DRUKUJ

 

Uroboros

Publikacja:

 13-11-27

Autor:

 Yemoon
Podążam w mrok. Uciekam od światła. Z każdym krokiem dalej i dalej. Może on przez jakiś czas osłoni mnie przed prześladowcami. Wiem, że to próżne nadzieje, ci co mnie ścigają, żyją w otchłaniach mroku. Przed nimi nie ma ucieczki.
Przedzieram się przez zagajnik. Gałęzie drzew ocierają ręce do krwi. Potykam się o wystające korzenie. Nawet one dziś są przeciwko mnie? Byłoby mi lżej, gdybym porzucił wleczony za sobą pakunek. Dwie włócznie, przewiązane resztkami jakiegoś sztandaru. Jakiego? Nie ma znaczenia, ci nad którymi łopotał na wietrze, wszyscy przepadli. Po co więc go targam? Bo leży na nim mój najlepszy przyjaciel. Nie jest w stanie chodzić. Coś urwało mu obie nogi. Nie wiem co, bo w tym samym czasie jakaś bestia o nieprawidłowym zgryzie wbijała mi kły w łopatkę. Widać, w piekle nie używają aparatów ortodontycznych. Udało mi się urwać jej łeb, niestety nie na tyle szybko, aby pomóc mu na czas. A mieliśmy sobie nawzajem pomagać. Może to więc wyrzuty sumienia. Do dupy z psychologią, to już i tak jest martwa nauka.
- Peter? - usłyszałem zza pleców cichy szept. Ze strachu omal nie puściły mi zwieracze.
- Cholera Mark, prawie się zesrałem. Tamci mieliby „pachnącą” ścieżkę prosto do nas – rzuciłem ponury żart.
- Co się stało? Czemu mnie ciągniesz, gdzie jesteśmy? - pytał coraz natarczywiej. Nigdy nie należał do cierpliwych.
- Straciłeś nogi, obie – nie lubię owijania w bawełnę.
- Dziwne, bo je czuję.
- Jakoś łapiduchy to określali. Nie pamiętam jak.
- A co z bitwą? - wreszcie jakieś sensowne pytanie.
- A co kurwa myślisz? Gdybyśmy wygrali, to leżałbyś na złotogłowiu, a dziewice wlewałyby ci nektar do ust. Widzisz tu jakąś dziewicę? - poniosło mnie, ale okoliczności były jednoznaczne.
Otaczał nas nieprzenikniony ciemny, odwieczny bór. Groteskowo poskręcane potężne konary, tak wysokie, że najmniejszy promień światła nie był wstanie się przez nie przecisnąć. Dlatego wybrałem taką drogę ucieczki, jedyna szansa, by skrzydlaci wrogowie nie mogli nas dostrzec. Choć to i tak tylko wydłuży naszą agonię. Wyrok zapadł, pozostało czekanie na koniec.
- Co z Leną? - zapytał pozbawionym nadziei głosem.
Nie chciało mi się odpowiadać. Zerknąłem na niego przelotnie. Z brudnych, pozbawionych przez ogień rzęs, spłynęła pojedyncza łza. Musiało go cholernie boleć. Nie miałem środków przeciwbólowych, wyczuwałem smród gnijącego mięsa, bijący z zaropiałych kikutów jego nóg. Nic nie można zrobić. Byle do przodu, by moment spadnięcia mojego łba odsunąć choć o moment.
Przełożyłem prowizoryczne nosze na drugi bark, zacisnąłem zęby i podreptałem dalej. Sunąc krok za krokiem w nieznanym kierunku, wracałem pamięcią do nieodległych w czasie przełomowych wydarzeń.
Przeżyłem swoje życie bez spektakularnych momentów. Jak każdy inny człowiek urodziłem się, chodziłem do szkół, pracowałem, założyłem rodzinę, wybudowałem dom i w końcu umarłem. Jak wielu naiwniaków przede mną, liczyłem że trafię do Raju, w końcu nic złego nie zrobiłem. Chodziłem regularnie do najbliższego kościoła, spowiadałem się, dawałem datki na cele społeczne. Nikogo nie zabiłem, nie okradłem. O tych kilku batonach w dzieciństwie, kto by pamiętał? Czy to takie dziwne, że liczyłem na dobre potraktowanie po śmierci? A tu zdziwienie i dupa. Zobaczyłem jasność, długi świetlisty tunel. Jak dotąd standard. Poszedłem w jego kierunku. Z uśmiechem na ustach można by rzec. Ze światła wysunęła się mocarna dłoń i przyciągnęła do siebie. Zobaczyłem niebiańsko cudowne oblicze. Otoczone aureolą światła. Czyli, że jest dobrze.
- Wstawaj ćwoku, czego się gapisz, anioła nie widziałeś? Kolejny przygłup mi się trafił do pobudki. Ledwo sto lat w grobie poleżał i już udaje zdziwionego – po takim powitaniu przez jakiś czas dochodziłem do siebie.
Okazało się, że do Raju jak najbardziej się kwalifikuję. Proszę bardzo. Jest jednak mały haczyk. Ostateczne starcie między dobrem a złem. Zwycięzca zagarnia wszystko. Jeżeli wygrają ci w niebieskich mundurkach, dostają puchar i pełen serwis wszelkich usług po kraniec czasów, wszechświata, czy czegoś tam. W wersji zwycięstwa czerwonych czytaj piekielnych, to my zostajemy sługami ciemności i jesteśmy na ich każde skinienie. Niby układ jasny, ale wierzcie mi czy nie, kapcia w gębie czułem przez zajebiście długi okres. To kurna przez całe życie nie piłem, baby po gębie nie lałem, o przyjemnościach cielesnych nie wspominając. Nawet marychy nie paliłem. No może troszkę z żalami się zagalopowałem. Nic mocnego nie brałem i koniec kropka. A teraz mówią mi, że przedstawienie dopiero się zacznie? Cóż było robić? Na skargę nie było do kogo iść. Wszyscy kapłani, wszelkich istniejących religii ogłosili świętą wojnę.
Najpierw spotkali się przedstawiciele obu stron konfliktu, po to aby ustalić warunki. Pytanie o rodzaj broni było podstawowym problemem. Co to za walka, gdy strony włączają przyciski komputerów, z silosów wylatują głowice i po zawodach. Mało honorowe, nie? Po wielu negocjacjach ustalono, że dozwolona jest broń biała, pazury, zęby i to co kto ma. Ponieważ walka dotyczyła wszystkich, każda istota miała wziąć udział bezpośrednio w walce. Załóżmy, że urodziłeś się i po kilku dniach zmarłeś. Nic straconego! Korzystając z nieograniczonych pokładów energii, stawałeś się dorosły. W ten sposób wszystkie istoty kiedykolwiek żyjące, zostały doprowadzone do optymalnego stanu zdrowia i wieku. Musiały tylko podjąć jedną decyzję. Po której stronie stajesz? Bez wyjątku wszyscy, kobiety, dzieci, niepełnosprawni i święci.
Oczywiście nie każdy posiadał umiejętność posługiwania się białą bronią. Tę trudność załatwiono, poprzez kilkuletni okres przygotowań. Mamy czasu pod dostatkiem. Przecież walczymy o wieczność, kilka lat w tę, czy w tamtą stronę nie stanowi problemu. Problemy z prowiantem? Nikt nie potrzebował jeść i pić. Liczy się tylko ostateczny wynik. Dobrze, że z rozpędu nie zablokowali boskimi metodami innych potrzeb. Z drugiej strony może i lepiej gdyby to zrobili. Jeżeli mamy w kwiecie wieku miliardy osobników czekających na śmierć, co może przyjść im do głowy?
I tak dobrze, że ktoś pomyślał i zablokowano możliwość prokreacji, ale nie towarzyszące temu czynności. To się działo. Niektórzy dostąpili rajskich przyjemności przed finałowym spotkaniem. Chcesz, trenuj takie sporty kontaktowe jakie chcesz. To co nieuniknione nadciąga.
Pole bitwy nie mogło znajdować się na Ziemi, zostaliśmy przeniesieni w jakiś inny wymiar. Na tej płaszczyźnie energetycznej niektóre myśli, szczególnie mocno zakorzenione stawały się istniejącymi bytami. Całe życie marzyłeś o lataniu? Tak mocno, że stało się to prawdziwą obsesją? Okazywało się, że posiadasz dar lewitacji. Nieskończone ilości możliwości.
W końcu musiał nastąpić Ten Dzień, po nim nastąpiło Wielkie Polowanie. Przegraliśmy. Po wieczność i najgłębsze głębiny piekieł zapamiętam odgłos pierwszego zderzenia obu armii.
Ocknąłem się z letargu. Jeszcze w uszach słyszałem rozdzierający uszy łomot. Serce waliło mi jak dzwon. Siedziałem na powalonym konarze drzewa. W rękach kurczowo ściskałem końcówki noszy. Nie byłem wstanie rozprostować palców. Na wyciągnięcie dłoni, twarzą w twarz, wpatrywało się we mnie potworne monstrum. Pokryte włosami uszy nasłuchiwały wszelkich odgłosów, obracając się na boki jak u psa. Ostre rysy twarzy, spiczasty pysk, wystające kły, obrazu latającego nieszczęścia dopełniały wyrastające z pleców skrzydła. Harpia w najczystszej postaci. Patrzyła mi uważnie prosto w oczy. Napawała się moim przerażeniem, czerpała z niego siłę. Rozwidlonym językiem otarła końcówki kłów.
- Cześć maleńki. Może się zabawimy? – przejechała mi ostrymi jak brzytwy szponami po wewnętrznej stronie ud. – Dawno nie miałam świeżego mięska w ustach. Staniesz na wysokości zadania? – zachrypiała w parodii śmiechu.
Wpakowałem się w szambo. Zamyślony, idąc bezmyślnie przed siebie, przysiadłem na krawędzi niewielkiej polanki. Gdyby zmęczenie zmogło mnie, gdzieś w głębinach lasu, byłbym bezpieczny. Na otwartej przestrzeni stałem się łatwym celem. Na dodatek miałem wątpliwą przyjemność natknąć się na bestię o ludzkim pochodzeniu. Były to istoty ludzkie, które ze względu na balast złych doświadczeń opowiedziały się po stronie mocy ciemności. Tacy byli najgorsi, zwykłą piekielną bestię można było przerazić wzywając Boga, czy robiąc znak krzyża. Działały bezmyślnie, odruchowo jak wytresowane psy. Przez tysiąclecia uciekały przed symbolami wiary, działało to nadal. Głupie pokraki. Ten numer nie działał z ludzkimi odmieńcami. Na to byli za cwani, za dużo w życiu przeszli bólu, nie reagowali strachem, lecz obłąkanym szaleństwem. Przemiana w potwory następowała za ich zgodą. Można powiedzieć, że teraz pokazywali swoje prawdziwe oblicza, ukrywane za życia.
- Hej maleńka! – wydyszałem. – Coś za dużo leżałaś w solarium. Przyjarałaś się za mocno – całe ciało miała w kolorze przypalonej czekolady. Wskazałem na dwa wiszące trójkąty. – Tak w ogóle to jestem miłośnikiem miseczki D, a poza tym skończył mi się krem nawilżający. Nic z tego nie będzie – raczej nie załapała podtekstu, chwyciła mnie szponiastą łapą za szyję. Cholera, manicure też byłby wskazany.
- Urwę ci łeb – zagroziła.
- Zaraz – próbowałem zebrać się do kupy. – Skąd jesteś? – iskierki szaleństwa w oczach nieco przygasły, czyżby resztki inteligencji? Próbowała sobie coś przypomnieć.
- Z Torunia – odpowiedziała cicho.
- Nie pierdol, naprawdę? – ściemnianie to podstawa, nic innego nie zostało. – Byłem tam ładnych parę razy. Pierniki, Kopernik, Krzywa Wieża – wyrzucałem słowa jak z karabinu maszynowego. Każde z nich działało jak uderzenie ciężkiej artylerii. Stwór cofnął łapsko, przyjrzał się swoim krzywym dłoniom.
- Siostro Polko – kontynuowałem ciężki ostrzał. – Co stało się z tobą? Czemu odwróciłaś się od rodaków? Od najbliższej rodziny, dzieci, wnucząt – powiedziałem coś nie tak, bo rzuciła się na mnie. Przewróciłem się plecami na miękki mech. Ledwo udało mi się trzymać ją na długość łokcia. Dyszała z wściekłości.
- Pieprzone wnuczki, sama na rękach nosiłam, od maleńkiego karmiłam. A one zostawiły mnie samą, okradły, śmiały się i wyzywały od moherów. Znalazłam je i wyrównałam rachunki. Wyrwałam im flaki. Ja i moje sąsiadki, wszystkie wyrównałyśmy rachunki – z każdym słowem zbliżała do mnie swój pysk.
Traciłem siły w przerażającym tempie. Nie miałem szans w tym pojedynku. Kły coraz bardziej zbliżały się do mojej twarzy. Jej paląca ślina zalewała mi oczy, działała jak gaz pieprzowy. Co za koniec, zginąć z rąk dewociarskiej babci. Współczuję jej wnuczkom, w następnym cyklu będą jej służyć po wieki wieków. Dobrze, że moja zmarła na tyle wcześnie, że mi to nie grozi. Co innego z teściową. Nie spotkałem jej w okresie przygotowawczym, moja żona jakoś dziwnie przemilczała ten temat. Wiem jedno, jeżeli będzie mogła mnie dorwać, mam przejebane.

Ebook do kupienia na amazonie, oraz bezpośrednio u autora.

Data:

 1997

Podpis:

 Ernest

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76020

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl