DRUKUJ

 

a jednak

Publikacja:

 13-05-23

Autor:

 Ewulkamala16
Autumn ‘11
First.
I znowu poczułam na sobie jego wzrok. Może mi się wydawało. Może dlatego, że kochałam się w nim do szaleństwa i chciałam, żeby to robił? Uwielbiałam jego zajęcia. W odróżnieniu od reszty studentów z mojej grupy ćwiczeniowej… Zawsze przygotowana, nadgorliwa, wiecznie pierwsza do pomocy. Może zauważył moją „miłość” do architektury i sztuki? A może przyłapał mnie na gorącym uczynku, kiedy tak pełna pasji wgapiałam się w niego niczym największe dzieło sztuki? Moje życie odkąd go poznałam ograniczyło się tylko do niego i tego, co go w jakikolwiek sposób dotyczyło. Nie starałam się specjalnie bratać z nowymi znajomymi. Kiedy kolejny raz odbywała się impreza „integracyjna”, ja znów siedziałam nad książką i namiętnie ją studiowałam. Przecież jutro doktor Remigiusz Łyżwiński może prosić o opinię, bądź odpytać z ostatniego wykładu. Chciałam być przygotowana. Pragnęłam wręcz tych odpytywanek z jego strony. To była jedyna droga do zbliżenia się do niego. Jedyna szansa na kontakt.
Czy moi koledzy mnie lubili? Mało prawdopodobne. Nie znali mnie, a do tego byłam w ich oczach „pupilkiem” największej kosy na uczelni. Mało tego. Często jako nadgorliwa studentka odświeżałam pamięć wykładowcy o planowanych kolokwiach, zaliczeniach. Mówił często o mnie jako „moja niezapominajka”. Wtedy tak cudownie się uśmiechał... i patrzył mi prosto w oczy, na co ja zapeszona unikałam jego wzroku. To, że zaglądał mi w oczy onieśmielało mnie, ale i budowało. Czułam się z dnia na dzień ważniejsza i coraz większa w jego mniemaniu. W swoim też.
Nie wiem co mnie w nim tak urzekło… Nie potrafię tego sprecyzować. Przecież był starszym facetem z prześwitem siwego włosa. Mógł być starszy od mojego rodzonego ojca. Mógł i z pewnością był. Miał przepiękne oczy, promienny uśmiech, wzbudzał respekt. Do tego był mądrym i inteligentnym facetem. Na domiar tego był wysoki i z tego co wydedukowałam nieźle zbudowany. To wszystko czyniło go niezmiernie atrakcyjnym. Bez wątpienia posiadał dla mnie to słynne „coś”. Doktorek był niezwykle pociągający, był jak zakazany owoc, którego konsumpcja wydawała mi się taka nieziemska, wprost niebiańska. Jednak konsekwencje zjedzenia tego owocu mogły być zatrważające w skutkach. Liczyłam się z tym, że związek z doktorem, własnym wykładowcą może skończyć się źle dla obojga. Mimo to ciągle marzyłam, że kiedyś każe mi zostać dłużej. Zostać z nim.
Gdy w ciągu minuty natarczywie nie spuścił ze mnie wzroku, poczułam lekkie zmieszanie. Zrobił to kilkakrotnie od początku wykładu. Mówił jakby był tu tylko on i ja. Mówił do mnie. Rozejrzałam się z zakłopotaniem po Sali. Każdy był pochłonięty czymś co niekoniecznie dotyczyło zajęć. Marta czytała książkę Stephena Kinga, Justyna sms-owała, a Karol odsypiał nockę. Przez chwilę byłam zupełnie gdzie indziej. Obserwacja towarzystwa pochłonęła mnie do tego stopnia, że nie zauważyłam, że mój „Remek” stanął przed moją ławką i kilkakrotnie uderzył piórem o blat. Chyba ten impuls pobudził mnie do życia. Wróciłam na ziemię. Podniosłam głowę i zmierzyłam się z jego spojrzeniem. Na chwilę zapanowała zupełna cisza w auli. Łyżwiński lekko pochylił się nad ławką i zapytał z diabelskim uśmieszkiem:
- Czy mogłabyś wymienić podstawową różnicę między zamkiem, a pałacem?
No i wtedy cisza pogłębiła się jeszcze znaczniej. Poczułam się jak idiotka. Nie miałam pojęcia o jaką różnicę mu chodziło. Nie czytałam tematu na zaś. Ostatni wykład był obszerny.
- Nie wiem. – tylko tyle wydukałam i spuściłam głowę.
Uczucie wstydu dało o sobie znać, a moja kompromitacja sprawiła, że chciałam się zapaść pod ziemię. Zagiął mnie! Przyłapał na ucieczce w nieznane. Zrobił to celowo. Od początku zajęć chciał to zrobić. Zakłopotać mnie i zmieszać. I udało mu się to koncertowo. Do końca wykładu od „tego momentu” stał się obojętny. Ewidentnie grał mi na uczuciach. Przyznam bez owijania w bawełnę, że zdenerwował mnie tą zagrywką. Nie wiem sama czym bardziej. Czy tym, że mnie zgasił na oczach całej grupy, czy tym, że uwodził wzrokiem, a potem mnie najzupełniej w świecie olał. Nie wiem.
Kiedy wychodziłam na przerwę, a raczej ewakuowałam się z pola bitwy, zatrzymał mnie, zamykając mi drzwi przed nosem!
- Magdalena Majewska… - przeciągnął moje nazwisko i zbliżył się niebezpiecznie.
Trochę się przestraszyłam. Wiem, to głupie, bo przecież właśnie o tym „sam na sam” marzyłam.
- Tak? – zapytałam go niepewnie.
- Nie bój się. Nie pogryzę Cię. Chociaż swoją drogą może powinienem Cię chociaż, że tak powiem kolokwialnie „opieprzyć” – moje oczy zrobiły się jak pięć złotych – za to, jak potraktowałaś moje zajęcia. Nie miałaś czasu się przygotować? Wiem, to tematyka do przodu, ale zawsze byłaś z tematami obeznana… Co się dzieje? Jesteś rozkojarzona? Może Ci pomóc w jakiś sposób? Masz problemy?
- Nie, nie trzeba. – ucięłam krótko, bo sytuacja „ze snów” okazała się w rzeczywistości dla mnie znacznie trudniejsza do obejścia.
- Oj Magda, Magda, a tak Cię lubiłem. – moje oczy znowu przybrały kształt pięciozłotówek. Przyznam, poczułam się trochę zdziwiona, ale nie tym, że mnie lubił, a tym, że był taki bezpośredni i otwarty – Co teraz zrobimy? Trzeba to jakoś naprawić. – i do tego ze mną flirtował bez żadnych ceregieli. – Koniecznie. – ciągnął dalej. – A co byś powiedziała na… spotkanie poza zajęciami… w ramach mojego projektu, do którego szukam współpracowników? Myślę, że nadawałabyś się idealnie. To co? Jutro? O której kończysz ćwiczenia?
- O 17. – odparłam zaskoczona przebiegiem sytuacji.
- A więc o 20 w Roma Cafe. A teraz nie zatrzymuję. Zjedz coś, bo bardzo bladziutka jesteś…
O jedzeniu oczywiście nie było mowy! Cały dzień i wieczór analizowałam naszą pierwszą rozmowę. W nocy nie mogłam spać, a rano na zajęciach spałam w najlepsze. Całonocne rozterki dały mi się znać, bo niestety na drugi dzień wyglądać nie wyglądałam. Starałam się nie napinać, podejść do tego z dystansem, a spotkanie potraktować na luzie. Nie dało się… Myśli o „randce” z profesorkiem wprawiały mnie w dziwny stan. Prawdziwa huśtawka. Nastrój zmieniał mi się parokrotnie w ciągu południa, nie licząc już samego wieczoru i czasu przygotowywania. Bałam się jak diabli, panikowałam. Dwa razy rezygnowałam, w ostateczności postanowiłam pójść, nie zważając na to, co mówi zdrowy rozsądek (a mówił „siedź w akademiku i ucz się na kolokwium z marketingu”) i realizować swoje marzenia, którymi niewątpliwie był Remigiusz. Moja wymyślona i wykreowana miłość. Miłość od pierwszego wejrzenia. Serce stoczyło walkę z rozumem i chyba po raz pierwszy wygrało. Tuż przed samym wyjściem postanowiłam zauroczyć go w takim stopniu, by to spotkanie stało się początkiem czegoś wielkiego. I z takim nastawieniem ruszyłam do podanego klubu. Miejsce ciche, spokojne, ciepłe. Takie jak on.
Widziałam go jak wchodził do lokalu… Serce biło mi tak mocno, że słyszałam je i miałam wrażenie, że inni również. Przejrzałam się w szybkie okna Roma Cafe i poprawiłam kosmyk włosów. Wzięłam głęboki oddech i zdecydowanym krokiem weszłam do środka, a tam już było za późno, by uciec. Remigiusz odruchowo podniósł rękę, jakby chciał powiedzieć „tutaj jestem”. Nie sposób go było nie zauważyć. Nie licząc kelnera nie było tam nikogo poza nami. Podeszłam do stolika, on wstał i dał mi na dzień dobry dawkę promiennego uśmiechu, jakoś od razu zrobiło mi się lżej, jakby swobodniej. Usiadłam, a on przysunął do mnie menu i z szarmanckim uśmiechem powiedział miękko:
- Mam nadzieję, że mi nie odmówisz i zjesz ze mną właściwym celem spotkania. Na co masz ochotę?
Nie wierzyłam! Musiałam wyglądać idiotycznie. Gapiłam się na niego w bezruchu z otworzoną gębą, a myśli kołowały się jak nigdy. Biłam się z myślami tak długo, że Remigiusz z nutką niepokoju zapytał:
- Na pewno dobrze się czujesz? Jak chcesz możemy stąd wyjść. Jeśli wolisz przełożymy to biznesowe spotkanie. – a jego oczy się zaświeciły, gdy wypowiadał słowa o biznesowym spotkaniu.
Przyznam, że już wtedy odczuwałam podświadomie, że o żaden tu projekt nie chodzi. I mimo to, że bardzo mnie to cieszyło, to uczucie obawy mnie nie opuszczało.
Patrzył na mnie jeszcze inaczej niż zwykle. Tak jakoś namiętnie, wydawało mi się, że może jest mną zainteresowany. Przebijał mnie wzrokiem. Ogarniało mnie przeświadczenie, że powoli zaczyna mnie rozbierać. Podobam mu się? Nie byłam w końcu najgorsza, ale co taki facet jak on mógłby we mnie widzieć? A może mój trud poszedł na marne, bo właśnie to go zakręciło we mnie. Błyskotliwa byłam zawsze, a nauka szła mi jak po maśle, więc nie było problemu z podnoszeniem kwalifikacji i zdobywaniem nowej wiedzy, zwłaszcza z architektury i sztuki. Sama myśl o tym sprawiła, że uśmiechnęłam się sama do siebie.
- Wszystko w porządku, po prostu niedosypiam ostatnio. Nauka… No dobrze, to może coś lekkiego. Może sałatka grecka, a do picia sok porzeczkowy. A Ty? Znaczy, pan?
Poczułam falę gorąca. Lekko się zagalopowałam. W mojej głowie nie był panem, był Remikiem. Chyba stąd to spoufalenie się wzięło. Zwrócił uwagę na moje zmieszanie i machnął ręką, mówiąc, że nie ma problemu. Cały posiłek przegadaliśmy. Z minuty na minutę trema znikała, a ja czułam się coraz bardziej na miejscu. Rozmawiało nam się coraz swobodniej. Pomyślałam, że dobrze się dogadujemy mimo ponad 20-letniej różnicy wieku. Obawy poszły całkowicie w odstawkę. Gadaliśmy o tym i o tamtym, całkiem przyjemnie czas płynął. Liczyłam każdy jego uśmiech, każde spojrzenie. Był idealnie idealny. Nie mogłam od niego oczu oderwać. Wyglądał jeszcze bardziej seksownie niż zwykle… i ten jego zapach. Używał czegoś co niezwykle oddziałowywało na mnie… On chyba to wiedział, a wszystkie jego gesty były wymierzone przeciwko mnie, chciał mnie prowokować i świetnie mu to wychodziło. Z czasem doszłam do wniosku, że nic nie stracę jeśli nie zaryzykuję. Odpowiadałam więc flirtem za flirt. Przychodziło mi to całkiem łatwo, aż sama się sobie dziwiłam, bo nigdy nie była to moja mocna strona. Tylko jedno mnie nurtowało, chciałam wiedzieć „CZEMU”? Byłam strasznie ciekawa po co mnie zaprosił. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, miałam dość tej niepewności, więc zapytałam go po zjedzeniu wprost.
- Było smaczne. – uśmiechnęłam się już bez krępacji. – No dobrze, to może powie mi pan, panie doktorze o co chodzi?
- Ach, tak. To przejdźmy do meritum sprawy. W końcu po to Cię tu zaprosiłem. Projekt dotyczy konkursu Trimo Research Awards. Wiem, że nie napisałaś pracy licencjackiej, ale chciałbym, żebyś to zrobiła pod moim okiem, bo uważam, że jesteś tutaj najlepsza, a ja mogę Ci pomóc wygra ten konkurs. Mam nadzieję, że się zgłosisz w przyszłym tygodniu właśnie do mnie…
- Bardzo bym chciała. – przerwałam zachwycona jego pomysłem. – Zawsze marzyłam o tym konkursie. To wielka szansa… Tylko chodzi o to, że nie wiem czy dostanę się do pana grupy seminaryjnej. Pan tylko ma pięć wolnych miejsc… Ja nie sądzę, żebym…
- Wybacz, że Ci przerwę, ale jeśli nie spróbujesz to nigdy się nie dowiesz… A ja mogę Ci obiecać, że jedno miejsce będzie czekać na Ciebie. Zrobisz jak będziesz chciała, Madziu. – mówiąc to, dotknął mojej dłoni. – Odwieźć Cię do domu? Pogoda nam nie sprzyja.
- Fakt. – odparłam, odrywając oczy od witryny sklepowej i dodałam, patrząc na niego z tym samym diabelskim uśmieszkiem co on poprzednio, gdy mnie odpytywał. – Pogoda idealna na przechadzki. Kocham deszcz… Ale jeśli pan chce mnie może odwieźć.
Wyczuł mnie, bo po chwili odpowiedział:
- Deszcz może być całkiem uroczy w takim towarzystwie. Spaceru Ci nie zaproponuję, bo nie chciałbym, żebyś się przeziębiła, ale z chęcią wybiorę się z Tobą na owy słoneczny dzień…
Flirciarz! Aż mi się wierzyć nie chciało! Podrywał mnie. Mimo, że nasze spotkanie nie zakończyło się spektakularnym pocałunkiem i wielkimi wyznaniami to wiedziałam, że obojętna mu nie jestem.
Koniec końców odwiózł mnie pod akademik. Przyznam, trochę mnie to zdziwiło, bo wykładowca i studentka to mega kontrowersje i jeszcze większe problemy. Powiem szczerze, że mnie to wówczas gówno obchodziło, czy ktoś nas zobaczy, czy utracę status studentki. Ja byłam tak oczarowana, że wcale mnie nie przerażała wizja wykluczenia. Dla mnie teraz liczył się tylko on. Chciałam, żeby on też chciał tego co ja. Niekończącej się love story. Idylli. Dzisiaj z perspektywy czasu wiem, że wielka, szczęśliwa miłość pozbawiona wszelkich problemów jest niemożliwa dla tego typu związków. To trudna, usłana kolcami droga. Mimo szaleństw, uczuć w przeważające mierze są obawy i napiętnowanie. Nie żałuję. Wcale. Remigiusz jest idealnym facetem, mężem… i ojcem małej Zosi. Nie jest kolorowo, czasem trudno, ale nic bym nie zmieniła. Moje życie zmieniło się o 360 stopni. Straciłam wiele, rodzinę, znajomych, szansę na karierę, ale zyskałam w zamian nową rodzinę, zyskałam przede wszystkim moją wielką miłość.

Second.

- Przyszłaś…- mruknął podnosząc głowę od sterty porozrzucanych wydruków na biurku- To dobrze. Cieszę się, że jednak pani się zdecydowała. Proszę usiąść, zaraz się zajmiemy przypisem. Muszę tylko uporządkować sobie te papiery, bo zaraz kończę- mówił przerzucając sterty makulatury- Gdzie ja miałem ta listę.. Chwila, zaraz.. i jest. To teraz proszę tutaj pani autograf i możemy zacząć współpracę- pod nos podsunął mi listę seminarzystów i jego „czarodziejskie” pióro.
Bez wahania nabazgrałam swoje personalia w tabeli. Jednak wcale nie łatwo było mi podjąć decyzję o przyjściu tutaj. Długo zastanawiałam się czy powinnam korzystać z jego propozycji, bo nie do końca byłam pewna czy rzeczywiście jestem na tyle dobra by być w grupie najlepszych. Prawda jest taka ,że do Łyżwińskiego dostawali się prymusi uczelni i laureaci wielu konkursów. Zazwyczaj osoby te po studiach znajdowały ciepłą posadkę, bo… bo byli najlepsi i pod okiem najlepszego fachowca szkoleni. Protekcja ze strony Remigiusza też nie była bez znaczenia. Miał wielkie znajomości. Zarówno tutaj na miejscu, jak i w całej Polsce, a nawet zagranicą. Z reguły każdy jego podopieczny po magisterce startował na podyplomówkę, wciąż się dokształcał z uwagi na wysoko zajmowane stanowiska. Remek był kosą. Dużo wymagał, ale wiele tez dawał od siebie. Znajdywał czas dla studenta nawet wtedy gdy go tak naprawdę nie miał. Był ciałem i duchem dla nas.
Koniec końców doszłam do wniosku, że skoro mnie wybrał i daje ta szansę u siebie to nie wypadało by odrzucać takiej propozycji. Tłumaczyłam to sobie tym, że dzięki temu mogę osiągnąć wszystko o czym marzyłam, zdobyć prestiż podopiecznej wielkiego guru, uznanie wśród innych znanych osobistości świata architektury. No i przede wszystkim mogłam przy okazji zdobyć jego serce. Dlatego zdecydowałam się spróbować.
- Chciałbym poświęcić więcej czasu pani, ale niestety muszę uciekać. Spotkania.. Urwanie głowy, zresztą sama pani widzi. Co jeszcze miałem mówić? A tak.. mam wstępny termin seminaria, ale to jeszcze do ustalenia z dziekanem- mówił wertując kartki
Jak tak wtedy na niego patrzyłam jak z pośpiechem pakuje cały swój dobytek do tej małej, śmiesznej teczuszki doszłam do wniosku, że chyba jest wolny. Nie miał obrączki, ani śladu po niej zostawionej. Szczerze się wtedy zdziwiłam ta moją obserwacją. Nie spodziewałam się, że taki facet może być wolny. Tego typu mężczyźni z reguły są od dawna zaobrączkowani i żyją w szczęśliwym związku. A tu taka niespodzianka.
Z mojej zadumy wyrwał mnie dźwięk zapinanej klamry .
- To kiedy to seminarium?- zapytałam jeszcze zszokowana moją obserwacją
- W piątek. Mówiłem przed chwilą.- przerwał na chwilę i spojrzał badawczo na mnie po czy dodał- Pięknie, nie słuchała mnie pani, a ja się tak tutaj wysilam- zaśmiał się na co ja odpowiedziałam ognistym rumieńcem.
W ciszy wyszliśmy z sami 102. Już miałam się żegnać kiedy on zapytał z udawaną obojętnością czy zostawię mu swój numer.
- Było by mi łatwiej się z tobą kontaktować- dorzucił zamykając drzwi- Dałbym znać co z tym spotkaniem, nie musiała by pani biegać dziesięć razy do dziekanatu i pytać.
- Jasne, żaden problem- odparłam po czym zaczęłam dyktować swój numer.
- Super. Także jak coś to zadzwonię z informacją, a tym czasem miłego wieczoru pani Magdaleno. Mam nadzieję, że pojawi się pani na najbliższych zajęciach.
- Też pan pytanie zadał..- prychnęłam śmiechem- Czy ja kiedykolwiek się nie pojawiłam? Uwielbiam pana. Pana zajęcia- szybko się poprawiłam
Rozstaliśmy się przed uniwersytetem. On poszedł w jedną stronę, ja w drugą. Czasem obracałam się do tyłu sycąc się widokiem jego oddalającej się sylwetki. Wiem… to dziecinada, ale nic nie poradzę. Byłam totalnie zakochana. Moja miłość była bezgraniczna i całkowicie spontaniczna. Może trochę naiwna. Wtedy myślałam, że uczucie wystarczy, że dzięki niemu można pokonać wszystkie trudności. Nic bardziej mylnego. Owszem zgadzam się, ale nie takiej sytuacji. Oprócz miłości potrzeba wiele cierpliwości i siły. Nie wtedy gdy zwiążesz się ze starszym facetem, do tego twoim wykładowcą. Pragnienie bycia razem na przekór wszystkim może okazać się bardzo trudne. Po trupach do celu. Taką miałam dewizę życiową. Pragnęłam obsesyjnie jego miłości, chciałam by dostrzegł we mnie nie tylko jego studentkę. Marzyłam o nim, o nas i cierpliwie czekałam na choćby jeden gest.
Był czwartek, dwa dni od momentu kiedy Łyżwiński dostał mój numer. Pod wieczór zaczęłam totalnie bzikować. Miał przecież zadzwonić. Leżałam w łóżku i przewracając się z boku na bok obsesyjnie obserwowałam wyświetlacz telefonu. Dochodziła 22, ja już przysypiałam, kiedy rozdźwięczała się moja komórka.
-Dobry Wieczór..- z słuchawki usłyszałam jego zmysłowy głos, który postawił mnie na równe nogi- Chciałem z góry przeprosić za tak późną porę, ale masa obowiązków na mnie spadła.
- Nic się nie stało. Naprawdę nie ma najmniejszego problemu. Ma pan , panie doktorze jakieś konkretne informacje?
- Taaak. Obiecałem i dzwonię. Tak więc chciałem potwierdzić nasze spotkanie seminaryjne. Data tak jak już wspominałem, piątek, bez zmian. Natomiast co do godziny to niestety będziecie państwo zmuszeni przyjść na zajęcia pod wieczór na 18. Przykro mi, innej godziny nie udało mi się wywalczyć z uwagi na brak wolnej Sali.
- W porządku, myślę że to żadna przeszkoda- przerwałam- Każda godzina jest dobra, w sumie to nie ważne nawet- mówiłam tak chaotycznie, że w pewnej chwili usłyszałam w słuchawce jego śmiech.
Trochę mnie to speszyło, nawet nie trochę, a bardzo. Poczułam się głupkowato i to nie pierwszy raz w jego obecności. Tak już na mnie działał, albo robiłam z siebie idiotkę, albo w ogóle się nie odzywałam i paliłam raka.
„ Co się z tobą dzieję? Ogarnij się kobieto”- Opiepszyłam się w myślach zaraz po zakończeniu rozmowy. Chwile po tym gdy ochłonęłam zaczęłam mój stały repertuar analiz dotyczący sytuacji związanych z Remikiem. Rozbierałam na mikroczęści każde wypowiedziane przez niego zdanie, każde słowo, co w konsekwencji przyczyniło się do kolejnej nieprzespanej nocy.
Właściwie to odkąd go spotkałam miałam problemy ze snem. Po każdym spotkaniu czy rozmowie byłam tak rozemocjonowana, że ciężko było mi zasnąć. Z reguły było to niezmiernie ciężkie do zrealizowania.
Na poranne zajęcia przyszłam spóźniona o dobrą godzinę, a na wyczekiwane seminarium przyszłam w połowie zajęć. Nic dziwnego, chyba z pięć razy się przebierałam przed wyjściem na uczelnie. Oczywiście w moim mniemaniu za każdym razem było coś nie tak, bo Oliwia, moja współlokatorka, patrzyła na mnie z zażenowaniem i w ostateczności wypchała mnie za drzwi w trampkach i czerwono-czarnej kiecce z Croppa. Tym oto sposobem spóźniłam się na pierwsze, organizacyjne seminarium.
Wchodząc tam chciałam to zrobić jak najciszej, ale niestety musiałam to zrobić mało subtelnie bo wszyscy łącznie z doktorem zwrócili oczy na mnie.
-Dzień dobry- powiedziałam cicho i pomachałam do grupy ręką, po czym tego szybko pożałowałam, na znak czego ugryzłam się w język.
Z pośpiechem wtoczyłam się do Sali i zajęłam miejsce na samym tyle zasłaniając twarz torebką bo płonęła mega rumieńcem.
Następne półtora godziny minęło bez żadnych wpadek i dość szybko, bowiem obserwacja Remka pochłaniała mnie dostrzętnie. Mimo ciągłej obserwacji zdążyłam poznać moją grupę, w której znalazła się Koreanka Sou- nie, odpicowana Karolina, która od razu mi nie przypadła do gustu i trzech chłopaków: nazbyt wyluzowany Kamil, wysportowany Arek i niejaki Tomasz Rembisz, znany wszystkim na uniwerku. No i ja.. Pasowałam tam jak świnia do siodła.. i tak się też tam czułam.
Gdy wychodziliśmy już na korytarz ta Azjatka zaczepiła mnie i zapytała czy wzięłam swój harmonogram zajęć.
-Harmonogram.. no tak- uderzyłam się ręką w czoło- Zapomniałam!- i już miałam odchodzić gdy ta dodała ze śmiechem
-Nieźle jesteś zakręcona. Ten rozkład to on rozdawał na samym porządku zajęć, a wtedy cie nie było. Także nic nie zapomniałaś tylko sie wzięłaś.
No tak racja, cała ja- pokiwałam głową rozbawiona i pośpiesznie ruszyłam pod 102.
W drodze kilka razy przejrzałam się w lusterku, poprawiłam włosy, a gdy otworzyłam drzwi z całym impetem wpadłam w jego ramiona. W tym momencie po klasie rozsypało się całe mnóstwo papieru.
-Jezu, tak bardzo przepraszam- wyszeptałam przerażona automatycznie przykucając po leżące kartki z wykładami- Nie zauważyłam Pana i..
-Przestań. Nic się nie stało, to tylko sterta makulatury- zaśmiał się- To nic wielkiego. Właściwie to dobrze, że jesteś bo miałem cię szukać.
-Tak mi głupio- kontynuowałam- Może mogłabym jakoś się zrekompensować? Jakoś pomóc?- zaoferowałam się podając część kartek Remigiuszowi.
-Naprawdę to nic wielkiego- odparł ciepło po czym po chwili zawahania dodał- W sumie to mogłabyś coś dla mnie zrobić- spojrzał mi głęboko w oczy i dokończył- Myślę, że spacer wszystko by załatwił… tym bardziej ,że jest piękny ciepły wieczór, a ja mam wolne.
- Tak na poważnie to nic nie musisz,- szybko dopowiedział widząc mój spłoszony wzrok- ale było by to naprawdę miłe. Spacer w towarzystwie tak przemiłej osoby jak pani.
-Woww… dla mnie osobiście panie doktorze to wielka przyjemność, więc z chęcią
- To co ? Idziemy?- zapytał otwierając przede mną drzwi i zapraszającym gestem ręki wskazał mi wyjście.
Nie musiał pytać. Dla mnie każda okazja było doskonała do tego by z nim pobyć, a taka zwłaszcza. Byłam w siódmym niebie.
Remek okazał się prywatnie zupełnie inny niż podczas zajęć. Inny oczywiście na jego korzyść. Na wykładach był zdystansowany, chłodny, rzadko się uśmiechał, ale to mnie w nim właściwie zakręciło. Był człowiekiem o dwóch twarzach. Podczas kontaktów prywatnych zmieniał się nie do poznania. Stawał się otwarty, ciepły, zabawny, co na wykładach było nie do pomyślenia. Z człowieka zimnego stawał się przyjaznym facetem.
Podczas spaceru stale mnie zagadywał, rozśmieszał zabawnymi anegdotami z jego zycia zawodowego. Nie mówił o sobie jako Remigiuszu Ł. Chyba nie chciał wchodzić na temat życia prywatnego. Nie chciał, a może po prostu uważał, że nie ma o czym mówić? Być może jego całym życiem była praca naukowa? Trochę się nad tym zastanawiałam, gdy na chwilę przestał mówić, jednak nie śmiałam o to zapytać.
Chodziliśmy po mieście, aż dotarliśmy do Parku Centralnego. Wtedy powiedział, że to jego ulubione miejsce. Zabawne, bo twierdził, że często tu bywa, a ja mimo tego, że byłam częstym gościem tego miejsca, nigdy go tam nie spotkałam.
Dużo mówił, właściwie to ja tylko słuchałam, albo od czasu do czasu wtrącałam jakieś zdanie, jakąś opinię. Nie wiem skąd brała się we mnie ta przesadna nieśmiałość. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ponieważ kontakty z płcią przeciwną nie stanowiły dla mnie nigdy problemu.
Któregoś razu gdy zapadła wymowna cisza, zatrzymał się i przyznał:
- Naprawdę miło tu z tobą być. Znaczy panią.
-Prawda- odparłam stojąc naprzeciwko niego.- Może kiedyś to powtórzymy?- zapytałam
Sama trochę się zdziwiłam swoim pytaniem. Nie spodziewałam się w sobie tyle odwagi.
-Koniecznie. Najbliższa okazja już nie długo. Po weekendzie widzimy się o 19. Kto późno przychodzi sam sobie szkodzi- uśmiechnął się szczerze- Kara musi być. Dostałaś najpóźniejszą godzinę.
-To źle?- zapytała?
-Chyba dobrze. Więcej czasu będę mógł poświęcić Pani pracy.
Kolejny raz zapadła głucha cisza. Spacerowaliśmy obok siebie parkową aleją. Pod nogami czuć było liście, które przy każdym kroku szeleściły. Cudownie było tak po prostu z nim iść przed siebie. Chyba wtedy po raz pierwszy poczułam co znaczy czuć się bezpiecznie. Czułam taką pewność, że właśnie teraz, tam, przy nim nic mi nie grozi, ze mogę być spokojna.
Idąc tak obserwowałam go ukradkiem. Myślał o czymś, ewidentnie miał czymś lub kimś zaprzątniętą głowę. Miał taką skupiona twarz. Wydawał się idealny, idealny w każdym calu. Boski. Z dnia na dzień szalałam za nim coraz bardziej. Czasami nasze spojrzenia się spotykały, a ja powstrzymując oddech, spuszczam wzrok. Moje serce na kilka sekund stawało, a tętno cichło. On podśmiechiwał się pod nosem. Czasem przerywaliśmy te milczenie i rozmawialiśmy tak o niczym, tak swobodnie, jakbyśmy znali się od lat. Żartowaliśmy, śmialiśmy się jak dobrzy znajomi. Czas płynął nieubłagalnie, a pożegnanie stało się faktem. Stanęliśmy przy fontannie rynkowej, skąd miałam niedaleko do akademika.
-Do zobaczenia panie doktorze- wymamrotałam podając mu nieśmiało rękę
-Dowidzenia- odpowiedział wpatrując się w moje oczy.
Staliśmy jeszcze kilka sekund, a on nie spuszczał ze mnie wzroku i ciągle trzymał moją dłoń. Od czasu do czasu gładził jej wnętrze swoim kciukiem. Magiczne uczucie.
Nie chciałam wracać do pokoju. Kolejny raz pragnęłam by ta chwila się nigdy nie skończyła. Rozkoszowałam się tym krótkim momentem do granic możliwości. Czułam, że słowa nie są tu potrzebne.. Oddawałam się uczuciu szczęścia jakie mi towarzyszyło w jego obecności, przy jego spojrzeniu, dotyku.
Wiedział, przeczuwałam gdzieś w podświadomości, że będą następne spotkania. Byłam jego studentką, seminarzystką i to było nieuniknione. Odchodząc w stronę akademika przygotowywałam się już na następną dawkę Remigiusza.
Do pokoju weszłam na wpółprzytomna. W progu zrzuciłam trampki i z miejsca padłam na łóżko.
-Nie pytaj- odparłam na pytający wzrok Oliwki, po czym zaczęłam się śmiać sama do siebie.
-Wcale nie pytam- wzruszyła ramionami i nałożyła z powrotem słuchawki na uszy.
Mój świat stał się całkowicie uzależniony od niego. Kiedy go nie widywałam czułam się fatalnie, każda dłuższa przerwa wiązała się z murowaną deprechą. Gdy nadchodził dzień spotkania, szalałam ze szczęścia.
Ten weekend okazał się być najdłuższym w moim życiu, czekanie na poniedziałek przedłużało się w nieskończoność. Mimo, że starałam się zorganizować sobie czas tak by nie myśleć tyle o tym to nie zdało się to na nic. W sobotę poszłam na studencką imprezę by zabić czas, trochę się rozerwać, wypić trochę piwa, spalić jointa. Nie było źle, ale ja jakoś nie mogłam przestać myśleć o nim. Siedziałam jak zaczarowana i ciągle spoglądałam na zegarek. W końcu się udało i przyszła niedziela, a po niej poniedziałek.
Miedzy zajęciami minęliśmy się parokrotnie na korytarzu. Za każdym razem na jego widok uderzała mnie fala gorąca. Uśmiechnął się do mnie za którymś razem, tak jakby chciał powiedzieć, że on też na to czekał.
Tak sobie to tłumaczyłam. Ta myśl tak mnie zmotywowała, że postanowiłam po zajęciach szybciorem udać się na zakupy do galerii po jakiś nowy patałaszek. Bardzo mi zależało na tym by mu się spodobać. Wybrałam więc obcisłe jeansy, białą bluzkę w czerwone kropki z żabotem i krwisto czerwone szpilki.
Parę razy przejrzałam się w lustrze , poprawiłam make-up i co ważniejsze byłam gotowa przed czasem. Adres miejsca przesłał mi sms-em w piątek zaraz po spacerze. Z miejsca wpisałam w wyszukiwarkę internetową podany adres i okazało się, że to żadne miejsce publiczne, a nowe osiedle apartamentowców. Z wrażenia zrobiło mi się trochę słabo. Denerwowałam się tym, a jednocześnie niecierpliwiłam.
Szczere? Miałam mnóstwo wątpliwości i jeden wielki mętlik w głowie. Nie wiedziałam zbytnio jak mam się zachować i do czego mogę się posunąć. Wiedziałam, że nie jestem w stanie zrobić kolejnego kroku. On mnie zaprosił, na dodatek do swojego mieszkania, to wiele mówiło i świadczyło o czymś, ale sama nie mogłam czegokolwiek inicjować. Uważałam, że cokolwiek się tam wydarzy wyniknie prosto od niego, w końcu to on nosił spodnie i to on był o 15 lat starszym facetem, nie ja. Nie wypadało mi się do niego przystawiać, chodź miałam naprawdę na to nieziemską ochotę. Nie wypadało mi i przede wszystkim mogło by to tylko zepsuć nasze relacje. Za dużo miałam do stracenia, dlatego wolałam poczekać na niego. Z perspektywy czasu mam świadomość, że on również się bał tego samego co ja.
Tak więc idąc na to spotkanie nie wiedziałam do kończą czego mogę się spodziewać, nie wiedziałam też czego on ode mnie oczekuje. Wszystko to co wtedy myślałam to były tylko czyste domysły, zupełnie niepewne zresztą. Ot takie hipotezy, w które chciałam bardzo wierzyć. Trochę ta niepewność mnie męczyła, ale skoro nie mówił otwarcie czego chce to musiałam znieść to czekanie.
Gdy otworzył drzwi momentalnie poczułam falę intensywnego zapachu jego wody kolońskiej. Uwielbiałam ten zapach i wstyd się przyznać, ale chodząc po perfumeriach szukałam tego zapachu. Byłam nienormalna, wiem.
Od wejścia do jego mieszkania ogarnęło mnie uczucie totalnej swobody. Było tak ciepło, cicho. Klimat jaki tam stworzył był niesamowity. Od stresowałam się w jednej chwili, a wszystkie te moje śmieszne obawy uleciały gdzieś daleko.
Usiedliśmy na poduszkach przy palącym się kominku. Światła były na wpół przygaszone, w powietrzu mieszał się jego zapach z palonymi kadzidłami. Był naprawdę nieźle przygotowany. Mnóstwo teczek, przeróżnych książek, prasy i innych materiałów. Patrząc na ta cała oprawę byłam zachwycona. To co zrobił przemawiało na jego korzyść, trafił do mnie bezbłędnie.
Na swoim terenie wydawał się jeszcze bardziej spontaniczny i pewny siebie. Coraz bardziej mnie wkręcał, a ja znów odurzałam się jego osobą. Przez moment nie mogłam zebrać myśli, nie mówiłam racjonalnie, to chyba przez ten jego uwodzący wzrok.
Do spraw czysto naukowych jednak podszedł fachowo.
- Pani Magdalena Majewska. Na wstępie dodam, że łatwo nie będzie. Pni na pewno wie, że jestem wymagający i nie ma u mnie taryfy ulgowej. Także czeka nas cięzka robota. Dzisiaj zadam pani jedno pytanie, na którym skupimy się przez całe zajęcia. Czasu jest mało, więc zaczynajmy.
- Oczywiście. O czym będziemy rozmawiać?
- Bardzo bym chciał, żeby wszystko miało ręce i nogi, więc omówmy pokrótce pani największą pasję. Najlepiej jeśli temat pracy będzie z nią stricte związany. Będzie łatwiej i przyjemniej. Ponadto w życiu liczy się pasja.
Był wielkim pasjonatą. Wszystko co robił przez swoje życie było jego miłością. Kochał sztukę, architekturę i ludzi. Dlatego był najlepszy w tym co robił.
To jak do mnie mówił, jak się angażował w rozmowę zrobiło na mnie spore wrażenie. Trzeba przyznać, że opinie o tym jak bardzo jest pomocny były prawdą. Podczas seminaria obdarzył mnie taką życzliwością i ciepłem, że aż nie chciałam wierzyć kiedy dwie godziny minęły.
- Ja oczywiście pani Magdo miałbym dla pani propozycje tematu, ale myślę że pani taką już posiada. Być może myślimy o tym samym. Co pani proponuje?
- Generalnie pana motto mnie zainspirowało i myślę, że pasja będzie miała w mojej pracy spore znaczenie. Co pan myśli o Muzeum Lotnictwa w Krakowie jako awangarda polskiego budownictwa? Czy to przejdzie?
-Fantastyczna sprawa- zachwycił się- Myślę ,że damy radę. Właściwie jestem pewny. Trochę to zabrzmi egoistycznie, ale pod moim okiem wychodzą napisane najlepsze prace na całym wydziale architektury.. a tym czasem- spojrzał na zegarek- kończymy na dzisiaj. Następny termin wg. Harmonogramu.
-Już?- wydukałam zdziwiona
-No nie do końca- powiedział wstając- Mam nadzieję, że nie musi pani uciekać? Da mi pani minutkę? Zaraz wrócę. Tak?
Uśmiechnęłam się tylko, a on wyszedł, po czym na moment się wychylił zza drzwi i dorzucił:
-Część oficjalna za nami. Co pani powie na mały toast?
Byłam nieco zdziwiona propozycją, ale nie odmówiłam. Ten szok wynikał z tej momentalnej przemiany. Zaskoczył mnie po raz kolejny.
- Specjalny rocznik na specjalne okazje- powiedział gdy skończył rozlewać wino podając mi kieliszek- Za owocną współpracę mam nadzieję dla obojga?- uśmiechnął się szarmancko
-Za współpracę- odpowiedziałam stukając kieliszkiem o jego szkło.
Po lampce trochę ta sztywna atmosfera siadła. Łatwiej mi było się wysławiać, no i przede wszystkim łatwiej mi było utrzymywać towarzyski charakter spotkania. Wciąż gadaliśmy o nauce. Nie przeszkadzało mi to specjalnie, ale jemu chyba owszem bo postanowił przerwać tą konwersację.
-My tu tylko, studia, nauka i praca. Może tak o czymś przyjemniejszym?
-Jasne. To o czym będziemy rozmawiać?- zapytałam zalotnie
-Myślę, że będzie nam się dobrze współpracowało. Dobrze się dogadujemy. Ponad to mam przed sobą wyjątkom zdolną kobietę..
-Tak pan myśli?
-Naturalnie, a w dowód tego mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Chciałbym panią zabrać na istotne spotkanie. Myślę, że to otworzy przed panią.. Remigiusz jestem. Może nie paniujmy, panujmy tak, hm???
-Skoro pan.. skoro proponujesz to ok. Magda.- odparłam unosząc lampkę w górę na znak toastu.
- Świetnie. Od razu lżej człowiekowi. Wracając do sprawy, to myślę że to spotkanie otworzy przed tobą nowe możliwości. Robert Konieczny. Fantastyczny artysta i mój dobry znajomy. Jego wystawy zawsze cieszą się zainteresowaniem. Chciałbym z tobą tam pójść. Jestem przekonany, że nie będziemy tego żałować, bo to spektakularne wydarzenie.
Oczywiście się zgodziłam. Dzieła Koniecznego inspirowały mnie, a możliwość spędzenia czasu w takim innym światku zachęcały. Tym bardziej ,że miałam tam iść z nim.
Kiedy się ocknęłam dochodziła północ. Tym razem obyło się bez spaceru bo siąpił zimny deszcz i strasznie wiało. Podwiózł mnie pod sam akademik, nie protestowałam.. Zanim wysiadłam z auta zrobił coś tak niewiarygodnie niespodziewanego, że potem do rana nie mogłam zasnąć. Odpinałam pas, kiedy on złapał mnie za rękę, a potem przyciągnął do siebie lekko. Zrobił to na tyle blisko, że mogłam czuć zapach jego skóry. Do dziś pamiętam jak serce mi łomotało, słyszałam to wyraźnie i jeszcze wyraźniej to czułam. Myślałam, że zaraz mi wyskoczy. Patrzyłam tak w jego oczy nie wiedząc co za chwile się stanie. Miałam wrażenie, że mnie pocałuje. To się nazywa kobiecą intuicją, która troszkę mnie zawiodła w tamtej chwili.
Nie skończyło się romantycznym buziakiem. Zawahał się, widziałam to jak w jednej chwili się wycofał. Czy się przestraszył? Nigdy o to nie zapytałam, ale myślę, że tak. Może za szybko się to toczyło? Na pożegnanie musnął ustami mojego policzka, wyszeptując krótkie „dobranoc”. Było to naprawdę miłe. Wyszłam bez słowa, jak zaczarowana. Czułam, że następne spotkanie może okazać się bardzo istotne, wręcz przełomowe dla mnie i mojego życia. Jak najbardziej miałam nadzieję na piękna amerykańską love story. Nie brałam pod uwagę innego, niekoniecznie optymistycznego scenariusza.
Nie mogłam przestać rozpamiętywać tego spotkania, tak jak każdego innego. Żyłam obok innych, nie przywiązywałam do niczego uwagi, nie potrafiłam się skupić. Jedynym motorem mojego życia stał się mój wykładowca i kolejne spotkania. Wtedy byłam już na tyle zaangażowana i zakochana, że nie potrafiłam sobie wyobrazić życia beż Remika, a dotychczasowe życie bez niego wydawało się bez sensu. Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie jak wcześniej mogłam funkcjonować. Pytanie zostawało zawsze bez odpowiedzi. Nie umiałam tego wyjaśnić racjonalnie. To była po prostu miłość od pierwszego spotkania.
Third

Wystawa. Wiedziałam, że zaprosił mnie tam nie dla zabawy. Musiał mnie lubić, w innym wypadku zabrał by kogoś innego. Każde takie wydarzenie stanowiło centrum spotkań znanych i szanowanych ludzi. Remigiusz był takim człowiek z całą pewnością. Znał wielu wybitnych architektów i projektantów. Dlatego uważałam, że zapraszając mnie tu celem nie były takie sobie jego widzimisie. Był na to za poważny.
Spotkaliśmy się w parku pół godziny wcześniej skąd wyjechaliśmy na wystawę. Z miejsca uderzyła mnie jego elegancja. Nigdy wcześniej nie widziałam go takiego odpicowanego. Późnij ci ludzie, tacy dystyngowani, pełni wdzięku. Trochę czułam się nie na miejscu. Byłam sporo młodsza i pewnie tyle samo głupsza od tego towarzystwa. Do tego te maniery i wszech ogarniająca „burżuazja”. Remek chyba dostrzegł moje zmieszanie i zaproponował drinka. Gdy rozmawialiśmy sącząc koktajl podszedł do nas jakiś krótko ostrzyżony facet i na przywitanie rzucił luzacko:
-Łyżwiński, kupa lat! A jednak znalazłeś trochę czasu dla starego kumpla.
Remigiusz zaśmiał się i szybko mnie przedstawił:
-Magdalena Majewska, przyszła gwiazda, która niewątpliwie cię przyćmi.-po czym dodał- Robert Konieczny mój brach.
- Dom Aatrialny nagrodzony w konkursie International Architecture Awards w 2008 i wytypowany do grupy finałowych projektów festiwalu World Architecture Festival w Barcelonie-wyszeptałam- Strasznie mi miło poznać. Nie sądziłam, że kiedykolwiek będzie to możliwe, tym bardziej tutaj w Warszawie. Jest pan niesamowity w tym co pan robi.
-No tak, więcej czasu spędzam w Katowicach, ale tutaj też mnie potrzeba. No i voila jestem- zarechotał.
Byłam naprawdę w ciężkim szoku. I tym ,że mogłam rozmawiać z geniuszem polskiej architektury jak i tym, że taki człowiek okazał się być normalnym, wesołym człowiekiem.
Po tej rozmowie nieco się rozluźniłam i podchodziłam do wszystkiego i wszystkich z dystansem. Przemierzając wystawę Remek z dokładnością omówił każde zdjęcie. Nie przestawał przy tym się uśmiechać. Ciągle mnie obejmował ręką, zupełnie jakbym była kimś więcej niż jego studentką. Nie powiem, że mi się to nie podobało, bo bym skłamała. Biegał za mną, adorował, zagadywał, a mnie to się strasznie podobało. Było to naprawdę urocze. No i ta jego imponująca wiedza. Robiła na mnie wrażenie. Opowiadał tak ciekawie, tak swobodnie, że chciało się go słuchać . Ja chłonęłam ta wiedzę z przyjemnością
Wystawa była naprawdę godna uwagi, widać że była starannie przemyślana i kosztowała wiele nakładu pracy. Do tego doborowe towarzystwo. Poznałam kupę interesujących ludzi m.in.: Tomka Sętowskiego, Igora Kaźmierczaka i we własnej osobie Michała Borowskiego. Co najważniejsze z czasem dobrze się wśród nich poczułam. Mój doktor chodził dumny i zadowolony. Jemu najwyraźniej też się podobało. Jedynie co mogłam to podziękować za to, że dał mi taka możliwość.
-Jest naprawdę cudownie. Dziękuje panu, panie doktorze, za to że mogłam tu być. Jestem ogromnie wdzięczna.- powiedziałam pod koniec gali.
Cała oficjalna impreza trwała około dwóch godzin. Później część ludzi wyszła. Jedni przyszli obejrzeć wystawę, a inni pożartować i pośmiać się. My wyszliśmy na dwór mimo, że było już całkiem chłodno, a w powietrzu czuć było nadciągający deszcz.
Objął mnie ręka w pasie tak jak wtedy gdy mnie przedstawiał Koniecznemu. Szliśmy wzdłuż ulicy wymieniając się naszymi spostrzeżeniami, wrażeniami itp. Czasem delikatnie gładził moje plecy. Każdy taki gest sprawiał mi ogromną frajdę. Nie powiem moje ego zostawało wówczas mile połechtane. Mijaliśmy kolejne kamienice analizując projekty wystawione na „Warszawce”. Nie mogłam przestać mówić, byłam zachwycona wieczorem, tym ile osób poznałam i ile się nauczyłam. Przede wszystkim byłam szczęśliwa, że mogłam być tam z nim.
Byliśmy już spory kawałek od auta kiedy lunęło. Nie zastanawiając się długo złapaliśmy się za rękę i pobiegliśmy w stronę ratusza. Ja w 10 centymetrowych szpilkach nie bardzo sprawdziłam się w bieganiu przez deszcz, dlatego gdy dobiegliśmy byliśmy już cali przemoczeni. Wsiedliśmy do auta i buchnęliśmy śmiechem. Kiedy się już uspokoiliśmy Remik powiedział nieco poważniej, chodź nadal się podśmiechując:
-W takim stanie nie ma mowy żebyś wracała do akademika. Chcesz czy nie jestem za ciebie odpowiedzialny. Jedziemy do mnie.
-Do ciebie?- zapytałam patrząc badająco
- Do domu, do domu.. No nie patrz tak, mokra nie wrócisz przecież.
Po niecałej godzinie jazdy staliśmy w jego mieszkaniu. Remigiusz trzeba przyznać zajął się mną fachowo. Otoczył mnie taką opieką jaką nikt do tej pory z całą pewnością nie objął.
Moje poprzednie związki zwykle zaczynały się szybko i jeszcze szybciej się kończyły. Zazwyczaj to ja kończyłam znajomość z błahego powodu, a potem opłakiwałam rozstanie tak jakbym to ja sama została porzucona. Szybko się nudziłam, wiecznie szukałam czegoś więcej. Pragnęłam emocji i wielkich uniesień. Zdarzało się, że czasem po miesiącu randkowaniu przestawałam odbierać telefony. Jasne, byłam okrutna, przyznaję się bez bicia. Żaden nie był w stanie zatrzymać mnie na dłużej. Następny był nudniejszy niż pozostały. Z czasem to pogodziłam się z takim tokiem rzeczy. Dopiero kiedy jego spotkałam wszystko się zmieniło. Dopiero on sprawił, że zaczęło mi wirować w głowie, a na jego widok serce biło jak oszalałe. To było zupełnie coś innego.
Siedziałam na sofie naciągając na nogi przyduży sweter, rozglądając się po pokoju. Było urządzone z klasą jak przystało na właściciela. Trochę dziwnie się czułam siedząc tam sama, przemoknięta, na dodatek w jego swetrze. Mimo to postanowiłam zostać, bo jakoś nie uśmiechało mi się dawać nogę pół naga. Jego dość długo nie było co dodatkowo wprawiało mnie w dziwnie, nerwowy nastrój. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Układ pokoju znałam już na pamięć, dlatego sięgnęłam po pierwszą książkę z półki.
- Nie próżnujesz. Dobra książka, często do niej wracam.
Stał już wysuszony, przebrany z butelką wina i kocem, którym mnie przykrył. Na chwile zniknął po czym za kilka sekund pojawił się z kieliszkami. Pochylony nad winem dodał:
-Dobrze rozgrzewa, a nam się to przyda po tym spacerze. Zresztą wypicie jednego kieliszka z studentką to nie zbrodnia. Wiesz mam taki plan, żeby gdzieś wyjechać z wami, może Bieszczady? Chyba fajnie by było odpocząć chodź na kilka dni od nauki?
-Nie no, pomysł wydaje się naprawdę dobry- przyznałam smakując wina- Jestem jak najbardziej za, zresztą reszta pewnie też.
-To co? Pomożesz mi to zorganizować?
-Ja? Zorganizować?- zapytałam zdziwiona
-No tak. Co byś powiedziała na to, żeby zostać moją asystentką? Wiesz, jeżeli odmówisz to zrozumiem, ale jesteś idealną kandydatką. Więc jak będzie?
Uśmiechnęłam się lekko, udałam zawahanie, a potem odpowiedziałam:
-To może wypijmy za współprace?
Wieczór pełen wrażeń. Niewątpliwie jeden z tych które zapadają głęboko w pamięci. Nie wiem jak on to robił, ale potrafił mną manipulować, mimo że odporna zwykle jestem na cudze manipulacje. Robił co chciał, raz mnie zawstydzał, raz rozczulał, innym razem rozluźniał, jeszcze innym trzymał w niepewności.
Rozmowa z nim była bajką. Z nikim się tak nie rozmawiało jak z nim. Potrafił rozmawiać, z każdym odnajdywał wspólny język.
Z czasem wymiany zdań poczułam się błogo. Może to on tak na mnie działał, a może to wino? Wino było konkretne, że tak powiem lepszego nie piłam. Kieliszek za kieliszkiem, toastów nie brakowało. Każdy był dobry by go wznieść. Nie mogłam sobie odmówić, a głowę niestety miałam słabą. Wypiłam na tyle dużo, że w pewnym momencie mnie zamroczyło. Zrobiło się tak ciepło i intymnie, zwłaszcza gdy poczułam go znacznie bliżej niż dotychczas.
Popatrzyłam mu w oczy, a potem przyciągnęłam go jeszcze bliżej. Nic nie mówił, tylko te jego ciemne oczy zdawały się do mnie przemawiać. Czułam jego oddech, bicie serca. Naprawdę coś niesamowitego, coś tak magicznego jak kawałki Bartka Świderskiego. Zapamiętałam, że zanim mnie pocałował przeleciała mi jeszcze przez głowę trzeźwiąca myśl żeby się opamiętać. Nie chciałam jednak słuchać zdrowego rozsądku. O tym przecież marzyłam, tego chciałam i nie potrafiłam przestać wkręcać się w tą grę. Pamiętam jeszcze, że wyszeptała mu coś do ucha na podobę słów, że nie powinnam, ale z chęcią zaryzykuję. Strasznie się podśmiechiwałam przy tym, a potem poznałam smak jego ust. Całował cudownie. Na początku nieśmiało, a może mi się wydawało? Z czasem chyba się oswoił z sytuacją i obudził się w nim prawdziwy facet. Smakował idealnie.
Najpierw poczułam ciężar jego ciała, potem dotyk jego dłoni na moim ciele, przez które przechodziły mi dreszcze. Mnóstwo pocałunków, które wprawiały mnie w trans. Brałam wiele i tyle samo dawałam z siebie. Jego ciało było idealne. Był wysportowany i taki męski. Nakręcałam się coraz bardziej. O takim kontakcie tylko marzyłam, nie myślałam, że kiedykolwiek to może okazać się prawdą. Chciałam więcej i więcej, ale wtedy on objął mnie mocno i cicho powiedział: Przepraszam.
-Przepraszam? Za co?- zapytałam naiwnie
-Za to wszystko. Sprowokowałem cię. To nie powinno się stać.
-Czyli mam rozumieć, że to tylko prowokacja? Nic więcej?
-Nie, nie.. To nie tak. Jesteś inna. Taka subtelna, mądra. Jesteś inteligentna i do tego piękna. Tylko, że to nie może się sprawdzić, bo tak nie można. Rozumiesz?
Rozumiałam doskonale. Bał się konsekwencji. Nie musiał się powtarzać. Dla mnie wszystko było jasne i klarowne, zaś ja nie byłam z tych co dążą po trupach do celu. Nie rozumiałam tylko po co było to wszystko? Te spotkania, rozmowy. To miało być tylko zabawa? Ta opcja mnie przybiła do reszty. Od tego zdarzenia moje życie straciło sens. Takie wielkie rozczarowanie nie bez echa odbiło się na moim dotychczasowym świecie. Nie tylko miałam złe samopoczucie, ale coraz gorsze oceny. Coraz rzadziej pojawiałam się na zajęciach. Zalegałam w łóżku, odłożona stertą chusteczek higienicznych. Ryczałam jak bóbr, Oliwia próbowała ze mną rozmawiać, ale na każde jej pytanie reagowałam wybuchem płaczu bądź złości, której nie potrafiłam kontrolować.
Nie chciałam się narzucać, ani narażać na kontakt z nim dlatego omijałam szerokim łukiem miejsca, w których mogłabym go spotkać. Próbował się kontaktować. Wysyłał smsy, które kasowałam bez odczytywania. Dzwonił, lecz ja nie odbierałam. Zajęcia obowiązkowe były najgorsze. Ciągle na mnie patrzył. Po zajęciach szybko uciekałam tak by nie mógł mnie prosić o rozmowę. Istny horror.
Reszta jesieni minęła pod znakiem rozpaczy i nieudanych prób leczenia się z Remigiusza. Niestety okres ten przypadł na czas przygotowań wycieczki integracyjnej w góry. Chcąc nie chcąc musiałam w niektórych sprawach kontaktować się z nim. Nigdy nie robiłam tego za pomocą bezpośredniej rozmowy. Zwykle były to emaile, lakoniczne sms-y. Sytuacja ta z pewnością nie pomagała mi zapomnieć. Za każdym razem gdy musiałam to robić na nowo przeżywałam tamten wieczór, tamto upokorzenie.
Remik z czasem przestał zabiegać. Stał się obojętny. Wcześniej komórka pękała w szwach od smsów i nieodebranych połączeń, później stał się pusty. Wbrew pozorom to mi nie pomogło. Wręcz przeciwnie, Jeszcze bardziej pogrążyłam się w nostalgii. Jego zachowanie było o tyle boleśniejsze, że wcześniej odrzucałam próby kontaktu z nim. Gdy nagle przestał się starać stało się dla mnie jasne, że się poddał i że to prawdziwy koniec.
Wyrzucałam sobie, ,że tak bardzo się zaangażowałam, że tak brnęłam ślepo w coś co nie miało przyszłości. Ciągle zastanawiałam się dlaczego to skończyło się zanim tak naprawdę zdążyło się to zacząć. Prawdę mówiąc miałam wtedy ochotę zniknąć, umrzeć.
Byłam tym skołowana i całkowicie pochłonięta. Wszystko to co miało dla mnie jaką kol wiek wartość straciło całkowicie znaczenie. Życie ograniczyło się do spania i uciekania od Łyżwińskiego. Wiedziałam, że konfrontacja nadejdzie. Prędzej czy później ,ale nadejdzie. Mimo to starałam się odłożyć to w czasie jak najdalej. W ten sposób to co nieuniknione odsunęłam na ponad miesiąc.
W grudniu był nasz wyjazd. Długo się zastanawiałam czy powinnam tam jechać. Z czasem jednak dojrzałam do tego by w końcu stanąć z nim oko w oko, a Bieszczady miały być do tego doskonałym miejscem.

Data:

 2 miesiące

Podpis:

 Mała Mi

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75061

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl