DRUKUJ

 

Dzień z życia prawdziwego twardziela

Publikacja:

 13-04-27

Autor:

 Arwena121
Budzi mnie brzęczenie spragnionego krwi potwora. Naiwnie wymachując nad głową obiema rękoma wierzę, że uda mi się go odpędzić. Na próżno. Demon jest nieustępliwy niczym pirania czująca krew oraz wściekły jak osa buchająca zazdrością, kiedy niesiesz coś słodkiego. Po tej porcji porannej rozgrzewki nie pozostaje mi nic innego jak odprawienie codziennego rytuału adoracji najświętszego łóżka. Na klęczkach głoszę cudowność bogini umożliwiającej mi nocne eskapady i reminiscencje, równocześnie powolnym, lecz zwinnym ruchem oddalam się od terytorium działania jej mocy, która aksamitnym głosem matki przywołuje mnie obietnicą przyprószenia sennym obłokiem słodkości i ukołysania w puszystym puchu zapomnienia. Nie! Nie złamiesz mnie o Pani swymi promesami! Jestem ja Ci wiernym sługą, ale swego żywota na Twe żądanie oddać nie raczę! Nie dla mnie Twe spokojne, atłasowe podgłówki, jam przeznaczony do złych mocy ze świata zgładzenia. Wygłaszając takie deklaracje, starałem się zważać na ostre słowa, bo w głowie miałem złotą myśl poety, że „świat każdego pobodzie, kto z poduszką w niezgodzie”.
Szczerze mówiąc, to moje poranne zmagania nie były takie heroiczne. Co prawda, podążając leniwym krokiem w stronę łazienki, błądziłem w ciemnościach niejednokrotnie unikając śmierci w wyniku zderzenia się z obiektem znacznie przewyższającym mnie masą i wielkością, jednakże był to efekt uboczny oślepienia wpadającymi przez okno promieniami słońca, które już nie od dzisiaj obrało mnie niewinnego na główny cel swych czysto złośliwych działań. W łazience czeka miła niespodzianka. Już w progu wita mnie niesamowity przystojniak. To niewiarygodne! Nawet po długiej nocy wyglądam zjawiskowo! Te błyszczące oczy, ponętne usta i potargane ciemne włosy sprawiają, że w naściennym lustrze odbija się postać młodego, greckiego boga. To zdecydowanie polepsza moje samopoczucie po niedawnych trudnych przeżyciach. Jeszcze tylko trochę żelu, odrobinę pasty wybielającej, sporo perfum za dwie stówki, markowe dresy, podkreślający walory T-shirt i jestem gotowy do włożenia mojej ulubionej maski cwanego twardziela. Przechodzę więc przyspieszoną transformację – głowa zamienia się w banię, twarz w paszczę, a dłonie w graby.
Wychodzę z domu. Nie żegnam się ze starymi, aby uniknąć straty energii w wyniku niepotrzebnych re-kreacji. Z małej puszeczki red bulla wysysam energię i biegnę na spotkanie z ziomkami. Zadzieram głowę do góry, promyki Heliosa oświetlają mą postać, kiedy próbują przebić się przez zgraję szarych chmur. Czuję się jak gwiazda estrady.
– Siemano Lewy! – zwracam się do chudego chłopaka w przeciwsłonecznych okularach, który siedzi na pobazgranym przez chuliganów murku.
– Siemka Paweł – odpowiada. – Może kopsniesz się z nami po jakieś piwo? Suszy mnie od samego rana. W gardle to mam pustynię większą niż Sahara.
– Najpierw ściągnij te pedalskie patrzałki, bo wstyd się z tobą na mieście pokazać – dodaje Łysy.
Jak sam przydomek wskazuje, Łysy szczyci się gładko ogoloną dyńką, która wypełniona jest różnego rodzaju ripostami zauważającymi w tym pedalskim świecie każdą nawet najmniejszą oznakę pedalstwa, zciotowacenia czy też gejostwa. Wydawać by się mogło, że używa tych pojęć raczej naprzemiennie, jednak w jego ustach nabierają one zróżnicowanego znaczenia. Czasem myślę o tym, że tak skomplikowany system nazewnictwa, poddający rzeczywistość tak szczegółowej analizie i klasyfikacji, mógł powstać jedynie w głowie geniusza.
– Paweł, co tak stoisz jak taka ciota? Rusz dupę! Zwijamy się stąd – daje się słyszeć niski głos Łysego.
(Po głębszym zastanowieniu cofam hipotezę o geniuszu). Grzecznie podporządkowuję się subtelnej sugestii kolegi, zatem rozpoczyna się nasza peregrynacja do monologowego. Po drodze mijamy długowłosą parkę przyodzianą w jednolite kolorystycznie ubranie i rodzaj dość ciężkich, masywnych butów. Oprócz dającego się słyszeć pomrukiwania Łysego o ciągle rozpowszechniającym się pedalstwie, Lewy, spoglądając na nich spod swoich markowych okularów, dodaje:
– Ci metale, wszyscy tacy sami. Za grosz wyczucia stylu.
Pod naporem łypiącego wzroku Łysego metalowy osobnik płci męskiej kurczy się, natomiast samica, silnie uczepiona jego ramienia, obdarza moją czarującą postać ukradkowym spojrzeniem. Nie rusza mnie to, choć muszę powiedzieć, że jest w moim typie. I nie mówię tu o wyglądzie, gdyż nie jestem wybredny jeśli chodzi o płeć przeciwną. Jej niewątpliwy atut stanowi brak perspektyw, co do dłuższego pozostania w zasięgu mojego wzroku. Po bliższym poznaniu rzucasz takiej tekst o nie dających ci spokojnie spać moralnych rozterkach, więc ta, czując palący się grunt pod nogami, wraca do uginającego się pod ciężarem poroża chłopaka. Ostatecznie wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Żadnych rozpaczliwych telefonów, desperackich wyznań i obietnic, zero rozczulania się i wyrzutów. Prawdziwemu twardzielowi z przestarzałą miłością nie jest do twarzy.
Po wyczerpującej podróży docieramy do sklepu. Łysy i Lewy zostają na zewnątrz na czatach, ja zaś przekraczam wrota samoobsługowego raju. W progu witają mnie roześmiane gęby na okiennych szyldach spijające złocistą ambrozję z puszek i butelek. Wypij z nami, a spełnią się twoje marzenia, ustami muśniesz lepszego świata, który podziwiałeś w książkach, gazetach i telewizji – gdy tak nawołują, zwracają się zarówno do wszystkich jak i tylko do mnie, umożliwiając mojej skromnej osobie doznanie luksusu wyjątkowości. Z dolnej półki wyciągam butelki wybornego trunku dla klas najniższych. Mając na uwadze dobroczynne właściwości czerwonego wina pitego w racjonalnych ilościach, do dwóch flaszek w prawej ręce dodaję jeszcze trzy Amarenki. Jestem znany z tego, że propaguję zdrowy tryb życia. Rzucam więc drogocenne buteleczki na ladę, gdzie po drugiej stronie wita mnie zalotnym uśmiechem Izka.
– No cześć Pawełek. Widzę, że jakiś grubszy melanżyk się szykuje – zagaduje do mnie.
Iza, przesłodka Izka, lubię ją, choć przyznam szczerze, że inteligencją to ona nie tryska. Izabela to typowy przykład plastiku – tlenione włosy, ostry zapach, ciężki makijaż i obowiązkowe białe kozaczki. To, że rysuje sobie kredką brwi w miejscu, w którym skrupulatnie wyskubała każdy najmniejszy włosek, wydaje mi się tak absurdalne, że czasem tylko czekam na to, kiedy wszyscy wokół wybuchną śmiechem i poproszą mnie o wywiad do ukrytej kamery. Właśnie wyobrażam sobie, że Izka wraca do domu, ściąga jak maskę napuszone blond włosy wraz z udekorowaną, spieczoną na mało apetyczny brązowy kolor skórą i wygodnie siada na kanapie, będąc jedynie sobą, kiedy to przedmiot moich przemyśleń otwiera napuchnięte usta i wyrzuca z nich skrzeczące słowa:
– Co ty dzisiaj taki małomówny? Może byśmy się gdzieś razem wybrali? To by ci poprawiło humor.
W myślach już widzę jak nabija mnie na te swoje ostre tipsy i odbiera jakąkolwiek nadzieję na wyzwolenie. Cóż, wybaczam jej ten nietakt, ponieważ bawi mnie, że dziewczę nie ma zielonego pojęcia, że jest ode mnie grubo starsze. Strzelam zatem minę, jakbym na serio rozważał propozycję i zanim Izunia zdąży skonstruować kolejną zachęcającą wypowiedź, oddalam się pośpiesznym krokiem, w ręku niosąc reklamówkę za siedem groszy, wypełnioną znacznie drogocenniejszą zawartością.
Gdy wychodzę ze sklepu, słyszę chrypliwy głos Lewego:
– Paweł, ty jełopie . Miałeś kupić fajniutke, zimne piwko. A ty jakiś szajs nam tu niesiesz.
– Stul pysk psie. Myślisz, że ja jakiś burżuj jestem? Dobre winko, dobra cena. Czego więcej chcieć? – odpowiadam oburzony.
Udajemy się do naszej ulubionej miejscówki w parku. Wyciągamy nabyte napoje orzeźwiające i delektujemy się wykwintnym smakiem landrynkowego siarczanu. Obowiązkowy jest również odświętny toast: „trzaśniem bo zaśniem”. Po niespełna godzinie uroczystego wznoszenia namiętnych wiwatów dla producentów boskiej ambrozji, sklepowej Izki oraz właściciela winiarni, Łysy zaczyna haftować pod drzewem, gdzie jeszcze zeszłej wiosny wyryliśmy serce z pamiętnym napisem L+P+Ł. Prawdziwa miłość, która przetrwa wszystko. Właśnie miałem ruszyć drogiemu przyjacielowi na ratunek, kiedy nie wiadomo jak i skąd rzucił się na mnie rozwścieczony lew. Poczułem ogarniające mnie dzikie podniecenie. Byłem niczym najprawdziwszy rycerz ze średniowiecznych romansów, który całe życie oczekiwał na chwilę ostatecznej próby i stając oko w oko z bestią, reprezentował siły prawdy i sprawiedliwości w odwiecznej walce dobra ze złem. Bez wahania chwyciłem więc pustą butelkę i z całej siły rzuciłem nią w kierunku krwiożerczego potwora. Mój przeciwnik nawet nie drgnął, a ja niestety stałem się ofiarą własnego ataku. Znokautował mnie odbity odłamek roztrzaskanej flaszki. Zapanowała całkowita ciemność. Czułem rozszalałe żyły pulsujące w czaszce i ciepło ogarniające bezwładne ciało.
– Paweł! Paweł! – drżący głos anioła wybudzał mnie z letargu – Paweł! Paweł! Słyszysz mnie? – słodkie brzmienie stawało się coraz wyraźniejsze. Mógłbym nawet pomyśleć, że trafiłem do nieba, lecz moment, w którym postanowiłem otworzyć oczy, rozwiał moje wątpliwości. Podniesienie powiek sprawiło mi tyle trudności, jakby leżały na nich zwoje ołowiu. Efekty nie zrekompensowały wysiłku – obraz był tak rozmazany, że nie udało mi się ustalić tożsamości istoty powtarzającej zniewalającym głosem moje imię. Miejsce w okolicach łuku brwiowego bolało niemiłosiernie, zaś w uszach koncertowała orkiestra złożona z lokomotywy parowej i rozszalałego morza. Do tego dochodził intensywny zapach krwi.
Po chwili odzyskałem pełną świadomość. Nade mną klęczało stworzenie najbliższe mojemu sercu i zarazem ostatnia osoba, z którą chciałbym się widzieć w takim momencie. Miała ciemne, długie włosy, lekko falujące przy silniejszych powiewach wiatru, czarne, okrągłe oczy i małe usta posmarowane czerwoną szminką. Imię jej brzmiało Marysia, lecz ja w samotności nazywałem ją Moją.
– Pokonałem bestię dla ciebie – wyszeptałem z trudem.
– Nie jest dobrze. Majaczy. Musimy go zabrać do szpitala – powiedziała dziewczyna. Nie dotarł do mnie sens jej słów, ale sposób, w jaki wymawiała każdy pojedynczy wyraz dodał mi siły.
– Paweł, ty świrze. Jaka bestia? Rzuciłeś się na biednego, starego Simbę. Stoi tu od wieków, tylko on został po zamkniętym zoo – dorzucił Lewy.
– Kochanie, zostaw go. Chodźmy stąd. Widzisz, że są zalani na potęgę. – Odezwał się kolejny głos, którego nie zidentyfikowałem od razu. Jednak, gdy zorientowałem się, że to ten przemądrzały gnojek, którego muszę oglądać obściskującego moją panią, gniew zapanował nad moim zbolałym ciałem. Spiąłem wszystkie mięśnie i dałem się ponieść emocjom. Rzuciłem się na konkurenta z pięściami, jednakże moc landrynkowej napitki dała o sobie znać, więc jedyne co udało mi się osiągnąć to chybione machnięcie górną kończyną. Jestem pewien, że przy drugiej próbie moja ręka dosięgnęłaby oponenta, gdyby nie krzyk Lewego:
– W nogi! Jazda! Psy tu idą!
Faktycznie, na ulicy zatrzymał się radiowóz policyjny, a w nim dwa miśki groźnie patrzące na nas spode łba.
– Dzieciaki, co wy tam wyprawiacie?! – zawołał ten o trochę milszej aparycji. Łysy i Lewy chwycili mnie pod ramię, Łysy rzucił tylko kilka słów pożegnania w kierunku niebieskich przyjaciół – mamy tradycję, jebać policję! – i już całą piątką (dwójka z nas niechętnie, ale zmuszona świadomością braku lepszego rozwiązania) biegliśmy ile tchu w piersiach w kierunku opuszczonej stacji kolejowej, która miała skryć nasze bezczelne gęby przed wzrokiem stróżów prawa.
Po dziesięciu minutach sprintu, który przetrwałem żywy dzięki temu, że źródło napędowe mojego ciała stanowiły dwa dość potężne goryle (oczywiście z przewagą dla Łysego, który karmiony był odżywkami już przez matczyną pierś), dotarliśmy na miejsce często zwane posiadówką wujka Heńka. Heniu, czyli nasz osiedlowy menel, musiał akurat wyruszyć na misję pozyskiwania zaopatrzenia, gdyż ruiny starego budynku były całkowicie opustoszałe.
– Postradaliście zmysły?! – wykrzyczała Marysia, jeszcze z trudem łapiąc oddech. – Powypalało wam mózgi od tego picia pod płotem?
– Uspokój się panienko – na zarzuty próbował odpowiedzieć Lewy. – Jedna zabawa z psami raz na jakiś czas cię nie zabije, a poczujesz jak smakuje prawdziwe życie.
– Prawdziwie to ty masz nie po kolei w głowie – odgryzła się.
– Paniusiu, nikt ci nie kazał biec z nami i ciągnąć ze sobą tego chłoptasia – dorzucił się Łysy.
Byłem jeszcze taki ogłupiały, że żadne słowo nie chciało wyjść z znieruchomiałych ust. Patrzyła na mnie, szukając zapewne wsparcia, jednak ja tylko pochłaniałem wzrokiem jej drobną postać i sapałem niczym zdyszany cielak. Wreszcie znalazł się dla niej obrońca.
– Odwal się od niej prostaku – odparł chłopak, napinając wszystkie mięśnie, jakich był świadomy posiadania. Orzeźwiający powiew zawiści sprawił, że odzyskałem panowanie nad zmysłami.
– Marysiu, to moja wina. Przepraszam – słowa, których nie czułem się właścicielem, wyleciały ze mnie, nie ocierając się o żadną rozumną część mojej świadomości.
Kumple wybuchnęli basowym śmiechem. Twarz dziewczyny stojącej naprzeciwko nie mogła ukryć zdziwienia. Nie byłem na tyle naiwny, aby mieć jeszcze nadzieję, że odebrała te przeprosiny jedynie w odniesieniu do niedawnego incydentu w parku. Czy inni też tak pomyśleli? Zimny dreszcz przeszył moje ciało i zacząłem rozpadać się na drobne kawałki. Wtedy poczułem już wyraźnie siłę tej niewidzialnej granicy odgradzającej nas od siebie. Nie mogłem jej pokonać, przekroczyć, bo po drugiej stronie byłbym bezbronny niczym szczeniak ślepo podążający za zniewalającym zapachem mleka.
– Chłopie, ale ty to masz fazę! – odparł Łysy, krztusząc się ze śmiechu. – Nie wiedziałem, że umiesz mówić takim ciotowatym głosem, stary.
Błyskawicznie podchwyciłem ten tok myślenia i zacząłem desperacko chichotać.
– Błagam o litość! Zrobię wszystko. Ukorzę się! – powiedziałem piskliwym głosem. Marysia obdarzyła mnie spojrzeniem, które pamiętać będę do końca moich dni. W ten sposób dała mi odczuć, że pogardza mną i wszystkim, co się z moją nędzną osobą wiąże. Kiedy miała już pewność, że zrozumiałem jej ukrytą wiadomość, odwróciła się na pięcie, chwyciła swojego chłoptasia za rękę i odeszła. Łysy nie byłby sobą, gdyby nie rzucił kilka eleganckich słów na pożegnanie.
– Ej, ty! Jak cię jeszcze raz zobaczę w tych pedalskich spodniach, to dostaniesz w ryj! Czaisz? – zawołał.
Dalszą część tego feralnego popołudnia spędziliśmy trzeźwiejąc pośród pozostałości miejsca, które w latach swojej świetności służyło ludziom za przystań początku i końca niezliczonych podróży. Swoją dawną rolę odegrało i dzisiaj, może też nie ostatni raz. Główną atrakcją i przyczyną spazmatycznych śmiechów i zabawnych komentarzy towarzyszy był mój rozbity łeb, sprawnie obwiązany kawałkiem rozdartej koszuli, którą poświęcił dla mnie Łysy (nie mam żalu w tej kwestii do Lewego, bo jego zagraniczna garderoba jest cenniejsza niż moja rodzima dyńka). Rozmowy o szykujących się imprezowych wydarzeniach, najnowszych pikantnych ciekawostkach dotyczących dziewczyn z najdłuższymi zarówno nogami jak i historią, przeplatane były wymyślnymi pijackimi przyśpiewkami. Ale wszystko to nie działało na mnie tak jak powinno. Pustka wylewająca się z klatki piersiowej zarażała swoją żałością kolejne części ciała. Równowaga mechanizmu została zachwiana. Ponowny akt re-kreacji wydawał się niezbędny. Pomimo zmęczenia zmobilizowałem siły, aby zimny intelekt uczynić na nowo moim panem. W myślach opowiadałem sobie o swojej nieugiętości, twardym charakterze, opanowaniu, samowystarczalności. Udało się. Znów patrzyłem z bezpiecznej, bocznej pozycji na człowieka dobrze bawiącego się ze swoimi ziomkami i darzyłem go szacunkiem.
Sprawdzian dla efektywności niedawnego auto-stworzenia przyszedł znacznie szybciej niż się spodziewałem. Wracam wieczorem pod adres zameldowania, gdy nagle zostaję porażony mocą wpatrujących się we mnie z wyczekiwaniem oczu.
– Miałam nadzieję, że w końcu się pojawisz – wyrzekły słodkie usta. Determinacja Marysi była widoczna w każdym jej ruchu. Miała coś do powiedzenia i nic nie mogło jej powstrzymać. – Myślałam, że nigdy tak nisko nie upadniesz, a jednak.
– Po co tu przyszłaś tak naprawdę? Żeby uświadomić mi, że się zawiodłaś? Wiem to – odparłem.
– Nie mam pojęcia. Po prostu nie mogę zrozumieć. Jak opinia tych głupkowatych kolesi może być ważniejsza niż kilka lat przyjaźni?
– Jesteś zabawna. Nie będę teraz trzymał się twojej spódniczki tylko dlatego, że bawiłem się z tobą jako dzieciak! – odpowiedziałem oschle.
– Mówisz o tym, jakby to było wieki temu.
– Bo to stare dzieje. Czas zamknięty. Zrozum nie mogę wiecznie wygłupiać się z tobą w piaskownicy i wymieniać kapslami. To już nie dla mnie!
– Zdążyłam się zorientować, że picie i rozróby są dla ciebie bardziej interesujące.
– Nie chcę być takim nudziarzem jak ty – rzuciłem.
– Myślałam, że między nami było coś więcej niż przyjaźń – powiedziała cichym głosem, wlepiając wzrok w swoje niebieskie trampki. Takie wyznanie musiało ją sporo kosztować. Poprawiłem zranioną maskę i odpowiedziałem zdecydowanie, używając zimnego głosu płynącego bezpośrednio z najciemniejszych zakątków mojej świadomości.
– Między nami nic nie było i nie będzie.
Wiedziałem, że to sprawi, że odejdzie i nie zobaczę jej za szybko. Będę bezpieczny.
Gdy wchodzę do domu, nie mogę przestać myśleć o tym, że to koniec. Nie muszę już się bronić i walczyć, więc czuję się nieswojo. W łazience przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Ściągam z twarzy poharataną maskę. Jest tak przyssana, że potrzeba niemałego wysiłku, aby oderwać ją od mojej facjaty. Z prawie ojcowską troską odkładam zewnętrzną powłokę do szafki, w bezpieczne miejsce. Wiem dobrze, że jutro będę musiał sporo się natrudzić, żeby doprowadzić ją do porządku i ukryć widoczne ślady dzisiejszego dnia – żal, niepewność i słabość. Wiem doskonale, że skóra pod jej naporem będzie przeraźliwie piec i swędzieć. Jednakże facet musi robić to, co konieczne, aby zachować twarz, czyż nie? Życie szesnastolatka nie jest łatwe. Staram się już o tym nie myśleć, kładę się na łóżku i pozwalam płynącym łzom zwilżyć czarną jak noc poduszkę.

Data:

 kwiecień 2013

Podpis:

 Arwena121

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=74890

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl