DRUKUJ

 

Idzie Wiosna, rozdział 37.

Publikacja:

 13-11-16

Autor:

 idzie_wiosna
Wyszedłem z łazienki, do której niemal uciekłem czując nagle wyjątkowo mocno jak bardzo chce mi się sikać, jak bardzo potrzebuję pozbyć się tego wszystkiego, co się we mnie nagromadziło. Niemal uciekłem sprzed drzwi pokoju Aśki jakbym się czegoś wystraszył, jakbym się nagle zaczął bać, że mój podrażniony, wciąż jeszcze napięty choć już nie tak zdecydowanie jak tam na dole, jak w kuchni penis nie będzie w stanie dłużej utrzymać tego wszystkiego w sobie, że po prostu, jak małe dziecko, jak nigdy wcześniej mi się, z tego co pamiętam coś takiego nie przydarzyło, zsikam się w spodnie.
Wyszedłem patrząc z tym niezrozumiałym niepokojem na te drzwi, przed którymi się wcześniej zatrzymałem. Chciałem przejść obok, ominąć je i jak najszybciej wejść do swojego pokoju ale jednak, sam nie wiem dlaczego zatrzymałem się przed drzwiami Aśki pokoju tak samo, jak przed chwilą, jak zanim uciekłem stąd do łazienki tu stałem, jak dokładnie tu, w tym samym miejscu się zatrzymałem. Dokładnie tak, jak przed chwilą, jakbym chciał sprawdzić czy to możliwe, że tak tu, pod tymi drzwiami pustego przecież teraz pokoju stałem położyłem swoją dłoń na zimnej, metalowej klamce nie naciskając jej jednak.
…nosz kurwa... - pomyślałem sam się sobie dziwiąc, że akurat teraz mi to zakołatało we łbie - …nie jedna marzy o tym, żeby się ze mną przespać a tu o ironio, trafiła się taka, z którą choć tego chcę, choć pragnę tego, to jak na złość za cholerę nie mogę... nie umiem... za cholerę nie potrafię otworzyć tych drzwi… eee...
Wyjątkowo rozdrażniony gwałtownym ruchem, jakby ta klamka zaczęła mnie nagle parzyć w dłoń zabrałem swoją rękę i odwracając się poszedłem zbyt chyba nerwowym krokiem do swojego pokoju postanawiając, że sweter wezmę jednak później, że wejdę do pokoju i wezmę go nie teraz a dopiero wtedy, jak będę wracał na dół.
Nie spiesząc się już, przekornie wykonując teraz wszystkie czynności wyjątkowo powoli, wręcz ślamazarnie wszedłem do środka zostawiając za sobą otwarte drzwi. Podszedłem do szafy, wyjąłem z niej kapelusz i założyłem go na głowę. Uśmiechnąłem się i wolno, celowo przeciągając te wszystkie czynności, chcąc odwlec mój powrót na dół, może nawet bojąc się zejść z powrotem do czekającej tam przecież na mnie Joanny odwróciłem się i podszedłem do biurka. Zastanawiając się, czy czasem nie usiąść sobie w fotelu i posiedzieć tu trochę w samotności powoli uniosłem leżące na biurku okulary. Patrząc obojętnym wzrokiem w okno założyłem je.
Przez chwilę poprawiałem je, jakby miało to jakieś wyjątkowe znaczenie, jakbym się szykował do jakiegoś ważnego wystąpienia, do występu przed jakąś nie znaną mi publicznością, westchnąłem przeciągle, poprawiłem jeszcze kapelusz mocniej go przy tym wciskając na głowę jakbym się nagle zaczął obawiać jakiegoś zdradliwego podmuchu wiatru i z ociąganiem, jakby czekało mnie coś niezbyt miłego wyszedłem z pokoju.
Szybciej niż chciałem, bo już po chwili stałem znów przed drzwiami pokoju zajmowanego przez Aśkę. Powoli, delikatnie, starając się to zrobić całkiem bezszmerowo nacinałem klamkę i uchyliłem drzwi. Z dziwnym przejęciem, czując się tak, jakbym wchodził do jakiegoś szczególnego miejsca otworzyłem je i wszedłem niemal na palcach do środka. Bez trudu odnalazłem leżący na stojącym obok ławy fotelu mój sweter. Gruby, ciemnogranatowy, niemal czarny golf, ten sam, który dziewczyna miała już na sobie, miała i tydzień temu, jak sprinterem pana Mariana byliśmy w Szczecinie i wczoraj, jak leżała w nim na balkonie. Miała go też przecież i we Wrocławiu, bo przez ten cholerny telefon nie mogła się ze mną skontaktować i oddać mi go. Uśmiechnąłem się czując jakieś dziwne zadowolenie z tego, że Aśka tak wyjątkowo właśnie ten mój sweter polubiła.
Spojrzałem na stojący na ławie wazon z kwiatami i wciąż jeszcze leżące tam pudełeczka z rajstopami pozostawione tak, jak je dziewczyna jeszcze wczoraj, przy mnie położyła i samym już faktem, że wciąż tu leżą sprawiające wrażenie, że jakoś niezbyt chyba ten mój prezent jej się spodobał. Chwilę patrzyłem na ławę z żalem myśląc, że z pewnością nikt już na niej nie usiądzie w taki sposób jak lubiła to robić Agata i mimowolnie, zupełnie nie zastanawiając się nad tym co robię uniosłem trzymany w ręce sweter w górę. Nie wiem po co to zrobiłem, po co uniosłem go i przytknąłem do twarzy. Wcale się zresztą nad tym nie zastanawiałem. Stojąc w bezruchu wciągnąłem mocno powietrze nosem chcąc może wyczuć w nim resztki Aśki zapachu i zamarłem wstrzymując oddech.
Dopiero po jakiejś chwili wypuściłem powietrze. Opuściłem rękę i westchnąłem stojąc i wciąż jeszcze nie mogąc się zdecydować by zejść do czekającej na mnie dziewczyny. Pomyślałem, że chyba niezbyt normalnie się dzisiaj zachowuję, że coś się ze mną dziwnego dzieje bo stoję tu niepotrzebnie a matka korzystając z tego, że mnie tam nie ma gada już pewnie coś do Aśki, coś już jej bredzi i Aśka z pewnością będzie na mnie zła, że tyle czasu to wszystko trwa. Chcąc nagle nadrobić stracony czas szybko odwróciłem się w stronę drzwi i w pośpiechu wyszedłem z pokoju.
Niemal nimi trzaskając, a w każdym razie stanowczo zbyt głośno zamknąłem drzwi i śpiesząc się zacząłem schodzić schodami w dół. Na całe szczęście nie słyszałem żadnych niepokojących odgłosów, nie słyszałem by matka rozmawiała z Joanną, w ogóle jak byłem na górze to chyba nie było jej słychać, w każdym razie ja nie słyszałem by rozmawiały a dźwięki dobiegające teraz z kuchni świadczyły, że matka zajęła się myciem naczyń. A może, pomyślałem czując, że znów zaczynam się denerwować zdążyła już powiedzieć Aśce coś takiego, że dziewczyna po prostu wzięła i wyszła z kuchni? Nie rozmawiają bo ta już jej coś nagadała? Może obraziła ją, tak jak mi pieprząc coś niepotrzebnie o tych różowych spodniach?
Nagle, będąc już na samym dole schodów, stając już niemal na leżącym w przedpokoju na podłodze chodniku spostrzegłem stojącą i czekającą na mnie Wiosnę. Stojącą o krok od drzwi wejściowych, tyłem do nich i niemal dokładnie na wprost mnie. Stojącą tak, jakby stała pośrodku sceny i czekała na rozpoczęcie akcji. Jakby za chwilę miała zacząć grać. Jak aktorka pewna swej wartości czekająca na brawa, które za moment powinny się rozlec.
Widok spokojnie, w tym niespodziewanym, wręcz zaskakującym bezruchu czekającej na mnie dziewczyny niemal mnie zamurował. Joanna wyglądała teraz tak wyjątkowo, tak zjawiskowo, że zatrzymałem się w pół kroku, zamarłem w bezruchu bojąc się wypuścić wciągnięte przed chwilą do płuc z rozmachem powietrze, bojąc się, że mogę jego świstem, nikłym tylko szmerem, niepotrzebnym jakimś ruchem coś zepsuć, wystraszyć tą stojącą tak zaskakująco niespodziewanie i czekającą tu na mnie Joannę, sprawić, że nagle rozpłynie się jak ta zjawa, jak ta mara co mnie na górze kilka już razy nawiedziła, która w tak trudny do wytłumaczenia sposób igrała sobie ze mną.
Zamarłem na chwilę, na moment tylko bezmyślnie patrząc wyjątkowo jej tu obecnością zaskoczony. Bałem się poruszyć, bałem się odezwać, bałem się, że mogę w ten sposób coś zepsuć, bałem się, że najmniejszy nawet szmer może sprawić, że to co zobaczyłem, to co teraz widziałem, że ten niemal nierealny widok stojącej tu i patrzącej na mnie dziewczyny nagle może się rozmyć, prysnąć jak mydlana bańka pozostawiając tylko żal, że nie ma już czegoś tak wyjątkowo pięknego, czegoś co zrobiło na mnie aż tak silne wrażenie.
Joanna stała w rozkroku lekko pochylona do przodu i oparta obiema rękami o znajdujący się przed nią, wyglądający jak jakiś teatralny, jakiś kabaretowy rekwizyt parasol uśmiechając się cały czas tak wyjątkowo i tak zagadkowo. Uśmiechała się samymi tylko kącikami lekko rozchylonych ust patrząc dumnym, pewnym siebie wzrokiem prosto w moje oczy, patrząc przed siebie, choć nie wiem czy akurat teraz mnie dostrzegając tak, jakby właśnie takiej reakcji się spodziewała, jakby była pewna, że dokładnie w ten właśnie sposób się zachowam spostrzegając ją tu, spostrzegając ją stojącą o krok od drzwi z tą wyjątkową wręcz pewnością siebie i cierpliwie czekającą na mnie.
Uśmiechała się w ten tak tajemniczy sposób, tak do złudzenia przy tym przypominając swoim wyglądem, tym strojem i tą zbyt dobrze mi skądś znaną postawą Agatę, że nagle zupełnie zgłupiałem. Nie miałem pojęcia co mam ze sobą zrobić zachłannie wpatrując się w stojącą i czekającą, niemal idealnie na środku przedpokoju jakby pozowała do zdjęcia dziewczynę najwyraźniej czekającą nie tyle na mnie co na coś, co właśnie miało się wydarzyć, co powinno teraz nastąpić a czego ja nie potrafiłem odgadnąć. Może czekała tylko na to, że właśnie teraz coś powiem, że powiem to coś, co właśnie teraz powinienem powiedzieć, powiem to czego stojąca niczym jakiś jedyny w swoim rodzaju posąg i patrząca tym dumnym, paraliżującym mnie wzrokiem oczekiwała ode mnie.
Joanna wyglądała tak, jakby ktoś ją tu specjalnie ustawił po to właśnie by zrobiła na mnie to piorunujące wrażenie i tak upozował, że zrobione właśnie teraz zdjęcie ukazywałoby stojącą dziewczynę, stojącą pewnie i tak wyraziście, tak idealnie w każdym chyba szczególe symetrycznie, z jakąś pedantyczną wręcz dbałością upozowaną, że gdyby przeciąć to zdjęcie na pół, wzdłuż przebiegającej przez jego środek pionowej linii, to każda z połówek byłaby lustrzanym odbiciem tej drugiej.
Patrzyłem w milczeniu na czarny sweterek wpuszczony w skórzaną, idealnie opinającą jej biodra spódniczkę, w dziwnie rzucające się w oczy, niemal całkiem odkryte, niemal w całości tak, że bardziej by to już chyba nie było możliwe wyeksponowane nogi dziewczyny okryte łagodnie lśniącymi, cielistymi i wyjątkowo przez to kuszącymi wzrok rajstopami. Widziałem te czarne, tak łudząco podobne do botków Agaty nowiusieńkie, dopiero co wyjęte z pudełka buciki i coś mi nie pasowało w tej idealnej symetrii, coś wyraźnie kłóciło się w mej świadomości z widokiem tak stojącej i tak ubranej dziewczyny. Ta symetria była coraz bardziej niemożliwa do przyjęcia, z każdą chwilą coraz mniej pasująca do tkwiącego wciąż w mej pamięci obrazu stojącej w podobny sposób dziewczyny, że aż zaczynało mnie to z wolna denerwować.





dalszy ciąg znajdziesz na:
http://www.idziewiosna.blox.pl
zapraszam

Data:

 sukcesywnie od 2005 r

Podpis:

 Maciej K.

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=75961

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl