DRUKUJ

 

A gdyby wszystko potoczyło się inaczej - dalsze ży

Publikacja:

 03-07-15

Autor:

 Zwyczajnaja
Vincent rozkoszował się akwamarynem nieba i wonią polnych maków. Wreszcie czuł się wolny. Jego brat Theo nie musiał już go utrzymywać. Policzki Vincenta nie były już tak zapadnięte, oczy nie płonęły żarem wiecznego głodu. Był spokojny, całe jego serce, całe ciało przepełniała harmonia.
Vincent Van Gogh czuł się doceniony. Jego ukochany brat sprawił, że wreszcie stał się sławny. Tak, jak mu obiecał założył galerie z pracami malarza. Mieściła się w starej winnicy w Lizbonie. Bardzo trudno było dać duszę temu pomieszczeniu. Choć mężczyzna uważał, że każdy budynek ma serce, zwłaszcza te stare i najbardziej opuszczone, jednak to miejsce z pewnością go nie posiadało. Była to ruina - pozostałość po doskonałej wytwórni win - Kopke. Jednak już dawno minęły czasy świetności i winnica nie była wypełniona zapachem kuszących winogron, nie było słychać okrzyków pełnych entuzjazmu, gdy proces przetwórstwa się zakończył. Było to jedynie puste, nie mające żadnego charakteru pomieszczenie. Na początku przeobrażona winnica wyglądała mniej więcej tak:dwie sztalugi w kącie, niezgrabnie porozwieszane obrazy na ścianach. Jednak wprawne ręce Thea zmieniły chłodno wyglądające miejsce w prawdziwą oazę twórczości Vincenta. Jasne świtło wpadające do pomieszcznia nadawało charakteru i wyrazistości jego ukochanym "Słonecznikom", a i obraz "Jedzący kartofle" z natury tak smutny w wyrazie pod wpływem dużej żarówki o miodowym kolorze wydawał się bardziej radosny, bardziej nasycony barwami.
Tak, Vincent przeniósł się do Portugalii-do kraju wieecznego słońca, gdzie piękne, dorodne winogrona dojrzewały spokojnie w południowym słońcu.
Teraz każdy napotkany Portugalczyk widząc artystę z szacunkiem wypisanym w brązowych oczach witał Vincenta skinieniem zapracowanej głowy.
Van Gogh odnalazł też kobietę swojego życia. Spotkali się kiedyś przypadkiem na rynku. Była inteligentną młodą kobietą pochodzącą z portugalskiego rodu Vasco da Terra. Bardzo szybko zaprzyjaźnili się, mieli mnóstwo wspólnych tematów, ponieważ Castella (tak nazywała się jego wybranka) studiowała malarstwo i gdy mówił z niesłychaną ekspresją i podnieceniem o swoim najnowszym obrazie ona jedna go rozumiała. Patrzyła na niego swymi dużymi, ciepłymi oczami i w milczeniu kiwała głową lub uśmiechała się lekko.
Ataki Vincenta również minęły. Teraz czuł się spełniony zarówno jako człowiek, jak i artysta.
Mieszkał w domku za Lizboną, gdzie zawsze płynął niczym nie skażony strumyk pełen zawsze dorodnych pstrągów, gdzie można było znaleźć wszystkie gatunki kwiatów, jakie istniały na ziemi. Tak przynajmniej wydawało się Vincetowi. A przede wszystkim rozległe pola, dziewicze, nie tknięte ludzką ręką tereny w oddali przynosiły malarzowi codzienną porcję weny.
Bardzo istotne było też to, że Castella była niezwykle wyrozumiała względem ukochanego. Pojęła już pięć lat temu, gdy spotkali się po raz pierwszy, że jego pasja zawsze będzie najważniejsza dla Vincenta. Że to właśnie malarstwo kocha najbardziej. Bardziej od i tak już ubóstwianej dziewczyny. Van Gogh bardzo jej imponował. Gdy patrzyła na niego nadającego życie prostemu skrawkowi płótna, gdy widziała żądzę malowania w jego głębokich niebieskich oczach, uświadamiała sobie że on urodził się po to, by zostać malarzem.
Malowanie działało na niego, jak papieros. Gdy był zły, szedł równym, szybkim krokiem na najbliższe wzgóze, zaczerpnął głęboko świeżego powietrza i w miarę upływu czasu, w miarę szkicowania kolejnych kresek uchodziła z niego cała frustracja.
Vincent czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Gdy przychodził do niego akiś młody człowiek i prosił o to, by Mistrz, jak go nazywał udzielił mu kilka wsazówek, Van Gogh czuł, że jego życie ma sens. Udzielał chętnemu najczęściej takiej podpowiedzi. Trzeba z pędzlem stanowić całość. Trzeba też poczuć,że ty jesteś tym polem, jeziorem, górą. Trzeba poczuć bicie serca i puls pulchnej ziemii, by w pełni odtworzyć jej piękno.
Bóg zauważył malarza. Zauważył jego niezwykłą miłość do malarstwa i postanowił pokazać mu to, że jego dzieła nie są bez wartości, pragnął uświadomić mężczyźnie, ciągle nie zdającemu sobie sprawy o swojej doskonałości, że jednak zostanie po nim ślad. Ślad jego rąk, serca.
Vincent dożył późnej starości. Umierając czuł miłość panującą wszędzie. Czuł dotyk ciepłej dłoni Castelli, wiernej partnerki, pocieszycielki.
Zanim odszedł w zaświaty rzekł jedno zdanie: "Boże dzięki, że pozwoliłeś mi istnieć".

Data:

 15 lipca 2003r.

Podpis:

 Zwyczajna

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=747

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl