DRUKUJ

 

Keep on Singing - Rozdział 5

Publikacja:

 13-12-31

Autor:

 Sheena
Auvers-sur-Oise, 1 czerwca 1984

Lato przyszło wcześniej niż zapowiadano i rozpanoszyło się w Paryżu dokuczliwym, determinującym skwarem. Barwy przybierały na swym nasyceniu, zapachy na intensywności; wszystko stawało się albo tak piękne, że zniewalające, albo przytłaczające, zbyt napastliwe w swym niedostrzegalnym dotychczas jestestwie. Odwrotnie było z Paddy’m. Jego przebojowość na tle lata bladła. Od koncertu na Placu Zgody, przełomowego dla obu zaprzyjaźnionych rodzin, chłopiec izolował się i wycofywał, nawet w stosunku do Maddie zupełnie obojętniejąc. A starzec nie mógł tego nie spostrzec. Stał właśnie w progu autobusu, na najniższym schodku, zanurzając raz po raz wąsy w kubku z mrożoną kawą. To był pierwszy dzień od niepamiętnego już dawna, kiedy podjął decyzję o przerwie w występach i zwyczajnym wypadzie za miasto, daleko od zgiełku, do lasu. Dzieci, choć zaskoczone, przyjęły to z entuzjazmem i każde – w zależności od upodobań – spędzało czas aktywnie, na świeżym powietrzu, nie będąc skrępowanym ani sztywnymi ramami czasowymi, ani obowiązkami. I tak Barby na przykład, zafascynowana ostatnio tańcem, pląsała boso po łące. Jej długie blond loki, lekkość ruchów i gracja sprawiały, że wyglądała w soczystej zieleni jak urokliwa, a eteryczna rusałka, w każdej chwili gotowa pierzchnąć lub rozpłynąć się dosłownie w powietrzu, lub wzbić się w przestworza i odlecieć z babim latem w stronę słońca. Była tak urzekająca, tak bardzo podobna do matki, że Dan, oczarowany, patrzeć mógł na nią godzinami. Od jej piękna odciągnęła go Maite, pięcioletnia kabarecistka. Parodiując figury swojej starszej, oddającej się baletowi siostry, podrygiwała za nią w komicznych i pociesznych podskokach, nucąc rymowankę „Humpty Dumpty” i burząc tym samym magię hipnotycznego widoku. Dan zaśmiał się krótko i głową z zachwytem pokiwał. Wyszedł na zewnątrz, choć nie czuł się tego dnia dobrze. Drogę, niespodziewanie, przeciął mu drałujący z wrzaskiem Angelo. Trzylatek, chybocząc się na swoich krótkich jeszcze nóżkach, uciekał co tchu przed Joey’em. Kiedy z drugiej strony, zza autobusu, wyskoczył mu Johnny, zatrzymał się, odwrócił za siebie i zmienił kierunek, z jeszcze gorszym jazgotem pędząc do Patricii. Patricia zaś odpoczywała na leżaku. Wertując jakieś czasopismo oraz popijając bezustannie lemoniadę, sprawiała wrażenie rozdrażnionej panującym hałasem. Azylu jednak udzieliła, co John skwitował wyrażającym bezradność westchnieniem, a Joey postulatem o zwrócenie zośki, czyli wykonanej z pęczka włóczki piłki, którą grali, a w której junior upatrzył sobie znakomitą, znakomitszą od własnych zabawkę. Dan nie wiedział, czy Patricia się ugięła, bo Chloe, córka Louisa, zaniosła się nagle gwałtownym i niezmordowanym płaczem. Na nic zdały się zapewnienia Kathy, że jej tata i siostra zaraz wrócą. Odkąd jeździli codziennie do szpitala, dziewczynka stała się marudna i przewrażliwiona, a gdy ktoś jej czegoś odmawiał lub coś nie szło po jej myśli, wpadała w prawdziwą, agresywną niekiedy histerię.
- Mogliby jednak zabierać ją ze sobą. – Jim się zjawił znienacka.
- Szpital to nie miejsce dla dzieci.
- Madeleine wujek zabiera.
- Maddie to co innego.
Chłopiec wbił w ojca zdumione, domagające się wyjaśnień spojrzenie. Dan jednak cmoknął tylko z przekąsem. Nie chciał tłumaczyć Louisa, z którego decyzjami sam się ostatnio nie zgadzał.
- Gdzie jest Paddy? – Zmienił szybko temat. – Mieliście się przecież nie oddalać.
- Mówił, że idzie nad rzekę. – Jimmy, jakby nigdy nic, wzruszył apatycznie ramionami. Niańczenie dzieci nie leżało w kręgu jego upodobań. – Nie zgubi się, nie utopi – dodał po namyśle. – Znów coś pewnie bazgrze w swoim zeszyciku.
Starzec się rozejrzał. Coś mu w tym wszystkim nie grało. Objął wzrokiem polanę i hasające po niej córeczki, leżak Patricii i negocjujących z nią braci, Kathy na kocu, nadpobudliwą Chloe…
- W tamtym „zeszyciku”? – Wskazał na koniec na leżący przy dziewczynce notes.
Jim powiódł za nim spojrzeniem. I oniemiał.
- Paddy bez niego nigdzie się przecież nie rusza – wyjaśnił sam sobie i spojrzał z przestrachem na ojca.
Coś w starcu pękało. Wiedział przecież, obserwował syna od tygodnia! Wiedział, że Paddy nie sypiał. Wiedział, że stracił apetyt. Wiedział, że coś się stało, lecz w natłoku codzienności i pod presją wciąż mknącego czasu odwlekał tę chwilę, rozmowę… odwlekał ją, bo nie wiedział, jak zacząć.
- Czy naprawdę tak trudno jest patrzeć jeden na drugiego? – wydusił łamiącym się głosem. – Ile razy… – Pięści zacisnął. – Ile razy mam wam jeszcze powtarzać, że starsi doglądają młodszych, a młodsi słuchają się starszych? – stracił kontrolę i huknął przeszywająco. Jego słowa poniosły się echem po lesie i dzieci, przerażone krzykiem, oderwały się od swoich zajęć. – Czy naprawdę musi dojść do tragedii, żebyście to w końcu zrozumieli?!
Kathy patrzyła z pokorą, Maite z Barby ze strachem, Pat mrużyła oczy zza gazety, a John z Joey’em głowy solidarnie spuścili. Jim jako jedyny zatapiał w nim zuchwałe spojrzenie. Nie poczuwał się do winy, nie usprawiedliwiał. Z odwagą osądzał. Bez skrupułów piętnował. Stał się głosem tych, co bali się mówić za siebie.
- Opiekowaliśmy się sobą po śmierci mamy – wychrypiał z mocą. – Gdy tobie było jeszcze obojętne, co się z nami stanie.

***

Znalazł to miejsce przypadkiem, przedarłszy się przez las za zduszonym szelestem strumienia, i od razu się w nim zakochał. Za krawędzią leśnej gęstwiny chełpiła się upstrzona mniszkami polana. Kwiatów było mnóstwo, gdziekolwiek okiem by nie sięgnął. Tworzyły miękki, kładący się pod wiatrem dywan, żółcący się tak, że aż oczy od radości bolały. Mimo czaru, jaki roztaczały, nie mógł oprzeć się dziwnemu i nienazwanemu przeczuciu, że coś, skądś, doskonale zakamuflowane, że coś go obserwuje. Z lasu wychodził pomału, jak dzikie, bojące się otwartych przestrzeni zwierzę. Buty stawiał tak, by nie przydepnąć kwiatów, a usta miał ściśnięte, nie chcąc zbyt głośno oddychać. Polana – im bliżej był strumienia – wybrzuszała się w wąziutki cypelek. Na jego środku, w towarzystwie dojrzewających porzeczek, rosła olbrzymia wierzba. Była najbardziej niezwykłym drzewem, jakie kiedykolwiek i gdziekolwiek widział. Wołała go, nęciła. Zjednywała go sobie lejącymi się do wody pędami. Majestatyczna, melancholijna, pełna ambiwalentnych wartości. Mimo przepięknego sąsiedztwa i znamienitych kompanów, pogrążała się we własnym świecie zachwianej i niestabilnej percepcji, tylko to dostrzegając, czego była w stanie dotknąć, i tonąc w efekcie w zamglonej toni wciąż uciekającej gdzieś rzeczki. Miała osobowość. Przekonał się o tym, gdy ją objął. Jej szaro-brązowa, wszędzie spękana kora ostrzegała bowiem przed niebezpieczeństwem wspinaczki. Paddy jednak, raz zafrapowany, nie zniechęcał się takimi błahostkami. Przywarł do drzewa. Poczuł, jak przyjemnie jest chłodne. Dzięki licznym rozgałęzieniom szybko wdrapał się na górę. Przewiesił nogę nad potężną, uginającą się lekko gałęzią. Gdy wyczuł jej wytrzymałość, podciągnął się i usiadł na niej okrakiem. Z pięciu metrów nad odmętem wody, oparty plecami o chropowaty pień drzewa, przyjrzał się uważniej naprzeciwległemu nadbrzeżu. I zachłysnął się bezmiarem piękna. Paryż mógł być sercem Francji, lecz to wsi francuskiej przyznał miano duszy. Krajobraz, jaki miał przed sobą, zapierał dech w piersiach. Architektura okolicznych wiosek, niezmieniona od czasów średniowiecza, cechowała się niezwykłym ładem. Domy zbudowano z gipsu i kamienia, i nikomu nie przyszło do głowy, by choć jeden z nich otynkować. Wszystkie jednego koloru – beżowego lub piaskowego – przecudnie wyglądały skąpane w promieniach słońca. W każdym bez wyjątku były okiennice. Białe, błękitne, rzadko które brązowe; otwarte na oścież, niewymagające zaproszeń. Kunsztowne balustrady na balkonach, wykonane z kutego żelaza, współgrały z finezją górujących tu i ówdzie latarniami, a wysokie żywopłoty w zastępstwie martwych, stanowiących bariery ogrodzeń, świadczyły o potrzebie mieszkańców do zespalania się z bujnością otaczającej ich przyrody, tak deficytowej i sztucznej w metropoliach. Cień, chłód, cisza, niewyobrażalna estetyka i harmonia. Z nieskrępowanym przepływem myśli i krystalicznie czystymi obrazami w wybujałej wyobraźni chciał zostać tu na dłużej, napawać się, delektować, odnajdywać natchnienie tak do pisania tekstów, jak komponowania muzyki. I tylko tego żałował, że… że nie zabrał…
- Paddy!
Podniósł się wyżej, odepchnął od pnia wierzby.
- Paddy!
Obejrzał się ostrożnie.
- Odezwij się!
Z lasu wyszedł jego ojciec. Przejęty, wystraszony. Z tym, czego zapomniał – z jego notesem.
- Tato… – Zamiast odkrzyknąć, wymamrotał to słowo pod nosem.
- Paddy!
- Tutaj! – Zmusił się wreszcie i zawołał wystarczająco donośnie.
Starzec osłupiał. Patrzył na wierzbę, lecz syna, siedzącego w gęstej koronie, dojrzeć z odległości nie mógł. Chłopiec znów objął drzewo. Ześlizgnął się po nim na ziemię. Przez chwilę, niepokojąco długą, stali naprzeciw siebie, nic się nie odzywając.
- Widziałeś, jak tam, po drugiej stronie rzeki jest pięknie? – Paddy pierwszy przemówił. Bał się, że ojciec skrzyczy go nie tylko za to, że oddalił się od kempingu, ale za to przede wszystkim, że wszedł tak wysoko na drzewo i nie myślał o tym, że może spaść, prosto do rwącego strumienia w dodatku.
- Musimy porozmawiać, synu.
Zabrzmiało groźniej, niż mógł się tego spodziewać. Przygryzł wargę, wciągnął powietrze, oparł się o pień wierzby i osunął po nim na ziemię. Gdy podciągnął kolana, otoczył je ramionami i wydął od środka policzki, zobaczył kątem oka, jak tata siada przy nim, również zwracając się twarzą w stronę urokliwej, a nieosiągalnej wioski.
- Dziwnie się ostatnio zachowujesz – rozpoczął swój wywód. – Na początku łączyłem to z propozycją tego człowieka, co zostawił nam swój numer po tym, jak urodziła się Bianca… – Nawiązał do feralnego spotkania, którego Paddy, uciekłszy z Placu Zgody, nie był na szczęście świadkiem. – To o to chodzi?
Czy o to chodzi, że jakiś człowiek, podający się za producenta programu rozrywkowego, zaprosił ich do Niemiec na koncert w niemieckiej telewizji?
- Nie – odpowiedział zgodnie z prawdą. Głosem, w którym ani chęci do rozmowy nie było, ani przekonania do wypowiedzianej deklaracji.
- Więc co się stało? Co się stało po tym, jak stamtąd uciekłeś? – Starzec położył dłoń na ręku Paddy’ego, wmurowując go tym zwykłym gestem w ziemię.
Ile on by oddał, żeby tata zrobił to rok temu?! A ile by oddał, żeby teraz zostawił go w spokoju…?
- Łaziłem po mieście – skłamał. – A gdy już się zmęczyłem, wróciłem do autobusu.
- Czemu uciekłeś? – Starzec był niezmordowany. Drążył temat tak łagodnym tonem, że w Paddy’m, paradoksalnie, wszystko aż kipiało. – Kathy mi wspomniała, że coś z Maddie. Że podszedłeś do niej, chciałeś ją przytulić, ona cię odepchnęła i wtedy uciekłeś – ciągnął zażarcie. – Nie odzywacie się w sumie. Pokłóciliście się wtedy? O co się pokłóciliście? – dopytywał.
O nic…
Nie przyznałby się przecież do tego, że to on rozzłościł ciocię i przez niego właśnie, przez jego zuchwałość i bezpośredniość, urodziła Biancę o miesiąc za wcześnie.
- Maddie jak zwykle ma te swoje humory – wytłumaczył po chwili, czując na sobie baczny i nieustępliwy wzrok ojca. – Nigdy nie wiadomo, jak się kiedy zachowa.
- I naprawdę nie ma nic, o czym chciałbyś mi być może powiedzieć? – Tym razem niezłomność taty wzbudziła w chłopcu pewne podejrzenie.
Zerknął ukradkiem na swój notes, ściskany w jego pulchnych, a żylastych dłoniach, i aż się zapowietrzył doznając olśnienia.
- Co robiłeś w szpitalu? – Usłyszał.
Zwinne palce ojca przewertowały zeszycik. Stronę, na jakiej spoczęły, szpecił nieudany portret leżącego w inkubatorze niemowlęcia.
- Nie mów mi tylko, że namalowałeś Biancę z wyobraźni, bo to – tu wskazał na włosy dziewczynki – to się zgadza, Paddy. Wiem od Louisa, że Bianca jest jasną blondynką.
Chłopiec zadrżał. Obiecał ciotce. Obiecał jej, że nic nikomu nie powie. Ciotka wtedy również mu coś obiecała. Miała być miła dla Maddie. Miała jej pozwalać bawić się jak i kiedy będzie chciała, bez względu na to, jak jest ubrana i czy „wypada”. Ciotka przyrzekła też Paddy’emu, że przestanie palić, przynajmniej przy dzieciach. I że będzie dobrą i przykładną matką. I choć bał się o Biancę ostatnio, to trzymał się tej obietnicy z desperacją. Nie miał podstaw być może, ale tak bardzo chciał wierzyć, że uwierzył. I tylko świadomość, że ta mała, bezbronna kruszyna jest tam zupełnie sama, i tak już przecież walcząc z determinacją o życie…
- Czy rodzic… mógłby… chciał… czy rodzić może… – dukał chaotycznie, wciąż powątpiewając w to, czy dobrze robi.
- Czy rodzic może co?
- Czy rodzic może skrzywdzić… swoje… dziecko…? – dokończył nieśmiało i spojrzał na ojca z lękiem w szafirowych oczach.
Starzec westchnął. Siły go opuściły. Gdy zawrócił spojrzeniem na tę urokliwą wioskę w oddali, przetarł dłonią pocięte zmarszczkami czoło.
- Wiem, że dałem plamę – stęknął bezsilnie. – Byłem dla was tak fatalnym ojcem, że…
- Nie chodzi mi o ciebie! – Paddy szybko wtrącił. – Tak ogólnie mówię. O innych dzieciach i rodzicach – sprostował niepewnie. – Czy to w ogóle możliwe, żeby mama nie kochała swojej córki?
- Paddy… – Sceptyczny wzrok ojca zmroził ciekawość Paddy’ego. – Chciałbym, żebyś wiedział, że nie jesteś już sam. Że ja – podkreślił – że ja jestem z tobą. – Prześwietlał go niemal na wylot. – Dużo straciłem i nigdy już tego nie nadrobię, ale chcę, synku – mówił kojąco – chcę być częścią waszego życia. – Uśmiechnął się mgliście. – Chcę, żebyś wiedział, że cokolwiek się dzieje, masz we mnie swoje oparcie. Że… że możesz mi ufać. Już zawsze.
Kwadrans później biegli już przez chaszcze, z powrotem do autobusu. Ojciec był wstrząśnięty, chłopiec przerażony. Znowu płakał. Znowu czuł się winny. Serce pękło mu w momencie, gdy zobaczył na miejscu wujka Louisa.

Data:

 30.12.2013

Podpis:

 Sheena

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76209

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl