DRUKUJ

 

On i jego demon

Publikacja:

 13-08-23

Autor:

 kartonbezpudla
On i jego Demon

"Siedzieli na przeciwko siebie. On i jego demon. A z góry lał się żar, zupełnie jakby słońce znudziło się wygrzewaniem błękitnej tafli wody i skupiło całe swoje wysiłki na milczącej dwójce. Demon wydawał się szczęśliwy."

Biegł wąskimi ulicami śpiącego Londynu. Oczy przysłaniała czerwona tafla, która rozmazała mijany świat. Potężne dawki adrenaliny, pomieszane z uczuciem strachu i ekscytacji kotłowały się jego ciele. Znowu wróciło to cudowne, niemalże euforyczne uczucie, dokładnie takie samo jak za pierwszym razem. W ustach czuł resztki krwi, której słodkawy smak jeszcze bardziej potęgował błogość rozlewającą się po opuszki palców. Stukot ciężki butów, zmienił się w chrobot, gdy skręcił z Wensminseter w boczną, niewybrukowaną uliczkę. Przebiegł jeszcze paręnaście metrów i głośno dysząc zatrzymał się w jednej z licznych bram. Pulsujące serce dudniło niczym wielki bęben, oddech wyrywał się ze zmęczonych płuc. Podniósł dłonie bliżej oczu, do tej pory mrok ukrywał szkarłatne plamy zahaczające o brzegi koszuli. Krew nie zastygła jeszcze w całości, dalej można było poczuć jej lepkość i zapach. Zamykając oczy, zaciągnął nocne powietrze. Drobinki zapachów łączyły się w symfonię doznań, przywoływały zdarzenia z przed paru minut. Jej oczy, jej włosy, jej strach. Obracał dłonie w świetle dogorywającego księżyca, oglądał resztki spotkania ze swoim nikczemnym ja. Znowu uległ. Stał tak jeszcze chwilę, zanim para rozgniewanych kotów nie przetoczyła się po pobliskich balkonach. Ich waleczne miauknięcia, obudziły instynkt przetrwania. Szybkie spojrzenie przez ramię upewniło go, iż jest tutaj sam. Nikt nie biegł za nim, nikt go nie widział. Schował ręce w przepastne kieszenie płaszcza i spokojnym krokiem ruszył ku wąskiemu ujściu uliczki. Parę minut później wspinał się już wąską klatką schodową prowadzącą na ostatnie piętro zaniedbanej kamienicy. Uchyliwszy drzwi mieszkania wkroczył w ciemność. Czerwone oczy zapaliły się w jednym z rogów pokoju, a niewidoczny, milczący uśmiech odsłonił rzędy kłów. Demon cicho posykiwał z rozkoszy. I na swój sposób, był szczęśliwy, chłonąc emocje które wkroczyły w próg mieszkania.

Obudził go stukot kół drewnianych wozów przemierzających wybrukowaną ulice w drodze na targ. Zapach nieomylnie informował, iż dzisiaj jest sobota, dzień targu rybnego na, który przyjeżdżali wszyscy sprzedawcy z okolicznych wsi. Krzycząca procesja, zdobywała mozolnie centymetry wąskich uliczek, wioząc owoce wielu godzin pracy. Szare twarze, naznaczone morskim wiatrem, błyszczące oczy i poszarpane ubrania. Wraz z nimi podróżowała drużyna okolicznych kotów, czekających na moment nieuwagi powożącego. W miedzy czasie zaznaczała swoją obecność głośnym pomiaukiwaniem, którego nikt właściwie nie zauważał. Wpisało się ono w tło tej karawany.
Wyjrzał przez szarą od brudu szybę, aby spojrzeć na niebo. Idealny lazur wymalował się tuż nad linią horyzontu, nawet jedna chmura nie zamierzała zakłócać tego widoku. Patrzył przez chwile, gdy sny jeden po drugim opuszczały umysł. Wstał. Nawet nie spojrzał w kierunku starego, kraciastego fotela, w którym siedział on. Zawsze tam był, a taka drobna potwarz, jak ignorowanie jego obecności przynosiła mu odrobinę satysfakcji. Nikłe zwycięstwo w pełnej porażek bitwie. On to też widział i nie zamierzał oddawać nawet odrobiny swojej władzy.
- Pięknie - wysyczał demon. Mimo iż słowo to mogło określać praktycznie dowolną czynność lub przedmiot, który znajdował się w zasięgu wzroku, oznaczało tylko jedno. Właśnie otrzymał pochwałę za wczorajsze "zadanie". On mówił tylko o jednym, całą swoją uwagę poświęcał na myślenie, intrygowanie i motywowanie do kolejnego makabrycznego uczynku. Tym razem nie było wyjątku. - Niechlujnie i stanowczo za chaotycznie, no ale jak na ciebie to pięknie.
- Chaotycznie? - zdziwił się Jack. - Moim skromnym zdaniem, wszystko było przeprowadzone idealnie. Poruszałem się jak cień. Byłem o krok od niej i do póki nie zechciałem tego, nie miała pojęcia że tam stoję. No i musisz przyznać, że cięcie też było perfekcyjne.
- Za szybko, zaborczo. Ale fakt, wyszło nieźle, wprawdzie wiem, że to moja zasługa. No ale ...
- Daj mi spokój. Byłem tam, zrobiłem to. Czego jeszcze chcesz? - wraz ze słowami, wróciły obrazy wczorajszego wieczoru. Bez litrów adrenaliny, nie ogłuszony emocjami, widział dokładnie co zrobił. Po raz kolejny miał ochotę wyskoczyć przez okno, pięć pięter załatwiło by sprawę raz na zawsze. Kamieniste ulice nie zastanawiają się nad lecącym ku niej ciałom. Tu nie ma miejsca na dyskusje, jest tylko plaśnięcie i poskręcane ciało do uprzątnięcia. Wystarczyło by tylko zrobić krok.
- Nie zrobisz tego.
- Czego?
- Znam to spojrzenie. Niemalże widzę jak twoje myśli wkraczają na wąski parapet okna. Nigdzie jednak nie pójdziesz, a już na pewno nie skoczysz.
- Wiem ...
Pusty wzrok znowu powędrował ku idealnie niebieskiemu niebu. Pamiętał jak pierwszy raz przekroczył próg tego mieszkania i spojrzał przez to okno. Na pewno było czystsze niż w chwili obecnej, ale tak samo cudownie prezentowało widok na rozstawione kamienice, ukazywało wąskie uliczki, a w oddali widać było bujające się czubki masztów wielkich żaglowców. Wtedy też poczuł pierwszy raz to dziwne, kłujące uczucie. Coś w tym pokoju pożądało jego uwagi bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Łechtało jego myśli, budowało ciepłą kołyskę z marzeń. Wskazywało drogę do ich osiągnięcia i trzeba przyznać, iż przynajmniej w części spełniło te obietnice. Dziwna istota siedząca w kraciastym fotelu. Szaro-zielona skóra połyskiwała w świetle, ale nie była oślizła czy też tłusta. Po prostu błyszczała, a wtórowały jej rzędy zębów ukrytych za pomarszczonymi ustami. A oczy delikatnie żarzyły się w głębokich oczodołach, ich światło było praktycznie nie zauważalne w ciągu dnia. W nocy zaś płonęło, szczególnie gdy wracał z jednej ze swoich wypraw. Czy też tak jak to nazywał demon, zadań. Mógł, wtedy odwrócić się na pięcie i wymaszerować w zimną klatkę schodową, mógł ruszyć przed siebie i na zawsze go zostawić. Ale zarówno teraz, jak i wtedy nie był do tego zdolny. Nie można opuścić swojego demona, po prostu odchodząc od niego. On na to nie pozwoli, trzyma umysł w żelaznym uścisku, nie pozwalając mu nawet na chwilę wymknąć się ze swoich szponów. Sortuje myśli, które przepływają, wyznaczając, które mogą, a które nie, zagnieździć się na stałe.
Oderwał się od widoków za oknem, schował twarz w dłoniach i wydał z siebie cichy jęk. Coraz trudniej mu było, oddzielić tego czym zarządzał on, a co zostało jeszcze w jego własnym posiadaniu. A zostawił sobie tak niewiele, raptem garstkę nie zatrutych myśli, parę uśmiechów, drobina nadziei. Wziął głęboki oddech i ruszył w kierunku drzwi.
W momencie gdy stał już w progu, usłyszał skrzekliwy głos.
- Pozdrów je ode mnie.
Echo zamykanych z impetem drzwi rozbiło się o ceglane ściany korytarza. Zbiegło po wąskich stopniach i wraz z Jackiem wyszło na zalaną słońcem ulice. Tutaj był inny świat, pomimo krzyków narożnych sprzedawców, bujności codziennego życia, zdawało się, iż panuje tutaj absolutny spokój. Uwielbiał iść ulicami, widząc zajętych swoimi sprawami ludzi. Był wtedy zupełnie niewidoczny, mimo iż ocierał się o tłum podążający we wszystkich kierunkach. Teraz płyną wraz z nim w dół drużki prowadzącej do portu. Nad jego głową rozgrywała się symfonia krzyków białych mew, usilnie dających do zrozumienia, iż one też zasługują na tłuściutkie ryby. No może nie zasługują, ale miło by było aby któraś znalazła się w okolicy ich dzioba. Na pewno nie zostałaby zmarnowana.
Ulica wypuściła przechodniów na nadbrzeżne, pojawił się nowy głos. Tym razem to morze, za pośrednictwem burt wielkich żaglowców, opowiadało swoje przygody. Jednostajny szum wody walczącej z umocnionym brzegiem, podawał kolejne rozdziały. I tak go nikt nie słuchał. Ludzie głownie słuchają innych ludzi, nawet kiedy tamten jedyne co ma do powiedzenia, to oznajmienie, że jego ryby są najświeższe. Nawet tak banalne zdanie wygrywało z historiami sączącymi się z fal. Jack uważnie oglądał każdy statek, który wpływał do portu. Znał je wszystkie na pamięć, wiedział czy powracający żaglowiec, miał spokojną podróż. Każda wyprawa odznaczała się na burtach, żaglach i w twarzach marynarzy, wystarczyło tylko chcieć to zobaczyć. Ruszył ku jednemu z nich, który musiał przypłynąć ostatniej nocy. W tej chwili pełen był jeszcze ludzi, którzy pchali wielkie kufry, skrzętnie oplecione lnianymi sznurami. Okrętowy dźwig, powoli opuszczał wielką paletę pełną drewnianych skrzynek. Przy każdym naprężeniu liny, podskakiwały one odrobinę, wydając z siebie brzdęknięcia, które doprowadzały do nerwowych ruchów brzuchatego jegomościa stojącego na brzegu.
- POWOLI! OSTROŻNIE!
Jack przyglądał się całej tej operacji z nieukrywanym rozbawieniem. Poczekał, aż ładunek wyląduje na zniszczonej kostce portowej i podszedł do ocierającego pot z czoła krzykacza.
- Witaj Henry!
Spocony jegomość odwrócił się w stronę Jack-a, przez chwile było widać jak oczy przeszukują odmęty pamięci i próbują przypasować postać, która stała przed nim z imieniem, które gdzieś tam się skrywało.
- O! Jack. Widziałeś ? Widziałeś, jak ta miernota obsługuje dźwig, całą drogę na dół, no calutką drogę, starał się doprowadzić mnie do nerwowego załamania.
- Widzę, że dalej troszczysz się o swoje trunki jak o swoje dzieci.
- Trunki? Czy ty je kiedykolwiek spróbowałeś?! – z wyraźnym oburzeniem wykrzyczał Henry – to jest balsam, to jest nektar bogów ! A tak przy okazji, może reflektowałbyś na skrzyneczkę?
Jack roześmiał się. Przed chwilą obawiał się o swoje życie, widząc oburzenie jakie pojawiło się na brodatej twarzy. Teraz oczy spod krzaczastych brwi ewidentnie starały się upchnąć odrobinę nektaru u nowego klienta. Krótka jest złość sprzedawcy.
- Nie, dzięki Henry. U mnie by się zmarnowały, nie znam się na winach, mógłbym nie docenić ich walorów – uśmiechnął się zawadiacko i widząc jak chmurne myśli wracają dodał szybko – Oczywistym jest, iż momentalnie znajdziesz bardziej godnych swoich towarów. Podejrzewam, że połowa Londynu czeka z utęsknieniem na świeżą dostawę.
- Ech. Tak było, tak było … Zanim ludzie zaczęli obawiać się wyściubić nos po zmroku …
- A właśnie, ja mam do ciebie pewien interes – wtrącił się Jack, widząc jak temat zaczyna odpływać ku trudnym dylematom handlarza win – Wspominałeś kiedyś , że mógłbyś wynająć jedną z kabin na swojej Hortensji. Czy dalej twoja oferta jest aktualna?
- Oooo, domownik Jack chciałby zasmakować nowego świata. Czyżby portowe dziewki zbrzydły ci już doszczętnie?
- Mam wrażenie, że opłata za podróż nie wymaga ode mnie opisywania moich przeżyć – trochę za surowo uciął żart, nie chciał jednak pozostawiać zbyt wiele miejsca na rozmowę o swoich motywach – Więc jak będzie?
- Sto funtów, w jedną stronę. Kabina i miejsce w ładowni na jedną skrzynię. I nie spodziewaj się żadnych luksusów. Prycza i dwie miski żarcia. Pasuje ?
- Sto funtów? Toż to majątek. Myślałem bardziej o sześćdziesięciu?
- No to myśl dalej, a ja tymczasem sprawdzę co dzieje się pod pokładem. Jakoś mam wrażenie, że jest tam za cicho. Cisza przy dużej ilości wina, nie wróży nic dobrego.
- Dobra, dobra, niech będzie dziewięćdziesiąt, zgoda? Kiedy wypływasz?
- Wypływamy w przyszłą środę. Lepiej abyś miał te pieniądze.
- Będą. Do zobaczenia za tydzień.
Starym zwyczajem splunął na otwartą dłoń i wyciągnął ją w kierunku Henrego, on zrobił to samo i mokre plaśnięcie podpisało umowę. Jack ruszył w głąb poru, zastanawiając się skąd u licha zdobędzie sześćdziesiąt funtów w tydzień. Przez ostatnie trzy lata pobytu tutaj udało mu się oszczędzić niewiele ponad dwadzieścia. Zostało, bagatela, prawie cztery razy tyle do zdobycia. Oddalając się od trój-masztowego łabędzia, nazwanego z nieznanych powodów Hortensja słyszał pokrzykiwania Henrego. Wyglądało na to, że cisza pod pokładem to faktycznie nic dobrego, a przynajmniej nic dobrego dla dzielnych marynarzy, którym najwidoczniej jedna lub dwie butelki wymknęły się ze skrzyni. Dziwnym trafem musiały trafić prosto w otwarte gardła, bo podejrzewał, iż to nie choroba morska spowodowała niezrozumiały bełkot w odpowiedzi na krzyki handlarza. Henry mógł być jednak dumny ze swojej załogi, nie można im było odmówić odwagi. Raczyć się trunkiem, ba, nektarem bogów, w ładowni sprzedawcy wina, który w swoich spokojnych chwilach wyglądał jak niedźwiedź gryzli na diecie złożonej z leśnych jagód, to nie lada wyczyn. W tej chwili miś tłumaczył im jak bardzo nieroztropnie zrobili. Portowy operator dźwigu, obserwując całą sytuację z góry, niezwykle delikatnymi ruchami opuszczał kolejną skrzynię, w duchu modląc się o najbardziej bezwietrzną pogodę jaką w życiu widział.
Tłum w porcie przybrał swoją codzienną formę. Ludzka masa przelewała się pomiędzy falami wody niezmordowanie próbującymi ukraść kawałek wybrukowanego nadbrzeża a ciasno ułożonymi kolorowymi kamienicami. Wszędzie gdzieś ktoś szedł, targał paczki, lub popychał przepełniony wózek. Jack stał się fragmentem tej ludzkiej rzeki, kluczył wraz z nią, płynął ku ujściu jakim było wejście do portu. Tutaj cały ten raban cichł. Nie dało się otworzyć straganu na wąskim fragmencie nadbrzeża, a i drobni kupcy, nie widząc szansy na klienta nie stawiali tutaj skrzynek z rybami. W prażącym słońcu wylegiwała się gromada kotów, która dziwnie pachniała rybą, a ich zmrużone oczy zdradzały ich poranne wybryki. Gdzieniegdzie rozrzucone resztki, też nie świadczyły o ich niewinności. Na końcu drogi stała biała latarnia. Właściwie kolor jej pozostawał umowny. Bo o ile każdy zagubiony podróżny oczekiwał spotkania właśnie z taką latanią, to piekące słońce, morska bryza i liczne grono miejscowych pijaczków miała w tym temacie odmienne zdanie. Ustalili więc wspólnie, iż latarnia jest szara i zaprzestano ciągłej renowacji. A ona przyzwyczaiła się do tego określenia, mimo, iż pragnęła być biała, pragnęła lśnić w blasku poranka. Całe noce spędzała obserwując żółtym światłem skraj ziemi. Patrzyła na czarne wody, które w delikatnych objęciach transportowały niezliczone ilości stateczków, sunących nieprzerwanie ku niej. Ku jej żółtemu oku. Jakież musiało być ich rozczarowanie, gdy w końcu przybijali do brzegu szarej latarni. Ostatni dom po lewej wyglądał nawet bardziej żałośnie niż latarnia. Przekrzywiony szyld informował, iż właśnie zbliżasz się do „Raju Przemytników”. Na wpół zatrzaśnięte okiennice i dość oszczędnie podreperowane drzwi nie zostawiały jednak złudzeń. Kolor szary byłby dla tego budynku wielkim wyróżnieniem, podobnie jak para desek, która zasłoniłaby chociaż kilka dziur. U wejścia zebrała się codzienna klientela tego przybytku, jak i również „puls miasta”, jak nazywał Jack grupkę panien obdarzających swoimi wdziękami każdego, któremu ciążyła w kieszeni moneta. Podchodząc usłyszał przytłumione szepty, jak rozemocjonowane, o czymś zaciekle dyskutowały.
- Witam miłości nocy – z uśmiechem rzekł idąc w ich kierunku. Szepty natychmiast ustąpiły, gdy cztery bujne fryzury jednocześnie odwróciły się w kierunku słów.
- Jack! – krzyknęła panna w kiedyś-za-dużo-lepszych-czasów-to-była-różowa-suknia. – Chodź, chodź. Słyszałeś ?!
- Nie … - z udawanym brakiem zainteresowania odparł.
- Znowu. Znowu się stało. Wczoraj w nocy. – słowa padały jedno za drugim. Włosy aż bulgotały z emocji, a dłonie kreśliły swój własny język w powietrzu.
- Ale co się stało? – dopytywał się Jack.
- Mary, ona … zginęła. To był on, to na pewno znowu był on. Przeklęty bękart. Czarny szatan. Tfu … - teatralnym gestem wydęła usta i z nieukrywanym obrzydzeniem splunęła prosto na buty jednej z koleżanek. Oczy obu w jednej chwili zrobiły się ogromne, jeden z oburzenia, drugiej z zaskoczenia własną niezdarnością.
- No naprawdę Sussan, musisz nauczyć się pluć jak dama a nie jak byle wywłoka. Inaczej tylko obleśne świnie będą biły się o twoje wdzięki. No chyba, że właśnie oni są w twoim typie – uśmiechnęła się złośliwie, prezentując jedną albo dwie luki w zestawie zębów.
- Ty szmato! – Sussan nie należała do bardzo elokwentnych kobiet. Dużo lepiej rozmawiała rękami, czy to przy okazji kłótni w porcie czy też podczas nocnych spotkań w ciemnej ulicy.
Jack przez chwile zastanawiał się nad potrzebą ćwiczenia „plucia jak dama” i jakie korzyści może przynieść taka umiejętność pannie Sussan. Ona, zaś tłumaczyła Kathy, najlepiej jak potrafiła, że docinki odnośnie jej klienteli są zupełnie nie na miejscu. Czupryny obu pań nastroszyły się jeszcze bardziej, a drobne fragmenty i tak już znoszonych sukienek dołączyły do resztek ryb leżących na ziemi. Dwoma szybkimi ruchami Jack złapał za nadgarstki nastroszone kwoki i lekkim ruchem odepchnął je od siebie, siła była odrobinę za duża, dawała jednoznacznie do zrozumienia, że kłótnia właśnie się zakończyła. Obie spojrzały na niego ze zdziwieniem, nigdy nie widziały aby ktoś potrafił poruszać się tak szybko i nie podejrzewały aby to wątłe ciało było w stanie wygenerować taką siłę. Zyskał w ich oczach wielkie uznanie, silny mężczyzna, który wie co robić, to byłby łakomy kąsek. Dwie pary oczy przymrużyły się przymilnie. A okoliczne koty podniosły głowy, aby znaleźć pochodzenie tego dziwnego mruczenia.
- Czy na chwilę możecie uciszyć wasze pretensje i wytłumaczyć mi o co chodzi z Mary?
- Nie żyje. Rano Robert powiedział, że znaleźli jej ciało na Willingston. – tłumaczyła Katchy rozcierając bolący nadgarstek – to samo co zawsze. Brak śladów, nikt niczego nie widział. Rozcięte gardło. I tyle …
- Nikt niczego nie widział … - Jack bezwiednie wyszeptał tych parę słów.
- Mówię wam, to szatan, diabeł wcielony. On czegoś szuka. Ja mam dosyć, nie zamierzam być znaleziona w ciemnej ulicy z bladym uśmiechem i podciętym gardłem. Mówię wam! – Sussan wyraźnie oburzona, niemalże krzyczała – ja się wynoszę z tego parszywego miasta. Ot Co! Tfu …
Tym razem w ostatniej chwili udało jej się cofnąć ze splunięciem na buty Katchy, ale napędzona emocją twarz nie zdoła utrzymać ładunku, który zebrała z taką zapalczywością. Ciecz poleciał prostą droga i trafiła w lewe oko, milczącą do tej pory Hellen. Wielka suknia aż zagotowała się z oburzenia. Trzeba przyznać, iż „milcząca” Hellen nie należała do grupy zbytnio gadatliwej. Samą swoją posturą zazwyczaj powodowała należyty szacunek, a komu nie przemawiały wystarczająco do wyobraźni rozmiary, zawsze mógł uciąć sobie krótka dyskusję z jej prawą ręką. A była ona tak skuteczna, iż wszelkie rozróby, które przydarzały się w „Raju Przemytników” trwały zazwyczaj do momentu, gdy „milcząca” nie podnosiła się ze swojego rogu i nie oznajmiła mało dyplomatycznie, iż zabawa właśnie się zakończyła. Dziwnym zrządzeniem losu, w tym momencie większość przypominała sobie o pozostawionym bez opieki „czymś”, w zupełnie innym miejscu niż tutaj. To „coś” właśnie w tej chwili okazywało się płonąć, płakać, bądź cokolwiek innego. Ważne, że to „coś” wymagało natychmiastowego przypilnowania. Bar pustoszał. Zostawali tylko ci, którzy z różnych przyczyn, nie byli w stanie zebrać w sobie wystarczającej ilości siły, aby zmusić nogi do udania się w bezpieczniejsze miejsce. Sussan ledwie zdążyła wymamrotać dwie sylaby z licznej garści przepraszających słów, które formowały się w jej przerażonej głowie, gdy prawa dłoń Hellen w sposób bardzo skuteczny udzieliła jej pierwszej lekcji: "pluć jak dama", jak pokazały kolejne dni, Sussan okazała się bardzo pojętnym uczniem.

Dni mijały swoim rytmem. Mgła wyganiana przez poranne słońce, czekała w cieniu, aż mogła powrócić w chwale wraz z ostatnimi jego przebłyskami. Noc rozlewała się, na pustoszejące ulice Londynu. Szła jak panna przez zmęczone butami kamienie, spoglądała smętnym wzrokiem na ciemne szyby zniszczonych kamienic, brała w posiadanie świat. Mogła ukryć w swoim wnętrzu co tylko chciała, pod jej płaszczem kłębiły się cienie, które za wszelką cenę chciały rozbiec się po wszystkich zakamarkach. Zabrać światło dnia i rządzić niepodzielnie w swoich małych królestwach. Wydarzenia ostatnich tygodni przyczyniły się do kompletnej pustki w krainie nocy, ludzie bez bardzo pilnej przyczyny nie pojawiali się na ulicach. Były tam tylko one, cienie.
Sussan mamrocząc coś pod nosem wracała z pracy. W kieszenie brzęczały jej monety, gdy wprawnym krokiem przemierzała kolejne skrzyżowania. Przydługą sukienkę wzięła w dłonie, ale nie po to aby uchronić jej brzegi od brudu, jaki gromadziły chodniki. Po prostu trochę się obawiała, miała jakieś złe przeczucia, ale to było jej ostatnia noc na ulicy. Gdzieś w oddali słyszała głosy, dyskutujące o czymś podniesionym głosem. Echo rozbijające się o ściany domów uniemożliwiało zrozumienie poszczególnych słów, ale nie brzmiały one złowrogo. To tylko dwójka pijaczków, wracających z nocnej eskapady, zresztą ledwo powłóczyli nogami. To akurat słychać było bardzo wyraźnie. Skręciła w Hillingston i aż się zatrzymała. Ulica wyglądała jakoś inaczej, szybkim spojrzeniem omiotła budynki, pobieżnie zerknęła w okna. Cisza i spokój. Zmrużyła oczy, próbując wyłowić cokolwiek z cieni, które prężyły się w ciemnościach. Stała i patrzyła, coś tam na nią czekało, zapraszało do siebie.
- Och Sussan, zaczynasz wariować. Przecież jesteś tu co wieczór, głupia dziewczyno – cicho mówiła do siebie, bacznie szperając w ciemnych zakamarkach. – Wychodź, nie boję się ciebie! Słyszysz?!
Krzyki przebiegły po brukowanej ulicy. Wspięły się po parapetach i uciekły w dal, ponad dachami budynków. Odpowiedziała jej tylko cisza i ciche pluski spadających kropel wody.
Nic się nie poruszyło, nic się nie wydarzyło.
- Ech. Robię się na to za stara.
Chwyciła połacie sukni i pewnym krokiem ruszyła przed siebie. Serce wybijało głośny rytm, starało się nakłonić roztrzęsiony rozum do interwencji. Wtedy też zobaczyła cień, przemykający zaledwie parę metrów przed nią. Wyglądało, jakby mgła podniosła się na chwilę z uśpienia. A potem dostrzegła oczy. Patrzyły na nią, bez złości, nienawiści czy jakiegokolwiek uczucia, lub emocji. Spoglądały na nią pusto, jak na obiekt a nie na człowieka. Chwilę później już stał naprzeciwko niej, pochylona głowa ukrywała twarz w ciemnościach. Poruszał się zupełnie bezszelestnie i z taką prędkością, iż nawet nie zdążyła drgnąć, nawet jęknąć, gdy chwycił ją za nadgarstek. Wprawnym ruchem, zawinął ją wokół własnej osi, jak tancerz obracający partnerkę w tanecznych krokach. Poczuła jak silne ramie złapało ją w talii i przyciągnęło do siebie. Słyszała jego oddech, czuła jego ciepło. Czas się zatrzymał. Zabrzmiał tylko cichy ślizg noża wysuwanego z pochwy, brzęknięcie śmierci. Ulica stała się mniej realna, odpływała gdzieś daleko. Czuła jak osuwa się na zimne kamienie, jak włosy wpadają w gęstą ciecz. Poczuła zimno. A później nie poczuła już nic. Blady uśmiech zafalował na gasnących ustach. I odeszła.
Zza rogu wyszła rozśpiewana para, trzymając jeden drugiego, szli chwiejnym krokiem. Ich opite oczy widziały najwyżej na metr przed siebie, potykali się o każdy wystający fragment podłoża. Przecinając skrzyżowanie z Hillingston, nie spostrzegli nic. Nie widzieli ciała leżącego na ziemi, nie widzieli człowieka stojącego nad nim. Nie spostrzegli kałuży krwi wciskającej się w każde zagłębienie. A już na pewno nie dostrzegli łez, które kapały z oczu czarnej postaci. Tak, tego też nie dostrzegli.

Dziennik pokładowy – Hortensja , dzień pierwszy

Stan załogi: 22 osoby
Dodatkowo: 1 pasażer
Ładownia: 22 skrzynie ( bardzo uważać! ), 1 fotel

Nastroje dobre. Pogoda słoneczna.

Racje żywnościowe: w normie

Dziennik pokładowy – Hortensja, dzień siódmy

Stan załogi: 20 osób
Dodatkowo: 1 pasażer

W czasie ostatniego tygodnia zdarzyły się dwa wypadki. Obaj marynarze wypadli w nocy za pokład. Prawdopodobna przyczyną była nieuwaga i duża ilość rumu.
Nastroje dobre. Pogoda słoneczna.

Racje żywnościowe: w normie

Dziennik pokładowy – Hortensja, dzień dwunasty

Stan załogi: 17 osób
Dodatkowo: 1 pasażer

W nie jasnych okolicznościach obserwator spadł z bocianiego gniazda. Kolejny wypadek nastąpił podczas zwijania żagli. Ostatnia osoba zaginęła.
Nastroje załogi wydają się gorsze, sprawiają wrażenie nerwowych. Pogoda Słoneczna.

Racje żywnościowe: w nadmiarze. Wyznaczono dodatkowe porcje.

Dziennik pokładowy – Hortensja, dzień dwudziesty

Stan załogi: 11 osób
Dodatkowo: 1 pasażer

Ludzie giną co noc. W chwili obecnej mamy zaledwie wystarczającą ilość osób do kontynuowania podróży. Wyznaczyłem warty w nocy w celu ochrony ludzi. Mają rozkaz strzelać, po uprzednim ostrzeżeniu. Pogoda słoneczna.

Racje żywnościowe: w nadmiarze. Wyznaczono dodatkowe porcje.

Dziennik pokładowy – Hortensja, dzień dwudziesty piąty

Stan załogi: 7 osób
Dodatkowo: 1 pasażer

Warty nie przyniosły spodziewanych skutków. Ludzie są przerażeni, twierdzą, iż jakiś demon poluje na nich. Zdarzył się również wypadek z bronią, zastrzelony został jeden z marynarzy, podejrzewany o przyczynę tych śmierci. Nie udało się tego potwierdzić, zmarł zanim zdążyłem uzyskać chodź jedno zadnie. Pogoda słoneczna.

Racje żywnościowe: w nadmiarze. Wyznaczono dodatkowe porcje.

Dziennik pokładowy – Hortensja, dzień trzydziesty pierwszy

Stan załogi: 2 osób
Dodatkowo: 1 pasażer

Statek jest przeklęty. Zostałem tylko ja i kucharz Bob. Wiem, że dzisiaj przyjdzie do mnie. Niech bóg ma mnie w swojej opiece.

Pogoda ….

Jack wspinał się na najwyższy maszt. Gdy dotarł na jego szczyt, objął kolanami poprzeczną belkę i prześlizgując się dotarł do mocowania żagla. Przecinał po kolei węzły trzymające płótno na swoim miejscu. Nie spieszył się, metodycznie i po kolei ustępowały kolejne punkty mocujące. Na środku pokładu stał kraciasty fotel. Zaś w jego wnętrzu rozparty był demon. Mrużył oczy i zdaje się, że cichutko pomrukiwał, brzmiało to trochę jakby nucił melodię. Oczywiście tylko głuchy na obydwa uszy kowal mógłby przy niej drgnąć, reszta ludzi raczej zapewniłaby grajkowi kąpiel w pierzu, lub, w przypadku jego braku, przyjaźń z bambusowym kijem. Tak czy siak, słuchać się tego nie dało. Po dłuższej chwili, mruczenie ustało. Podniósł mała głowę w kierunku punktu przemykającego się pomiędzy masztami i krzyknął.
- Naprawdę nie potrzebujemy tych wielkich płacht, aby płynąć?
- Mhm … - zabrzmiała spokojna odpowiedz z góry.
- Wiesz, było z nich chociaż trochę cienia.
- Przecież ty lubisz gorąc. Zawsze tak twierdziłeś! Robię to przecież tylko dla ciebie.
- Słusznie.
Przez chwilę demon patrzył na linię horyzontu, która wyraźnie odcinała się od nieba wypełnionego częściowo białymi chmurami. Po chwili ponownie poszukał wzrokiem postaci na masztach.
- Ty naprawdę wiesz jak kierować tym czymś. Może niepotrzebnie zabiłeś kapitana?
- Spokojnie. Zobaczysz, tak nawet szybciej będziemy u celu. Statek jest teraz lżejszy, więc będzie mógł płynąc szybciej. To oczywiste.
- Słusznie – tym razem demon był w stu procentach przekonany co do trafności decyzji. Lubił wiedzieć co się właściwie dzieje, mimo iż większość czynności wykonywanych przez ludzi była dla niego zagadką. Jako postać stworzona z ulotnej materii czasu i gęstych emocji idea mechanicznych maszyn była dla niego czymś kompletnie obcym. Czymś czego nie potrafił pojąć. Zresztą nie interesowało go to zbytnio, kółka zębate, przekładnie i inne zapadko-ustrojstwa wdawały się być czymś co się po prostu wydarzało, niezależnie od poglądu na to sprawę postronnych osób. A skoro działały to nie ma sensu wkładać tam paluchów, a tym bardziej myśli. Jack w miedzy czasie odciął wszystkie trzy żagle, które z szumem wpadły na pokład. Nóż odwiedził z pluskiem szmaragdowy ocean, a on sam powoli zaczął schodzić z masztów. Znalawszy się na pokładzie, spokojnym krokiem udał się do koła sterowego. Po drodze zabrał szablę, która wbił w pokład, zaraz po tym jak za jej pomocą umieścił wielkiego Bob-a w krainie wiecznych łowów. Dostojnie pokonał parę stopni prowadzących na podwyższenie z którego sterowało się statkiem Chwilę przyglądał się mocowaniu, po czym wziąwszy duży zamach opuścił ostrze szabli na łączenie. Uderzał tak długo, aż koło z hukiem nie upadło na deski pokładu.
- To też było za ciężkie? Wydawało mi się, że widziałem jak ktoś kręcił tym czymś, a wtedy całe to coś skręcało? – zaciekawił się demon.
- Tak, oczywiście masz rację. Widzę, że zaczynasz się wciągać w żeglowanie – pojawił się nawet uśmiech na twarzy Jack-a. Było to uśmiech numer osiem, oznaczał, iż odbiorca ma się poczuć dobrze przez trzy sekundy gdy widzi uśmiech. Bo zniknie on w czwartej sekundzie i to w sposób, który odbiorca dostrzeże i wtedy już nie poczuje się tak dobrze.
- Absolutnie mnie to nie interesuje. Te wszystkie kręciła wydają się niedorzeczne i jeśli może być ich mniej, to nawet lepiej dla mnie.
- Mhm … - kompletnie nie słuchał wynurzeń demona, zajęty był targaniem koła w stronę prawej burty. Naprężył się i opierając się o barierkę wypchnął je poza krawędź statku. Odprowadził je wzrokiem, gdy wzbijając fontannę wody znalazło się pięć metrów niżej. Stał jeszcze chwilę przypatrując się jak delikatnie postukuje o burtę statku, po czym ruszył w stronę ładowni. Miał tam przygotowane skrzynie pełne racji żywnościowych, powiązane linami i gotowe do transportu. Przeniesienie tego na główny pokład, a następnie umocowanie do jednej z szalup zajmie mu trochę czasu. Tego jednak miał wiele, aż w nadmiarze. Kursował więc pomiędzy ładownią a szalupą i przekładał zgrabnie opatulone pakunki. W tym czasie demon, obserwował to płynące w ciszy chmury, to znowu słońce, które co jakiś czas przebijało się pomiędzy ich brzegami. W końcu szalupa wyglądała jak mały statek transportowy, była częściowo zacieniona za pomocą resztek żagli i wypełniona po brzegi jedzeniem i słodką wodą. Na jej środku prężył się sklecony za pomocą lin i paru desek maszt. Żagiel łapał nieśmiałe podmuchy wiatru, wprawiając się w sztuce napędu. Jack patrzył na swoje dzieło. W mysich śledził swoją podróż starając się wypatrzyć wszelkie przeciwności jakie mogą go spotkać. Bał się, co było oczywiste, natomiast czuł również wielką silę, moc wyzwolenia.
- Skończyłeś w końcu? – niecierpliwił się demon. – czy już możemy ruszać dalej. Mam wrażenie, że nie przemieszczamy się zbytnio.
Jack wyrwany ze swoich myśli odwrócił się w jego stronę. Patrzył na tą pomarszczoną postać siedzącą w tym paskudnym fotelu i poczuł falę spokoju, która powoli spływała na niego. Zacisnął pięści i ruszył powolnym krokiem w jego kierunku. Usiadł i dalej bez słowa patrzył w zielonkawe oczy. Siedzieli na przeciwko siebie. On i jego demon. A z góry lał się żar, zupełnie jakby słońce znudziło się wygrzewaniem błękitnej tafli wody i skupiło całe swoje wysiłki na milczącej dwójce. Demon wydawał się szczęśliwy. Ciężko stwierdzić jaki właściwie był jego stan, małe pokrzywione ciało dawało tak samo mało znaków, jak puste oczy i poskręcane uszy. No ale coś sprawiało wrażenie, że w tym momencie jest szczęśliwy.
- Posłuchaj mnie teraz uważnie – zaczął w końcu Jack – czekamy teraz na zmierzch. Słońce pochyli się w końcu nad horyzontem, zabierając ze sobą ten upał, który jest tutaj od rana. Wtedy też zobaczysz mnie po raz ostatni. Wejdę na tą łódź, zerwę blokady i przy odrobinie szczęścia po około dwóch godzinach znikniesz razem z tym statkiem na zawsze z mojego życia.
- CO? – osłupiały demon zdołał wydusić z siebie tylko jedno słowo, usta na przemian zamykały się i otwierały ale żaden dźwięk się z nich nie wydobywał.
- Tak dokładnie będzie. Wiem, że z własnej woli nie będę cię w stanie opuścić, bo po dniu albo dwóch, znowu będzie mnie ciągnęło ku tobie. I właśnie dlatego rozdzielimy się w ten sposób. Ster jest zablokowany, a w ładowni pojawiło się kilka paskudnych dziur. Nie podejrzewam aby za dwa dni ten statek był gdziekolwiek indziej niż na samym cholernym dnie tego oceanu – mówił to z absolutnym spokojem. Przedstawiał tylko swój plan, który kiełkował w jego głowie już od paru miesięcy - Na tym statku zginął Jack the Ripper ( Kuba rozpruwacz - przyp. autora) , wraz z całą załogą. I zginie, ktoś jeszcze. Małe pomarszczone stworzonko, które trzyma mnie na uwięzi od paru lat. Nie wiem co się z tobą stanie, czy jesteś śmiertelny czy też nie. Mam jednak wrażenie, że nawet ty nie będziesz w stanie wydostać się z pod paru kilometrów wody.
- Sprytne … – przytaknął demon. – Napracowałeś się dzieciaczku. Pochwaliłbym bym ciebie, gdyby nie to, że po tym wszystkim co dla ciebie zrobiłem, ty odpłacasz mi się w ten sposób. Dałem ci moc, niewyobrażalną siłę. Byłeś jak bóg, ty plugawy, mały człowieczku.
- Owszem dałeś mi moc, tylko, że zrobiłeś ze mnie potwora. Zabrałeś mi wszelkie uczucia, emocje, które tworzą ze mnie człowieka i przekształciłeś w narzędzie mordu. Idealną maszynę śmierci i nic więcej. A ja nigdy cię o to nie prosiłem, nigdy tego nie chciałem.
- Kłamiesz. I dobrze o tym wiesz. A teraz idź, zejdź mi z oczu. Wracaj do świata, którego ani nie potrzebujesz ani nie chcesz, tylko że sam musisz się o tym przekonać.
Jack poczuł jak drobne myśli zaczynają trącać jego postanowienie. Może on miał rację, może faktycznie wtedy w tym mieszkaniu poczuł cel swojego życia. Może nie odszedł od niego do tej pory, bo tak naprawdę właśnie tego pragnął. NIE. On przecież dokładnie tak działał, zaczyna podsyłać ten jad, który go dręczy, wypacza jego samego. Namawia i przymila się, tylko po to aby zaraz zapędzić go w kierunku ciemnej ulicy z nożem w dłoni. By zabrać czyjś oddech, zabrać czyjeś życie. Puste oczy i blady uśmiech, wszystkie one miały blady uśmiech. Uśmiech jego porażki z samym sobą. Zasłonił dłońmi twarz, przycisnął je tak mocno, że aż zbielały kostki, a przed oczami zaczynały pojawiać się drobne błyski. Uspokoił oddech i wstał. Popatrzył ostatni raz na to stworzenie i na jego fetysz, kraciasty fotel. Po czym ruszył w kierunku zapakowanej łodzi. Dwie godziny później Hortensja wyglądał już tylko jak mała plamka na bezkresnym oceanie ciszy.

Fale kradły drobinki piasku. Po każdym uderzeniu zostawiały odrobinę mniej kwarcowych ziarenek. Pochylona postać kroczyła samą linią tego frontu. Stopy drażniły zarówno spienioną wodę, gdyż nie pozwalały z dostateczną siłą uderzyć w piaskowego wroga, jak i spokojną plażę, gdyż ta musiała wypychać ślady jakie zostawiały ciężkie buty. Nad Nowym Yorkiem wstawał dzień, kula żółtej lawy rozpoczynała swój marsz w kierunku zachodnich kresów. Chwilowo dawała tylko drobny szept światła, zostawiała jedynie jego obietnice. Był on jednak na tyle głośny, iż budził stada śpiących mew, które powoli zaczynały domagać się od świata uwagi.
Jack nie słyszał ani ich krzyków, ani też nie widział dnia który rysował się na niebie. Szedł wpatrzony w swoje buty, które co chwila niknęły pod naporem fal. Rytuał porannego spaceru rozpoczął się prawie dwa lata temu, kiedy przybył tutaj w swojej łodzi. Wtedy ten poranny spacer napełniał go cudownym uczuciem szczęścia, błogości. Potrafił siedzieć na tej plaży i patrzyć się na płynące statki godzinami. Z czasem jednak zaczęło ogarniać go dziwne uczucie tęsknoty, które w końcu wygoniły resztki uśmiechu z jego duszy. Dzisiaj oczy były tak samo puste jak wczoraj, tak samo puste jak tydzień temu. Trwał odrętwiały w swoim życiu i nie potrafił znaleźć niczego co chociaż na chwilę wyrwało by go z tego stanu. Jego codzienna ścieżka kończyła się przy małym molo, które nieśmiało wgryzało się w ciemną wodę. Było to ulubione miejsce miejscowych wędkarzy, którzy mimo iż wyciągali tutaj co najwyżej kilka marnych ofiar, potrafili siedzieć tutaj od rana do wieczora. Podniósł głowę w poszukiwaniu znajomych twarzy i znieruchomiał. Dwóch mężczyzn taszczyło, przy akompaniamencie sapnięć i prychnięć, jakiś wielki przedmiot. Zostawiał on za sobą ścieżkę wody, która momentalnie wchłaniana była przez kopce piasku. Jack przechylił lekko głowę mrużąc oczy, aby jak najlepiej przyjrzeć się ich znalezisku.
Słońce dotarło ponad krawędź budynku straży nadbrzeża i rzuciło jasny snop światła na drewniane deski molo i dwójkę tragarzy. W ich dłoniach spoczywał wielki kraciasty fotel.
Fale z jeszcze większą zaciętością zaczęły atakować buty spacerowicza, piasek pożerał jego podeszwy, ale on tego nie czuł. W sercu właśnie eksplodowała cudowna bomba. Uśmiech wpadł na twarz, rozbijając po drodze cienie pod oczami, zmarszczki i tęskniące oczy. Cząstka jego właśnie do niego wróciła, ta sama cząstka, która tak bardzo starał się usunąć ze swojego życia.
Widział, że wcześniej czy później jedyny właściciel fotela powróci - zasiądzie w nim i znowu będzie rozporządzał jego życiem. Boli, ale bolało bardziej gdy go nie było, a tylko określoną ilość bólu jesteśmy w stanie wytrzymać ...
Bardzo proszę o komentarz ...

Data:

 2013-06-28

Podpis:

 kbp

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75574

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl