Jest ciężko, ale się staram — odparła Aldona.
— A Lena? Co z nią, przyzwyczaiła się już do nowego miejsca?
— Chyba tak. — W głosie pani Schneider wyraźnie pobrzmiewała niepewność, jakby bardziej niż brata usiłowała przekonać samą siebie. — Zaczęła chodzić do nowej szkoły. Boję się, jak ją przyjmą inni uczniowie. Sam rozumiesz, nowa dziewczyna przychodzi do klasy w środku roku szkolnego. Na pewno będą pytać. Czasami żałuję, że musieliśmy się przeprowadzić.
— Przecież wiesz, że to dla waszego dobra — powiedział szybko Hubert. — Tam ludzie nie daliby wam żyć. Musisz wziąć pod uwagę, że to Alex spowodował tamten wypadek. Sama widziałaś, jak zachowały się rodziny pozostałych ofiar.
— Czy oni nie mogą zrozumieć, że nam też nie jest łatwo?! — Aldona była bliska płaczu. — To przecież chyba wystarczająca kara za to, co się stało! Tym bardziej, że nie miałyśmy na tamtą sytuację żadnego wpływu! Jak oni mogli się tak zachować?!
Hubert przez chwilę nic nie mówił. Najwyraźniej próbował znaleźć jakieś słowa, którymi mógłby pocieszyć siostrę.
— Zginęło dziesięć osób — zaczął w końcu. — Nie usprawiedliwiam zachowania tamtych rodzin, ale powiem ci jedno, z mentalnością ludzi nie wygrasz, po prostu nie wygrasz. Musisz żyć dalej. Uśmiechnij się, masz przecież Lenę.
— Wiem — odpowiedziała pani Schneider. — Staram się już tylko dla niej. Znalazłam nawet pracę.
— To świetnie! — Głos brata wydał się nagle znacznie radośniejszy, jakby przepełniony ulgą. — Czym się zajmujesz?
— Tym samym, czym zajmowałam się wcześniej, tylko za nieco wyższe stawki. Pracuję po dziesięć godzin na dobę. Wiesz, jak trudno jest dzisiaj zadowolić klientów? Na wsi nie było problemów, ale tutaj wszyscy mają jakieś dodatkowe wymagania. Wychodzę z siebie, a oni cały czas narzekają. Jeden twierdzi, że za krótko, drugi z kolei woli krócej, lecz dokładniej, a trzeciemu marzy się coś fantazyjnego, z ekspresją... Dzień dobry!
Sąsiadka Kowalska wyrosła jak spod ziemi.
— Dobry — warknęła oschle, zmierzywszy Aldonę od góry do dołu.
Z sobie tylko znanych powodów zatrzymała się na chwilę i dopiero po kilkunastu sekundach poszła dalej.
— Co to ja mówiłam? — kontynuowała Aldona. Spotkanie z sąsiadką wybiło ją z rytmu. — Ach, tak... No więc, jak słyszałeś, nie jest lekko. Teraz fryzur jest więcej niż kiedyś i są dużo bardziej skomplikowane, bo każdy chce się wyróżniać. Staram się, pracuję tak często, jak tylko się da. No i często zostaję po godzinach, czasami do późnego wieczora, bo to jednak zawsze jakiś pieniądz. Jak nie ma klientów, to sprzątam po zamknięciu salonu. Szef nie chciał się na początku zgodzić ale to dobry człowiek, wie, jaką mam sytuację. Płaci mi połowę stawki za to sprzątanie, bo i sprzątać czasami nie ma już czego...
— Rozumiem — odparł Hubert. — Mam nadzieję, że jak najszybciej przyzwyczaicie się do nowego miejsca. Sama zobaczysz, będzie dobrze. Wkrótce postaram się was odwiedzić, zadzwonię jeszcze.
— Naprawdę nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobiły! Bardzo nam pomogłeś.
— Daj spokój, siostra, od czego ma się rodzinę!
To powiedziawszy Hubert rzucił jeszcze krótkie Do zobaczenia, po czym rozłączył się. Aldona tymczasem dotarła już do sklepu.


Cześć! Dziękuję za Twój czas poświęcony mojej twórczości. Jeśli chciał(a)byś podzielić się ze mną swoją opinią/spostrzeżeniami dotyczącymi tekstu, pochwalić lub wytknąć błędy albo po prostu wymienić się innymi uwagami, a nie posiadasz konta na stronie, napisz do mnie — smit9@wp.pl, z przyjemnością poznam Twoje zdanie.

W związku z kilkoma nieprzyjemnymi sytuacjami jakie miały miejsce w ostatnim czasie przypominam też, że kopiowanie części lub całości moich tekstów, zamieszczanych na tym portalu, w tym w szczególności ich rozpowszechnianie bez mojej zgody oraz bez podania autora stanowi złamanie prawa. Regularnie kontroluję, czy moje opowiadania lub ich fragmenty nie są bezprawnie kopiowane i w razie wykrycia kradzieży (tak, w świetle prawa to jest kradzież) interweniuję. Każdy tekst stanowi własność intelektualną jego autora!

Data:

 maj 2012

Podpis:

 Smith

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=72211

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl