DRUKUJ

 

Twarz motocyklisty ciąg dalszy

Publikacja:

 14-02-06

Autor:

 GreyWolf
Pytanie czwarte.
„Czy jest w Twoim życiu miejsce na miłość i wiarę?”
Motocyklista:
- Miłość, czym ona jest, czy ma ona swoje miejsce, w moim życiu? Cholera, to trudne pytanie, przez ostatnie lata całkiem dużo się działo. Stanowczo za dużo. Choćbym chciał, nie mogę pominąć tego pytania, najwyższa pora powiedzieć w końcu cokolwiek o tym, co czuję i myślę. Tak wiem, zabieram się do tego, jak „pies do jeża”, ale uczucia, to dla mnie bardzo trudny temat. Trudniejszy nawet, niż same rozważania o śmierci. Zresztą, miłość i śmierć, wbrew pozorom są sobie bliskie. Obu nie da się uniknąć. Prędzej czy później, zarówno jedna, jak i druga, kiedyś chwyta nas, w swe szpony, a gdy już chwyci, nie puści. Cokolwiek by nie zrobić, uciec się nie da. To jest w tym najstraszniejsze. Zaznałem w życiu miłości i uciekłem, bo głupi, myślałem że jest to możliwe. Uciekłem jak tchórz, z podwiniętym ogonem, dusząc w sobie uczucia i myśli przez lata. Chwyciła mnie, w te szpony w dwa tysiące czwartym roku, czyli siedem lat temu. Szkoła średnia. Nieśmiała, drobniutka, piękna jak z obrazka. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Nie pamiętam dokładnie jak, ale wkrótce po tym, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie. Pomyślałem „Boże spraw, by na zawsze już była moja”. Stało się. Bardzo szybko zostaliśmy parą. Prawdę powiedziawszy, już od tej pierwszej randki. Spędzaliśmy ze sobą cały mój wolny czas. Musząc się podporządkować surowej dyscyplinie ojczyma, nie miałem go wtedy zbyt wiele. Ograniczony czas, jednak nas nie przerażał. Każda wspólna chwila, była tą najcenniejszą. Aż do dnia, gdy moje różowe okulary spadły, rozbijając się o realizm życia. Dzień w którym pierwszy raz zobaczyłem, co ona czyni, zostanie we mnie, pewnie do końca życia. Nie byliśmy ze sobą długo, jej zachowanie, wywołało u mnie ten lęk. Najczarniejszy strach, jeszcze silniejszy, niż ten z dzieciństwa, gdy w słoneczny, gorący dzień myślałem że umrę. Ten strach był podobny, do tego sprzed wielu lat, lecz silniejszy, o wiele silniejszy. Przerósł mnie i przygniótł do ziemi całym swoim ciężarem. Nie potrafiłem jej zrozumieć, próbowałem, pytałem, lecz nie uzyskałem żadnej odpowiedzi. Uciekłem wtedy pierwszy raz. Zostawiłem ją samą z jej mrokiem. Zrobiłem to w przekonaniu, że to co zobaczyłem, stało się z mojego powodu. Rok później spotkaliśmy się ponownie. Strzał prosto w serce, moje uczucia do niej, nie zmieniły się. Znów byliśmy razem, nie było mi lekko, ciągle obwiniałem się i nie rozumiałem tego, co zrobiła. Ale obiecała już tego nie robić… Najgorsze były moje powroty do domu, jej gasnący wzrok, zawsze gdy wsiadałem do autobusu. Ten wzrok, przepełniał mnie lękiem, lękiem że znów to zrobi, że jednak zostawi mnie samego w taki sposób. Razem z nią, byłem spokojny, była obok, bezpieczna. Tylko, w końcu musiałem wracać, do domu. Zostawić ją i jechać, znów widzieć ten smutek. Wymieniliśmy się zeszytami, ja dałem jej swoją prozę, ona mnie swoją poezję. Czytałem wszystkie wiersze po kolei, aż trafiłem na ten jeden, ten który poraził mnie i zmroził dogłębnie. Czytałem go kilka razy, nie rozumiałem. Interpretacja jednokierunkowa. Klapki na oczach, jak koń. Jeden kierunek. Potworne myśli, ból. Zdradziła mnie? Następne spotkanie, trudne, nie dawała po sobie nic poznać. Może to nieprawda. Nigdy nie potrafiłem okazywać uczuć. Mój ojciec umiał. Okazywał swoją miłość pięściami. Ja nawet tak nie umiałem. Od chwili, kiedy przeczytałem ten wiersz, czułem, że jestem wobec niej chłodniejszy, ale wciąż ją kochałem. Rak babci dawał się coraz bardziej we znaki, miałem straszny zamęt w myślach. Do tego ona, moja jedyna, kolejny raz to zrobiła, chociaż obiecywała, że nie będzie. Wizja utraty dwóch najbliższych mi osób, wznieciła ponownie ten wielki lęk, jak pożar. Rozstaliśmy się znów, w pierdolone święta, kurwa, gorzej nie mogło być. Odszedłem, wciąż obwiniając się, myśląc że jestem powodem jej postępowania. Skoro z mojego powodu tak się krzywdzi, to powinienem odejść, dla jej własnego dobra. Pytałem dlaczego, nie chciała nic powiedzieć. Prosiłem, ale nic z tego. Pytała dlaczego, nie umiałem się otworzyć. Odszedłem. Zabrałem ze sobą pytania i wątpliwości. Zabrałem odpowiedzi. Każdego dnia, martwiłem się o nią, bałem się, że nie przestanie. Bałem się naszej szaleńczej miłości. Głupiec. Później już na siłę próbowałem układać sobie życie, ale to już nie była miłość. Inna kobieta, inne spojrzenie, wszystko inne, nie idealne, nijakie. Poznałem matkę swojego syna, uwierzyłem nawet, że to będzie to, że postaram się i dam z siebie wszystko. Na początku wszystko dobrze, lecz myślami wciąż byłem przy innej, przy tej którą tak okrutnie porzuciłem. Jednak nadal tkwiłem w klatce, którą sobie sam uwiłem. Zamknąłem się w niej szczelnie, chroniąc się milczeniem. Czas mijał, tęsknota zamiast powoli wygasać, z każdym dniem narastała. Te zielone oczy wciąż się we mnie wpatrywały. Bezsenność. Długie noce w ciszy. Przez te siedem lat próbowałem kontaktować się z moim zielonookim cudem, bezskutecznie. Zawsze, nawet gdy odebrała, nie pozwoliła wypowiedzieć się do końca. Między miłością, a nienawiścią jest bardzo cienka granica. Znienawidziła mnie więc. Czasem widywałem ją w autobusie, spoglądałem na nią ukradkiem i milczałem. Któregoś dnia jednak nie wytrzymałem, wysiedliśmy na ostatnim przystanku, ruszyła szybko w stronę domu, ale zawołałem ją, przystanęła na chwilę, spojrzała na mnie, po czym odwróciła się i uciekła. Stałem jeszcze chwilę, z nadzieją, że może jednak zatrzyma się na chwilę, wysłucha, tak bardzo chciałem wyznać jej wszystko. Nie zatrzymała się. Jednak nienawidzi. Żyłem więc nadal, z inną kobietą. Miłość? Przyzwyczajenie. Budziłem się w nocy przy niej, z silną potrzebą wyjścia na zewnątrz, czując, że to nie moje miejsce. Budząc się rano przy niej, widziałem nie to ciało, czułem nie ten zapach, nawet sam dotyk, zdawał się być szorstki i chłodny, nie właściwy. Seks, nie był zły, nigdy nie narzekałem, choć więcej brała, niż sama potrafiła dać. Zdradzałem ją, podczas stosunku chyba za każdym razem. Czułem się podle, gdy kochając się z nią, myślałem wciąż o tej, która mnie znienawidziła. Jestem podłym egoistą, wiem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale gdzieś w głębi, wciąż żywię nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy, że wszystko się wyjaśni. Przecież w miłości, chodzi o te krople deszczu na jej rzęsach, o promienie światła, połyskujące w spojrzeniu, kwiatów woń we włosach, jedwab skóry pod opuszkami, zrozumienie bez słów… Wystarczy tego, bo zaczyna się z tego jakaś poezja rodzić, a nie o to tu chodzi. Miłość jest niewytłumaczalna, ślepa i sprawia że popełniamy błędy. Miłość powoduje, że robimy rzeczy nieobliczalne, czasem złe, a nawet podłe. Przez nią trapią nas wyrzuty sumienia. Przez miłość czasami ranimy tych, których tak kochamy, myśląc, że robimy to dla ich własnego dobra. Rozstaliśmy się także z matką mojego syna, nie było łatwo, ale życie ze sobą na siłę, też nie ma sensu. Ciągłe zgrzyty, nawet, gdy jeszcze bardzo się starałem, brak wspólnych tematów do rozmów, mijanie się w drzwiach, przechodząc miedzy pokojami, mój wzrok zawieszony, na widocznym zza okna wieżowcu. Wieżowcu w którym mieszka ona. Okrutna prawda, na temat tego co czuję. To przeze mnie, od początku, skazani byliśmy na porażkę. Pięć wspólnie spędzonych lat, nagle obróciło się w pył, w jednej chwili. Chwili szczerości. Podsumowując, wciąż czekam, z nadzieją, że kiedyś spotkamy się z moim „Kwiatuszkiem”, porozmawiamy otwarcie, o tym co było, że mimo straconego czasu, znów będziemy ze sobą szczęśliwi. Moja wiara? Czy wierzę? Kiedyś na pewno wierzyłem, jednak z biegiem lat, ta wiara umarła we mnie, razem z bliskimi, których gdzieś w drodze życia traciłem. Kuzyn, babcia – mój jedyny przyjaciel, pierwsze dziecko, któremu nie było dane dotrwać narodzin, dziadek, wszyscy ci na których tak strasznie zależało. Wiara, to temat „rzeka”, nie będę tu wykładał całej swojej filozofii, temat jakże sporny i niejednokrotnie prowokujący. Nie jestem ateistą, z moich spostrzeżeń jedyny argument ateisty, na pytanie dlaczego twierdzi, że Boga nie ma, brzmi - „bo nie”. Do kościoła nie chodzę, bo po co mam siedzieć w kościele i myśleć o motocyklu, gdy mogę jadąc motocyklem, myśleć o Bogu, (mądre słowa, zaczerpnięte gdzieś z Internetu). Mam otwarty umysł, nie wykluczam żadnej z możliwości, nie mam dowodów na jego istnienie, tak samo jak nie mam dowodów przeciwko jego istnieniu. Czy Bóg jest, czy go nie ma, wierzę, w siebie jako wolnego człowieka, wierzę, że jestem kowalem swego losu, że jeśli popełniam błędy, popełniam swoje własne błędy, że nikt mną nie steruje, że każdy dokonany wybór, jest mój.
Pytanie piąte.
„Co, gdyby ktoś kazał Ci przestać jeździć?”
Motocyklista:
- Jestem sam. Obecnie nie ma nikogo, kto mógłby tego oczekiwać, wymagać. Syn jeszcze jest za mały, na świadomość tego, jak ryzykowną zabawą jest motocykl. Kocham go całym sercem, ale nie przestanę jeździć. Oczywiście nie wykonuję już wprawdzie ryzykownych manewrów, ale to mnie nie usprawiedliwia. Nie tłumaczę się, bo to nie zmienia faktu, że jeżdżąc motocyklem, nawet ostrożnie i rozważnie, wciąż ryzykuję. Jestem w pełni świadom tego ryzyka. To jednak moja pasja, a życie bez pasji traci barwy, jest niepełnowartościowe. Brak pasji, sprawia, że człowiek powoli przestaje być człowiekiem, staje się zaledwie skorupą bez marzeń, pustym kartonowym pudłem, bez jakiejkolwiek zawartości.
Jutro? Jutro to złudzenie…
Mówcie o mnie co chcecie. Jestem wariatem, szaleńcem, artystą - jestem MOTOCYKLISTĄ.

W tym miejscu, przed wami, ja, egoista, GreyWolf, znany również jako Nathaniel Wilk, dziś zdejmuję swój kask i swoją maskę. Robert Dziewoński.
19.08.2011





P.S
Rok dwa tysiące trzynasty, jakiś czas temu znalazłem ją, na jednym z portali społecznościowych, piszemy do siebie, od czasu, do czasu, jako zupełnie obcy sobie ludzie, jednak rozmawia nam się wyjątkowo dobrze, ona nie wie jeszcze, z kim rozmawia. Zarówno ona jak i ja, posiadamy profile, pod pseudonimem artystycznym. Czuję coraz większą potrzebę ujawnienia się. Nie chcę jej okłamywać, z drugiej strony, obawiam się, że wiedząc z kim pisze, znów mnie odrzuci. Na razie jest, jak jest, cieszy mnie, że mamy jakikolwiek kontakt.

Zaliczyłem drugą glebę w życiu, właściwie niewiele brakowało, by źle się to skończyło. Jednak wciąż jestem, nadal jeżdżę, ale przyznaję się, że się wystraszyłem. Nie, nie że zginę. Wystraszyłem się, że mogę już więcej jej nie zobaczyć. Zacząłem do niej więcej pisać, postanowiłem się ujawnić. Zaczęliśmy pisać do siebie codziennie, ujawniłem się, a ona tym razem nie uciekła. Padło mnóstwo ciężkich słów. Korespondencyjnie wyrzuciliśmy z siebie część żalu. Jednak to, co trudniejsze, zostawiliśmy na umówione spotkanie. Czwartego stycznia dwa tysiące czternastego roku. Dziesięć lat po pierwszym spotkaniu. Było niezręcznie, unikała mojego wzroku, mało mówiliśmy, spięci. Poprawiłem jej tatuaż. Dopiero wracając do domu, usiedliśmy obok siebie w autobusie, zaczęliśmy nieśmiało rozmawiać. Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, miałem odprowadzić ją do domu, jednak poprosiłem o krótki spacer, przez park. Rozmowa nabrała tempa, dystans się skrócił, czuliśmy się już swobodniej. Nie wytrzymałem, delikatnie zatrzymałem ją i przytuliłem, serce waliło w piersi, jakby za chwilę miało wypaść. Przez chwilę myślałem że mnie odepchnie, przecież jest zaręczona. Myliłem się, już po chwili odwzajemniła uścisk. Jedno spojrzenie w jej zielone oczy wystarczyło, wiedziałem już wszystko. Wciąż mnie kocha. Odprowadziłem ją pod wieżowiec, podaliśmy sobie dłoń na pożegnanie, odchodząc, każde w swoją stronę, wciąż nie potrafiliśmy oddzielić od siebie stykających się opuszków. Na kolejnych spacerach wyznałem jej wszystko, co mnie lata temu bolało, co przez kolejne prześladowało. Poznałem również jej prawdę. Dziesięć lat, nosiłem na barkach brzemię nie swojej winy. Wciąż się spotykamy, piszemy do siebie każdego dnia, a z każdym dniem jesteśmy bliżej siebie.

Jeśli jakikolwiek Bóg istnieje, dziękuję mu, za ten wypadek, który pchnął mnie do działania. Wypadek który pomógł mi odmienić swój los.

Pytanie szóste. (Jej, mojego Kwiatuszka)
„Co radzisz stawiającym pierwsze kroki w „motocyklizmie”?”
Robert:
- Kluczowe pytanie całej tej historii. Ja, swoją przygodę z jednośladem, zacząłem jako dzieciak, w Holandii, pierwsza jazda skuterem. „Pięćdziesiątką” zrobiłem sześć sezonów, zanim kupiłem upragnioną "sześćsetkę". Polatałem nią jeden sezon, niedosyt mocy wygrał z rozsądkiem i dziś jestem szczęśliwym posiadaczem CBR 900rr. Jednak zanim dosiadłem swój pierwszy motocykl, zdobyłem podstawowe doświadczenie na wspomnianej „pięćdziesiątce”. Dlatego drogi, początkujący motocyklisto, gdy zdobędziesz już upragnioną kategorię „A”, dla Twojego własnego dobra, radzę Ci, byś swoją przygodę rozpoczął, od znacznie mniejszej pojemności, niż pozwalają na to, Twoje świeżo zdobyte uprawnienia. Nie jest sztuką wyjechać z domu, a wrócić do niego w jednym kawałku. Przed Tobą mnóstwo przygód, i życzę Ci by każda z nich skończyła się szczęśliwie. Krąży legenda, że jak się raz nie wypierdolisz, to się nie nauczysz. Sprawdziłem na własnej skórze, pierwsza gleba uczy pokory i respektu do maszyny. Trzymam jednak kciuki, za to, żebyś nie musiał, doświadczać tego, w taki sposób. Niedługo stuknie mi trzydziestka, wiem jednak czym jest młodzieńczy zapał, wiem jak gotuje się krew, jak kusi, by odkręcić do oporu, sam odkręcałem. Pamiętaj, że motocykl, to nie wszystko, zadbaj o właściwy ubiór i kask. To elementy niezbędne! Miej jednak na uwadze fakt, że nawet najlepszy kombinezon z kaskiem, nie uczynią Cię nieśmiertelnym. Cała reszta zależy już tylko, od Ciebie i Twojego szczęścia. Z całego serca, życzę Ci tyle samo powrotów do domu, co wyjazdów. Jakże przykro jest słyszeć, że kolejny z „motobraci”, udał się na błękitne autostrady. Dla wszystkich was, lewa w górę, gdziekolwiek będziemy się mijać.

Jest zima, Honda stoi w garażu, szykuję ją do nadchodzącego sezonu, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, musi być niezawodna. Jednak już wiem, że ten sezon, nie będzie taki sam. Mam syna i mam ją, nic nie będzie takie samo, nadchodzi czas wielkich zmian. Życie powoli nabiera właściwego kształtu. Nadal będę jeździł. Motocyklistą zostanę do końca mych dni, z motocyklem czy bez, mieszanka adrenaliny z benzyną, wciąż tętnić będzie w moich żyłach.
2013/2014
Robert Dziewoński

Data:

 2011 (2013/2014)

Podpis:

 Robert

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76415

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl