DRUKUJ

 

Sen

Publikacja:

 12-12-06

Autor:

 kartonbezpudla
To była zwykła uliczka, ogrodzona latarniami, niedbale rozrzuconymi po szerokich chodnikach. Wyłożona kostką, taka starszą, a nie, idealne wzorki nowoczesnych wizażystów budowlanych. Za to przetrwała lata zelówek przechodniów, terkoczące wozy i inne uprzykrzacze życia brukowanych ulic. Wiła się delikatnie, lekkim łukiem wprowadzała na stare miasto, jak jedna z wielu innych, które służyły jako dostawcy turystów w głąb starych alejek.
Zwyczajna uliczka. Ale miała jedna cechę, której nie posiadała żadna inna. Jako jedyna spowita była żółtym światłem. Co wieczór gęste, złociste światło ją otulało. Wszystkie inne latarnie w całym mieście oferowały biały promień. No może czasami miało szarawy smak, ale dalej w niczym nie przypominało to widoku ulicy Koziej. Tam płynęło czyste złoto. I to mimo wielokrotnych prób przywrócenia jedynego słusznego odcienia przez służby porządkowe. Po operacji wymiany żarówek, przez dzień, czasami dwa, światło było białe. Czyste i wyraźne. Aby później powitać gości tym ciepłym słonecznym uśmiechem. Bo On nie cierpiał tej kłującej bieli.
Parna noc wrześniowa budziła się ze snu. Zabierała połacie dnia i konsekwentnie wypełniała niebo. Z jej kieszonek delikatnym ruchem wysypywały się błyszczące gwiazdy pobłyskując zaczepnie. A na samym końcu wypełzał Pan Księżyc. Zawisał nieruchomo i oświetlał swoim bladym blaskiem miasteczko. Wraz z nocą przychodził długo oczekiwany chłód. Po męczącym dniu uwalniał myśli mieszkańców i uspokajał wszędobylskie owady. Potem powoli gasły kolejne okna. Migały przez chwile niebieskawą łuną, ale i ona wkrótce poddawała się woli ciemnej nocy. Miasto spało.
W tym absolutnym spokoju, nagle, pojawiło się stukanie. Rytmiczne uderzenia, obcas, obcas, laska. Zza zakrętu wyłoniła się czarna postać. W stanowczo za dużym kapeluszu, w dziwnym gorsecie i spodniach od smokingu. Przystanęła.
- Znowu ktoś mi grzebał przy lampach - dało się słyszeć narzekanie.
Uniósł rękę i w tym momencie jedna latania po drugiej zaczęła sączyć żółtawe światło, które powoli przytulało ulice ciepłym złotawym blaskiem.
- Tak lepiej - z duma przemówił głos spod kapelusza - tak można iść. Witam panno złota.
Znowu powietrze wypełniło się znajomym rytmem walca obcasa z laska. Postać powoli zmierzała ku pierwszym kamienicom na Koziej. Minąwszy równe rzędy drzew dotarł do okien i zatrzymał się. Spojrzał w głąb mieszkania, szukając snów jego mieszkańców. One tam były. Grały swoja opowieść w śpiących umysłach. Obrazy dzisiejszych zdarzeń pomieszanych z emocjami i wspomnieniami. Pani Johannes w swojej zwiewnej sukience. Trzydzieści lat temu, na polu swojej babci. Stała i patrząc na bezkresne łany zielonej trawy targane powiewami wiatru, chłonęła świat. Ciepłe słonce padało na piegowatą twarz, rozpostarte ręce łapały podmuchy wiatru, była szczęśliwa. Oczywiście wtedy tak nie myślała przecież był to tylko kolejny dzień na wsi, ten świat był tak oczywisty że miał nigdy nie zniknąć. Ale zniknął. Zastąpiła go szarość miejskich uliczek, codzienne zabieganie w codziennych sprawach. Mąż, dzieci. Na obraz zielonych pól mogła pozwolić sobie tylko w godzinach 22 - 6 rano. I to wystarczało, musiało. Pan Johannes spał obok. W jego filmie czarna postać dostrzegła obrazy polowania. Uciekające zwierze, horda łowczych kluczących pomiędzy drzewami. Ujadanie psów ciągnących za za-długie smycze pierwszą linie myśliwych. Panika w oczach biegnącej sarny i rogi myśliwskie wygrywające swoje arie.
- Ciekawe czy w końcu ją upoluje - pomyślał Sen - od tylu lat widzę to opowiadanie, ale ono nigdy się nie kończy, ciekawe ...
Przebiegł wzrokiem po kolejnych kondygnacjach sprawdzając czy zawartość dzisiejszych snów zgadza się z zaplanowanymi.
- Tak, tak , tak i tak. Wszystko w najlepszym porządku, piękna robota - z uznaniem potakiwał Sen.
Całe to przedstawienie odbyło się kilkukrotnie, gdy lustrował kolejne kamienice. Pewnym krokiem ruszył pod numer 16 i tutaj zatrzymał się na dłuższą chwile. Coś się nie zgadzało. Państwo Larsen i Gustawsen według planu. Ale Christian, on nie śnił.
- A to ciekawe, szary obraz, hmmm ... Ja nie mogę zajrzeć do środka, intrygujące ...

Christian wstał równo z dźwiękami wygrywanymi przez budzik. Ostatnio coraz trudniej było mu oderwać głowę od miękkiej poduszki. Strasznie ciążyła, a oczy nie chciały się otworzyć, czuł również lekkie mdłości. Ale najgorsze było to dziwne uczucie, coś jakby głód, ale nie taki który da się powstrzymać kanapką.
- Wstawaj, ruszaj, czekam – pojawiło się wezwanie w głowie. Ten nieobecny głos był już tam od jakiegoś czasu. Dzisiaj niemal krzyczał – Masz przyjść !
- Christian, wstawaj, spóźnisz się do szkoły – grzmiał głos matki.
- Już, już – wymamrotał, za cicho aby usłyszała.
Powłócząc nogami skierował się do łazienki. Szybka poranna toaleta, składała się głownie z ochlapywania twarzy wodą i bardzo szybkim kontakcie zębów ze szczoteczką. Dalej pół-przytomny, skierował się do kuchni, gdzie pstrykał gorący czajnik, a na kuchence bulgotały garnki.
- Mamo, nie jestem głodny.
- Co to znaczy, że nie jesteś głodny – było to bardziej stwierdzenie niż pytanie - Masz zjeść, parówki są już gotowe.
- Oj – jęknął.
Podłubał w talerzu, tak aby zostawić wrażenie że prawie wszystko zniknęło. Dopił gorącą bawarkę i nie czekając na komentarz matki, pobiegł do swojego pokoju. Chwilę później już szedł wzdłuż budynków na ulicy Koziej. Przeszedł parę zakrętów i zatrzymał się przed bramą na Listopadowej. Wielka żelazna krata, ustępowała z ciężkim metalicznym zgrzytem, wpuszczając gości na ciemny dziedziniec, otoczony z czterech stron wysokimi kamienicami. W mroku bramy stała mglista postać, na której ciężko było utrzymać spojrzenie. Zawsze wydawała się stać trochę obok. I falowała, a uśmiech tańczył jej na twarzy. Tyle że ten uśmiech powodował chęć ucieczki, jak najdalej, byleby już go więcej nie widzieć. Problem polegał na tym, że nogi nigdy nie zrobiły nawet kroku, jakaś niewidzialna siła trzymała je mocno w uścisku.
- Jesteś w końcu !
- Przepraszam – wydukał, chodź wcale nie było mu przykro – zaspałem.
- Zrobiłeś jak ci mówiłem ? – oczy falującej postaci stały się chciwe – przyszedł ?
- No … chyba tak … chyba był. Czułem jak ktoś jest ze mną w moim śnie. Przyglądał mi się. Ale nic nie powiedział. Stał tylko.
- Ale zrobiłeś jak ci kazałem? – naciskał.
- Oczywiście. I wczoraj też i przedwczoraj– tłumaczył się Christian.
- Dobrze. To znaczy że musiał być. Nie przepuściłby takiej okazji- ostatnie słowa wypowiedział tylko do siebie.
- A moja nagroda, obiecałeś !
- A, tak. Oczywiście – mówiąc to sięgnął do kieszeni płaszcza i wyciągnął mały pakunek. Odwinął go i zabrał z góry małe ciastko – Proszę.
Christian szybko porwał podarunek i od razu wpakował go sobie do ust. Przez chwilę walczył z twardą skorupką, aby w końcu poczuć jak znajome ciepło rozpływa się po całym ciele. Oczy przymknęły się do połowy, myśli zwolniły.
- … dzi..ękuje … - głos Christiana brzmiał inaczej. Każda sylaba stanowiła trudność, a żadne słowo nie miało znaczenia. Wszedł do środka siebie, na zewnątrz pozostawiając tylko skorupę zawinięta w skórę.
- Teraz mnie posłuchaj, mały. Masz tutaj obrazek. Przypatrz się mu uważnie. Patrz na niego jak będziesz dzisiaj zasypiał. Patrz w jej oczy – pod koniec zdania głos był niemal hipnotyczny. Zawładnął całym Ja, Christiana. – Masz o niczym innym nie myśleć. A teraz leć.
- … dzi … dzi … ękuję
Reszta dnia upłynęła w zwyczajnym rytmie. Przysypianie na kolejnych lekcjach, krótka gra w piłkę po szkole i wieczorne oglądanie telewizji w towarzystwie włochatego Azora i matki. Przed snem sięgnął po prezent od towarzysza z bramy. Usiadł na łóżku i zaczął przyglądać się postaci narysowanej na starym płótnie. Była to kobieta o ostrych rysach twarzy i ciemno czerwonych ustach. Miała niezwykłe oczy, zdawały się iskrzyć i były całkowicie czarne. Nie wiedział czy był to kaprys malarza, czy faktycznie miały ten kolor. Ale pasowały do niej. Idealnie komponowały się z ciemną skóra, na której dało się dostrzec misternie wykreślone wzory.
- Patrz jej w oczy. Zapamiętaj ten obraz. I śnij. – nieobecny głos przypomniał polecenie z rana.
Christian oparł się o poduszkę, trzymając w rękach obraz. Odpływał. Zapadał się w głębię nowo powstającego snu. Obrazy zaczęły migotać i pojawiła się czarno oka postać. Przez chwilę patrzyła na niego, badała. Aby chwilę później się uśmiechnąć i ukazać piękny rząd białych zębów. Jak drapieżnik, na chwilę przed atakiem.

Odgłos kroków dudnił po pustej ulicy. W ich melodii nie było gracji lekko stąpających stóp. Raczej głośne bębnienie celowego pośpiechu, a czarny kapelusz emanował emocjami jego właściciela. Tym razem nawet nie spojrzał w uchylone okna państwa Johannes . Kierował się prosto pod numer 16. Skręcając w tą uliczkę, poczuł dziwną ukłucie. Mignęła mu twarz, która miała nie istnieć. Pochodziła z innego czasu, innej epoki. Ona umarła, na zawsze.
Stanął wpatrując się w ciemne okna, obraz senny był jakiś dziwny. Za pusty, nieobecny w swojej formie. Przeszywał zimnem, którego nie powinien posiadać. Ale nie to przykuło uwagę władcy Snów. Ten obraz niósł ze sobą Ją, stojącą pomiędzy rzędami równiutkich, krępych drzew. Nie mógł się mylić.
- Ariija – słowo samo pojawiło się na ustach. Szept przeszywał puste powietrze, a poszczególne litery rozbijały je w biały puch . – Czy to naprawę ty? Tak wyglądałaś?
Stał zahipnotyzowany tym widokiem, gdy przez jej usta przebiegł cień uśmiechu. To wystarczyło. Czarna postać wielkim susem wskoczyła w ten świat. Biegł, mijając kolorowe wzgórki i równe linie drzew. Kątem oka dostrzegał dziwne obrazy majaczące na jego skraju, ale ignorował je. Liczyło się tylko to spojrzenie wiszące w oddali. Zatrzymał się parę metrów od niej.
- Witaj, Hypnos-sie.
- Wiesz, jak dawno nikt tak się do mnie nie zwrócił. Twoje słowa grają dziwną melodie, brzmią jak dźwięki zamknięte w pustym pokoju. Zatrzasnąłem za nim drzwi, one miały nigdy nie zostać otwarte – wbrew sobie, powiedział za dużo. Obraz ten jednak był za silny, a emocje którymi się brzydził, dokończyły dzieła zniszczenia – jak znalazłaś się w śnie tego chłopca?
- Och, jaki zasadniczy. A gdzie podziała się smukłość twoich myśli, nieodgadniony – roześmiała się – może wolałbyś się dowiedzieć gdzie byłam. Dawno żeśmy się nie widzieli.
- Nie – odparł twardo Sen – Wiem gdzie byłaś, albo właściwie gdzie powinnaś być. Ten chłopiec nie miał prawa cię poznać. Nikt nie miał. Twój obraz zginął setki, jeśli nie tysiące lat temu. Co tutaj robisz? – ostatnie słowa brzmiały za miękko. Chciał być nieugięty, ostry, ale nie potrafił. Ona stała tutaj przed nim, widział jej oczy, usta. Słyszał jej głos, całość niszczyła obronne mury, sklecone na prędce podczas szaleńczego biegu.
- Ktoś pomógł mi wrócić. Ktoś wyszeptał mi jak mogę zapłacić ci za wszystko co mi zrobiłeś. Wiem że jestem tu tylko na chwilę, ale perspektywa zobaczenia ciebie, jak gaśniesz, była na tyle kusząca, że cena wydawała się nieistotna.
- O czym ty mówisz ! Przecież wiesz, jak bardzo cię kochałem. Byłaś jedyną istotą, która tak bezgranicznie mną zawładnęła. Ofiarowałem ci wszystko co posiadałem, najcudowniejsze z możliwych snów i myśli. Takich, które tylko ja mogłem dać, nikt i nic innego na świecie.
- Tak … Były cudowne. Bajeczne. Niestety, każdy jeden z nich niósł ten sam rodzaj bólu. Wiedzę, że nigdy nie będziesz mój, tak do końca. I ty też to wiedziałeś, istoto utkana ze snów – ostatnie zdanie padło z wyraźną drwiną, wyrzutem – Jak mogłeś rozkochać w sobie dziewczynę, wiedząc że nigdy cię nie dotknie. Nigdy nie przytuli i nigdy nie pocałuje. Spędziłam życie na kochaniu sennej mgły. Marząc o paru chwilach, które przypłyną po zapadnięciu zmroku. Było by lepiej, gdybym nigdy cię nie spotkała …
Zapadła chwila ciszy, patrzyli na siebie. W końcu znowu się odezwała, tym razem głowę miała spuszczoną, ciche słowa zawisły w powietrzu.
- Tyle razy prosiłam cię, abyś mnie puścił. Abyś odszedł. Nawet nie wiesz ile kosztowały mnie te słowa … Ale ty byłeś za dumny aby się poddać, aby zakończyć coś co nie miało racji bytu. Bądź przeklęty …
Sen nie do końca pojmował istotę ludzkich emocji. Były dla niego trochę nieodgadnione, widział przecież tylko ich sny. A one za pomocą kolorowych obrazów wyrażały zarówno wydarzenia jak i uczucia. Był jednak na tym świecie wystarczająco długo, aby poczuć ból jaki płynął wraz z jej słowami. Stał tak mieląc w myślach słowa i nie potrafił nic odpowiedzieć. On władca opowieści, zatkany swoją własną historią, swoim własnym snem.
- Niezwykły moment – rozległ się głos zza jego pleców – już sama ta sytuacja, była warta całej tej pracy.
Sen odwrócił się i zobaczył przed sobą falującą postać.
- Maligna – zdumienie było dobrze słyszalne – co ty tutaj robisz. Jakim prawem pozwoliłeś sobie na wejście do mojej krainy. Czyżby znudziło ci się istnienie pośród umierających – dodał z drwiną.
- Tak, jak zawsze niezwykle taktowny i uprzejmy. Ty mnie chyba nie lubisz – uśmiech pojawił się na smętnych ustach – A wiesz, że ja za tobą również nie przepadam. Ale jak widzisz zaprosiłem cię do siebie, wysłałem nawet drobny prezent – mówiąc to wskazał na Arii-ie.
- Co to znaczy do siebie, jesteśmy w mojej krainie. Krainie snów !
- Och, czyżby ? Dziękuje, że doceniasz moją prace. Uznanie samego mistrza jest największa nagrodą. – drwił - Przykro mi że cię rozczaruje, ale jesteśmy w moim świecie. Rozejrzyj się dookoła. Chyba upływające lata nie obeszły się z tobą tak okrutnie, że nie dostrzegasz majaków umierającej istoty?
Sen przesunął oczami po otaczającym go krajobrazie. Wszystko wyglądało znajomo, prawidłowo, właściwie tylko szczegóły były błędne, trochę nie na swoim miejscu. Wyglądało to tak, jakby dać ślepcowi do namalowania obraz. Mimo iż wszystkie kształty były prawidłowe, to jednak dawało się odczuć że tak naprawdę żadnego z nich nie widział, wszystko co stworzył było tylko odczuciem rzeczywistości, jego echem.
- Widzę że teraz dostrzegasz gdzie tak naprawdę jesteś – teraz głos Maligny był czysty, doniosły – tygodniami tkałem ten obraz w umyśle tej małej istoty. Starałem się aby był jak jeden z twoich snów, które im rozdajesz. Cały czas jednak czegoś brakowało, wiedziałem że ty momentalnie dostrzeżesz różnicę. Musiałem więc, zamknąć ci oczy. Przyznasz że mój pomysł był całkiem zgrabny.
- Tu jesteś silny – odparł ze spokojem Sen – poczekaj aż wyjdę. Rozszarpię cię wtedy na strzępy. Zgnijesz w resztach swojego ja, niezdolny do zebrania jednej myśli.
- No właśnie. Podejrzewałem że nie ucieszysz się z naszego spotkania. No i jak widać się nie pomyliłem. Dlatego też, nigdy stąd nie wyjdziesz.
- A jak zamierzasz mnie zatrzymać ? On w końcu się obudzi i ja będę wolny.
- No właśnie. Nie chciałbym burzyć twojego małego światka, ale … on już nigdy się nie obudzi. Będzie w tym stanie, aż poszczególne organy nie odmówią posłuszeństwa. Od tygodni karmię go moimi myślami, a ty wiesz że niektóre potrafią być … ciężko strawne. On umrze w tym stanie, a ty pozostaniesz zamknięty tutaj, razem z nim. Na zawsze.
- Co ci to da Maligna ? Wiesz przecież równie dobrze jak ja, że nie może nie być władcy snów, bo ludzie będą śnić zawsze. Ktoś się musi tym opiekować, doglądać.
- Masz absolutną rację, rzeczywistość nie toleruje pustki. Wypełnia każde puste miejsce, jak trawa która zaczyna rosnąc na świeżo przekopanej ziemi. Tyle że, pustka nie nastąpi. Ja ją wypełnię, gdy będzie szukać swojego ujścia.
- Ty, twórca zniszczenia i urojeń ! – wykrzykiwał Sen – ty potrafisz tylko łudzić, ciągnąc niespokojne myśli ku zgubie. Zniszczysz to, zniszczysz wszystko !
- Zobaczymy – wielki uśmiech wkroczył na pomarszczoną szarą twarz – a jeśli nawet, to czy ma to jakiekolwiek znaczenie. Przecież nie umrą od snów, może jedynie będą inni. A ja będę potężny, wszechwładny – chwilę wisiało to zdanie w powietrzu, widać było jak delektuję się samą perspektywą mocy, która tylko czekała na jego chciwe palce - Zresztą, nie chciałbym już przeszkadzać, na pewno macie wiele, wiele, tematów do omówienia. Znikam zatem, sprawdzę co tam dobrego na ulicy Koziej.
Zanim słowa pojawiły się w umysłach słuchaczy, on już powoli zatracał swoją fizyczną formę. Bladł, ginął w zimnym powietrzu, zostawiając za sobą jedynie delikatny obrys swojej postaci.
Złota ulica spała, sny jednak czuły się trochę niepewnie. Czuły że coś się zmieniło, nie widziały nigdzie swojego opiekuna, szukały go, były nerwowe. Ich forma zawsze była dzika, nieokiełznana, miały wielką moc i potrafiły ponieść swoich nosicieli w dowolne miejsce, zarówno dobre, jak i złe. Wymagały kontroli, kogoś kto by czasami delikatnie je napomknął, trącił opuszkiem palca, gdy galopowały za mocno. Dzisiaj jednak pojawił się ktoś, kto nie uznawał subtelnych rozwiązań. On raczej preferował kij, drażnij je, uderzał, prowokował do niestosownych zachowań. A co najgorsze wyglądał przy tym na szczęśliwego, sny natomiast były wściekłe. Ich furia skierowała się ku ich nosicielom. Warkot trwał.
Pani Johannes pędziła przez mokry las. Za nią słychać było ujadanie psów i krzyki ludzi. W nozdrzach czuła zapach potu i strachu wydzielany przez zwierzę, którym się stała. Biegła, wiedziała że musi biec, tylko czemu? Przed chwilą była jeszcze na zielonych wzgórzach by nagle znaleźć się w tym ponurym lesie. W pewnym potknęła się, upadła, koziołkując parę razy. Na chwilę straciła przytomność. Obudziła się, a nad nią stał Pan Johannes i trzymał wymierzoną w nią dwururkę.
- Lars, to ja ! To ja ! – krzyczała.
Zabrzmiało to jak ostatnia pieśń konającego zwierzęcia. Odgłos wystrzału poderwał z okolicznych drzew stada czarnych kruków, które wykrzykując swoje pretensje rozpierzchły się po szarym niebie.

Christian szedł niekończącą się drogą. Była idealnie prosta, brązowa i nie wywoływała żadnych dźwięków gdy stopy dotykały jej materii. Cały czas w jego głowie brzmiało dziwne wołanie, coś cały czas prosiło go aby szedł dalej. Kusiło, zapraszało do siebie, obiecując spełnienie każdego marzenia, każdej zachcianki. Byleby tylko szedł dalej wzmóż tej brunatnej dróżki. Nie wiedział jak długo tak szedł, ale w pewnym momencie przystanął, aby chwilę się rozejrzeć. W zasięgu wzroku nie było widać żadnego cienia, żadnego skalania krajobrazu, była tylko droga, on i pustka. Nawet kolory nie chciały zakłócać tego miejsca, zniknęły więc z oczu Christiana. Stał tak kilka chwil i wtedy usłyszał odległy jęk. To płakał ten głos, który ciągnął go do siebie. Teraz stał się nawet bardziej błagalny, wył na kolanach aby on szedł dalej. Brzmiał jednak strasznie, sztuczność przebijała się z każda sylabą, to coś zaciskało zęby aby nie krzyczeć na niego. Jęk maskował złowrogą istotę która pragnęła aby do niej przyszedł. Christian przestraszył się, spróbował cofnąć się parę kroków ale nie był w stanie uwolnić się od tej serenady.
- Muszę zająć czymś myśli, muszę przestać słyszeć ten głos – pomyślał.
Usiadł na skraju drogi, zamknął oczy i próbował zaciekawić czymś rozedrgane myśli. Niestety nic nie działało. Łzy napływały do oczu, kiedy próbował śpiewać sobie wszystkie znane mu piosenki, liczyć jakieś proste równania. Wszystko na próżno.
Padł na ziemię i wtedy przypomniała mu się babcia. Wróciły wspomnienia, kiedy to na każde wakacje mama wywoziła go na wieś. Całe dwa miesiące przeżywania przygód w otaczających lasach, pomoc przy domowych obowiązkach i inne zdarzenia które teraz wracały jedno po drugim. Przypomniał sobie również wieczorne opowieści babci, te magiczne historie, których słuchał opatulony szczelnie kołdrą. O małej dziewczynce, która przysypywana śniegiem próbowała sprzedać chodź jedno pudełko zapałek. O księżniczce, która nie mogła zasnąć bo gniotło ją małe ziarenko grochu. I wiele, wiele innych.
Wszystkie te postacie z tych opowieści, pojawiły się teraz obok niego, grały swoje role wyznaczone im przez pokolenia ludzi przekazujących ich historię. Tańczyły, śmiały się, płakały rzewnie, kradnąc całą uwagę małego umysłu. A on leżał na ziemi i odtwarzał je sobie jedna po drugiej, cały czas i bez przerwy. Aż w końcu postacie zatrzymały się. Spojrzały w jednej chwili na niego, wszystkie. Nie padło nawet jedno słowo, ale wielka prośba zawisła w umyśle chłopca. Jęk w jego głowie zniknął.
Christian obudził się z krzykiem. Zamglone oczy potrzebowały chwili aby wrócić z obcej krainy. W głowie jeszcze skwierczały obrazy i myśli, którymi napędzał się przez ostanie godziny, może dni. Jak długo tam był? Co się właściwie zdarzyło? I te wszystkie opowieści, te wszystkie kolorowe postacie, które zagrały swoje cudowne przedstawienia. Czuł że dalej w nim siedzą, w wielkim pokoju, zebrane w grupę. Patrzą z oczekiwaniem na niego i nie pójdą sobie dopóki on nie spełni ich prośby.
Powoli wracała świadomość, teraz był już w stanie rozpoznać, czy też dostrzec obiekty w jego otoczeniu. Siedział na białym łóżku, takim samym jak pięć pozostałych. Z prawej strony wisiały jakieś rurki, podłączone do przeźroczystego pojemnika. Po drugiej stronie stała zdezelowana szafka nocna. Był już kiedyś w takim pokoju, kiedy przychodził z babcią odwiedzać dziadka. Przez szklane drzwi widział jak jakaś postać maszeruje po korytarzu, to w jedną to w drugą stronę. Przymrużył oczy i upewniwszy się, że jest to jego matka krzyknął – maaaamooo!
Chwilę później stała przy nim, a grube łzy ciekły jej z oczu.
- Christianku, moje maleństwo – łkała, tuląc go do siebie – obudziłeś się, bogu dzięki. Bogu dzięki.
- Nie płacz, mamo. Chyba wszystko jest w porządku, ja czuję się dobrze – jego głos był spokojny - Dlaczego tu jestem ?
- Kochanie, spałeś jak zabity od ponad tygodnia. Nikt nie był w stanie cię obudzić, mówili że możesz już nigdy się nie obudzić … Ale ja wiedziałam, że wrócisz, wiedziałam – słowa padały szybko, a rozedrgane dłonie przebiegały po jego twarzy, jak by miały upewnić się że on naprawdę wrócił – Cały czas tutaj byłam, modliłam się o twój powrót. Słyszałam jak śpiewasz, jak wykrzykujesz jakieś liczby. I jak prosisz, aby cię zostawił.
Teraz Christian przypomniał sobie ten śliski jęk, który przez ostatnie dni wygrywał mu w głowie swoje żądania. Przeszył go dreszcz, zacisnął mocno oczy, aby wyrzucić ten obraz ze swojej pamięci.
- Ktoś mi pomógł mamo i wiem że tylko dlatego mogłem wrócić. Prosiły w zamian tylko o jedno. Muszę spisać ich historię …
- O czym ty mówisz, Christianku. To był tylko sen, zły sen, spałeś bardzo długo. Ale teraz już wszystko będzie w porządku. Jestem tutaj.
- Dobrze mamo, oczywiście – wiedział, że nie ma sensu tłumaczyć tego matce - Mogę dostać coś do picia, strasznie chce mi się pić.
Matka momentalnie poderwała się z łóżka. Szybkim krokiem skierowała się ku drzwiom, cały czas mamrocząc pod nosem dziękczynne wersy. Christian patrzył na starą szafkę nocną i leżący na niej mały notatnik z przymocowanym do niego ołówkiem. Wziął go do ręki i szybko nakreślił parę zdań, zanim matka wróciła niosąc z wielkim pietyzmem szklankę wody. Wręczając mu ją, kątem oka dostrzegła notes spoczywający na jego kolanach. Od niechcenia przeczytała dwa pierwsze zdania, nabazgrane niechlujnym dziecięcym pismem:

Hans Christian Andersen
Dziewczynka z zapałkami


Na Koziej zapadał zmierzch. W małym, zakurzonym pubie siedziała grupka mężczyzn ubranych w swoje służbowe stroje. Pomarańczowe kamizelki pobłyskiwały przy każdym ich ruchu. Rozmowa była raczej nieobecna, raptem parę zdań które zakończyły się krótkim basowym śmiechem. Dobrze im było razem, te spotkania polegały na miłym wspólnym milczeniu w towarzystwie spienionego kufla. Dzisiejszy wieczór był jednak szczególny. Tydzień temu wymienili, znowu, wszystkie żarówki na tej ulicy. To był nowy model, sprowadzony aż z Kopenhagi, miał wytrzymałość liczoną w setkach godzin. Z początku sceptycznie podeszli do pomysłu kolejnej wymiany, no ale skoro sprowadzono je z tak daleka to może warto było spróbować. Jakież było ich zdziwienie, gdy po paru dniach okazało się, że ta krnąbrna ulica świeci dalej na biało. Teraz siedzieli, dumni z małego zwycięstwa odniesionego nad ulicznymi latarniami.
Tom patrzył się w milczeniu na resztkę złotego trunku, jaki pływał na dnie jego kufla. Zaraz trzeba będzie opuścić ten spokojny lokal, by udać się na zasłużony odpoczynek. Podniósł zmęczony wzrok i spojrzał przez małe okienko na brukowaną ulice. I w tym momencie zauważył jak jedna z lamp zrobiła delikatne ‘puf’ i rozświetliła okolicę przyjaznym złotawym uśmiechem. Tom nie powiedział nawet słowa, niech sami zobaczą, co on ma psuć im ten wieczór. Uśmiechnął się za to, ale tak głęboko, w samo serce chłopczyka, który oglądał złote latanie od prawie czterdziestu lat.
- Witam na złotej – cichutko wyszeptał i zajął się dopijaniem resztki piwa chlupoczącej w kuflu.

Data:

 2012-12-04

Podpis:

 kbp

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=73771

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl