DRUKUJ

 

Keep on Singing - Rozdział 9

Publikacja:

 14-02-10

Autor:

 Sheena
Auvers-sur-Oise, 23 lipca 1984

Wystarczyło, że jakaś wątła smużka światła zabłąkała się pod jego powiekami, a obudził się od razu, z pełną świadomością, momentalnie lustrując ten skromny, a tak bardzo przytulny pokoik. Jego łóżko stało pod naprzeciwległą oknu ścianą. Podpierając ją drewnianym wezgłowiem o wyraźnym, bardzo naturalnym usłojeniu, stanowiło wraz z komodą jedyne umeblowanie tego małego bądź co bądź pomieszczenia. Jako że pokój znajdował się na poddaszu, sufit zdobiły masywne belki stropowe o tym samym co meble głębokim i ciemnym odcieniu; choć upstrzone bezlikiem sęków i świadczących o ich wieku nierówności, swojskie i niezwykle urokliwe. Ściany zaś, niegdyś chyba białe, zszarzały i poprzecierały się gdzieniegdzie, gubiąc nie tylko naniesioną przed laty farbę, ale i całe połacie zestarzałego, dręczonego wilgocią tynku. Po lewej stronie łóżka, w samym rogu wiejskiego pokoiku, stał wiklinowy kosz na bieliznę i wznoszący się nad nim wieszak z czarnego żeliwa – przechowalnia dla płaszczy i parasolek, zbędnych jego zdaniem w sypialni, a po stronie prawej, tuż obok topornych drzwi z misternie rzeźbionego drewna, rozpościerał się na ścianie wełniany kilim z ludowym wzornictwem, w przebogatej gamie kolorystycznej, idealnie współgrający z dominującymi tu kontrastami. Nie był to być może wymarzony pokój dla dziecka, ale miał w sobie coś, co z miejsca Paddy’ego urzekło. Ledwo sobie o tym przypomniał, zrzucił z siebie miękką i puszystą pościel, oparł bose stópki o deski chropowatej podłogi i poderwał się prężnie do pionu. Radość obudzenia się we własnym domu była tym większa, że za oknem jego sypialni roztaczał się najlepszy z możliwych widok. Chłopczyk w stronę okna szedł powoli, zupełnie jakby wciąż jeszcze nie wierzył, że nie jest to sen, a jawa. Piętka za piętką uderzały rytmicznie w podłogę, przyprawiając ją o regularne i markotne skrzypienie, aż wreszcie, skąpane w snopie lejącego się zza niedomkniętych okiennic światła, zakończyły powłóczystą wędrówkę. Nozdrza chłopca wypełniły się wtedy rześkim i cucącym powietrzem. Jego niecierpliwy dotychczas oddech ukołysał się w miarowym tempie zaraźliwej w tym miejscu beztroski. Po tym, jak otworzył na oścież oba skrzydła okna i wypchnął do zewnątrz okiennice, zastygł w niezłomnym zachwycie. Złociste promienie przedpołudniowego słońca nurzały się w toni strumienia. Tam, dokąd płynął, pyszniło się jego zakole. Gdyby jednak spojrzeć w przeciwnym do niego kierunku, była wierzba… i żółcąca się plama stulonej pod lasem polany. Oniemiały, niedowierzający własnemu szczęściu, wdrapał się bezwolnie na parapet. Usiadł na nim bokiem, z kolanami wciśniętymi w ramiona. Mętnym wzrokiem badał urzeczywistnienie swoich marzeń, gdy:
- Czy ty nie mógłbyś przynajmniej udawać, że nie jesteś aż tak rąbnięty, za jakiego wszyscy cię mamy? – Jim się odezwał.
To była ich pierwsza noc w nowym domu. Obaj mieli nadzieję, że począwszy od kolejnej nie będą musieli dzielić tego samego łóżka i pokoju.
- Zamknij okiennice! Daj żyć! – warknął i na powrót zakopał się w kołdrę.
- Światło czy powietrze ci przeszkadza?
- Hałas.
- Jesteśmy w Auvers. – Paddy aż się uśmiechnął. – Hałas tu nie istnieje.
- Dziesięć, dziewięć, osiem…
- Co robisz?
- Zaraz się przekonasz. – Głos zakutanego w pościel Jima brzmiał jak spod ziemi. – Siedem, sześć, pięć, cztery…
- A po „jeden” wypchniesz mnie z okna?
- Trzy, dwa, i…
Stuk, stuk, stuk, rozległo się gdzieś na podwórku. Paddy, zdębiały, wychylił się nieco za kamienną fasadę budynku. W ich niewielkim ogródku tuż pod dorodnym żywopłotem stał Joey. Z nietypową dla siebie miną męczennika wbijał gwoździe w długi na półtora metra panel.
- Hej! – chłopiec zakrzyknął. – Co robisz?
Brat obrócił się przez ramię, już z odległości mrożąc go wrogim spojrzeniem.
- To, co ty powinieneś – odburknął.
Paddy wtedy przyjrzał się leżącym na trawie elementom. Wygięte w łuk deski wyglądały jak płozy, a walcowate pręty o identycznych długościach…
- Łóżeczko dla Bianci… – Na rozwartych ustach chłopca te słowa zastygły bez wymaganego potwierdzenia.
W mig zeskoczył z parapetu. Nie zważając na utyskiwania Jima, nie zamknął okna, nie zasłonił okiennic i tak jak spał, w białym podkoszulku i bokserkach, wypadł jak burza z pokoju. Schody pokonywał w takim tempie, że u ich podnóża, wpadłszy z impetem na Patricię, przewrócił i ją, i samego siebie przy okazji, przepraszając, chichocząc, podnosząc się, podnosząc siostrę, chichocząc i gnając dalej.
- Joey, zaczekaj! Joey, ja ci pomogę! – zawołał z werandy i znów się przez pośpiech poślizgnął.
Joey jęknął, Jim wrzasnął przez okno „czubek!”, a z parteru, z kuchni najprawdopodobniej, dało się słyszeć gromkie, a stateczne „słownictwo!”. Paddy, zaalarmowany tym ostatnim, zawrócił na chwilę do domu. Zastanemu w kuchni tacie posłał szybki, a wymowny uśmiech. Nie lubił i nie chciał, by papa się za nim wstawiał, ale tego ranka wszystko sprawiało mu radość.
- Skoro już wstałeś – ojciec zagaił – to nie pomagaj Joey’owi, bo czas tylko stracimy. Chcę zabrać ją z tego szpitala tak szybko, jak to tylko możliwe. Dość już tam czasu spędziła. – Okrążył kuchnię, ich nowy przybytek sztuki kulinarnej, wymachując jednocześnie trzymanym w dłoni kubkiem. – Kathy zrobiła śniadanie – oznajmił. – Jest – rozejrzał się z roztargnieniem – gdzieś tu je odłożyła…
- Pewnie do lodówki.
- Ach, właśnie! – Starzec skrzywił się w pełnym skrępowania uśmiechu. – Na pewno jest w lodówce.
- Nie jestem głodny. – Paddy wzruszył ramionami i wszedł żwawo do środka.
Kuchnia wynajmowanego przez nich domu, w przeciwieństwie do wszystkich sypialni, była w pełni wyposażona. Duża, przestronna, urządzona w rustykalnym stylu, kojarzyła się Paddy’emu nie tylko z przysłowiowym, ale i dosłownym ciepłem domowego ogniska, albowiem znajdował się tutaj najprawdziwszy piec kuchenny, obity błyszczącymi, śnieżnobiałymi kaflami; doskonała pamiątka świetności minionej epoki. Chłopiec, przeszedłszy obok niego, nie mógł się nie uśmiechnąć. Kiedy usiadł przy olbrzymim, wspieranym przez finezyjne kolumienki stole, zerknął z ciekawością na stojący nieopodal kredens. Przeszklenia mebla ukazywały niemodną już, a wciąż zachwycającą porcelanę, i nie taką codzienną, używaną regularnie, a odświętną i zadbaną, rozstawioną na półkach z rozmysłem, namaszczeniem i wyczuciem dawno zapomnianej estetyki. Ten swoisty, rażący drobiazgowością artyzm odmalowywał się także na ścianach. Wszędzie, gdzie okiem nie sięgnąć, wisiały jakieś akcesoria: drewniane łyżki i widelce, chochle rozmaitej maści, istne zatrzęsienie palmowych słoiczków na przyprawy i lniane ściereczki, przeplatane tu i ówdzie warkoczami czosnku, grzybów oraz warzyw i owoców, wszystkich ususzonych. Przebywając w takim pomieszczeniu, nie można było opędzić się od wrażenia, że gdyby dać projektantowi kolejną tonę ekologicznych lub organicznych dekoracji, wyburzyłby ściany i wymurował następne – powiększyłby tę kuchnię tylko i wyłącznie po to, żeby mieć je później gdzie z celebracją rozwiesić. Innych mogło to razić – Paddy’ego oczarowało. Sam chciałby być aż tak dumnym z każdego, najdrobniejszego nawet tworu swojej wyobraźni.
- Znalazłem! – Triumf w głosie papy wyrwał go z oszołomienia. Ojciec, przeciąwszy kuchnię w poprzek, zaserwował mu rogalika z masłem na talerzu i malutką miseczkę, wypełnioną po brzegi gęstym i apetycznym musem czekoladowym. – No co? – spytał na koniec, samemu inspekcjonując podane synowi śniadanie.
- To chyba dla Maite – Paddy wybąknął. – Ta czekolada…
- Twoja siostra nie jest gruba! – papa natychmiast się zżymnął. – Jest troszkę przy kości – odchrząknął – taka słodko pulchna – pokiwał dla potwierdzenia głową – ale nie wolno ci z tego żartować… ani nawet tak myśleć!
Paddy wybałuszył oczy.
- Niczego z powyższych nie miałem przecież na myśli! – wyjaśnił po chwili i parsknął spazmatycznym śmiechem. – Mówiłem po prostu – wciąż zrywał boki – że nie jestem głodny – zgiął się wpół i brzuch objął rękoma – poza tym, jak zjem śniadanie Maite, to ona w odwecie zje Kathy, a jak Maite zje Kathy, to wszyscy pomrzemy tu z głodu! – Rżał już jak koń, kompletnie do siebie niepodobnie, ani przez chwilę nie podejrzewając, że siostra stoi w progu.
- Wiedziałam! – Na dźwięk jej dziecięcego głosu obaj błyskawicznie zamarli. – Od miesiąca przesiadujesz w szpitalu. Dzień w dzień, jakbyś sam był chory! I w ogóle się ze mną nie bawisz! – tokowała z oburzeniem. – Ty mnie już nie kochasz! Żadnej z nas nie kochasz! Kochasz tylko Biancę, chociaż nawet nie jest twoją siostrą!
- Maite, ja… – Paddy zaniemówił. Widok łez w jej wąskich, a błękitnych ślipiach zwalił go dosłownie z nóg. Wszystko był gotów usłyszeć… wszystko, tylko nie to.
- Chapeau bas, Paddy! – Joey zjawił się znikąd i obrzucił Maite kpiącym, pełnym obrzydzenia spojrzeniem. Po tym, jak ją szturchnął i przepchnął niegrzecznie w progu, wkroczył do kuchni szybko i pewnie, dumny ze swojej złośliwości. – W końcu znalazłeś swoje jaja! – Klepnął Paddy’ego w ramię.
- Robisz to z premedytacją czy przez naturalny kolor włosów? – Paddy nie wytrzymał. Obejrzawszy się za podchodzącym do lodówki bratem, dał upust chęci rewanżu.
Joey zbaraniał. Rozdziawił na moment usta.
- Ohoho! – Zagwizdał ostentacyjnie, raczej dla niepoznaki, i odwrócił się do brata ze spuchniętymi od gniewu oczami. – To dobrze, że rozwijasz tak uroczy talent, ale trenuj na kimś innym, gówniarzu, bo…
- Słownictwo… – Tym razem to nie ojciec, a Jim za jego przykładem. Stał w przedsionku, z zaplecionymi na piersiach rękoma. Przyglądając się na zmianę Maite i Joey’owi, zagryzał w skupieniu wargę. – Wolałem chyba mieszkać w autobusie – spuentował posępnie. – Tam było za ciasno na takie dramaty i jak ktoś już komuś chciał dać po ludzku po mordzie, to wychodził za potrzebą na dwór i nikogo wrzaskami nie budził.
- Słownictwo… – Ojciec, oczami wywróciwszy, załamał bezradnie ręce. – Nauczcie się wreszcie nie używać nieparlamentarnych określeń, bo wymskną wam się w telewizji, gdzie wszystko idzie na żywo i nie będzie możliwości powtórki.
- A ta telewizja to w ogóle aktualna? – Joey prychnął.
- Ależ oczywiście! – Dan się zaperzył. - Myślisz, że czemu tak intensywnie ostatnio ćwiczymy?
- My ćwiczymy – Jim wtrącił. – Ciebie przy tym nie ma.
- Załatwiałem formalności.
- Związane z Biancą.
- Szukałem dla nas domu!
- Bez adresu zamieszkania nikt przy zdrowych zmysłach nie dałby ci noworodka! – Jim był nieugięty. – I wiesz co jeszcze? – Z rękoma wepchniętymi w kieszenie, wbijając przenikliwy wzrok w ojca, wszedł wolno do kuchni. – Skąd my tak właściwie mamy wiedzieć, że naprawdę załatwiałeś jakieś formalności? – spytał ochryple. – Może te „formalności” – zadrwił – noszą niebotycznie wysokie obcasy? Może ty jeden wiesz, gdzie jest ciotka? – Uniósł brew i zamilkł na dłuższą chwilę. Dan nie odpowiedział. Upewnił go w tym samym w podejrzeniach. – Nie wydaje wam się dziwne – Jim tym razem zwrócił się do braci – że zanim ciotka dała dyla ze szpitala, powiedziała jakiejś pielęgniarce, obcej sobie kobiecie, że jej córka nie jest córką jej męża?
- Jim… – Paddy tylko jęknął.
- Chciała, żeby papa ją wychował – Joey spostrzegł.
- Nie porzuciłby przecież własnej córki… – skonkludował ukontentowany Jimmy. Gdy zerknął potem na ojca, wykrzywił się w grymasie satysfakcji. – Pokłóciłeś się z najlepszym przyjacielem. Pozwoliłeś, żeby znowu cię zostawił. Gdy wyszliście wtedy ze szpitala, powinieneś był powiedzieć mu prawdę, a ty jak ten osioł brnąłeś w zaparte. Nie wspominając już o tym, że oddałeś, kiedy cię uderzył.
- Gdyby wiedział, że skłamałem, prędzej czy później na pewno by się wygadał. – Dan był zdruzgotany. Mówił zahukanym głosem. W głowie mu się nie mieściło, że Jim mógł podejrzewać go o romans z żoną Louisa.
- Gdyby Bianca była ci kompletnie obca, nie wygrałaby starcia z wieloletnim, a dopiero odzyskanym przyjacielem. – Podsumowanie Jimmy’ego sprawiło, że wszyscy się naraz zatchnęli. – Ani tym bardziej z karierą i przyszłością dzieci, do których się jawnie przyznajesz.
Starzec oniemiał. Z wysiłkiem doczłapał do stołu. Kiedy wbił w blat swoje pulchne, zaciśnięte kurczowo pięści, bliski był już omdlenia. Głowę miał tak ciężką, że zapadła się bezwładnie w ramiona. Zbyt dawno zaczerpnięte powietrze ugrzęzło mu gdzieś w płucach i paliło od wewnątrz żywym, paraliżującym ogniem. Wierzył dotąd, że nic gorszego spotkać go już w życiu nie może. Teraz zrozumiał, że nic go nigdy bardziej nie zabolało. Napiętą, zbyt długo trwającą już ciszę przerwało kwilenie Maite.
- Tatusiu… – chlipnęła przejmująco. – Ja jej nie chcę! – Podbiegła do Dana i objęła go w biodrach rączkami. – Nie chcę, żeby Bianca z nami mieszkała!
Ojciec zadrżał. Wziął pięciolatkę na ręce. Wściubiając nos w jej płowe włoski, tuląc ją i walcząc z własnymi myślami, spojrzał poddańczo, i chyba też przepraszająco, na rozżalonego, kiwającego głową Paddy’ego.

***

Za każdym razem, gdy ta mała się poruszyła, jego usta miękły w bezwolnym, a przyjemnym uśmiechu. Stał pod przeszkloną na wpół ścianą, z dłonią przytkniętą do szyby, opuszkami dwóch palców obrysowywał bez ustanku jej kontur. Teraz dopiero dotarło do niego, że naprawdę uratował jej życie. Komuś tak bezbronnemu i niewinnemu… najmniejszemu człowiekowi na świecie, jak nazwał ją właśnie w swym dziecinnym, prostolinijnym umyśle. Niechciana, niczyja, bardziej osierocona od niego. Strzepnięty z ramienia okruszek, nieświadom nawet tego, że gdzieś na chwilkę przyległ. Miała szansę utknąć w tym uroczym roztargnieniu, nie zarazić się wyrachowanym formalizmem matki. Mogła być bardziej jak on i mniej jak Maddie, mogła być sobą… i jego oczkiem w głowie. Nigdy nie pozwoliłby jej skrzywdzić, a ona by go kochała, z każdym dniem coraz bardziej, nie wiedząc, lecz przeczuwając, i z przeznaczenia, a nie „bo tak wypada”.
- Cześć – wyszeptał w końcu. W miarę, jak podchodził do wejścia, jego drobne paluszki przesuwały się po tafli szyby. – Obiecałem ci wczoraj, że zabierzemy cię dzisiaj do domu, ale papa nie mógł, więc… więc sam przyszedłem… – Cień uśmiechu gubił się w kącikach jego wąskich, malinowych usteczek. – Muszę cię tylko prosić, żebyś nie płakała… ani nic z tych rzeczy… bo jak zauważą, że cię stąd wynoszę… – Rozejrzał się płochliwie. – Rozumiesz, prawda? – Cały roztrzęsiony wszedł do środka. – Obiecałem sobie, że to jedno na pewno naprawię. – Bianca nie leżała już w inkubatorze, a w łóżeczku. Ubrana w śpioszki i nie podłączona do aparatury, rozglądała się z zaciekawieniem po ponurych kątach. Kiedy Paddy, wstrzymawszy oddech, stanął nad jej główką, roziskrzone spojrzenie zaintrygowanych wszystkim ocząt wręcz się w nim zapadło. Chłopczyk zastygł pod nim w bezruchu. Objął się ramionami. Wiedział, że robi źle, ale nie mógłby w tej chwili inaczej. – To nie jest tak, że nikt cię nie chce – wymamrotał tak, jakby próbował się usprawiedliwić. – Jak poznasz papę i moje rodzeństwo, zakochasz się w nich na zabój! – Mrugnął małej oczkiem. – Ale póki nie są jeszcze gotowi, nie mogę pozwolić, by ktokolwiek nam cię odebrał. – Wyprostował się, obejrzał raz jeszcze za siebie. Gdy po chwili zaczerpnął powietrze, na próżno usiłując uspokoić swoje małe, pyrkocące szybko serduszko, zdecydował, że teraz albo wcale i wysunął ręce, otulił ją cienkim, skotłowanym w rogu kocem i podniósł ostrożnie, drżąc na całym ciele. Wtedy właśnie dotarło do niego, że jest prawdopodobnie drugą po swoim ojcu osobą, która ją przytula. – Nie martw się, Bibi Okruszku. – Przycisnął ją do piersi. – Wiem, gdzie pójdziemy. – Schował ją pod płaszczem.
Przedzierając się przez nieskończoną plątaninę korytarzy, nucił „Amazing Grace”. Małą to uspokajało.

Data:

 01.02.2014

Podpis:

 Sheena

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76434

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl