DRUKUJ

 

Zwierciadło miliona odbić (ˆ by Boru)

Publikacja:

 13-01-10

Autor:

 Boru
ZWIERCIADŁO MILIONA ODBIĆ

Lustro nie przepuściło Rogvala przez siebie. Stał więc tak długo, jak pozwoliły mu na to osłabione wielogodzinnym biegiem nogi. Gdy w końcu ugięły się, przysiadł na płask na piaszczystej ziemi, a potem wyciągnął się na niej i, złożywszy brudne ręce po sobie, zasnął. I właśnie wtedy, kiedy żadne ludzkie oczy nie mogły przejrzeć się w lustrze, krystaliczna powierzchnia zwierciadła zafalowała i porwała bezwładne ciało Rogvala w swe trzewia.

Rogval wyśmiał pomysł wyprawy. Choć nie ma się mu co dziwić, gdyż trudne i niebezpieczne były to czasy. Jacyś przygodni wędrowcy wspominali czasem, że spotykali na swej drodze zdegenerowane krasnoludy, które za nic miały dawne przymierza pomiędzy ich rasą a ludźmi, ale to właśnie człowiecze watahy rabusiów lub po prostu zwykłych bandytów napadały na podróżnych i w najlepszych razie zostawiały ich bez dobytku i ubrania. Zazwyczaj kończyło się jednak krwawą rzezią.
Rogval miał przekroczyć morze, pokonać zagrożenie wciąż nawet przez nikogo nienazwane i wrócić w chwale. Zadanie o tyle łatwe – przynajmniej w kwestii przekroczenia morza – że zamorska kraina widoczna była już gołym okiem z poziomu płaskiej plaży na wybrzeżu – cienka, rozmazana kreska ciemnej barwy, majacząca wraz z linią samego horyzontu. Kontynenty poruszały się – i właśnie to na czas życia pokolenia dziadów Rogvala przypadł moment, że mieszkańcy jego krainy (w pierwszej kolejności ci najwyżsi) dojrzeli z brzegu nazwane przez nich, z racji, co oczywiste, położenia, Zamorze.
To nikt inny jak dziad Rogvala imieniem Lavgor skonstruował łódź wiosłową i popłynął wraz z towarzyszącym mu, młodym jeszcze wtedy, Orarem, do nowych lądów, skąd obaj wrócili po wielu dniach, całe szczęście bez szwanku. Opowiadali, iż badany przez nich ląd to kraina zielona i urodzajna i nigdzie jak właśnie tam wszyscy mieszkańcy ich osady powinni się przenieść, by zaznać na powrót szczęścia. Gdy ciekawscy mieszkańcy dopytywali, czy w rzekomym raju dybią jednak na ludzi jakieś niebezpieczeństwa, dzielni podróżnicy przyznali, że w przybrzeżnych zaroślach zamorskiego lądu czają się potężne jaszczury gotowe pożreć od razu każdego, kto postawi stopę na złotej plaży. W krainie ludzi zwanej Walmirią jaszczury wybito co do jednego setki lat temu, ale tamte w Zamorzu – jak tłumaczył z gorączką w głosie dziad Rogvala – były stokroć bardziej drapieżne i żądne ofiar i zupełnie różniły się od gadów malowanych dawno temu przez tutejszych artystów.
- To oczywiste, Lavgorze – zwykł tłumaczyć ten, który wtedy pełnił w Loren, ich rodzinnej osadzie, funkcję szamana. – Bestie te chowały się na zupełnie innej ziemi niż nasza i stąd te różnice w ich wyglądzie i zwyczajach.
Myśl o zbiorowej wyprawie na stosunkowo niedaleki ląd poczęła żyć własnym życiem i niczym zaraza rozprzestrzeniała się pośród mieszkańców. Tęsknili oni bowiem do czasów, których nawet sami nie przeżyli, lecz zasłyszeli w legendach, jak to ich przodkom, dzielnym i odważnym wojownikom, świat skłonił się do stóp, gdy w wielkiej bitwie powalili złą wieżę i jej władcę i ten pierzchnął z Ziemi na, jak błędnie osądzili, wieczność całą. Cóż jednak wydarzyło się, iż ludzie, zamiast rozwijać się w dobytku, otoczeni szacunkiem krasnali, elfów i pomniejszych ich braci, popadli w marazm i cofnęli się ze ścieżki rozwoju, jaką podążać należało?
- W nas cała nadzieja na odrodzenie nowej ludzkości na nowej ziemi! – przekonywał na wiecach dziad Lavgor z pasją nieznaną u niego dotychczas. Walił pięściami w drewnianą mównicę i świdrował wzrokiem zasłuchane w nim twarze, sącząc w ich umysły wizję pięknego kontynentu, gdzie degeneracja świata obecnego z pewnością nie sięgnie.
A potem przyszedł dzień, gdy najwyraźniej bogowie, z których melodii utkany został świat cały, wyrazili swój gniew do swych dzieci szukających ucieczki z danej im łaskawie krainy i rozerwali jedną z nielicznych gór w tej części Walmirii, a ta plunęła gorącą magmą i dymem, przez co słońce zaszło na całe dziesięć lat. Okres ten całkowicie ugasił w loreńskiej społeczności zapał do wyprawy za morze, tak usilnie podpalany przez Lavgora lat blisko trzy.
Przed ciemnością i mrozem rodzina Rogvala kryła się w jeszcze ciemniejszych, ale za to ogrzanych ciepłem serca samej ziemi, jaskiniach. Egzystowali tam jakoś, pijąc wodę ze skalnych źródeł i polując na małe zwierzęta, których jednak z każdym dniem wyraźnie ubywało. Zacieniona powierzchnia przestała rodzić rośliny, stanowiące pierwsze ogniwo w skąpym łańcuchu pokarmowym. I gdy już się zdawało, że koniec ludu rodziny Rogvala jest nieunikniony, czarne dymy pierzchły znad ich ojczyzny. I właśnie tego dnia, gdy jego matka pierwszy raz po dziesięciu latach spojrzała w ukazujące się nieśmiało niebo, chłopiec narodził się. Dzień ten jednak zapamiętano jako żałobny, bowiem dziad Lavgor, stary jak świat i jak on zmęczony, widząc męskie niemowlę jego krew noszące, pobłogosławił je, nadając mu niespotykane imię i wyzionął ducha. W przedśmiertnych słowach wycedził jeszcze tylko, iż odchodzi, bo narodził się godny następca, którego zadaniem będzie wyprowadzenie mieszkańców Loren z Walmirii. Ci, jakby honorując decyzję Lavgora, dodali do imienia chłopca – z racji momentu, w którym przyszedł na świat – wymyślony na poczekaniu przydomek: Nowy Świt.

By popłynąć przez morze, należało dotrzeć do wybrzeża. Rogval i wszyscy obserwujący z zainteresowaniem jego przygotowania do wyprawy zgadzali się bez dwóch zdań, że lesiste pasmo pomiędzy Loren a nadmorską plażą kryło w sobie wiele niebezpieczeństw. Dziad Lavgor maszerował całe pięć dni, w trakcie których wraz z kompanem wspominanej przez lata podróży dwukrotnie użyli mieczy i łuków, broniąc dobytku i życia.
Dziś, dwadzieścia lat po wyjściu z jaskiń, wyprawy zdawały się być jeszcze trudniejsze, nie wszyscy poradzili sobie bowiem z życiem w nowych warunkach, gdzie ziemia dawała po trzykroć mniej zboża niż przed wybuchem, domostwa należało budować od nowa, a wszelki majątek, jaki nie spłonął, został rozkradziony przez upiorne postacie, za nic mające gniew bogów i łażące po zasnutej popiołem lodowatej powierzchni. Świat i zamieszkujące go rasy zdegenerowały, obnażając słabość do wybierania najłatwiejszych i zarazem najmniej godziwych dróg. Kradzieże, napady i morderstwa stały się prozą dnia codziennego i właśnie z nią Rogval już niedługo miał stanąć twarzą w twarz.

Pomysł wyszedł nie wiedzieć skąd, choć Rogvalowi przedstawił go Orar, pełniący w te lata szamańskie posłanie. Wrócił on właśnie z pielgrzymki w najdalsze zakątki kontynentu, tam, gdzie wieki temu rozgrywały się bitwy pomiędzy sprzymierzonymi ludźmi, elfami a zastępami krwiożerczych orków. Opowiedział on o cudownych światłach spływających wprost z nocnego nieba i zsyłających mu wiedzę, pomysły oraz pokazujących nowe drogi, jakimi powinna kroczyć ludzka rasa, gdyż tylko ona – jak usłyszał Orar w jednym z objawień – zdolna jest przetrwać eony i zaludnić wszystkie kontynenty.
- Miałem taki oto sen, drogi Rogvalu, gdym spał w namiocie na rozległym stepie na przedpolu mrocznej krainy, będącej ostatnim punktem mej pielgrzymki. Zapewne sprawił to czar tego miejsca, gdzie ścierali się potężny białobrody mag ze swymi przyjaciółmi i bezcielesny wysłannik piekieł, całą swą potęgę czerpiący z magii zaklętej w mitycznym pierścieniu. Przepadł ten pierścień bez wieści, choć wierzyć należy, że dobrze się stało. Ach, stary jestem i mylę wątki – upomniał sam siebie szaman i przeszedł do meritum: – W śnie ujrzałem swoją osobę w setkach podobizn, tacy jak ja stali dookoła mnie prawdziwego, a przynajmniej tego, którego oczy patrzyły na wyśnioną scenę. Po horyzont tam byłem, drogi Rogvalu, a potem ja i identyczni ze mną odwróciliśmy twarze w drugą stronę, gdzie rozciągnęła się błękitna, falująca tafla wody. Nie wspomniałem, że dobrze wszystko widziałem mimo nocy. I właśnie o tobie teraz mowa, młody bohaterze. Zza bezkresnego morza wynurzyło się owalne słońce, promieniując na nas mocniej niż możliwe jest to w naturze, jaką znamy. Blask parzył mnie w twarz i odkryte dłonie, a powieki – mimo, iż opuszczone – za nic nie dawały wytchnienia od zalewu jasności. Trwać zdawało się to bodaj wieczność, ale w końcu promienie umknęły gdzieś nagle, jakby ponad nasze głowy. To, co ujrzałem, gdy me oczy przywykły do widzenia, zdjęło mnie grozą. Obudziłem się natychmiast, wrzeszcząc tak, iż sam się swego wrzasku przestraszyłem. Oblany zimnym potem, nie dawałem wiary w wizję będącą mym udziałem... – Stary szaman zamilkł, a Rogval, siedząc przed nim w kucki, nie mógł doczekać się zakończenia. Ogień dogasał w palenisku, a z dworu ciągnął pachnący chłód zmierzchu, otrzeźwiając w końcu Orara. Wybudzony jakby z letargu, zakończył w kilku zdaniach: – Na stepie zostałem sam jeden, jak palec, pośród miliona porozrzucanych kości, w które zamienili się ci, co kilka chwil wcześniej byli mną. Dziki wiatr, zerwawszy się nagle i bez przyczyny, rzucał ich kośćmi, a te zatracały się w sobie dalej, na proch. Zginęli wszyscy, a przyczyną zdała się być światłość dobywająca się zza morza. Ty jesteś światłością, Rogvalu Nowy Świcie, i tylko ty zdołasz odbić inną światłość, mierząc się z nią za wodą. Wyruszysz więc czym prędzej, bowiem objawienie jest jasne. Właśnie teraz nastał czas po temu, by kontynuować misję rozpoczętą przez dziada twojego, któremu zaszczyt miałem towarzyszyć. Już teraz prości ludzie widzą w tobie przywódcę, a rolą przywódcy jest wrócić do Zamorza, pokonać złe światło, a następnie sprowadzić swój lud do siebie.
Rogval musiał mieć nic nierozumiejący wyraz twarzy, gdyż szaman spuentował:
- W naszym kierunku zmierzają ognie, jakie nas, ludzi, spopielą bez wyjątku. Odkryj ich naturę, a zdołamy się im przeciwstawić. Takie jest twoje zadanie, a przystali już na nie twoi rodzice. Myślę, że nie chcesz zawieść ich oraz testamentu dziada Lavgora. Prawda, Rogvalu?
Rogval odburknął coś niezrozumiale i wybiegł w ciemny wieczór, obejmujący bez reszty rodzinne strony, w jakich żył od dziecka. Wyprawa? Za morze? Z dala od Walmirii? Nie wierzył, że rodzice już postanowili. On, wyrostek, ma być ratunkiem dla rasy ludzi. Uśmiał się sam do siebie, choć wewnątrz ani trochę nie czuł potrzeby do żartów.
Tak czy owak, szczerze i ze złością Rogval wyśmiał pomysł wyprawy. Ta oczywiście się odbyła...

Ach, jakże wiele imion i przymiotów skrybowie ludzcy i elfi oraz kronikarze krasnoludów bądź hobbitów nadali tym efemerycznym istotom. Jakże wiele legend i podań opowiadało o ich roli na ziemskim padole. Żadne z nich jednak nie rozprawiły się z prawdą na dobre, a jedynie zbliżyły się do niej na tyle, na ile pozwalały materialne objawienia tych duchów w określonych punktach wspólnej dla wszystkich ras historii.
Próżno szukać miejsca na gwiezdnym firmamencie, gdzie jedna spośród miriadów gwiazd dała im początek, a potem odchowała je na tyle, by zdolne były zanurzyć się w nurt bezwzględnej kosmicznej otchłani, będącej odtąd zarówno ich domem, jak i stale zmieniającym się miejscem podróży. Właśnie taki ulotny i zmienny charakter ich istnienia niektórym z nich dawał możliwość zachwycania się i kontemplacji przemierzanego kontinuum, a innych wprawiał w stan tęsknoty za fizycznością, której wyzbyli się eony temu, ograniczeni zasobami swej macierzystej ziemi oraz gnani rozwojem sposobów pojmowania siebie samym oraz tkanki czasu i przestrzeni, z jakiej utkano to, co widzialne, jak i to, co poza tym.
Właśnie ci drudzy z nich, odnajdując w trakcie niekończącej się podróży wiele ras wciąż przywiązanych do ziemi dającej im życie, szukali możliwości znalezienia się pośród istot, których reakcje mogli współodczuwać, chłonąc tym samym muzykę życia, z jej wysokimi tonami zwiastującymi konflikt, jak i niskimi dźwiękami, niczym balsam kojącymi wewnętrzne podrażnienia struktury pojmowania świata dookoła.
To właśnie kroniki skrybów dają świadectwa ich bytności, choć może nie tam dowody są najwyraźniejsze. Baśnie bajkopisarzy i pieśni wędrownych śpiewaczy zasłyszanych historyjek powiedzą najdobitniej, na jakie sposoby brały się istoty, by zamanifestować wolę włączenia się w cykl życia ziemi ludzi i istot im podobnych. Choć przecież są historie znane wszystkim tym, co mają uszy, żeby słuchać, lub chociaż sprawne oczy, aby przeczytać opasłe tomiska o dawnych bitwach albo zobaczyć malowidła, na których roślinne żywice i nektary rozmazano na miliony sposobów ilustrując walecznych bohaterów i niezniszczalne – zdawałoby się – potwory, co na ziemi zechciały zadomowić się, podporządkowując sobie większość życia, jakże bardzo ceniącego wolność wpajaną od dziecka ludziom i elfom (o ich karłowatych kuzynach oraz brodatych i wiecznie awanturujących się krasnalach nie wspominając).
Bo któż nie słyszał, jak jedna z przybyłych istot posiadła na szczycie niebosiężnej wieży ulotną i niestałą fizyczność, a swą moc, nie mogąc najpewniej uczynić inaczej, zaklęła w złotym pierścieniu i poprzez niego prowadziła wojnę, mającą zapewnić złej istocie panowanie nad ludzkim światem. W obronie wspólnych wartości ramię w ramię stanęli ludzi, elfy i krasnoludy. Nawet wiodące wtedy spokojny żywot małe hobbity odegrały ponoć w walce niepoślednią rolę. Wspierały ich – co nie ulega wątpliwości, patrząc na wynik jakże nierównej przecież konfrontacji – pobratymcy zbuntowanej istoty z gwiazd, skryci pod różnymi postaciami. Jedną z nich malowidła przedstawiają okrytą jaskrawą szatą, mieniącą się nieskazitelną bielą. W ręce owa istota, przybierając w chwili szarży na koniu ludzką postać białobrodego starca, trzyma laskę z nieznanego tworzywa, a broń ta jarzy się oślepiającym blaskiem. Podobno, piszą kroniki, bitwa z malowidła, jakkolwiek wygrana, stanowiła jedynie wstęp do głównego rozstrzygnięcia, dzięki któremu ludzkość, aż do czasów legendarnego Rogvala, mogła cieszyć się niezakłóconym spokojem.
Ach, jakże ludzki świat potrzebuje w trudnych momentach swej historii wstawiennictwa dobrych istot spoza naszego czasu i spoza miejsca w przestrzeni, jakie zajmujemy. Dobre istoty wiedzą, że wśród członków ich rasy są i tacy, co uciekają od przeznaczenia i pragną powrotu z zimnej pustki czarnego kosmosu do planetarnego ciepła, siejąc tym samym ferment i zniszczenie pośród ras, który dany świat nazywają, słusznie jak najbardziej, domem. Owszem, dobre istoty muszą pomóc, w swej bezgranicznej pojmowalności rozumiejąc kwestie uniwersalnej równowagi. Ale i rasy ziemskie potrzebują swych cichych bohaterów, by koło zwycięstwa potoczyło się bez przeszkód. Czy to mały żołnierz, ponad swe siły dźwigający złoty pierścień ku jedynemu miejscu mogącemu zniszczyć złą moc w nim zamkniętą, czy też na wpół ludzki stwór, który już tyle razy wcześniej powinien wyzionąć ducha, a jednak musi żyć, by w finalnym momencie poświęcić swą haniebną słabość dla dobra sprawy...
Istoty spragnione fizyczności, której chciały zostać panami, pływały setki lat po bezmiarze nieboskłonu i nabierały sił, obmyślając nowe sposoby przechytrzenia swych pobratymców nie godzących się na ingerencję w świat nienależący do nich. Pewnego dnia, poruszając płyty pancerza Ziemi, rozpoczęły marsz ku wymarzonemu celowi. Tak oto rozgorzała wojna o ludzkość...

Rogval budził się z maligny kilka razy tej nocy. Juni chłodziła mu rozpalone czoło szmatką zmoczoną w strumyku i nuciła pod nosem pieśni mające odegnać duchy choroby. Walnur i Sober na zmianę pełnili wartę, siekając ciemność buszu i tak nic niewidzącymi spojrzeniami. Nasłuchiwali, czy jakiś stwór nie zbliża się po opadłym z drzew listowiu, trwającym jak na razie bezszelestnie.
Tak daleko doszli, a tak mało wiary nieśli wciąż w sobie. Pokonali drogę ku piaszczystym brzegom Walmirii, przepłynęli wyjątkowo wzburzony pas morza oddzielający ich od nowej ziemi, a ulegli u celu podróży, gdy potężny i żarłoczny jaszczur natarł na nich bez pardonu. Na pierwszą linię natarcia wskoczył nieludzko gibki i sprawny elf Laros. Napiął cięciwę łuku strzałą dobytą z kołczanu na plecach i już zdawać by się mogło, że ostry grot powstrzyma atak, gdy cięciwa pękła, a strzała spełzła wprost pod nogi zaskoczonego strzelca. Bestia przetoczyła się po dzielnym elfie nawet go nie zauważając i klapnęła pyskiem w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą głowę miał Murd. Szerokie bary, na których kończyło się teraz jego ciało, runęły wraz z tułowiem na uginających się nogach.
Rogval drżał cały nie wiedząc, co począć. W ręku dzierżył miecz, choć nie wierzył, że umie posłużyć się jego ciężarem we właściwy sposób. Zaparł się więc tylko na stopach, wystawił ostrze na sztorc przed sobą i czekał. Jaszczur zbliżał się, a stojący na jego drodze człowiek zaczął podziwiać rozmiar kłów rzędami ułożonymi w rozwartej paszczy. Wtedy właśnie z jasnego nieba spadł oślepiający grom i wbił się wprost w bestię. Dwie łapy podwinęły się pod siebie i zwierz wielkości konia runął na Rogvala, którego miecz utkwił w gardzieli stwora.
Kompani wyprawy rzucili się na pomoc przygniecionemu człowiekowi, jednak poruszyć zwaliste cielsko gada nie było łatwo. Pozostali przy życiu dwaj wojownicy pchali z całych sił, aż obleczona w łuskowatą skórę masa ześlizgnęła się na bok, odsłaniając nieprzytomnego Rogvala. Spod kapoty na jego ramieniu sączyła się krew, wskazując miejsce, gdzie zagłębił się kieł upadającego zwierzęcia.
- Jad... – wyszeptała Juni, cicho podchodząc z tyłu i diagnozując intuicyjnie stan rannego. – Musimy znaleźć na noc kryjówkę i opatrzyć ranę.
Walnur i Sober, przydzieleni przez szamana Orara do towarzyszenia Rogvalowi w tak ważkiej misji, zrobili ponure miny i popatrzyli na niewielki wózek ciągnięty od samego wybrzeża badanego lądu. Na dwukołowym, zbitym z solidnych desek pojeździe mieli zapasy jedzenia, wody, ubrań, mieczy, łuków i strzał oraz ziół. Wszystkie one tworzyły upchniętą stertę, nie pozwalającą poważnie myśleć o dołożeniu czegokolwiek. Patrząc tak, mężczyźni starali się spowodować, by starczyło na nim również miejsca dla Rogvala, jednak od razu pojęli, że lepiej będzie nieść go na zmianę na plecach, uwiązanego solidnie sznurem dokoła ich ciał.
Kryjówkę znaleźli na chwilę przez zmierzchem, a tworzyła ją polana z trzech stron otoczona skałami, a od góry zakryta skalną półką. Ze szczeliny u podstawy skały biło, cicho szemrząc, źródełko lodowatej wody. Wybrane przez nich schronienie miało tę zaletę, że całą swą uwagę kierowali w kierunku ściany drzew ograniczającej polanę od czwartej strony. Tylko stamtąd mógł nadejść atak. Oczywistym było dla nich, że zaleta mogła niechybnie obrócić się na niekorzyść, gdyby przyszło im uciekać przed napastnikami w liczbie lub sile znacznie mocniejszymi od nich. Droga ucieczki nie istniała.
Juni wytrwale czuwała przy rannym. Piękna, niewiele starsza niż Rogval, kochała się w nim od dawna. I gdy przyszło do decyzji jej życia, podjęła ją bez chwili wahania.
- Jadę z nimi! – wykrzyknęła, stojąc w ciasnym okręgu mieszkańców Loren, słuchających apelu szamana. Orar zapowiadał właśnie wyprawę Rogvala, tłumaczył jej przyczyny oraz uspokajał, że przy wstawiennictwie bogów, z jakimi rozmawiał na dalekich stepach, cel podróży na pewno przyniesie spokój i beztroskę na najbliższe lata i pozwoli im znów rozpocząć przygotowania do przeprowadzki za morze.
- Czterech mężnych wojowników to aż nadto! – Orar, zupełnie nie w swoim stylu, jawnie okazał niezadowolenie z zabrania głosu przez Juni. – Trzeba naszym bohaterom spokoju i uporu, a nie bagażu, jakiego mogą nie podźwignąć.
- Trzeba im również jadła i opierunku, a spokoju, o którym raczyłeś wspomnieć, szamanie, dam im garściami. To bowiem mężczyźni właśnie najpierw używają siły swoich mięśni, by potem przyglądać się konsekwencjom. Wspomogę ich spokojną i chłodną radą, a nie gorącokrwistym narwaniem.
Zebrany tłum zdał się fizycznie falować w miarę westchnienia, jakie przetoczyło się po nim, gdy dziewczyna zamilkła. Rogval, który siedział wraz z Walnurem, Soberem i Murdem pod chroniącą od słońca połą materiału rozpiętą na kołkach, wstał i wyszedł na środek placu, stając ramię w ramię z Orarem. Ten przymknął powieki i ważył najwyraźniej swe zdanie w myślach.
- Pozwól jej nam towarzyszyć – młodzieniec poprosił starca. – Potrzebna nam otucha, gdyż mało mamy jej na starcie wymyślonej przez ciebie podróży.
Orar omalże nie zasyczał, gdy otworzył oczy i rzekł dobitnie:
- Nie mój jest pomysł tej podróży! Objawienia odczytałem jasno, a w nich stoi, że wyprawa jest konieczna. Choć jeśli nie leży ci na tchórzliwym sercu dobro tych ludzi – wskazał przy tym ruchem dłoni koliste zebranie dokoła – zostań w domu, póki możesz. I tak wszyscy opuścimy któregoś dnia nasze schronienia, gdy złe światło pogoni nas z tej ziemi. Polegniemy bez walki, bo tyś jej nie podjął!
Rogval, sprowokowany najpewniej celowo, odkrzyknął bez szacunku dla statusu Orara:
- Juni idzie z nami! Wyruszamy zgodnie z planem skoro świt dnia następnego. Postanowione!
Przerażony kłótnią tłum zafalował jeszcze bardziej, a zaraz po tym ludzie zaczęli bez słowa rozchodzić się do swoich domów. Rogval poszedł w ich ślady i pobiegł przed siebie, zaraz po nim Walnur i Sober ruszyli w różnych kierunkach, a na placu zostali tylko Orar i młoda Juni. Dziewczyna, mimo wielkiej dzielności noszonej w sercu, nie odważyła się spojrzeć w oczy starca; ten stał dumnie, twarz miał wciąż nabiegłą krwią, ale oddychał spokojnie.
Plan, lekko tylko zmieniony, miał się lada dzień realizować.

Rogval widział oczami gorączkującej wyobraźni wiele twarzy i miejsc, co do istnienia których nie miał nawet pewności. Na powrót przeżywał przeprawę przez wzburzone morze. Pas morskiej kipieli, węższy niż kiedykolwiek przedtem, cięły zdradliwe prądy goniące drewnianą łódź w niechciane strony. Czterej mężczyźni wiosłowali bez opamiętania, a bystrooki Laros, którego przodkowie w żaglowcach z wielką łatwością i jeszcze większą przyjemnością przemierzali morze do rodzimej krainy, nawigował z dziobu, pokrzykując, kto ma włożyć więcej energii w żmudną czynność, a kto ma na chwilę zaprzestać wysiłku lub dozować siłę. Juni siedziała na rufie, bo wiedziała, że pomóc nie zdoła, postanowiła więc nie przeszkadzać.
Gdy przepłynęli mniej więcej połowę dystansu, nad ich głowami zerwał się nie wiedzieć skąd porywisty wicher, wyraźnie inny niż stały mocny wiatr, dotychczas pędzący po powierzchni morza pylistą chmurę słonych kropel wody w jednym i tym samym kierunku, poprzecznym do linii, jakiej wioślarze starali się trzymać. Rozszalały pęd powietrza uderzył ich od przodu i na nic były zdwojone wysiłki przy wiosłach, by posuwać się naprzód. Łódź zmierzała bokiem, nie zbliżając się o jotę ku docelowym lądom. Fale, nabierając hartu i wysokości, bujały łódką tak, że Laros przysiadł głębiej i tylko głowę miał nad linią szczelnie zbitych desek, wciąż starając się ich naprowadzać na właściwy kurs.
Mężczyźni opadli z sił i Rogval kazał zaprzestać daremnego wiosłowania. Niesieni prądami oraz popychani dmącym wiatrem z powrotem ku brzegom Walmirii, podziwiali kolorowe chmury kłębiące się nad lądem, którego ich stopy miały najwyraźniej nie dotknąć.
- Zło wodzi nas bezwolnych... – wyszeptał cicho Laros, sondując przymrużonymi oczami niebo nad nimi. – Wyczuwam to wyraźnie. Gniew i frustracja, którymi zdaje się pachnieć powietrze. – Wciągnął je głośno nosem i skrzywił się nienawistnie. – Mój ród już eony temu zmagał się z siłami ciemności, a te są tutaj, w biały dzień broniąc nam dostępu do zamorskiego lądu. Nie ma ratunku dla świata, skoro wszystkie bitwy sprzed tysiącleci nie rozstrzygnęły walki raz na zawsze. – Elf skrył twarz w dłoniach i załkał cicho.
Na łódce zapanowało milczenie, nikt z obecnych nie miał nic do powiedzenia. Rezygnacja niesiona w podmuchach złego wiatru spłynęła na nich i zaraziła jednego po drugim. Siedzieli tak, ze spuszczonymi głowami, czekając na to, co miało się wydarzyć.
I wtem, równie nagle jak dziki wicher zerwał się przed parunastoma chwilami, tak teraz ucichł bez zapowiedzi.
- Wiatr zmienił kierunek – rzekła Juni, przeczesując dłonią złotą kaskadę włosów, które skłoniły się nieznacznie w stronę, dokąd pragnęli dotrzeć. Jakby w odpowiedzi na jej słowa sprzyjające im podmuchy przybrały na sile, co poczuła zaraz też reszta załogi. Mężczyźni dopadli do swoich wioseł i z werwą, jakby wstąpiła w nich nowa witalność, poczęli wiosłować na przekór minionym wichrom. Laros, acz niechętnie, znów wspiął się na dziób i wydawał krótkie komendy.
Tak właśnie, gdy zdawało się, iż wyprawa poniesie fiasko, łódź niosąca piątkę ludzi i jednego elfa uderzyła przodem w piaszczyste rafy przy brzegu. I pierwszym, który postawił ludzką stopę na nowym lądzie, był nie kto inny, jak Rogval Nowy Świt.
Wyprawa po ratunek dla ziemskich ras rozpoczęła się na dobre.

- Laros... Murd. Czy oni...? – Spierzchnięte wargi Rogvala z trudem przepuszczały urywane słowa. Otworzył powieki, a jasność poranka zabieliła mu spojrzenie, nie pozwalając dłużej trzymać ich otwartych.
Juni obudziła się z płytkiego snu. Czuwała noc całą, lecz jak tylko pierwsze promienie słońca przebiły się przez chmury i, rozproszone gęstym listowiem, opadły na ponurą polanę między skałami, straciła kontrolę nad umysłem i usnęła.
- Rogvalu – zareagowała od razu. – Teraz liczy się tylko to, żebyś ozdrowiał. Dusza Larosa odpłynęła do ojczyzny na ukochanym przez elfy kontynencie. Murd również dostąpił łaski wiecznego życia. Nic nie mogliśmy zrobić.
Młody mężczyzna oddychał płytko, a kropelki potu wciąż szkliły się na jego czole. Znowu uchylił powieki i popatrzył na opiekunkę z nadzieją.
- Pochowaliście ciała, prawda?
Juni nie odpowiedziała i z pomocą przyszedł jej Sober. Zazwyczaj milczek unikający zawiłych tłumaczeń, postanowił teraz opowiedzieć o decyzji, jaką z Walnurem podjęli, by szybko uciec z miejsca, gdzie gad ich zaatakował.
- Byłeś ledwo żyw, a nam trzeba było schronienia przed kolejnymi zagrożeniami. Złożyliśmy więc ciała Murda i Larosa ramię w ramię obok siebie i nakryliśmy stertą suchych gałęzi z listowiem. Mieliśmy tak odejść, ale...
Walnur wybudził się z drzemki, w której trwał od momentu zejścia z warty. Podszedł do kompanów podróży i dopowiedział od siebie:
- Bestie mogłyby zbezcześcić ciała poległych, szarpiąc ich zwłoki po lesie. Polałem więc grób naftą i zaprószyliśmy ogień. Dusze ich uleciały do nieba, po smudze dymu służącej za drogowskaz. Niech trwają tam w szczęściu i dobrobycie!
- Niech trwają... – zgodnym chórem dodali Juni i Sober.
Rogval pokiwał jedynie głową z aprobatą i w duchu wyszeptał to samo. Próbował pozbierać myśli, gdyż misja wyczytana przez Orara w objawieniu wciąż stała przed nimi. Sam nie wiedział, czy to zasługa gorączki czy długiego snu tej nocy, ale uświadomił sobie, że ich sytuacja jest co najmniej dziwna. Orar wskazał zamorską krainę i do niej kazał płynąć. Ale po co? Nie udzielił żadnych wskazówek co do zadań, jakie na nowym lądzie ich czekały, nie zaznaczył, czy mają szukać określonych miejsc, ludzi czy przedmiotów. Rogval zdał sobie sprawę, że wszystko to jest strasznie zagmatwane. Przecież skoro dziad jego, Lavgor, pragnął, by wszyscy jego ziomkowie stanęli w Zamorzu, czemuż po prostu Orar nie zorganizował wyprawy od razu, a wysyłał Rogvala na zwiady?
Ledwie rozpoczęta, podróż pochłonęła dwie ofiary. Larosa mogło tu nie być – pomyślał młodzieniec. Przypomniał sobie, jak opuścili o poranku Loren i ruszyli gościńcem w górę zboczy otaczających przełęcz, w jakiej przycupnęła rozległa jak na obecne, trudne czasy ich rodzinna osada. Dwa dni wspinali się na wyżynne płaskowyże, którymi przyszło im maszerować trzy kolejne doby. Trasa, w większości zalesiona niebotycznymi drzewami, wiła się wzdłuż niezbadanej od wyprawy dziada Lavgora ścieżki, w większości szerokiej na tyle, by wielki wóz dźwigający łódź i wózek z prowiantem na czas bytności za morzem zmieścił się z ledwością. Ciągnące go dwa kuce posuwały się naprzód wolno, acz wytrwale.
I gdy zdawało się już podróżującym ludziom, że niespodzianki ominą ich szczęśliwie, z zarośli wyskoczyła zgraja bodaj dziewięciu krasnoludów, innych jednakże od tych, których chwalą legendy sławiące bitwy ze złem w przeszłości. Zdegenerowane, na wpół zwierzęta, na wpół istoty ludzkie, z twarzami przeobrażonymi w podłużne ryje okryte ohydnymi kłakami bród, z jakich ród krasnoludów przecież słynął, stanęły zgarbione przed ludźmi i poczęły charczeć w niezrozumiałej dla napadniętych mowie. Skórę na łapach miały zrogowaciałą, a trzymały w nich wysłużone toporki i machały nimi, otaczając Rogvala i jego kompanów coraz ciaśniejszym kołem. Wtem świsnęło coś w powietrzu i jeden z napastników padł jak długi. Jego towarzysze, zupełnie się tym nie przejmując, doskoczyli do Sobera, lecz ten w porę dobył miecz i chlasnął nim niby na oślep, powalając dwójkę ze strasznych karłów. Barczysty Murd pobiegł na pomoc przyjacielowi i zabił dwóch kolejnych. Wtedy znów powietrze przeszył gwizd i ten krasnal, co właśnie wyciągał łapy w stronę Juni, upadł przeszyty strzałą. Reszta potworów, a pozostało ich przy życiu bodaj trzech, uciekła w las.
Grupa, z Rogvalem na czele, stała zdębiała, ciężko dysząc. Wodzili spojrzeniami po okolicznych zaroślach, szukając tajemniczego człowieka, który sprawił, że bijatyka była krótka i obyło się bez ofiar po stronie napadniętych. Gdy nikogo nie dojrzeli, Rogval zakrzyknął:
- Ujawnij się, proszę, nasz dobry duchu opatrzności. Wyjdź z ukrycia, byśmy mogli ci się za twą pomoc odwdzięczyć.
W koronach najbliższych drzew zaszeleściły liście i zaskrzypiały dociążone gałęzie. Po chwili zeskoczył z nich wprost na ścieżkę przed nic nierobiącymi sobie z zamieszania kucami najprawdziwszy elf. Pokłonił się godnie i zapytał pewnym głosem:
- A jakże to ludzie, następcy pierworodnych, mogą się mi odwdzięczyć?
Ludzie, wyraźnie zmieszani i przestraszeni, dłuższą chwilę nie potrafili zebrać się na jakąkolwiek ripostę. Dopiero Juni pierwsza zabrała głos, cedząc słowa, by nie spalić kwestii:
- Skoro wiedziałeś, o dobry elfie, że to ludziom przyjdzie ci pomagać, mogłeś pomocy zaniechać. A skoro pomogłeś znaczy to tyle, że na zapłatę nie liczysz. Dziękujemy ci więc i życzymy miłego dnia – powiedziawszy to, przysiadła na brzegu wozu i rzekła w kierunku młodzieńca: – Rogvalu, czas na nas, ruszajmy więc chyżo!
Rogval i reszta kompani popatrzyli na Juni z szacunkiem, doceniając jej talent do negocjacji. Jednak zdawał się on zawodzić tym razem, bo elf nie zamierzał puścić ich jeszcze.
- Nie tak szybko, drodzy państwo! – odezwał się radośnie. – O waszej podróży trąbi cała puszcza. Wyprawa ta rzekomo ma przynieść rozstrzygające dla świata rezultaty. Zastanawiam się jednak, że skoro całe zło wypleniliśmy wspólnie z tej ziemi tak dawno temu, iż nawet zwała się ona inaczej i inaczej wyglądała, to po cóż wasze trudy i przeciw komu walczyć zamierzacie.
Elf zamilkł ponownie, czekając, co powiedzą ludzie. Tym razem Rogval stwierdził, że to jemu przypadła rola przewodnika wyprawy i podjął się rozmowy z ciekawskim rozmówcą.
- Zdaje się, że nawet krasnale wiedziały o naszej wyprawie, czając się w krzakach przy drodze. Więc cel jej musi być znany komuś tak czytającemu prawidła świata jak elf właśnie. Po co zatem pytasz?
- Krasnale czaiły się, bo już dawno temu zdziczały tak bardzo, że muszą jeść mięso, a ludzkie smakuje im wybornie. Świat się zmienia, zmieniają się i jego mieszkańcy. Krasnoludy, kiedyś najsprawniejsi z rzemieślników, artyści wśród kowali i jubilerów, zatracili się w sobie z racji coraz mniejszej ich liczby, krzyżując się z partnerami zbyt blisko spokrewnionymi, by mogło to przynieść przedłużenie ich rasy. Odchodzą oni w cień historii, który to z resztą zakrywa i mój ród. Tylko wy, ludzie, zdajecie się mieć poważanie u bogów, z jakimi przecież to my, elfy, byliśmy za pan brat. I właśnie jestem tutaj, bo pragnę kontynuować choć część z danych mi tradycji. Strzegę lasu i gościńca, by dzikie stwory nie plamiły go krwią tych, których moi przodkowie zwykli zwać nawet swoimi braćmi. Jak widzisz więc, wygadany młodzieńcze, znalazłem się na waszej drodze przez przypadek i, poza plotkami, nie znam prawdy o celu wyprawy, jaką rozpoczęliście.
Rogval słuchał elfa uważnie. Może to głębia elfich oczu, a może łagodny tembr głosu mówcy sprawiły, że człowiek zdecydował wyjawić prawdę o podróży, jeśli oczywiście prawdą można nazwać słowa wypowiedziane przez Orara.
- Zła, o którym wspomniałeś wcześniej, nasi przodkowie najwyraźniej nie wyplenili do cna, gdyż ma ono, według niejasnych przepowiedni, powrócić na Walmirię i przyległe krainy. Kiedyś, jak wiesz zapewne nawet lepiej ode mnie, przeciw potężnym władcom ciemności wystąpiły liczne armie sojuszu ludzi i elfów. Takie wojska potrafiły poradzić sobie z efemerycznym złem i jego nieokreśloną siłą i zapewniły spokój na wiele er naprzód. A dzisiaj? Nie tylko krasnoludy cofają się do dzikich form i giną jako rasa, ale i ludzkość zmaga się sama ze sobą. Miecze, które dźwigamy uwieszone przy pasach, wykuto wieki temu. Dziś nasi kowale ledwie kują proste narzędzia do uprawy roli, a i tej nie potrafimy prowadzić tak jak kiedyś, bowiem przepisy i porady zaginęły na przestrzeni lat, a ostatnia Dekada Ciemności po wielokroć przyspieszyła proces zapominania ludowych mądrości. Nie podróżujemy po naszym kontynencie, bo mało gdzie można spotkać ludzkie osady, a częściej grozi taka wyprawa śmiercią z rąk dzikich plemion tępiących się nawzajem niźli pożytkami z odkrywania nowych ziem.
Nasza misja wzięła się z objawień, jakie dobrzy bogowie, jak wierzę, zesłali na naszego przywódcę, szamana Orara. Dojrzał on w wizji palące ognie, trawiące swym żarem ziemie, ludzi i ich domostwa. Wysłano nas więc w podróż za morze, ku lądowi, który kilka dziesięcioleci temu wychynął znad linii horyzontu. I na dobrą sprawę tylko tyle wiem, reszty poszukam wraz z przyjaciółmi, gdy już dotrzemy na miejsce.
Elf trwał w bezruchu, a charakterystyczne dla jego rasy uszy wychwytywały każde słowo Rogvala. W końcu odezwał się, a głos drżał mu zauważalnie:
- Na imię mi Laros i pozwól, dzielny młodzieńcze, towarzyszyć wam w wyprawie. Pragnieniem mojego długiego życia jest znaleźć się na wodzie i chłonąć morską bryzę w znużone zapachem lasu płuca. Sam nie podjąłem się żeglugi ani razu, bowiem moja rodzina żyje w rozproszeniu, a ci których mam w okolicy, boją się zabobonnie wypływania w morską podróż. Jakiś zły duch czai się poza ziemnymi granicami Walmirii i odstraszał mych ziomków wielokrotnie. Powiadają oni, że odkąd ostatni ze szlachetnych elfów, żyjących w zamierzchłej przeszłości i zwanych bodaj Wysokimi, odpłynął do zamorskiej krainy, gdzie wzrośliśmy jako rasa, odtąd nie dane będzie już nikomu z nas postawić nogi na innym lądzie, niż na tym tu, pod stopami. Więc może wasze ludzkie szczęście i przeznaczenie pozwolą mi odbyć podróż życia. Proszę raz jeszcze! Zabierzcie mnie ze sobą, a pomogę znowu!
Laros podszedł do Rogvala i wbił swe oczy w jego oczy, dzięki czemu człowiek mógł w nich zobaczyć, jak przez elfa przemawia dobra istota całą duszą pragnąca uczestniczyć w dalszej drodze. Oczarowany pasją, zdobył się jedynie za zwięzłą zgodę:
- Oczywiście, przyda nam się twoje towarzystwo. Jednak zawiedziesz się myśląc, że od brzegu popłyniemy niesieni wiatrem dmącym w żagle. Łódź nasza porusza się od wioseł, jakie znowuż to my musimy wprawić w ruch. Nie ma w tym nic z kunsztu twych przodków, wytrawnych żeglarzy. A poza tym mam na imię Rogval – mężczyzna przedstawił się, a uradowany elf uścisnął wyciągniętą ku niemu dłoń.
Tak właśnie Laros znalazł się w składzie drużyny prowadzonej przez Rogvala. Nikomu wtedy jeszcze nie dane było wiedzieć, że elf nie zdoła odbyć całej podróży. Przebycie wąskiego pasma bezkresnego morza to i tak o wiele za dużo, na co złe istoty mogły pozwolić dzielnemu elfowi. Wola towarzyszenia Rogvalowi po części tylko wynikała z tradycji żeglarskich i przygodowych jego przodków. Tak naprawdę żarzyło się w nim wielkim ogniem natchnienie do podróży rozpalone przez dobrych pobratymców złych duchów. Dobre istoty imały się bowiem przeróżnych sposobów uratowania ludzkości przez ostateczną zagładą, a obecność Larosa za wodą była jednym z wykoncypowanych naprędce pomysłów. Jakkolwiek zupełnie nieskutecznym.

Dwójka mężczyzn wdrapywała się na piramidalną budowlę, przestępując stopień za stopień.
- Cóż to za niesamowite tworzywo – rzekł pierwszy z nich, wyraźnie starszy i, jak się mogło zdawać po ich zachowaniu, przewodzący wspinaczce. Dotknął materii schodka, gdzie właśnie przystanęli, by zaczerpnąć tchu, i pogładził go z zachwytem. – Żadnej rysy ani skazy. I ta nieprzenikliwa czerń. – Człowiek pamiętał dobrze, jak wyglądają lustra, których już nikt dziś nie odlewał, a jakie w niewielkiej liczbie pozostały gdzieniegdzie w starych zamkach porozrzucanych po jego rodzimej krainie. Piramidę zbudowano jakby ze szkła, lecz nie miało ono właściwości odbijania promieni dającego się coraz bardziej we znaki słońca. Tworzywo było całkowicie czarne i niewiarygodnie śliskie, przez co wspinaczka trwała tak długo – dwaj mężczyźni rozpoczęli ją skoro świt, a teraz złota tarcza żaru stała dokładnie w zenicie nad nimi. Każdy krok wymagał nie lada skupienia i ostrożnego stawiania stóp przy jednoczesnym balansowaniu ciałem. Istne lodowisko, pomyślał młodszy z mężczyzn, wspominając srogie zimy w Walmirii, gdy mróz ścinał okoliczne sadzawki i stawy, dając tym samym szaloną radość dzieciakom szukającym nowych zabaw, a starszych ludzi przyprawiając o ból głowy, bowiem ryby należało łowić, a przeręble w grubym na przeszło metr lodzie trudno było im wiercić.
Szczyt piramidy przybliżał się coraz bardziej, jednak widok ten nie sprawił, że zmierzający ku niemu ludzie odetchnęli z ulgą.
- Nie widać żadnego wejścia – wysapał młodszy z dwójki i pokręcił z powątpiewaniem głową. Upał dawał się nieznośnie we znaki, lecz starszy mężczyzna musiał mieć niezłomny hart ducha, bowiem stwierdził stanowczo:
- Teraz nie ma odwrotu, szkoda naszego trudu na schodzenie, gdy dotarliśmy już tak daleko. Coś mówi mi wyraźnie, że znajdziemy wejście do piramidy właśnie na górze, skoro poszukiwania na dole nie przyniosły rezultatu.
Jakby w odpowiedzi na jego słowa idealne płaszczyzny ostatnich stopni ponad nimi przeobraziły się pod niemożliwymi kątami i oczom wytrwałych wspinaczy ukazała się szczelina. Podnieceni, za nic nie odczuwając strachu, wspięli się w jej kierunku.
Z otworu, gdy naprzeciw niego w końcu stanęli, wionęło przyjemnym chłodem. Wnętrze kusiło ich niezmiernie i, nawet nie konsultując się w tej kwestii, Lavgor i Orar przekroczyli próg tajemniczego wejścia.

Rogval do południa cudownie ozdrowiał. Może to wola walki każąca mu powstać i iść naprzód, w głąb nowego lądu, a może zielarskie okłady troskliwej Juni spowodowały, że młodzieniec poderwał się na równe nogi i zagonił wszystkich do zwijania prowizorycznego obozu i ruszenia w dalszą drogę.
- Więc dokąd? – przytomnie zapytał Walnur, ziewając po nieprzespanej prawie nocy.
Rogval uśmiał się w duchu wiedząc, jak miałka jest jego odpowiedź.
- Przed siebie, w głąb lądu – rzekł tylko i chwycił dyszel wózka, chcąc ciągnąc go jako pierwszy. Juni, Sober i Walnur ruszyli za nim, jednak miny mieli takie, jakby uczestniczyć im przyszło w kondukcie pogrzebowym.
Kroczyli bez wytchnienia, z krótkim przerwami na toaletę i posiłki, aż do przedwieczornej szarówki. Marszu, o dziwo, nie zakłócały ataki jaszczurów.
- Strasznie to dziwne – skonstatował Sober, wypowiadając tym samym pierwsze słowa od poranka. – Ledwie dobiliśmy do brzegu i zanurzyliśmy się w dżunglę, a już zaatakował nas parszywy gad. Teraz maszerujemy od świtu do zmierzchu i żaden stwór nie ukazał się naszym oczom.
Rogval dobrze rozumiał, co jego towarzysz miał na myśli. Młodzieńcowi nie dawało spokoju, iż bestia specjalnie cwałowała na elfa, chcąc pożreć go w pierwszej kolejności. Korzystając z elfich zmysłów, Laros był dla nich nieocenioną pomocą w odróżnianiu dobra od zła. Bez niego zdani byli na własne rozumy i serca.
- Celem gada zdawał się być nasz zwiadowca, Laros – myślał Rogval na głos. – A gdy jaszczur rzucił się na mnie, jasny piorun prosto z nieba powalił go na ziemię.
- Też to widziałeś... – wyszeptała Juni.
- Dlaczego pytasz? – odparł zdziwiony mężczyzna.
- Piorun brałam za przewidzenie, ale teraz...
- Piorun strzelił naprawdę – do dyskusji włączył się Walnur. – Łuskowate cielsko dymiło jeszcze, gdy staczaliśmy je z przygniecionego Rogvala.
Sober przytaknął jedynie i wzniósł oczy ku koronom niebosiężnych drzew.
- Znaczy to tyle – odezwał się z westchnieniem – że jesteśmy pionkami w grze, jaka toczy się gdzieś ponad nami.
Z taką myślą przyszło im zasnąć w nieckowatym zapadlisku wciśniętym w gęste chaszcze na uboczu szlaku, którym – jak się im zadawało – bez celu podążali. Pełniąc warte we trzech na zmianę, doczekali wraz z Juni bezpiecznie chwili, aż bezkształtna czerń ustąpiła miejsca kształtom lasu, wyłaniającym się z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca.
- Prowiantu starczy na dobre dziesięć kolejnych dni. – Sober z samego rana wziął się na planowanie podróży. – Nie wliczam w to porcji Murda, te niech będą na czarną godzinę.
- Góra cztery dni marszu naprzód i sześć z powrotem – Rogval zasępił się, ściągając czarne brwi aż ułożyły się w jedną kreskę. – Ruszajmy! Miejmy to za sobą możliwie szybko.
Jakby w odpowiedzi na jego życzeniowe słowa już w połowie tego dnia natrafili na coś, co wspólnie uznali za cel wędrówki. Zostawili za sobą bowiem gęste zarośla i wyszli na rozległą polanę porośniętą zieloną trawą po kolana. Dzień był piękny w swej pogodnej naturze, po błękitnym niebie sunęły białe obłoki czasem tylko przesłaniając pomarańczową twarz upalnego słońca. Wszystkie te zjawiska traciły jednak w obliczu majestatu budowli, przed jaką zatrzymali się, rozdziawiając usta i wybałuszając oczy w podziwie dla jej czaru i uroku.
Pośród zieleni polany i pod błękitem nieba stała niewzruszona, nieprzenikliwie czarna piramida, a czwórka wędrowców, poruszona nagle niewidzialnym dotknięciem pragnienia, ruszyła w jej kierunku, by jak najszybciej odnaleźć do niej wejście i odetchnąć w czeluściach budowli od, jak się im dobitnie zdało, narastającego upału i grozy zostawionej z tyłu dżungli.
Gdy prawie godzinne poszukiwanie wejścia u podstawy piramidy nie przyniosło efektów, wszyscy zgodnie zadarli głowy do góry i już wiedzieli, dokąd należy podążać. Tak właśnie rozpoczęli ostrożną wspinaczkę po śliskich niczym lód stopniach, by u jej celu poczekać, aż wiejąca orzeźwiającym chłodem szczelina rozewrze się do rozmiaru pozwalającego na swobodne przejście przez próg. Gdy tak się w końcu stało, Rogval, Juni, Walnur i Sober weszli gęsiego w czeluście piramidy.

Zbudziło go coś, co nazwał głosem. Głos ten nie plótł zdań ze słów, lecz wypowiadał je w bezładnym ciągu westchnień i pomruków, przeciągłych gwizdów i sapań. Bezznaczeniowe oddechy nabrały dla człowieka nagle sensu i zrozumiał ich treść.
- Lavgorze... – wystękał jakby wiatr, a niezbadane powierzchnie poniosły echem Lavgorze, Lavgorze, wyciszając imię po kilkunastu powtórzeniach. – Ta rozmowa się już odbyła... już odbyła... odbyła... – niosło echo bez wytchnienia.
Człowiek uniósł powieki, lecz ciemności nie porwało na strzępy. Nic nie widział i nie czuł chociażby, w jakiej pozycji się znajduje. Nieważki, zdawał się unosić niczym duch bez ciała. Odróżnił słowa, lecz odczuwał, że tkwi w nich błąd, drażniąca sprzeczność wymagająca wyjaśnienia.
- Rogval brzmi moje imię... brzmi moje imię... moje imię... imię.
- Bez znaczenia... znaczenia – odparł od razu głos, a echo mu wtórowało. – Szyk znaków bez znaczenia... znaczenia. Symetria ma znaczenie... znaczenie... Istota Lavgor to Rogval... Rogval... bez znaczenia... Rozmowa się odbyła... się odbyła...
- Po co więc tu jestem? – przytomnie spytał ten, który wierzył, że jest Rogvalem. Echo powieliło pytanie w dziesiątkach coraz mniej doskonałych kopii. Chaotyczna odpowiedź prawie bez składni, jaką głos ułożył z gwiżdżących oddechów, również uciekała w dal, odbijając się sama od siebie po wielokroć:
- By skończyć, co zacząłeś, by ratować się, ratować was, ogień trawi was, Lavgor chciał być tu, Lavgor jest tu, Lavgor skończyć, co zacząłeś... Lavgor...
- Nie jestem Lavgorem! – Krzyk rozdarł ciemność tak, że nawet echo zdawało się go zlęknąć i poniosło ciszej niż zwykle. – Jestem Rogval!
Głos niewzruszenie tkał misterną siatkę niesłownych znaczeń.
- Lavgorze... Lavgor jest tu... Lavgor kończy, co zaczął... co zaczął... zaczął... ął...
Tytułujący się Rogvalem nie powiedział nic więcej i czekał na rozwój wypadków. Pierwsze, co poczuł na skórze, to chłód promieniujący od pleców na całe ciało. Zdał sobie sprawę, że leży na gładkiej posadzce. Krążenie i czucie zaczęło wracać do odrętwiałych członków, a przez półprzymknięte powieki wniknęła mleczna poświata. Rogval podniósł się do pozycji siedzącej, otworzył oczy i rozejrzał dookoła. Delikatne, równe wszędzie światło ukazało pomieszczenie o niebosiężnym, białym stropie i otaczającej je owalnie ścianie tej samej barwy. Młodzieniec odwrócił głowę i spostrzegł za sobą nieregularność w perfekcji miejsca, w jakim się znajdował. Ciemny kształt okazał się być człowiekiem, kroczącym w stronę Rogvala. Dopiero to uświadomiło mężczyźnie, jak wielka sala go otacza. Idący do niego był odległą sylwetką, lecz stale się zbliżał. W końcu zatrzymał się w odległości kilku kroków i powiedział, jak najbardziej po ludzku:
- Więc jesteś Rogvalem. Naprawdę cieszę się, że tutaj dotarłeś.
Rogval podniósł się ciężko. Chcąc wyglądać dumnie i bez lęku, wyprostował się, przewyższając o głowę starszego mężczyznę stojącego przed nim.
- A ty kim jesteś? – zapytał, przełykając głośno ślinę.
- Nie widzisz podobieństwa? To ja, Lavgor. Jestem twoim dziadkiem.

Rogval, znużony przeprawą przez dżunglę i opadły z sił wobec niesamowitości miejsca, w jakim się znalazł, odpowiedział bez emocji, jakby spotkanie nieżyjącego od przeszło dwudziestu lat dziadka było czymś najzupełniej normalnym:
- Jak mam cię rozpoznać, skoro zmarłeś w chwilę po moich urodzinach? Podobieństwo może i zauważam, ale o niczym to jeszcze nie świadczy.
- Słusznie mówisz, mój wnuku. Jesteś nieufny, a przez to ostrożny. Pochwalam rozwagę. Ale nie możemy tracić czasu! – To rzekłszy, Lavgor odwrócił się na pięcie i zamaszystym ruchem ramienia wskazał na stojącą pionowo, prostokątną taflę lustra, która wyrosła niezauważalnie spod ziemi. – Oto lustro, jakie nasz ludzki język nazwać może zwierciadłem miliona odbić – kontynuował dziad Rogvala. – Tafla ta bowiem odbija po dziś dzień przeszłość, zawiera się w niej również teraźniejszość oraz niepoliczalna liczba możliwych przyszłości. I właśnie przyszłość chcę ci ukazać, a ty zdecydujesz, czy nie pragniesz jej zmienić. – W miarę wypowiadania ostatnich słów zwierciadło rozmazało sylwetki stojących przed nim mężczyzn, w miejsce których ukazało widoki, na jakie Rogval przetarł aż oczy ze zdumienia.
Na powierzchnię lustra wypłynęły bezlistne lasy, rozległe stepy, dzień był szary i brzydki, następnie w zasięgu wzroku ukazały się dachy odznaczające skupisko domostw, z niektórych kominów wznosił się dym palenisk, a na samym końcu oko rzucające obraz na zwierciadło pochwyciło ludzkie sylwetki i zaczęło je ukazywać z bliska, jedną po drugiej.
Widok zaparł dech w piersiach młodego mężczyzny. Starszy z nich stał niewzruszony, jakby wyzuty z emocji. Ludzie, których twarzy Rogval nie znał lub nie poznawał, wyglądali potwornie. Ich ciała, same kości obleczone siną, pokrytą białymi krostami skórą, gięły się wpół, ku ziemi, bezwłose i bezzębne głowy straszyły pomarszczonym wyglądem. Gdzieniegdzie pośród osób dorosłych, a przynajmniej tak wyglądających, plątało się kilkoro dzieci, których płci nie sposób było jednak stwierdzić.
- Co mi pokazujesz?! Co to jest? Odpowiadaj człowieku! – Rogval krzyczał, nie okazując szacunku starszemu człowiekowi, który w dodatku podawał się za jego dziadka.
- To Loren za kilkaset lat, choć wszyscy mieszkańcy Walmirii wyglądać będą podobnie. Walmiria z każdym rokiem robi się coraz bardziej trująca dla istot żyjących na jej łonie. Jad prosto z ziemi działa również na rośliny, które przestaną dawać plony i ludzkość, zanim pomrze z racji choroby nieznośnej dla naszych ciał, obróci się w zapomnienie, wymierając z głodu. Taka jest przyszłość, drogi Rogvalu, jeśli ty temu nie zaradzisz!

Byty obracały się wokół swej bezcielesności, meandrując w potokach pojęć i znaczeń zrozumiałych tylko dla nich.
- Sytuacja trudna – głosiły figury retoryczne stawiane w krótkich odstępach czasu.
- Nic nie zależy od nas, straszne! – ripostowały emocjonalne określenia.
- Decyzje podjęliśmy już dawno. Uniwersalna harmonia ważniejsza od ingerencji ponad krytyczny poziom.
- Teraz wątpię, inne ja-my we mnie też wątpią.
Dłuższa chwila bez konstrukcji zdaniowej, a po niej powiew świeżej myśli:
- Ja wierzę. Ludzie podejmą decyzję. Oni o nich. My czekamy, możemy pomóc, ale ingerencja poniżej poziomu. Nie zmieniam decyzji.
- Ja wątpię – bezgłośne westchnienie.

Rogval miał mętlik w głowie i nie potrafił pozbierać myśli. Wodził błędnym wzrokiem po sali i zdał sobie sprawę, że przecież próg u wierzchołka piramidy przekroczył z trojgiem przyjaciół. Szczególnie za jedną osobą zatęsknił najbardziej.
- Juni... Gdzie oni są?
Lavgor postąpił w kierunku młodzieńca i wyciągnął dłoń, głaszcząc go po twarzy. Głos jego był kojąco ciepły, gdy odparł:
- Nie czas się teraz o nich martwić. Ale są bezpieczni, tego możesz być pewien. Gdy zdecydujesz, że wracasz na Walmirię, by pomóc ludziom z Loren i przyległych wiosek, twoi przyjaciele zabiorą się z tobą.
- Wrócić, by pomóc?! – Rogval nie dawał wiary posłyszanym właśnie słowom. – Właśnie po pomoc tu przybyłem. Za namową Orara wiedzionego wizją wprost z nieba. A teraz każesz mi wracać z powrotem... Istne szaleństwo!
- Masz rację, dziecko. Plan ten zdaje ci się zagmatwany, ale nie ludzie go obmyślili, lecz dobrzy bogowie, a ich wyroki nie zawsze bywają pojęte. Raz już o mało nie wygraliśmy tej batalii. Popłynęliśmy z Orarem do nowego lądu i zbadaliśmy go, gdy tylko ukazał się naszym oczom. Wspaniała kraina, przyznać musisz. A potem dotarliśmy właśnie tutaj i bogowie przedstawili nam przyszłość taką, jaką ja ci przed chwilą naświetliłem. Sprowadź swój lud do nas, powiedzieli, a będziecie żyć szczęśliwie na wieki. Walmirię skaziło zło i nie możemy tam roztoczyć nad wami opieki. Przybądźcie więc do nas, namawiali. I podjąłem się tej misji, Rogvalu, lecz zło nas ubiegło i osnuło Walmirię cieniami popiołu, nim zdążyliśmy odbić od brzegu. Teraz jesteś tu, bowiem otworzyła się nowa szansa, której nie sposób nie wykorzystać. Loren to dziesięć tysięcy osób, a przyległe wioski, które, miejmy nadzieję pójdą za naszym przykładem, to drugie tyle. Budowa łodzi zabrałaby lata, a tych wiele nie mamy. Poza tym morze między ukochaną przez nas Walmirią a tutejszym lądem jest niezdatne, by przebyć je znowu. Popatrz tylko. – Lavgor ponownie skierował uwagę Rogvala na taflę zwierciadła, a to wyświetliło skołtunione, przelewające się chaotycznie masy czarnej wody; wierzchołki tych wzniesień, niczym śnieg szczyty gór, kolorowały białe rozbryzgi piany morskiej. Nad wodą kotłowały się posępne chmury i zacinał z nich deszcz kropel o nienaturalnej wręcz wielkości.
- Zło nie pozwoli wam powrócić, byście porwali nasz lud spod jego władzy. Nie zobaczycie już Loren, jeśli wybierzesz drogę przez morze.
Rogval, zlękniony widokiem morza w zwierciadle miliona odbić, zapytał ledwie słyszalnie:
- A jakżebym inaczej miał stanąć na powrót w Walmirii? Którędy iść, by choć jeden, ostatni raz ujrzeć kochane Loren?
- Droga jest prostsza, niż ci się zdaje – rzekł Lavgor – Zwierciadło, aby odbić, musi pochłonąć. Wejdź w nie po prostu, gdy ukaże Loren, a znajdziesz się tam wraz z lustrem. Pojawisz się znikąd, zadziwiając swych ziomków. Niczym bogu uwierzą we wszystko. I bez szemrania zanurzą się w swych odbiciach, gdy ich o to poprosisz. Szaman Orar wesprze twe przestrogi, potwierdzając słowa o kataklizmie. Tą właśnie drogą, jeden za drugim, przybędziecie wszyscy do wspaniałej, tej tutaj, krainy, a nazwiecie ją swym nowym domem. Zrozum Rogvalu! Nie podołałem zadaniu w przeszłości, bowiem dobrzy bogowie nie docenili mocy zła trawiącego Walmirię. Nie poddali się oni jednak i przeszło trzydzieści lat konstruowali zwierciadło, aby misję uwieńczyć sukcesem. Moja krew jest w tobie i pamięć ludzi o mnie jest w tobie. Ty zstąpisz do Loren i ty staniesz na czele pochodu ku nadziei. Ten pójdzie za tobą, bo chciał iść za mną.
Rogval nie odezwał się ani słowem, patrząc uważnie w taflę; ta na powrót była zwykłym lustrem i odbijała jego zmęczoną twarz.
- Więc gdzie są moi towarzysze? – spytał, przerywając długie milczenie.
- Tutaj – odparł starszy mężczyzna i wskazał grupkę trzech osób, na widok których Rogval omal nie podskoczył z radości. Oni jakby nie odwzajemnili zadowolenia ze spotkania; na ich twarzach zagościł jedynie blady uśmiech, bardziej przylepiony niż naturalny.
- Rogvalu, idziemy z tobą – odezwała się Juni niepytana. – Walmiria nas potrzebuje, nie ma czasu do stracenia.
Lavgor przytaknął jej słowom i wskazał lustro. To znów nie odbijało świata przed nim, lecz wymalowało na swej tafli głęboką dolinę otoczoną lesistymi zboczami, pomiędzy którymi wyróżniały się charakterystyczne dachy domostw Loren.
- Niech będzie noc – zażądał nagle Rogval. – Takie mam życzenie, inaczej nigdzie nie idę.
Po wnętrzu piramidy przetoczyło się złowieszcze westchnienie, a Lavgor, Juni, Sober i Walnur zamarli z grymasem bólu na twarzy. Gdy echo nagłego dźwięku ucichło, Lavgor skłonił lekko głowę i odparł:
- Igrasz z bogami i z losem ludzi w Loren. Ale dobrze, niech się stanie zadość twemu życzeniu.
Obraz w zwierciadle przygasał stopniowo, aż powierzchnia jego stała się ciemna i nic nie dało się dojrzeć.
- Wchodź, Rogvalu. Czekam na ciebie dumnie kroczącego na końcu pochodu mieszkańców Walmirii. Im więcej istnień ludzkich uratujesz, tym większa chwała cię spotka. Powodzenia!
- Wy pierwsi – młodzieniec stanowczo nakazał towarzyszom podróży, a ci po kolei zanurzyli się w powierzchnię zwierciadła miliona odbić, cudownie znikając w jego płaskim wnętrzu. Potem sam postąpił dwa kroki naprzód i po chwili krótszej niż mrugnięcie okiem wdychał znany i lubiany zapach nocnego powietrza w osnutym snem Loren.

Rześka noc ozdobiona blaskiem gwiazd przylepionych do czarnej kotary niebiańskiego firmamentu była tym, o czym Rogval od dłuższego czasu marzył. Cisza i spokój oraz znajoma okolica podarowały mu wytchnienie i ukojenie skołatanych przygodami nerwów. Przez moment mógł pozwolić sobie na pozostanie w miejscu i niepodejmowanie jakichkolwiek decyzji, jego barki odetchnęły od ciężaru odpowiedzialności, jaką na nie złożono.
Młodzieniec położył się na trawie i zamknął oczy.
- Rogval, idziemy! – z półsnu obudził go ponaglający głos Juni. – Co ty wyprawiasz?
Rogval uznał, że takie odzywki nie są w stylu dziewczyny. Znał ją od dobrych piętnastu lat, a kilkudniowa podróż do Zamorza zbliżyła ich jeszcze bardziej.
- Wy idźcie, ja dojdę do was ze wschodem słońca – odparł krótko. – Poza tym nie wiem, co w ciebie wstąpiło, Juni. Nieszczęście rozegra się na arenie wielu stuleci, a ty biegniesz jak do pożaru. Idźcie i dajcie mi spokój!
Trójka ludzi nie okazała zdziwienia, ich twarze nie wyrażały żadnych emocji. Juni przerwała milczenie, mówiąc:
- Zostanę przy Rogvalu, wy idźcie zbudzić mieszkańców.
Sober i Walnur odwrócili się po prostu na pięcie i odeszli w kierunku domostw Loren. Dziewczyna przysiadła ze skrzyżowanymi nogami kilka kroków od Rogvala i, wpatrując się w niego bez przerwy, trwała w tej pozycji bez ruchu.
Rogval nic nie powiedział czując, że towarzyszka niedawnej podróży jest obok, by go pilnować, a nie dlatego, iż pragnęła jego bliskości. Młodzieniec usnął, tak jak leżał. Dziewczyna, zatopiona jakby w stanie odrętwienia, nie spuszczała go z oczu. Dogodny moment na ingerencję poniżej poziomu krytycznego właśnie nadszedł.

Rogval zbudził się tuż przed pierwszym promykiem poranka wypoczęty i świeży, jakby przespał co najmniej pół dnia. Przeciągnął się i zapatrzył w dal, w stronę rodzinnej osady. Mimo wczesnej pory we wiosce panował istny harmider, mieszkańcy tłoczyli się wokół głównego placu i przekrzykiwali nawzajem.
Juni najwyraźniej nie zmrużyła oka i poderwała się od razu, jak tylko Rogval ruszył sprężystym krokiem w kierunku Loren. Ujrzano ich już z daleka, śmiejąc się i pozdrawiając podróżników, którzy cali i zdrowi w cudowny sposób powrócili zza morza. Gdy ci zbliżyli się na niewielką odległość, od razu spostrzegli, co stanowiło przyczynę zamieszania; w samym środku tłumu ciekawskich oczu znajdowało się zwierciadło miliona odbić, będące teraz jedynie lustrem powielającym otoczenie z naprzeciwka. Wznosiło się ono w cudowny sposób na długość stopy od ziemi, a z boku strzegli go milczący Sober i Walnur. Najbliżej tej dwójki podskakiwał z radości szaman Orar, który, widząc przybyłą parę, zakrzyknął na powitanie:
- Bohaterowie powrócili z receptą na ratunek! Witamy was serdecznie i czekamy na twe słowa, dzielny Rogvalu!
Młodzieniec prychnął lekceważąco, gdyż jego umysł drążyły złe przeczucia. W snach ostatniej, krótkiej nocy, podsumował wędrówkę i jej oblicza. Wyruszyli z Loren naprędce, gdyż, ni stąd ni zowąd, szaman Orar objawił im swe wizje i nakazał płynąć ku Zamorzu. Ten sam Orar w latach swej młodości towarzyszył dziadkowi Rogvala w podróży ku temu właśnie kontynentowi i, jak zrozumiał ze słów Lavgora, razem z nim wszedł do piramidy. Lavgor umarł przeszło dwadzieścia lat temu, gdy mieszkańcy Loren wychodzili na powrót z chroniących ich jaskiń. Kim więc był człowiek w piramidzie, tak dobrze udający dziadka Rogvala? Sama droga do piramidy też obfitowała w zdarzenia, co do których przypadkowości Rogval miał wątpliwości. Atak na elfa pozbawił życia istotę, która potrafiła zidentyfikować, co jest dobre, a co jest podstępem złych mocy; potem żaden inny gad nie skradał się ku pozostałym członkom wyprawy, jakby bestie straciły nimi zainteresowanie. Rogval, mimo ukąszenia zębem jadowym, ozdrowiał bez powikłań w jedną noc. Morze, które z początku odebrało wiarę w dotarcie ku brzegom Zamorza, zmieniło swe humory i wiatr oraz prądy poprowadziły grupę Rogvala prosto do piaszczystych plaż nowego kontynentu...
Pomruki niecierpliwej gawiedzi wyrwały młodzieńca z zamyślenia. Wciąż nie potrafiąc podjąć właściwej decyzji, postanowił przekazać mieszkańcom Loren wszystko to, czego dowiedział się w piramidzie. Mówił o zdradzieckiej ziemi, która zacznie truć swe dzieci i o ratunku, jakim jest przekroczenie zwierciadła, by bezzwłocznie rozpocząć sielskie życie na bogatych ziemiach Zamorza. Jego przemowa, szczegółowa i pełna emocji, rozbudziła w słuchaczach tęsknotę za czymś, czego od dawna nie zaznali na doświadczonej czasem i targanej skutkami dawnych wojen Walmirii. Pragnęli oni mianowicie zacząć od nowa, bez bagażu złych wspomnień, jakie determinują ich poczynania na ojczystym kontynencie. Przemowa Rogvala wyzwoliła w ludziach pragnienie wolności oraz chęć podboju.
Nie przez przypadek bowiem to o ludzi właśnie, a nie o inne ziemskie rasy z elfami na czele, dobre i złe istoty toczyły zażarty pojedynek. Gatunek ludzki, potrafiący przenosić góry w pędzie ku zaspokojeniu ciekawości, rokował największe nadzieje na trwanie i rozwijanie się mimo naturalnych kataklizmów i nieprzewidywalnych przeszkód. Stawką byli ludzie, lecz każda ze stron swą wygraną zamierzała spożytkować inaczej. Tymczasem mieszkańcy Loren...

Mieszkańcy Loren dosłuchali opowieści Rogvala, spijając wprost z jego ust każde słowo niczym ulubiony nektar. Potem, zauroczeni roztoczoną przed nimi wizją i przerażeni konsekwencjami dalszego pobytu na Walmirii, poczęli wiwatować i skandować imię dzielnego młodzieńca, zachęcając go, by przejścia odbywały się już, od zaraz, jakby taka przeprowadzka nie wymagała najmniejszych przygotowań. Rogval zdał sobie sprawę, że przyszło mu kontynuować misję rozpoczętą lata temu przez jego dziada i poczuł, chyba nawet wbrew samemu sobie, dumę z tego powodu. Wypiął pierś do przodu, brodę zadarł do góry i już odganiał do siebie wszelkie wątpliwości i złe przeczucia, gdy posłyszał świszczący oddech za swoimi plecami. Odwrócił się, a to co ujrzał, zmroziło mu krew w żyłach. Zgięta wpół, Juni obejmowała się ramionami na wysokości brzucha i stękała z bólu. Jej twarz przybrała barwę żółci i krzywiła się w nieludzkich grymasach.
- Nie, Rogvalu – brzmiały jej ledwie zrozumiałe słowa. Cedziła zdania, a Rogval dopadł blisko dziewczyny, by słyszeć lepiej – To oszustwo, uwięzili mnie, nas, twojego dziada... Orar to ich wysłannik, to, co widzisz to nie ja... Jestem w piramidzie... chcą innych tak jak mnie... chcą wszystkich, byśmy byli niewolnikami po wsze czasy. Ciebie mają, twoje odbicie, kukłę udającą ciebie. Ty jesteś prawdziwy i odróżnisz projekcję od prawdy. Zniszcz lustro, by... – Juni chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz nie zdążyła. Orar wyrósł przy nich niczym spod ziemi i wbił dziewczynie kamienny grot między piersi. Rogval rzucił się na oprawcę i w furii chwycił starą głowę, okręcając ją w rękach z całej siły. Suche kości trzasnęły, oczy Orara wywróciły się białkami na wierzch.
Płacząc z rozpaczy, Rogval wspomniał prośbę dziewczyny i odwrócił się, szukając wzrokiem piekielnego lustra. Nocne, jakby natchnione analizy odbytej podróży oraz słowa Juni wystarczyły, by stracił wiarę w bogów z piramidy i ich dobre intencje. Z całego serca zapragnął stłuc zwierciadło, by już nigdy więcej nie ujrzeć Zamorza. Jednak lustra nie było na środku placu. Lewitując lekko nad powierzchnią ziemi, oddalało się na wschód od wioski, a obok niego biegli Sober i Walnur. Młodzieniec niczym strzała pobiegł w ich kierunku, jednak rozhisteryzowany morderstwem tłum tarasował mu drogę pościgu i uciekinierzy zniknęli w gęstwinie przyległego do Loren lasu. Rogval mimo to rzucił się w pogoń, a biegł przed siebie, wiedziony li tylko przeczuciem. Wiele godzin trwała samotna przeprawa przez leśne ostępy, aż oczom człowieka ukazał się, obleczony cieniem rozłożystych konarów wysokiego drzewa, prostokątny kształt zwierciadła.
Młodzieniec rozejrzał się za miejscem ukrycia Sobera i Walnura. Oni też nie są sobą – powtarzał w myślach, skradając się powoli. Jednak nic nie wskazywało, by znajdowali się w pobliżu, podszedł więc na długość ramienia do tafli ukazującej mu spoconą, umorusaną twarz, w której tkwiły żywe wciąż oczy, a która to twarz była jego własną. Odnalazł pod nogami solidny kamień i uniósł go nad głowę, ważąc z satysfakcją dźwigany ciężar. I miał już się zamachnąć, gdy serce zakłuło go boleśnie. Zdał sobie bowiem sprawę, że zakochał się w Juni, a ta uwięziona jest, a przynajmniej tak twierdził jej sobowtór, w czarnej piramidzie w Zamorzu. Do piramidy wiodła jedna droga i Rogval zdecydował się nią podążać. Odrzucił kamień na bok i ruszył ku swojemu odbiciu. To jednak odepchnęło go, co przepłacił stłuczeniem nosa i dezorientacją.

Lustro nie przepuściło Rogvala przez siebie. Stał więc tak długo, jak pozwoliły mu na to osłabione wielogodzinnym biegiem nogi. Gdy w końcu ugięły się, przysiadł na płask na piaszczystej ziemi, a potem wyciągnął się na niej i, złożywszy brudne ręce po sobie, zasnął. I właśnie wtedy, kiedy żadne ludzkie oczy nie mogły przejrzeć się w lustrze, krystaliczna powierzchnia zwierciadła zafalowała i porwała bezwładne ciało Rogvala w swe trzewia.

Sam podejmiesz decyzję... sam podejmiesz decyzję... sam podejmiesz decyzję...
Głowę Rogvala rozsadzał przejmujący ból, dla którego zdawało się nie być ukojenia. Słone łzy drążyły kanały na policzkach mężczyzny, gdy ten podniósł się z wysiłkiem, by stawić czoła wyzwaniu, jakiego się podjął. Otworzył oczy i w wielofiguralnych kształtach nie rozpoznał wnętrza piramidy, w którym spodziewał się znaleźć.
Wysłuchasz nas... potem sam podejmiesz decyzję... sam podejmiesz decyzję...
Młodzieniec intuicyjnie rozejrzał się w poszukiwaniu źródła zrozumiałej dla niego mowy. Żaden kształt nie wyróżniał się w mlecznobiałej poświacie wypełniającej pomieszczenie, więc spróbował sprowokować pojawienie się rozmówcy:
- Przyprowadzę wszystkich mieszkańców Loren! Lecz mam warunek!
Nie padła żadna odpowiedź. Rogval obrócił się dookoła własnej osi i odezwał znowu, tym razem głośniej:
- Chcę z powrotem Juni! Prawdziwą i zdrową! Natychmiast... – Ostatniemu słowu spróbował nadać groźne brzmienie, lecz głos uwiązł mu w gardle i wydało ono z siebie żałosne stęknięcie.
Nie potrafimy oddać ci Juni... jej tu nie ma... wysłuchaj nas... sam podejmiesz decyzję...
- Jak to jej tu nie ma?! Zabraliście ją, a odesłaliście tandetną podróbkę!
Posłuchaj... sam podejmiesz decyzję... Jesteś w innym miejscu i czasie niż byłeś za morzem, na drugim kontynencie... Jesteś na lądzie zwanym przez was Walmirią i my tu jesteśmy... Za wielką wodę zwabiły cię podstępy naszych złych braci... w twoim języku imię ich brzmiałoby Melkorzy... z którymi toczymy odwieczną wojnę na twej planecie, nosicielce wszystkich mórz i kontynentów... Próba zawłaszczenia ludzi dla niecnych celów nie powiodła się, gdy człowiek, którego cząstki życia nosisz w sobie, a zwiesz go Lavgorem, namówił współbraci do wyprawy za morze... Ingerując w trzewia ziemi, zasnuliśmy niebo popiołem, byście nie mieli czasu na przygotowanie się, za to abyśmy my zyskali go jak najwięcej na odparcie kolejnych ataków... Walmirię otaczamy płaszczem ochronnym i tylko podstęp pozwala wkraść się złym pobratymcom na ten kontynent i jątrzyć pośród was... Melkorzy osiedlili się w krainie tłumaczonej w ludzkiej mowie jako Zamorze i pragną ściągnąć tam tylu ludzi, ile to tylko możliwe... Mnożąc was po wielokroć, posiądą wasze umysły i rozplenią się w waszych ciałach po planecie, roztaczając złą dominację nad wszystkimi istotami... Nie mogąc ingerować w ludzkie umysły w Walmirii, gdzie to my trzymamy pieczę, zbliżyli w nieznany nam sposób zamorską krainę, by ludzie ją ujrzeli i zapragnęli do niej popłynąć... Lavgora i Orara, tych, których serca najgorliwiej ciągnęły ku nowemu lądowi, zwabiono do piramidy i multiplikowano w niedoskonałym jeszcze wtedy lustrze przemian... odesłano z powrotem ich kopie, by wpajały w wasze umysły ideę masowej wyprawy... Lavgor, nie potrafiąc oprzeć się nurtowi czasu, zmarł, nie kończąc misji... Melkorzy wykorzystali więc znowuż Orara, którego oryginalny umysł przechowują w piramidzie... Poprzez niego, mimo warstwy ochronnej rozpiętej przez nas nad Walmirią, obudzili swe podszepty w kopii szamana, który na nieszczęście wyruszył z pielgrzymką do ziemi, gdzie kiedyś Melkorzy mieli swą twierdzę... zła część Walmirii nie poddaje się łatwo naszej obserwacji... Orarowi objawiono wizję, jaka nakazała mu posłać cię za morze... Wizję zresztą prawdziwą... Melkorzy ukazali ci ją również w zwierciadle, doskonalszym dzisiaj niż w dniach przed twymi urodzinami... ma ono bowiem moc przemieszczania przedmiotów i istot, co daje Melkorom możliwość porwania was bez konieczności płynięcia przez morze... byłeś im potrzebny, byś wrócił przez lustro, a zarazem więc i z nim, gdyż taka jest jego istota, do Walmirii i odkurzył w sercach współbraci pragnienie zamieszkania na ziemi, którą nie trzeba dzielić się z elfami, krasnoludami lub innymi istotami, jakich niewiele już pozostało na ziemskim padole... Na szczęście wysłaliśmy z tobą Juni, kobietę kochającą cię bardziej niż ktokolwiek mógł sądzić, co okazało się kluczowe dla niepodjęcia błędnej decyzji... Uczucie, jakie nosiła w sercu, przebudziliśmy w jej kopii w nocy waszego przybycia do Loren, dzięki czemu wyjawiła ci okrutną prawdę... Melkorzy tego jednego nie przewidzieli... Wcześniej zdołali zabić Larosa, elfa, którego pragnienia nakierowaliśmy na towarzyszenie wam w podróży, bo miał on dar odróżniania prawdy od kłamstw i złych knowań... Źli nasi bracia zwyciężyli również batalię na morzu, lepiej niż my manewrując morskimi prądami i dmącymi wiatrami... Gdy zachorowałeś od jadu gada, bo ustrzelili go o chwilę za późno, całą swą moc skupili na twym ozdrowieniu, byś rześki kontynuował marsz ku piramidzie... Jaszczury, stadnie czające się w gęstych zaroślach Zamorza, trzymali siłą na dystans, by nic nie zakłóciło dalszej przeprawy... Jak więc widzisz, wiele wysiłku włożono, byś przejrzał się w zwierciadle miliona odbić i wrócił wraz z nim do Walmirii... Teraz jesteś u nas, pochłonęło cię bowiem lustro naszej konstrukcji, bliźniacze z tym Melkorów... Postawiliśmy je na twej drodze, byś mógł wysłuchać opowiedzianej właśnie historii i podjąć decyzję, czy pragniesz zdać się na naszą pomoc...
Rogval stał zasłuchany i w miarę opowieści wracał pamięcią do jej szczegółów, przyznając, że zdarzenia miały właśnie taki przebieg, jaki wyjaśniły tutejsze istoty. Nie rozumiał tylko ich motywów, bo decyzję przecież już podjął.
- Lustro uciekło osłaniane przez Walnura i Sobera. Loreńczycy słyszeli Juni, nikt nie odważy się teraz przejść przez nie. Nie potrzeba nam waszej pomocy. – Rogval poczuł, jak narasta w nim zdenerwowanie. Najpierw złe istoty, teraz te tutaj, wszystkie one zdawały się chcieć prowadzić ludzi za rękę i wykorzystywać ich dla własnych celów. Młodzieniec miał dość bycia marionetką w rękach bytów, których natura nie była mu nawet znana. – Wypuście mnie stąd, chcę wrócić do domu, do normalnego życia!
Rogvalu... Widziałeś przyszłość Walmirii w lustrze naszych braci... Przyszłość, jaką ujrzałeś, jest wynikiem procesu zainicjowanego przez Melkorów w dawnej erze wielkich bitew... Zagłębiając się głęboko w ziemię, wprowadzili do niej zdradzieckie substancje, których powolny rozpad powoduje trucie powierzchni waszego kontynentu. Mordercze światło ukazane w wizji Orara to właśnie promieniowanie zabijające wszelakie życie... Jad prosto z ziemi wypłoszyć miał was z Walmirii, wprost w sidła czekających w Zamorzu Melkorów... Pragniemy wam pomóc... Nie spiesz się jednak... masz całe życie, by przeprowadzić współbraci przez nasze zwierciadło... lustro zaprowadzi was na nowy ląd, a tam macki Melkorów nigdy nie sięgną... Odwieczna wojna o ludzkość zakończy się waszym zwycięstwem...

Rogval zbliżał się do kresu swych dni. Zbolały na ciele i sercu, leżał w drewnianej chacie i nasłuchiwał gwarnych odgłosów z zewnątrz. Nigdy nie odzyskał Juni ani pozostałych towarzyszy podróży; dobre istoty wytłumaczyły mu, że człowiek, którego kopię lustro wykonało, nie miał szans na powrót.
Ostatni Loreńczycy mieli przejrzeć się właśnie w zwierciadle miliona odbić, przechodząc tym samym do wspaniałej krainy podarowanej im przez dobre istoty. Rogval nawet nie udawał, iż do nich dołączy; wiele lat zabrało mu organizowanie wyprawy i przekonywanie do niej wątpiących, sam zdawał się jednak wątpić najbardziej i nie miał odwagi ujrzeć finału rozgrywki, jakiej był głównym pionkiem, bo przecież nie graczem – ci mierzyli się daleko od ludzkich wyobrażeń i pojęć. Leżał więc i czekał, aż oddech zaniknie mu w piersi i duch uleci w rajskie miejsce spoczynku.
Jedno tylko nie dawało mu spokoju: skąd dobre istoty wiedziały tyle o wydarzeniach w Zamorzu oraz wewnątrz czarnej piramidy? Trwając na Walmirii, tylko tutaj mogły przecież stawiać czoła planom Melkorów. Zmęczony wiekiem umysł nie odnalazł odpowiedzi na nurtujące go wątpliwości.
- Rogvalu, zostało nas czworo. Zbieraj się, pomożemy ci przejść przez zwierciadło i podążymy za tobą – rzekła dojrzała kobieta o płowych włosach, przekraczając próg zacienionej izby. Odpowiedziała jej zawiesista cisza. Rogval dokonał istnienia.
Ciało ludzkiego bohatera spoczęło w grobie, wykopanym na środku Loren przez pozostałych mężczyzn. Odprawiono krótkie modły, dziękując bogom za tak dzielnego Loreńczyka.
Dzięki niemu to bowiem resztki walmirijskiej ludności zanurzyły się w tafli zwierciadła, udając się do nowej, wspaniałej krainy. Jako ostatnia rodzimy kontynent opuściła kobieta o płowych włosach.

Na wiele lat przed śmiercią Rogvala ukryty wymiar nad Walmirią wydał z siebie symfonię harmonicznych drgań, będących zwięzłym dialogiem między bezcielesnymi bytami.
- Człowiek nie stłukł zwierciadła!
- Zwierciadło wzięło go na powrót do siebie!
- Wyszedł już z podjętą decyzją!
- Ale jak? Co uczyniliśmy nie tak? Ingerencja poniżej poziomu krytycznego zdawała się przynieść pozytywne rozstrzygnięcie! Człowiek zawiódł!
- Ingerencja zawiodła. Mężczyzna zanurzył się na powrót w zwierciadle, bo pragnął odzyskać kobietę, która tak bardzo nam pomogła.
- Umysł ludzki znowu zachował się chaotycznie.
- Nadali nazwę temu chaosowi. Miłość.
- Ja-my zawiedliśmy. Zmieniam zdanie. Wierzyłem, myliłem się! Ludzkość trafiła w ich macki!
- Zagrali lepiej niż myśleliśmy, powiedzieli mu całą prawdę. To przeważyło. Wziął ich za nas!
- Anihilować go! Nie zdoła wprowadzić wszystkich do czarnej piramidy!
- Ingerencja powyżej poziomu krytycznego! Niedopuszczalne!
- Brak innej opcji! Przegraliśmy!
- Tak. Przegraliśmy. Oddalimy się w nurty promieniowania kosmicznego. Mamy kody ludzkości, spłyniemy za eony i przywrócimy harmonię. Ludzie odrodzą się. Do tego czasu nasi-źli-my nasycą się, odejdą w inne zakątki przestrzeni.
- Smutne. Ziemia zatraci inteligentne oblicze na tak długo!
W stonowaną symfonię wkradł się zgrzyt, smutna, lecz hałaśliwa nuta dysonansu:
- Tak ma być. Ingerencja powyżej poziomu krytycznego niedopuszczalna. Nie zmieniam zdania.
Potem symfonia ucichła na miliony stuleci.

Boru

Data:

 2009

Podpis:

 Michał Borowiec

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74038

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl