DRUKUJ

 

Wiła Majka wianek

Publikacja:

 13-01-23

Autor:

 SzaryCzłowiek
To była typowa wieś na rubieżach: dziura zabita dechami, miejsce, w którym diabeł mówi dobranoc. Kilkanaście chat krytych strzechą, karczma, mały kościółek, jedna wspólna studnia, obory i kurniki. Wokół pola i łąki, dalej – las i mokradła. Zapomniane przez Boga miejsce, nawet ksiądz przyjeżdżał tu furmanką z sąsiedniej wsi tylko raz w niedzielę, aby wysłuchać spowiedzi i odprawić nabożeństwo. Życie było ciężkie – od rana do nocy przy robocie. Kury piały skoro świt, trzeba było wstać nakarmić krowy, świnie i drób. Pól pilnować by chwastami nie zarosły, by dziki nie zryły. Strzec drobiu przed lisami i kunami, a bydła przed wilkami. Przy wypasie na łąkach patrzeć, by w bagno nie wlazły. Znój, brud i ubóstwo. Mało kto tu czytać i pisać umiał. Lud żył po staremu, wiedzą przekazywaną ustnie od pokoleń – z dziada pradziada. Odpoczywało się wieczorem po chatach, lub w karczmie. „Pod czarną olchą” spotykali się drwale, rolnicy i bartnik, by raczyć się trunkami własnego wyrobu. Na poddaszu zezowata Olga, córka gospodarza, oferowała swoje wdzięki za talara. Ksiądz o tym nie wiedział, bo po co miałby się złościć… Młodzież dzieciństwa nie miała lekkiego – przy robocie od małego. Tak tu się żyło. Dzieci strzelały z proc do ptactwa, starsi tyrali w dzień, pili wieczorem.

Majka była inna. Wyróżniała się pod każdym względem. Raz – urodą. Dwa – zachowaniem. Osiemnastu wiosen jeszcze nie miała, a już wyrosła na taką piękność, że wszyscy na nią patrzyli jak na obrazek. Chłopi z sąsiednich wsi za nią przyjeżdżali furmankami – ale wszystkich miała za nic. Czy to jej była wina, że kto spojrzał raz w te oczy – przepadał? Zielonooka brunetka o bladej cerze, szczupła, w zwiewnej sukience, pasowała do tego miejsca niczym róża do gnojowiska. Do roboty się nie nadawała, za co nieraz baty zebrała, bo rodzice surowi byli. Włóczyła się po łąkach i lesie, wianki wiła, piosenki nuciła. Widział to kto! Jaki to pożytek z piosenek? A krowy kto wydoi? Gnój kto wyrzuci? Kartofli kto ukopie?...

To był zły dzień. Wpierw matula Majkę obiła za to, że ta nie chciała iść krów doić. Potem przyczepił się do niej Marcin, ubzdurał sobie, że razem będą. Majka wielokrotnie delikatnie dawała mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, ale nie skutkowało. Tego dnia jednak, po kijach od matuli, jakiś bies w nią wstąpił, i gdy Marcin zaczął jej opowiadać, jak to im będzie razem dobrze, jak to będą świnie chodować, wybuchnęła mu śmiechem w twarz. Na początku śmiała się mimowolnie, ale potem, widząc, że chłop nie chce się odczepić – złośliwie. Mężczyzna spurpurowiał na twarzy, zacisnął pięści i bez słowa odszedł. Majce zrobiło się przykro, chciała nawet za nim zawołać, ale coś ją powstrzymało. Może wreszcie zrozumie i da jej spokój?

Od jakiegoś czasu we wsi wiodło się nienajlepiej. Przyszła susza i rolnicy martwili się o płody. Na domiar złego krowy nie dawały mleka, a Przemysława wilk zagryzł w lesie.
Marcin siedział w karczmie zły jak czart i pił kieliszek za kieliszkiem. Gdy Bolesław zwrócił mu uwagę, że „wystarczy już” – przypłacił wścibskość podbitym okiem. Marcin wściekł się i pił na umór. A potem się rozżalił. Chciał zapomnieć o Majce – ale nie umiał. Ciężko o kimś zapomnieć, gdy widuje się tego kogoś codziennie…
- Urok na mnie rzuciła – wyszeptał sam do siebie. - Urok na mnie rzuciła – powtórzył głośniej. Ludzie odwrócili się ku niemu. Marcin wstał i trzasnął pięścią w stół.
- Majka urok na mnie rzuciła! – wrzasnął, wyrzucając na zewnątrz swą pijacką wściekłość i żal. Wyszedł z karczmy trzaskając drzwiami.

Nazajutrz dziad Majki sprał ją za to, że nie chciała iść gnoju spod krów wyrzucić. Zaraz potem zasłabł. Majka z płaczem uciekła do lasu. Dziad czuł się coraz słabiej, położyli go w łożu. Nagle pod wieczór zaczął się dusić, rzęzić – i wtedy ją zobaczyli. Na parapecie okna siedziała sowa.
- Zmora! Strzyga go dusi! – wrzasnęła matka. Ojciec rzucił w sowę czym miał pod ręką – i trafił. Ptaszysko wrzasnęło przeraźliwie, niczym człowiek.

Majka smutna, zmęczona i obolała wracała do domu. Pewnie znów ją obiją za nieróbstwo… Cały dzień włóczyła się po lesie i płakała nad swym losem. Wreszcie na którymś korzeniu potknęła się i skręciła nogę w kostce: ledwo dokuśtykała z powrotem do wsi. Otworzyła drzwi domu i kulejąc weszła do środka. Zdumiało ją, że w środku jest tak wielu ludzi. Na łożu leżał dziad trzymając w dłoniach zapaloną świecę. Na jej widok matka przerażona zatkała sobie usta dłońmi.
- Ona kuleje! Widziałeś? Ona kuleje!
Rozczochrana Majka, pobrudzona, z listowiem we włosach, popatrzyła po znajomych twarzach z niezrozumieniem. Była wycieńczona.
Nagle pod strzechą wszyscy zaczęli się przekrzykiwać.
- Urok na Marcina rzuciła! Nie chce jeść, usechł jak szczapa!
- Susza jest!
- Krowy mleka nie dają!
- Po lasach się z czartami włóczy, uczciwych chłopów nie chce!
- Dziad przez nią umarł!
- Ociec ledwo co strzygę prasnął, a ta w drzwiach stanęła i kuleje!
- Czarownica!
- Czarownica!

Nad wsią wstał cichy, ponury świt. Niebo zasnuło się burymi chmurami i począł siąpić deszcz, zmieniając ziemię w błoto. Gdy deszcz przybrał na sile ugasił resztki stosu, na którym spalono czarownicę.
Na rozstaju dróg pod lasem w rytm wiatru kołysał się na sznurze wisielec o imieniu Marcin.

Data:

 23 I 2013

Podpis:

 Szary Człowiek

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74136

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl