DRUKUJ

 

Terapia polowa

Publikacja:

 12-10-02

Autor:

 dandee
Podobno natowskie druty kolczaste rozpoznają swoich, ale te wrogie okręcają się wokół nich, więc na jedno wychodzi. Lepiej trzymać je wszystkie z dala od okopów, inaczej można się pożegnać z rękami lub nogami. To w najlepszym przypadku. W najgorszym razie budzisz się mając to cholerstwo na twarzy. Nitki zasieków odchodzą razem ze skórą.
Marek jeszcze nie otwiera oczu. Ostrożnie przesuwa opuszkami palców po twarzy. Stara się nie oddychać za głęboko, żeby nie wciągnąć czegoś do gardła, lub, nie daj boże, do płuc. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, że nie obudził się w schronie. Nie rozpoznaje ciemnego pokoju. Zamiast włazu widzi szafę. Sufit jest za wysoko. I te drzwi. Szeroko otwarte zaproszenie do wrzucenia granatu. W ataku paniki chce wtoczyć się pod łóżko, ale instynkt powstrzymuje go od gwałtownej reakcji. Miny. Lubią się zakopywać tam, gdzie w pierwszym odruchu szukasz schronienia.

Marek ostrożnie, lekko stawia duży paluch stopy na podłodze. Palca nie żal. Najpierw opiera jedną stopę, dopiero po kilku oddechach stawia drugą. Uspokojony wstaje z łóżka. Nie prostuje się. Wysokie cele żyją krócej.

Jest w swoim mieszkaniu. W sypialni. Bezpieczny. Problem w tym, że jego ciało nie jest do końca o tym przekonane. Po drugie, coś w jego głowie nie całkiem powróciło z frontu. Marek obchodzi dookoła dywan. Nigdy nie stąpaj po miękkim. Miny. Przesuwa dłonią po ścianach. Dobra, solidna osłona. Przez chwilę czuje pod palcami glinę, wilgotną ziemię i ostre odłamki szrapneli. Wrażenie mija, gdy dociera do drzwi. Przyklejony plecami do ściany kuca i dopiero wtedy wychyla się, żeby zlustrować przedpole. Chcesz przeżyć, staraj się być jak najmniejszy. W korytarzu czysto. Nikogo, kto mógłby odstrzelić Markowi łeb.

Droga do kuchni oznakowana jako bezpieczna. Żadnych świateł. Okna pozamykane, zastawione meblami. Masywny stół pod wewnętrzną ścianą. Pod nim Marek zgromadził puszki, zapas wody, apteczkę i resztę drobiazgów, które nie zmieściły się w wannie. Łazienka to ostatnia reduta obrony. Prawdziwe Alamo.

Przez chwilę na ziemi niczyjej czuć metaliczny smród świeżej krwi. Zapach pojawia się od czasu do czasu i żadne detergenty nie pomagają. Gdyby Lilka żyła, poradziłaby sobie z tym. Córki wojskowych mają wpojoną miłość do czystości. Poprawka. Lila jest MIA, nie KIA. Przecież odeszła. Po prostu zdezerterowała. Żony żołnierzy nie radzą sobie za dobrze z nerwicą frontową.

Marek sterczy w korytarzu. Decyzja, co do kierunku, w którym miałby pójść, zaczyna go przerastać. Łatwiej, o wiele prościej, gdy ktoś wydaje rozkazy. Sikanie na komendę przestaje być kiepskim żartem, gdy jest się sparaliżowanym strachem do tego stopnia, że potrzeba kogoś, kto przypomni o potrzebach fizjologicznych. I tak najgorsze już minęło. Ataki histerycznej paniki, tiki nerwowe, napady agresji, trzy czwarte diagnozy Marek ma już za sobą. Będzie dobrze. Wystarczy wytłumaczyć sobie, cierpliwie i spokojnie, że ubikacja nie zabija. Taki wewnętrzny dowcip.

Bardzo źle, że jutro kończy się urlop zdrowotny. Marek nie uważa się za całkowicie wyleczonego. Poza tym, że jego opinia nikogo i tak nie zainteresuje, to nawet lepiej, że nie zginie zdrowszy. Byłoby bardziej żal. Tak po prawdzie, nie bardzo jest do czego wracać. Kolegów z oddziału jak i samego oddziału już nie ma. Załatwiło ich podczas zluzowania. Schodzili z pozycji, teren uznany za bezpieczny. Nawet skany to potwierdziły, a tu niespodzianka. W nocy moździerze zasiały kilka kaemów. Trzy gniazda zdążyły wyrosnąć akurat na czas, żeby wziąć pluton Marka w krzyżowy ogień. W sześć sekund było po wszystkim. I tyle w temacie.

Skąd ten warkot? Mieszkanie drży. Na ścianach blizny pęknięć. Podłoga poznaczona siatką wybrzuszeń, poprzerastana korzeniami. I taka absurdalnie infantylna melodyjka znikąd. Cichnie. Zaraz zacznie pikać. Nieodebrane połączenie. Za chwilę cyrk się powtarza. Z nowinek, to sufit zaczyna wypuszczać pąki. Skoro ktoś dzwoni, to wypada odebrać, co nie?

- Halo?
- Pan Marek Kosiarz?
Upiornie normalny głos. Przerażająco znajomy. Wywołuje wpojone, regulaminowe reakcje.
- Szeregowy Kosiarz, drugi manipuł, trzecia kohorta trzynastej legii.
- Znakomicie żołnierzu. Doktor Przewała z tej strony. Leczę pana.
- Dobry wieczór, panie… kapitanie.
- Sprawdźmy, jak dobrze pan kojarzy. Zaginiony pluton?
- Tylko ja przeżyłem.
- Świetnie. Niczego pan nie wyparł. Wspaniale. Jak samopoczucie?
- Dobrze, dobrze. A co się teraz dzieje? Co się ze mną dzieje panie doktorze?
- Pracujemy nad tym, żeby przywrócić pana do służby. Zaraz wszystko wyjaśnię.

Za dużo rzeczy na raz, w dodatku zbyt szybko zaczyna się Markowi układać w głowie. Zupełnie jakby Przewała dopiero co go zdiagnozował i odesłał na terapię. Przedziwne poczucie, że powrotu do domu, odejścia Lilki, a nawet całego cyrku z traumą wcale nie było. Głos lekarza brzmi tak, jakby skończył wypisywać receptę.

- Zrobił pan naprawdę duże postępy w tak ograniczonym czasie, jakim dysponowaliśmy. Bardzo mało w tym mojej zasługi. Wszystko zawdzięcza pan sobie i szkoleniu oczywiście. Ponieważ jesteśmy w okrążeniu, nie mogliśmy pana odtransportować na tyły. Niestety, dysponujemy tutaj ograniczonymi środkami. Biorąc pod uwagę te okoliczności oraz utrudnienia z nimi związane, jest pan wzorowym pacjentem i powiem nieskromnie, żywym dowodem na skuteczność moich metod terapeutycznych.

- Chwileczkę. Niech pan zwolni. To gdzie ja jestem? Kto okrążył moje mieszkanie? Co z moją żoną?
- Proszę się uspokoić. Wszystko już jest dobrze. W najlepszym porządku. Znajduje się pan w ambulansie. Transportujemy pana do miejsca koncentracji pana jednostki. Po zakończeniu leczenia od razu otrzyma pan nowy przydział.
- Jak pan chce mnie wyleczyć? Przez telefon?
- Chwilowa dezorientacja jest czymś najzupełniej normalnym. Powiem panu w zaufaniu, że tę fazę przechodzi pan najlepiej ze wszystkich moich pacjentów. Spodziewam się po panu idealnego przebudzenia i natychmiastowego powrotu do służby.
- Konkrety proszę. Co i jak. Nie ogarniam tego. Nie wiem, czy chcę rozumieć, co się dzieje.
- Znajduje się pan w śpiączce farmakologicznej. Moja rola ograniczyła się do tego, żeby nie przeszkadzać pańskiemu umysłowi w samoleczeniu. Już jest pan gotów żeby sprostać obowiązkom żołnierza. Widzi pan, jest pan lepszym lekarzem ode mnie.
- Ale ja nie chcę. Może to sen. Niech to będzie sen.
- Tu się z panem zgodzę. W istocie odbył pan terapeutyczną drzemkę. Szczęściarz z pana. Obudzi się pan kompletnie zdrowy i w pełni sił. Trochę zazdroszczę, bo my medycy właściwie nie sypiamy, żeby spać mógł ktoś. Sen to zdrowie, nieprawdaż?
- W takim razie dajcie mi jeszcze pospać, proszę. Ja się nie obudzę, prawda? Błagam pana.
- Jesteśmy z was dumni szeregowy Kosiarz. Wszyscy doceniamy wasze poświęcenie. Za trzydzieści sekund wraca pan do służby. Powodzenia, żołnierzu.

Data:

 październik 2012

Podpis:

 Daniel

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73246

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl