DRUKUJ

 

Historia pewnego chłopaka: część 2

Publikacja:

 14-03-25

Autor:

 Bupsz
Gdy będąc jeszcze w Lissie, spotkałem Gamajun, uwierzyłem jej, jakoby faktycznie coś się działo w moim rodzimym świecie. Tak naprawdę, wszystko wygląda dokładnie tak samo, gdy byłem tu ostatni raz, dobry rok temu. Po akcji na statku płynącym w Lissie na Insulę, jakimś cudem zdołałem siebie i Natalią teleportować do Meadus, mojego macierzystego świata. Czy to ja sam zrobiłem, czy może mi ktoś w tym pomógł? Może faktycznie to mój Anioł Stróż mi wówczas pomógł? Chciałbym móc się w końcu dowiedzieć, jak to jest ze mną, i co stoi za cała tą sytuacją. Postanowiłem nie myśleć o tym, gdyż zbyt długie zamartwianie się tym powodowało że odchodziłem od zmysłów, gdyż uświadamiałem sobie iż próbuje zrozumieć coś, czego nie jestem w stanie pojąć. Abstrahując od tego, odzyskawszy przytomność, nie potrafiliśmy stwierdzić z Natalią, gdzie jesteśmy. Było późno w nocy, najwidoczniej teleportacja zajęła spory kawał czasu, lub też od momentu jak się znaleźliśmy na plaży Sławskiego jeziora, jakimś cudem nikt nas tam nie zauważył. Tak czy inaczej, gdy się obudziliśmy, było późno w nocy, jednak nie potrafiliśmy określić dokładnej godziny, gdyż najzwyczajniej nie mieliśmy zegarka przy sobie. Zorientowawszy się iż jesteśmy w Sławie, poczułem się strasznie nieswojo. Wracały stare wspomnienia, sprzed paru lat. Mała mieścina turystyczna jakich wiele w Polsce, ta jednak była bardzo szczególna, przynajmniej w mojej głowie. Nigdy Natalii o tym nie mówiłem, jednak w Sławie przed paroma laty poznałem pewną, z pozoru nie wyróżniająca się dziewczynę. Była podobnie jak ja Introwertyczką, czyli osobą sprawiającą wrażenie zamkniętej w sobie, podchodzącą do ludzi z dystansem, odzywającą się tylko wtedy, gdy ma faktycznie coś do powiedzenia. A nie tylko to nas łączyło. Obydwaj nie należeliśmy do osób rozgadanych, żyjąc jakby w swoim własnym świecie, umiejscowionym nigdzie indziej jak w naszych głowach. Poznaliśmy się przez przypadek, gdy w któreś wakacje, bodajże 2006, mając wtedy 15 lat, chcąc spędzić któryś dzień w całkowitej samotności ze swoimi myślami, wymyśliłem sobie że się przejadę PKSem, właśnie do Sławy. Jeździł, i chyba nawet dalej jeździ z Leszna tam aż jeden autobus, o wpół do ósmej rano, jednak to akurat w tej historii ma najmniejsze znaczenie. Miałem taki kaprys by spędzić samemu jeden dzień w Sławie, tak też zrobiłem.
Miasto znałem – jak to się mówi – średnio na jeża, jednak wiedziałem jak się po nim poruszać. Po wyjściu z autobusu, a następnie skierowałem się na tutejszy rynek; swoją drogą drugiego tak ładnego nigdzie indziej nie widziałem. Po drodze, postanowiłem usiąść sobie na ławce przy Kościele na ulicy Matejki, i chwile podumać nad sobą i sensem swojego życia. Byłem wówczas strasznym odludkiem i cholernie nieśmiały. O wiele bardziej niż jestem obecnie, i nie potrafiłem się przełamać by zdziałać cokolwiek. Nigdy nie umiałem się pierwszy do kogoś odezwać, nawet jak musiałem coś załatwić. Gdy siedziałem sobie tak na tej ławce, wówczas pojawiła się właśnie ona. Na oko 17 lat, włosy jasny blond które sięgały ramion, zielone oczach, ubrana w czarną letnią sukienkę na ramiączkach, sięgającą kolan. Nadto miała na sobie czarną torbę naramienną, która była dość chuda. Zdawało się że prócz kilku zeszytów, nic tam nie zmieści. Przyznam szczerze, już wtedy, gdy ją ujrzałem po raz pierwszy, strasznie mi się spodobała. Zarówno jej figura, jak i twarz, wszystko sprawiało że nie mogłem oderwać od niej wzroku, uważając ją za najładniejszą dziewczynę jaką dotąd spotkałem.
- Cześć. Czekasz może na kogoś? – Spytała otwarcie, zaś barwa jej głosu sugerowała iż jest osobą przyjaźnie nastawioną do ludzi. Przy okazji, usiadła się obok mnie.
- Eeeee, – zająknąłem się, lekko speszony, nie wiedząc co powinienem odpowiedzieć. – O mnie chodzi? – Nietaktowanie, odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- A widzisz tu może kogoś innego? – Uśmiech z jej twarzy tylko się powiększył.
- W zasadzie to ja tylko....ten, no.. – właśnie zacząłem się jeszcze bardziej peszyć.
- Ojej, wybacz – teraz ona się lekko speszyła, pukając się w czoło – Gdzie moje maniery. Karolina – rzekła podając mi rękę.
- Tomek – ledwo zdążyłem odpowiedzieć, podając swoją dłoń, a tu Karolina mnie przytuliła. Jeszcze bardziej się speszyłem przez jej bardzo przyjazną naturę, jednak postanowiłem również ją objąć.
- Kurcze, coś złego zrobiłam? – spytała ciut ściszonym głosem, widząc że byłem czerwony na twarzy, nie wiedząc co zrobić.
- Nie no spoko – odpowiedziałem, lekko nerwowy. – Nie sadziłem że poznam kiedyś tak... otwartą dziewczynę.
- Oj tam, Tomcio. Jaka tam otwarta – i znów na jej twarzy pojawił się promienny uśmiech – Normalna, nić więcej.
- Wiesz, tak szczerze jak już rozmawiamy. Właściwie to sobie, ot tak przyjechałem na cały dzień do Sławy i w sumie.... – znowu w mojej głowie pojawiło się zakłopotanie. Jak tu nie spieprzyć rozmowy z Karoliną? – Jesteś może wolna?
- No akurat jestem. Właściwie to nic konkretnego w planach nie miałam. – zaskoczyła mnie. Albo to ja jestem dziwny, albo ona jest nadzwyczaj towarzyska. – Myślę że jesteś spoko chłopakiem. Miło cię poznać.
- Kurcze, miło mi to słyszeć. Rza-rza...rzadko kkkk...kto mi to mmówi. – aż się zarumieniłem gdy Karolina mi to powiedziała.
- Jeju, to takie słodkie, jak się rumienisz – Nie zauważyłem kiedy, z zaskoczenia pocałowała mnie w policzek.
- W mordę jeża, ja cię błagam – rumieniec na mojej twarzy się tylko powiększył – przez ciebie się pod ziemie zapadnę.
- Boże, to ja cie błagam. – lekko się zaśmiała – Tylko mi tu zaraz nie zejdź na zawał.
- Kurcze, przepraszam. Nie zrozum mnie źle ale, no wiesz, jestem strasznie wrażliwy i w ogóle.
- Tym bardziej zaczynam cię Tomku lubić.
- Mmmi....mmiło mi z ttt..tt..tego po..powodu – mieszanka zdenerwowania i lekkiej ekscytacji, spowodowały u mnie lekkie jąkanie.
- No już spokojnie – mówiąc to, lekko mnie przytuliła, ocierając o siebie nasze policzki. – Wiesz, po prostu jakoś tak, od razu poczułam do ciebie sympatię – powiedziała mi do ucha.
W tym momencie się wzruszyłem. Oczy mi lekko się zaszkliły.
- Kurcze, przepraszam. Nie chciałam nic złego – wyczułem lekki niepokój w jej głosie.
- Nie, nie. Jest ok, po prostu jak mówiłem jestem cholernie wrażliwy, to dlatego. – Odpowiedziałem, chcąc by się nie martwiła. – Swoją droga Karolino, słuchaj, może mógłbym cię porwać na...może jakąś herbatę czy coś?
- A bardzo chętnie – widząc w tym momencie jej twarz, miałem wrażenie iż jej skóry i mięśni nie wystarczy na ciągle powiększający się uśmiech.

Niedaleko Kościoła obok którego się rozgadaliśmy była jedna kawiarnia, którą Karolina poleciła, by do niej się przejść. Tak więc zrobiliśmy, a po wejściu do środka zasiedliśmy wolne miejsce, z czym problemu nie było. Zegarek wskazywał dziewiątą trzydzieści-coś. Sam się zdziwiłem że coś o tej godzinie może być otwarte. W środku, gdy usiedliśmy na miejsce, kelnerka podała nam karty menu, tak więc w międzyczasie rozmowy, mogliśmy się zdecydować na co mamy ochotę.

- Tak w ogóle Tomcio.... a propos, mogę ci Tomcio mówić? – spytała.
- Czuje się trochę speszony gdy tak do mnie mówisz, jednak masz coś w sobie że od razu cię polubiłem. Więc spoko.
- Dzięki, słodziak jesteś – mówiąc to lekko poklepała mnie po ramieniu – Ciesze się, że cie poznałam.
- I ja tak myślę – odpowiedziałem, samemu się uśmiechając – Chciałaś o coś spytać?
- Skąd jesteś?
- Z Leszna, a ty skąd?
- Ano stąd.
- Jeśli to nie tajemnica, to dokąd akurat się wybierałaś nim mnie zaczepiłaś?
- Na plaże, lubię tak z rana sobie czasem popatrzeć na jezioro. Jest wtedy takie urocze.
- Słuchaj Tomcio, tak w ogóle, czemu tak sam tu przyjechałeś z Leszna?
- Tak wyszło. Czasami lubię pobyć sam.
- Na pewno? – spytała podejrzliwie.
- Taaak! – odpowiedziałem z lekką złością, która pojawia się u mnie niemal alergicznie gdy ktoś złapie mnie za czuły punkt.
- Tomcio słuchaj, nie bądź zły ale czuję że coś jest nie tak – mówiąc to, chwyciła mnie za rękę, chcąc jednocześnie spojrzeć mi w oczy.

Nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, przy naszym stoliku pojawiła się kelnerka, która to chciała się dowiedzieć czy się na coś zdecydowaliśmy. Karolina odruchowo puściła moją dłoń.

- To niech będą dwie zielone herbaty – rzuciłem, mimo że nawet nie zdążyliśmy z Karoliną spojrzeć co mają w menu. Miałem tylko nadzieje że nie strzeliłem gafy, poprzez mimowolną niewiedzę o braku takowej herbaty w ofercie.
- Dobrze, coś jeszcze dla was? - grzecznie zapytała kelnerka.
- Nie, dziękujemy – odpowiedziałem, po czym kelnerka zniknęła tak szybko, jak się pojawiła – Słuchaj Karolinko, po prostu czasem lubię tak pobyć sam ze swoimi myślami. To chyba przecież normalne?
- Owszem, lecz przyznam że pierwszy raz spotykam się z sytuacją, kiedy ktoś w tym celu przyjeżdżał do innego miasta.

Zauważyłem że Karolina jest równie bystra co urocza, chciałem uniknąć tematu, a teraz przynajmniej go zepchnąć na inny tor, jednak czuję że nie pozbędę się tego tematu z jej myśli. Bardzo szybko mnie rozgryzła, ma chyba jakieś zdolności telepatyczne, czy cholera wie co. Wiedziała jak mnie podejść, zaraz po nawiązaniu kontaktu ze mną. Nie wiem jakim cudem, ale wyczuła siedzącą we mnie uczucie wyalienowania, przynajmniej takie mam wrażenie. Nie wiem także dlaczego, sprawia mi wrażenie osoby której mogę bezgranicznie zaufać, mimo że znamy się dopiero od kilkunastu minut, a do tego wiemy o sobie dosłownie tyle, że w ogóle istniejemy. No i jeszcze to skąd jesteśmy. Nie powinienem ufać komuś kogo znam tak krótko, zawsze bałem się wygadywać komukolwiek ze swoich problemów z obawy przed wyśmianiem i odrzuceniem. Karolina jednak ma w sobie coś co powoduje iż po kilku minutach rozmowy o niczym, zacząłem jej ufać. Choćbym chciał, nie potrafię tego nazwać. Ta dziewczyna ma coś w sobie mega pozytywnego.

- Hmmm Tomuś? – odezwała się niespokojna – Przepraszam, nie chciałam urazić, jeśli o to chodzi.
- Nie no skądże. Słuchaj Karolinko – postanowiłem być z nią otwarty – w sumie, poszłaś w dobrym kierunku. Obiecaj że to co powiem zostanie między nami.
- Oczywiście. Zachowam to dla siebie – znów zacisnęła swoją dłoń na mojej – Wal prosto z mostu.
- Dziękuje – pierwszy raz jak z nią rozmawiam, odważyłem się spojrzeć jej prosto w oczy – Wiesz, bo ja... momentami czuje się nikomu nie potrzebny oraz.... samotny – z lekkim trudem to wypowiedziałem, po czym poczułem lekką ulgę związaną z faktem przyznania się do tego komuś, komu mam nadzieję że mogę zaufać. Drugą rzeczą którą poczułem, był silniejszy uścisk dłoni Karoliny.
- Tak mi się zdawało. Mogę spytać o coś osobistego?
- Śmiało. Coś mi mówi że byłabyś fajną przyjaciółką – powiedziałem bez większego zastanowienia. Można powiedzieć że wyskoczyłem z tym jak Filip z Konopi. Karolina zrobiła duże oczy.
- Zaskoczyłeś mnie. A właściwie to uprzedziłeś, gdyż.... – wzięła głębszy oddech – właśnie o to chciałam spytać.
- To znaczy? – zrobiłem się lekko niepewny – Co dokładnie masz na myśli?
- Mam podobnie – na jej twarzy pojawił się smutek – Też miewam dłuższe chwile przygnębienia. Takiego silniejszego. Pewnie nie uwierzysz ale – skończyła mówić w pół zdania. Zdawało mi się jakoby coś ją trapiło. Postanowiłem objąć ją ramieniem.

- Nie, nie trzeba. Jest ok – przetarła oczy, znów chwyciła za rękę, ponowie patrząc na mnie – To nic takiego.
- Karolinko, zaskoczyłaś mnie, wiesz?
- Ja, ciebie? - spytała, nie ukrywając zdziwienia.
- Myślałem że taka osoba jak ty, jest duszą towarzystwa i w ogóle, w sensie że wszędzie cię pełno.
- To tylko pozory. Podeszłam do ciebie, bo faktycznie chodziła mi po głowie taka myśl, a co mi w sumie szkodzi, może jednak czegoś szukasz a wstydzisz się zapytać.
- Sądziłem że z każdą napotkaną osobą tak masz.
- Mówiłam, to nic więcej jak pozory i tyle.
- Ale wiesz.... dziękuje – wyciągnąłem swoją dłoń spod jej uścisku. Postanowiłem by teraz to moja dłoń ściskała jej.
- Drobiazg Tomuś.
- To miły drobiazg.

Jak na zawołanie, w tym właśnie momencie kelnerka przyniosła nasze herbaty.
- Proszę bardzo – powiedziała z uśmiechem, kładąc je na stół.
- Dziękujemy – odpowiedzieliśmy jedno-głosem, i to w taki sposób iż nasze głosy się wręcz nałożyły na siebie. Zaśmialiśmy się lekko z tego.

- Słuchaj Karolinko, w sumie to mam też do ciebie osobiste pytanie, jeśli mogę? – przerwałem chwilową ciszę, spowodowaną łykiem herbaty, wciąż trzymając jej dłoń.
- Wal śmiało, nie krępuj się – znowu się uśmiechnęła.
- Wybacz mi że tak szybko o to spytam ale, jak myślisz..... - przerwałem, wstydząc się dokończyć pytania.
- Nie krępuj się. Ze mną możesz być szczerym jak na spowiedzi – uśmiech na jej twarzy się powiększył.
- Moglibyśmy się zaprzyjaźnić? - Serce zaczęło mi walić jak młot. Jak można spytać dziewczynę o coś takiego? Tylko boje się jej odpowiedzi.
- Zaskakujesz mnie – lekko się zaśmiała – kurde, nie wiem co powiedzieć.
- Przepraszam – rzekłem lekko speszony – nie powinienem o to pytać.
- Nie masz za co przepraszać. Nawet mi się miło zrobiło wiesz?
- Nie gadaj. Nie wydaje mi się by ktokolwiek chciał się ze mną przyjaźnić – palnąłem lekko smutniejąc. Ach, cholera! Znowu coś powiedziałem nie kontrolując języka! Gdzie ja mam głowę?
- A zdziwiłbyś się! – klepnęła mnie z całej siły w plecy – Właśnie że ja bym chciała!
- Nie gadaj, mówisz tak pewnie by mi nie było przykro.
- Wcale że nie! Poważnie jesteś super chłopak. - powiedziała dość żywiołowo.
- Dobrze, wierzę ci. Tylko właściwie nie wiemy o sobie nic poza tym że istniejemy.
- Och! Racja! – chwyciła się za głowę – Kurde, najwyższa pora to nadrobić!
- Gdzie się uczysz, tak w ogóle?
- A wiesz że w Lesznie?! - powiedziała z taką dumą, jakby zaraz miała z siebie wyskoczyć.
- O popatrz! A gdzie dokładnie?
- Technik Żywienia w Rolniku, po wakacjach będzie trzecia klasa – słysząc to nie mogłem ze śmiechu. Parsknąłem takim śmiechem że pewnie by mnie usłyszeli nawet w Białymstoku.

Mina Karoliny w tym momencie mówiła sama za siebie. Kuriozalna mieszanka spojrzeń typu „ale o co chodzi?” oraz „no bez jaj!”. Nie musiałem jej nic mówić, by się domyśliła o co mi chodzi i sama zaczęła śmiać.

- Nie no, ratunku! – mówiąc, próbowała przestać się śmiać – Poważnie? Też do rolnika idziesz?
- Uwierzysz że na ten sam kierunek co ty? - w tym momencie obaj podpieraliśmy rękoma głowy na stole, nie wierząc w ten zbieg okoliczności.
- Nie no Tomcio! Piona! - przybyliśmy sobie dłoń.

Przez następne kilkanaście minut, nasza rozmowa tyczyła się bezpośrednio szkoły, tego jacy są nauczyciele i tego typu tematyka. Gdy skończyliśmy pić herbatę, grzecznie wyszliśmy, zaś ja zapłaciłem za nas obu. Obiecała mi nawet użyczyć swoich książek z poprzednich lat.
Postanowiliśmy przejść się nad tutejsze jezioro., po drodze, gdy mijaliśmy kościół pod którym się poznaliśmy, zauważyłem księdza który nie wyglądał na katolickiego, mimo iż ów budynek sakralny jak najbardziej wskazywał na katolicką gałąź Chrześcijaństwa. Ubrany był w Czarną Togę, z białymi befkami. Oprócz tego rzucał się w oczy gęstą brodą.
- Szczędź Boże – powiedziałem z grzeczności.
- Cześć wuja – Aha? Mieć wuja księża? Z moimi antyreligijnymi poglądami, nie chciałbym tego.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – rzekł Ksiądz, czy jak tam go nazwać. Nawet nie wiem z jakiego odłamu Chrześcijan jest ten gość. Byle by nie był jakimś nawiedzonym Templariuszem czy innym krzyżowcem – Sława niby taka mała, a ja cię dawno moja droga Karolino nie widziałem! – I właśnie poczułem się nieswojo. Klecha jakby natychmiast zapomniał że ja tu stoję! – Przedstawisz mnie ze swoim nowym kolegą? – W tym momencie spojrzał na mnie ze szczerym, jak mi się wydaje, uśmiechem. Pewnie jak się dowie że jestem ateistą, to mnie odeśle do samego Lucyfera.
- Tomasz Bocer. Jestem z Leszna – odruchowo wyciągnąłem dłoń w geście powitania. Jednocześnie starałem się nie robić krzywych min. Ach cholerna alergia na księży!
- Andrzej Kowalski. Jak nie trudno się domyśleć, jestem wujkiem Karoliny. – uśmiech na twarzy Księdza wydawał się szczery. Chyba się nastawiam nazbyt negatywnie na każdego napotkanego duchownego.
- Słuchaj wujek, w sumie to racja. Z dobry miesiąc mnie u ciebie nie było. Może byśmy mogli z Tomkiem wpaść do ciebie? – Karolina nie kryła się z radością na samą myśl o tym.
- Bardzo chętnie was ugoszczę w swoich skromnych progach. – W momencie jak to Ksiądz mówił odruchowo zrobiłem wielkie oczy, co zostało od razu wychwycone przez obu towarzyszy rozmowy.
- Coś nie tak Tomku? - spytał niepewnie Wujek Karoliny.
- Ten, no. Jakby to powiedzieć – myślałem jak to ubrać w słowa – No. Ten teges. Proszę mnie źle nie zrozumieć ale chyba jestem jedną z tych osób które zwykle z duchownymi się raczej nie zadają.
- Tomku, przepraszam cię za czelność. Nie jesteś może Świadkiem Jehowy? – było słuchaj u Księdza słyszeć lekki niepokój.
- Nie no skądże. Tylko ateistą – odpowiedziałem na pełnym luzie.
- To żadna zbrodnia. I przepraszam jeszcze raz za pytanie.
- Żaden problem. Lepsze to niż przykładowo, czy nie chciałbym czasem zębów stracić – Ups! Pomyślałem sobie że takich dowcipów przy osobie duchownej nie powinno się mówić.
- Broń Boże, ja nie z tych co nawracają metodą na Sienkiewicza – Wujek Karoliny i ona sama lekko się zaśmiali.
- Eeee... to znaczy?
- Znaczy się, ogniem i mieczem – rzekli jedno-głosem. Ja zaś zrozumiawszy na czym polega dowcip, sam się lekko zaśmiałem.
- A tak propos, jeśli mogę spytać proszę Księdza. – podjąłem pytanie, lekko speszony, mając nadzieję nie postąpić nietaktownie – Ksiądz to.... z jakiej parafii? Tak po ubraniu widzę.
- Żadna tajemnica Tomaszu. Jestem Pastorem Ewangelickim.
- Aha rozumiem.
- To wujku, kiedy moglibyśmy cię odwiedzić? – zapytała Karolina.
- Szczerze, to możecie nawet teraz – odpowiedział z radością Pastor.
- Ups. Tomku, kurde wybacz że nie spytałam. Mam nadzieje że nie masz nic przeciwko? - lekko przestraszyła się Karolina.
- Absolutnie żaden. Inaczej bym chyba powiedział, jakby mi nie pasowało – odpowiedziałem. Szkoda tylko że nie jest to prawdą. Często nie potrafię ludziom odmówić, taki już stety lub niestety jestem.
- A tak w ogóle, zauważyłem że coś was łączy – oznajmił tonem skrywającym ekscytację, jakby co najmniej odkrył Atlantydę.
- A cóż to takiego Księże Pastorze? - zapytałem z nie dającą się ukryć ciekawością.
- Obydwaj macie na lewym policzku, identyczne kropki. Nawet się u was obu układają w pół-kole – zdziwieni, postanowiliśmy sprawdzić, każdy z nas nachylił do drugiej osoby swój policzek. Ej no! Faktycznie.
- Muszę przyznać, ciekawy zbieg okoliczności – rzekłem.
- No dobra, Wuja słuchaj. To jak z odwiedzinami?
- Jeśli chcecie moi drodzy, zapraszam w swe skromne progi nawet teraz! – rzekł dumnie Pastor.

I tak jeszcze tego samego dnia, byliśmy z Karoliną w odwiedziny u jej Wujka, w jego prywatnym domu. Muszę przyznać, ten dzień spędziłem naprawdę miło. Rozmawiało mi się sympatycznie, zarówno z Karoliną jak i jej wujkiem, mimo moich początkowych obiekcji, na szczęście nie słusznych. Pod wieczór, Karolina odprowadziła mnie na PKS, wcześniej dała mi swój numer komórki, abyśmy byli ze sobą w stałym kontakcie. Przez głupi przypadek poznałem naprawdę sympatyczną dziewczynę. Dziwne uczucie, znaliśmy się jeden dzień, a już zadeklarowaliśmy sobie przyjaźń. Nie ukrywam, świetnie nam się gawędzi. W czasie odwiedzin u Pastora Andrzeja, dowiedziałem się co nieco o ich rodzinie. Brat Pastora, a ojciec Karoliny, jest niestety, delikatnie mówiąc, staromodnym katolikiem, który uważa że wszyscy powinni być katolikami, a tych którzy nimi nie są, najchętniej by nawrócił w sposób na Sienkiewicza. Z tą różnicą że ten, w przeciwieństwie do swojego brata, nie traktuje tego jak żart. Karolina nie ma z nim dobrych relacji. Z tego co się dowiedziałem zdarzało mu się szantażować swoją rodzinę. Nawet posunął się do uderzenia swojej żony, a nawet samej Karoliny. Nie powiem, zdenerwowałem się jak to usłyszałem. Moja nowa koleżanka, czy też przyjaciółka, chciała bym to zostawił między nami. Wstydziła się o tym mówić, a zdecydowała się mi o tym opowiedzieć, gdyż jak sama twierdzi, z jakiegoś powodu bardzo mi ufa. W sumie, ja ją też stosunkowo szybko obdarzyłem sympatią i zaufaniem. Miałem wtedy nadzieję iż jej deklarację są w pełni szczere, gdyż moje są jak najbardziej prawdziwe.

W tym momencie, poczułem coś mokrego zderzającego się z moją twarzą, zjeżdżając po niej z góry na dół w swoim rytmie, w równych odstępach czasu. W mordę jeża, skąd się wziął ten psiak? W sumie nie ważne. I tak idealnie wyczuł w którym momencie przerwać mi sen. Odruchowo zacząłem machać rękoma w stronę jego pyska, chcąc zmusić ów Labradora do zaprzestania porannej pobudki czy też przywitania się, w sposób typowy dla czworonogich towarzyszy rasy ludzkiej. Od razu jak odzyskałem ostrość wzroku, poznałem psiaka, zacząłem wówczas niespokojnie rozglądać po pokoju w którym się znajdowałem, próbując sobie przypomnieć, gdzie ja jestem, i skąd się tu wziąłem? Trochę mi to przypomina....a no tak. Wygląda niemal jak dom jakiegoś duchownego. I wszystko jasne! Jestem u Wujka Karoliny.
Jak wspomniałem, po mimowolnej ale jakby nie patrzeć, szczęśliwej teleportacji – szczęśliwej bo nie porwało nas wtedy morze – znaleźliśmy się z Natalią na plaży w Sławie. Nie wiemy jak długo tam leżeliśmy, jednak odzyskawszy przytomność i stwierdziwszy że jest noc, i w związku z tym musimy się gdzieś przenocować. Wówczas, po dłuższej chwili, przypomniałem sobie o istnieniu Pastora Andrzeja, którego nie widziałem od bardzo dawna. Jak dobrze pamiętam to od 2009, a obecnie mamy pewnie jakoś początek 2014, zniknąłem zaś w grudniu 2012. Miałem dylemat w kwestii proszenia go o pomoc. Z jednej strony Pastor był osobą jak najbardziej w porządku. Wypisz wymaluj duchowny z powołania, chcący zbawić świat, a przede wszystkim pomagać ludziom. Z drugiej strony, jestem osobą mocno antyreligijną, nie przebierającą w słowach, gdy te kierowałem do kapłanów dowolnej religii. Ponadto jestem wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti, co w oczach Chrześcijańskich duchownych nie jest odbierane zbyt pozytywnie. W związku z tym, głupio mi było prosić go o pomoc Wujka Karoliny, nawet mimo tego że mnie lubi.
Dalszy wewnętrzny monolog, został mi przerwany przez Pastora którzy wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, sprawdzić czy z Natalią już się obudziliśmy. Tak więc ja już za sprawą Czarka, jak ma na imię jego Labrador, byłem w pełni przytomny, zaś moja fioletowowłosa przyjaciółka, wciąż była w objęciach Morfeusza.
- Szczędź Boże Tomku – twarz Pastora Andrzeja jak zawsze wskazywała na jego pogodę ducha – Jak się spało?
- Szczędź Boże Księdzu Pastorze, a dość dobrze – zacząłem mówić, z niedającym się ukryć zdziwieniem w głosie iż wciąż mam mętlik w głowie – Tylko szczerze, dziwnie się czułem tak u Księdza na jednej kanapie z Natalią leżeć.
- Ano, wciąż żyje skromnie by w grzech rozpusty nie popaść. Z tego też względu, nie mam podstaw wam uznać tego jako grzechu. – rzekł z lekkim uśmiechem na twarzy – Przecież wyszło tak ze względu na sytuację która was spotkała.
- Dziękuję za nocleg. Bardzo mi Pan pomógł tym – przerwałem sam sobie w pół zdania, lekko speszony. Mimo swojej anty religijności, wolałem nazywać księży i innych duchownym zgodnie z właściwym tytułem, a wciąż mi się zdarzało im mówić per „Pan”.
- Nie przejmuj się. Możesz mi mówić Proszę Pana. Wiesz przecież że ja się o to nie obrażę. – odpowiedział spokojnie.
- Jeszcze raz dziękuje. – lekko mi ulżyło na możliwość nietrzymania się pedantycznie właściwego nazewnictwa – Miałbym do Pana, jedno pytanie. Jednak z pewnych powodów chciałbym żeby Natalia tej rozmowy nie słyszała – dopowiedziałem ściszonym głosem.
- Dobrze, niech będzie – zgodził się, wyczuwając moje podejrzenia wobec Natalii. - jak się ubierzesz, podejdź do mojego Pokoju.
Tak więc postanowiłem się przebrać w miarę szybko i bezszelestnie, a następnie udać się do pokoju Pastora.
Pomyśleć, tyle lat minęło jak jeden dzień. Każdy dzień bez Karoliny, zdawał się być niczym wieczność. Gdzie się teraz podziewa, czy myśli o mnie? Tęskni za mną? Czy nadal czuje do mnie, to samo co ja do niej? Tak bardzo ale to naprawdę strasznie mi jej brakuje. Jej oczu i ramion, które potrafiły stopić we mnie każdą blokadę. Tych chwil kiedy przytulony do niej, mogłem jej się ze wszystkiego wypłakać. Karolina była dla mnie pierwszą i jedyną osobą o której mogę mówić jak o prawdziwym przyjacielu. Za każdym razem, jak miałem podły humor, mogłem do niej zadzwonić, nawet o czwartej w nocy, i przegadać z nią całą noc, lub przynajmniej tyle na ile nam obu starczało darmowych minut oraz pieniędzy na koncie. Jeden telefon i mogłem się jej wyspowiadać, niemal ze wszystkiego, nawet najbardziej intymnych problemów, wiedząc że mnie nigdy nie wyśmieje. Jednak jak szybko się pojawiła....
- O już? Tak szybko? - spytał zaskoczony Pastor.
- No, szybki Bill ze mnie przyznam – odpowiedziałem.
- Jak zawsze – Pastor wskazał ręką na stolik z dwoma krzesłami, ulokowany w rogu swego pokoju, który mimo że skromny, posiadał jedynie radio, biurko na którym widniała korespondencja czy też od organów naczelnych Kościoła. Stolik przy którym zasiadłem ja z Panem Andrzejem, służył stricte do celów towarzyskich, by mieć gdzie wypić kawę lub herbatę, gdy ktoś przyjdzie w odwiedziny – Tak więc, co się dzieje Tomku?
- Wie Ksiądz kto mi się dzisiaj śnił? – zacząłem od pytania retorycznego.
- Domyślam jak bardzo ci jej brakuje. Ja również strasznie za nią tęsknie – odpowiedział z niedającym się ukryć smutkiem w głosie.
- Wciąż nie umiem się z tym pogodzić. Karolina była dla mnie wszystkim – smutek i mi się udzielił – tfu! Co ja gadam, wciąż jest moją najlepszą przyjaciółką. Nadal czuje jej obecność, tu obok nas.
- Bardzo ci współczuje Tomku. Uwierz mi, ja również potwornie ubolewam nad tym co się stało. Równie mocno jak ty pragnę sprawiedliwości za to co zostało uczynione względem jej! – w głosie Pastora, szło usłyszeć gniew.
- Przyrzekłem sobie wtedy, i słowa dotrzymam, choćbym miał czekać wieczność. Spotkam gnoja, to nie ręczę w tym momencie za siebie! Chrzanić że spędzę resztę życia w Rawiczu! – u mnie zamiast gniewu, pojawił się płacz, spowodowany bezsilnością wobec zaistniałej sytuacji.
- Tomku, spokojnie. Jak mówiłem, w pełni rozumiem twoje uczucia. Sam równie mocno pragnę sprawiedliwości, jednak proszę, nie zapominaj że agresja rodzi agresję. Niczym samo nakręcająca się spirala nienawiści.
- Że niby agresja? Dobre sobie – nosiło mnie gdy o tym myślałem – A czym do kurwy nędzy Karolina sobie na to zasłużyła. Czym? – Z gniewu prawie walnąłem pięści z całej siły w stół.
- Tomku proszę, naprawdę ja cię w pełni rozumiem. Karolina i mnie była bardzo bliska – próbował mnie uspokoić, a sam miał w głosie sporą dawkę gniewu myśląc o tym.
- Przepraszam. Widzi Ksiądz że mnie nosi gdy myślę o tym....co..... co Księdza brat zrobił.
- Kiedyś w końcu go znajda. Wtedy stanie przed wymiarem sprawiedliwości i dostanie sprawiedliwą karę.
- Ja już wiem jaką karę mu wymierzę. Utnę mu fiuta i karzę mu go zjeść, by mieć pewność że nie jest facetem! – Znowu prawie bym walnął z całej siły w stół.
- Tomku! Ja w pełni rozumiem twój gniew, jednak dalej proszę, bądź spokojny. Chciałeś ze mną porozmawiać bez Natalii. A tak ją tylko obudzisz! – względny pokój w głosie Pana Andrzeja oraz argument sam w sobie mnie przekonały. Mój gniew w tym miejscu i czasie niczego nie zmieni. Muszę się opanować, choć to cholernie ciężkie.
- Tak ma ksiądz rację – starałem się zebrać myśli, Pan Andrzej jest jedyną w Meadus osobą, którą mogę poprosić o radę w tej kwestii o którą mi chodzi – Rzecz jest w tym iż za moim ostatnim zniknięciem, Natalia może mieć coś wspólnego.
- Tak sądzisz? – spytał podejrzliwie
- Nie zauważył ksiądz pewnego podobieństwa między Natalią a... no... no Karoliną?
- Niech to diabli – widać było że Pan Andrzej też coś wyczuł – Faktycznie, ciut podobny głos, choć jakby bardziej, jakby to nazwać...
- Jakby nie z tego świata? – znów zapytałem retorycznie.
- Nie chcę jej urazić, jednak sprawia takie wrażenie.
- Proszę księdza, może od razu przejdę do rzeczy – zmieniłem swój ton głosu na bardziej poważny – Dalej się ksiądz interesuję demonologią i całą tą okultystyczną otoczką?
- Tak, bez fałszywej skromności przyznam że mam dość obszerną wiedzę na ten temat.
- Dobrze, zatem pora na prawdziwy konkret, niech Ksiądz da mi chwilę – zamknąłem oczy, zacisnąłem dłoń i skupiłem swoje myśli wokół tej cholernej pierdółki, o którą mi chodzi. Pod powiekami, w miejscu czerni rozbłysło mi zielone światło, które tak szybko jak się pojawiło, zniknęło, niczym woda spływająca po szybie. W momencie gdy ujrzałem znowu wielką ciemność, poczułem jak w mojej dłoni nagle pojawił się pewien przedmiot. Oczywiście wiedziałem, czym on jest, w końcu sam chciałem jego materializacji. Za długo się ukrywał w głębinach mojej duszy. Otworzywszy oczy, ujrzałem Księdza Andrzeja, w napięciu oczekującego wielkiej niewiadomej. Postanowiłem nie stwarzać teraz niepotrzebnej otoczki, która by dodatkowo podsycała niepewność czy tajemniczość, tylko natychmiast przejść do właściwego tematu rozmowy. Tak więc otwarłem swą dłoń, w której zgodnie z moją wolą, pojawił się kamień dusz.
- Ładny kamyk, ciekawi mnie, jak się tu pojawił? – Ton głosu księdza, zdawało mi się, sugerował jakoby zmyślał swoją niewiedzę.
- Panie Andrzeju, nie zgrywajmy się. Ja wiem że ksiądz wie, co się znajduje w mojej dłoni, prawda?
- Dobra, masz mnie Tomku! – jak czułem, wiedział co się święci – skąd masz ten artefakt?
- Długa historia, w telegraficznym skrócie, za jego sprawą zniknąłem przed rokiem, dzięki niemu pojawiła Natalia, przez niego ścigali mnie płatni najemnicy i to dzięki niemu jestem tu z powrotem.
- Ścigali cię najemnicy? – w oczach Księdza pojawił się strach – Tomku, co się dzieje!?
- No właśnie też bym chciał to wiedzieć – powiedziałem stanowczo – Dlatego proszę, niech Ksiądz mi powie co wie na temat tego kamyka.
- Dobrze, już mówię – w końcu padły te słowa, na które tak bardzo czekałem. Teraz tylko niech Pastor przemówi na temat – Tak więc, z tego co mi wiadomo, według starej legendy, niegdyś nasz świat wyglądał zupełnie inaczej, niż teraz, w obecnej formie.
- To znaczy? – spytałem z nie dającą się ukryć ciekawością.
- Nie przerywaj, daj powiedzieć - przerwał mi, jednak ma rację. Niech mówi co wie – Niegdyś świat wyglądał inaczej. Zwał się Comunis, co znaczy wspólnota, gdyż współżyły wtedy ze sobą magia z wiedzą, nauka i mistycyzm, wszystko żyło obok siebie, wzajemnie się uzupełniając. Zaś ten świat został stworzony przez Anioły, które to musiały go wykreować z przymusu. Otóż na początku istnienia świata, miało nie być śmiertelników, a istniały jedynie Anioły i Demony. Jednak zdarzyło się któregoś dnia że Szatan, przyboczny samego Lucyfera, księcia ciemności, skusił jedną z Anielic a następnie ją uwiódł. Ich romans zaowocował pojawieniem się pierwszych ludzi. Mieli świadomości o ich niedopasowaniu do mitycznych Królestw, zarówno Nieba, jak i Piekła. Tak więc Lucyfer z Metatronem, królem Aniołów postanowili wspólnie o utworzeniu trzeciego świata, który zostałby zaludniony przez Ludzi, których zrodził kazirodczy związek Anioła z Demonem. Tak oto powstał Comunis. Ludzie po swoich rodzicach odziedziczyli dwie specyficzne umiejętności. Pierwszą jest rozumienie dobra oraz zła. Drugą zaś jest możliwość, przynajmniej częściowego manipulowania swoim przeznaczeniem. Jednak z czasem, stało się to, czego uniknąć się nie dało. Wielcy Uczeni oraz Arcy Magowie, w swojej arogancji chcieli wykorzystać Boski potencjał tkwiący w komunii, jak zwano połączone siły magii oraz nauki, do poszerzania swoich wpływów, jak i do zaspokajania swoich pragnień oraz nieskończonej pychy. Wówczas Anioły i Demony, wraz z nielicznymi ludźmi, których nie skusiła pycha, postanowili aby ten świat podzielić. Dokonać podziału na dwa osobne rzeczywistości. Świat wiedzy oraz Świat magii. Zdecydowano również aby nie było możliwym przedostać się z jednego świata do drugiego, a każdy z nich mógł oglądać ten drugi wyłącznie przez sny – Pastor chwilowo przerwał celem napicia się wody.
- Zaczynam się lekko niepokoić proszę Księdza – powiedziałem lekko przestraszony tym co usłyszałem, gdyż za bardzo mi się to układa w logiczną całość z tym co przeżyłem w Lissie.
- Spokojnie Tomku, to tylko legenda – próbował mnie uspokoić nie będąc chyba świadomy tego, jak blisko prawdy jest ta legenda – Tak więc, mówiąc dalej. Jak zadecydowano, tak też postąpiono. Rozpoczął się wielki podział tego, co było dotąd jednością. Jednak tak wielki proces, wymagał wielu ofiar. Rozdzielono rodziny, oddalono od siebie kochanków, zaś przyjaciele zostali zmuszeni, aby rozstać się na całą wieczność. Domyślasz się zapewne, jak wielki wpływ miał ów podział na Energię oraz równowagę za którą odpowiada. Postanowiono wówczas o stworzeniu dodatkowego, specjalnego świata, którego celem będzie bycie swoistym sanktuarium, celem którego będzie wspomaganie Energii w utrzymaniu światów w należytej równowadze. Raz na 2150 lat, dusza śmiertelnika miała zostać uświęcona przez ofiarę, będąca przeznaczeniem determinującym całe jego dotychczasowe życie – i znów Pan Andrzej musiał się napić wody.
-Czemu akurat co 2150 lat? – spytałem z ciekawości.
- Wedle tej legendy, co tyle lat miało następować rzekome...jakby to nazwać.... zmiana biegunów mentalnych obu światów. Tak jak dwa tysiące lat temu rodziła się Cywilizacja Chrześcijańska, która obecnie podupada, tak samo jak niegdyś wielkie Starożytne Imperia powstawały, tylko po to by sromotnie upaść, aby na ich szczątkach mogły powstać całkowicie nowe społeczności. Tak było, jest i będzie. Przynajmniej wedle tej legendy.
-Ja to rozumiem, jednak proszę powiedzieć, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na ten kamyk? – pozwoliłem sobie ponaglić Księdza, obawiając się pobudki Natalii
-Spokojnie, pamiętam. Wspomniałem o specjalnym świecie w którym co dwa tysiąc lecia któryś ze śmiertelników ma poświęcić swą duszę, po to by przez przez kolejne dwadzieścia wieków, wszystkie światy mogły dalej trwać, bez obawy o ponownie połączenie w jedność. Tak Tomku, dobrze się domyślasz. Kamyk który w tym momencie trzymasz w swojej dłoni wygląda dokładnie tak, jak ten o którym mówi legenda.
- Tylko jedno jeszcze pytanie. Wiadomo coś o tych osobach, które miały by poświęcać swe dusze równowadze? Mam na myśli to, jak je można rozpoznać.
- Tak, stare pogańskie teksty mówią o tak zwanych Źródłach.
- Źródłach? Pewnie nie miano w tych papirusach na myśli górskiej wody?
- W rzeczy samej. Czytałem kiedyś w którejś z książek o tym iż źródłami są osoby, których dusza powstała z nad przeciętnej ilości cząstki tej Energii, która miałaby być użyta na utworzenie duszy.
- Zdaje mi się, jakoby kontrolowanie równowagi nie było jedynym, czego by takie osoby umiały dokonać?
- Owszem. Mówi się jakoby takie osoby władały magia, chociaż nie były czarodziejami. Niczym niemi którzy mieliby posiąść zdolność śpiewania.
- Ale jak to możliwe? Znaczy się że taka osoba mogłaby, przykładowo przenieść siła woli, co tylko zechce lub zburzyć, powiedzmy, Chiński Mur?
- W konkretnych warunkach. Musi mieć bardzo silną wole, ewentualnie być pod wpływem silnego bodźca z zewnątrz. Wtedy taka osoba mogłaby się nawet rzekomo teleportować między światami. Ach, jak tam o tym ci opowiadam, to sam pomału zaczynam wierzyć w te bajki, urażając tym Pana Boga.
- Proszę Księdza, wiem co sobie ksiądz pomyśli, ale w każdej bajce jest okruch prawdy.
- Otóż to, kto ma silną wolę będę mógł góry przenosić, nieść Ewangelię Światu!
- Ach, dobra Proszę Księdza. Dosłownie ostatnie pytanie. W tym kamyku, można niby zamknąć czyjąś duszę, tak?
- Wedle tych bajek i legend, którymi się podpieram opowiadając ci o tym wszystkim, owszem.
- Jak na Chrześcijańskiego Duchownego, ma ksiądz strasznie bogatą wiedzę z zakresu.....
- Wiem do czego zmierzasz. Nie jestem, Broń Boże, heretykiem i bluźniercą. Mimo mojej bogatej wiedzy, za której uznanie bardzo ci Tomku dziękuję, opieram swoje życie wyłącznie pod natchnione nauki Pisma Świętego. Znam twoje, powiedzmy że lewicowe, poglądy na temat religii Chrześcijańskiej, szczególnie Kościoła Katolickiego. Ja twoje poglądy zawsze szanowałem, i tego samego oczekuję w drugą stronę.
- Się rozumie Proszę Księdza. Szczerze powiedziawszy jest Pan jedynym Księdzem z którym mogę spokojnie porozmawiać na temat niechrześcijańskich spojrzeń na świat.
- To samo mogę o tobie powiedzieć. Jak na osobę o swoich mało popularnych poglądach, przyznam, jesteś inteligentną osoba. Jak już tak pozwalamy sobie na chwile wylewności, mogę być z tobą Tomku teraz absolutnie szczery?
- Proszę, niech Ksiądz się nie krępuje.
- Początkowo tolerowałem cię, wyłącznie ze względu na Karolinę, która miała w tobie wsparcie którego nie mogła liczyć ze strony swoich rodziców. Ode mnie też nie mogła na nie w pełni liczyć, ze względu na uraz do religii jaki zapewnił jej Ojciec swoim charakterem. Ty zaś myślisz i czujesz dokładnie tak samo jak Karolina. Nie bierz tego do siebie, ale wtedy, w te wakacje, w tym dniu kiedy się poznaliście, nie przypadłeś mi do gustu. Twoje otwarcie przyznanie się do ateizmu dało mi lekkiego niesmaku. Dlaczego mimo to cię tolerowałem, już wspomniałem. Osobiście chciałbym cię teraz przeprosić.
- Mnie? Za co? – spytałem zdziwiony
- Dopiero po.... - na chwile się zająknął – po jej śmierci zrozumiałem jak bardzo byliście ze sobą zżyci. Wówczas zrozumiałem jak prawdziwe i szczere są wasze relacje. Zrozumiałem że naprawdę miała w tobie to, czego nie miała w domu – mówiąc to, Pastor uronił łzę.
- Aż nie wiem co mam powiedzieć.
- Ale ja wiem, co ja chcę ci powiedzieć. A pragnę rzecz, dziękuje że byłeś przy niej cały ten czas.
- To ja jej powinienem za to podziękować. Anioł Stróż któregoś z nas, widocznie tak chciał, byśmy się spotkali.

Dalsze dyskusje natury filozoficznej musiały zostać przerwane, o ile nie przeszkadzałaby mi obecność dodatkowej osoby. Do pokoju weszła Natalia, po której było widać iż jeszcze śpi. Ja przestraszony jej nagłym pojawieniem się, szybko zamknąłem oczy oraz lewą dłoń, skupiam myśli i niemal natychmiast kamyk znikł tak szybko jak się pojawił.

- Szczędź Boże, cześć Tomcio – nawet jej głos zdradzał o jej niepełnym wybudzeniu się. Już wszyscy się pobudzili?
- Noooo... jak widać – odpowiedziałem lekko speszony. W międzyczasie Natalia usiadła obok nas.
- Tomciu, zła jestem, wiesz? - rzekła szorstkim tonem głosu.
- Co się stało Natalio? - spytałem lekko zdenerwowany.
- Czemu mi nigdy nie mówiłeś o Karolinie? - zdenerwowałem się słysząc te pytanie. Czyżby mnie i Księdza cały ten czas podsłuchiwała?
- Natalio, wybacz że spytam, ale czy ty nas...... – spróbował niepewnie o to spytać Pastor Andrzej.
- Nie skądże – przerwała w pół zdania – proszę nie brać tego do siebie ale mam gdzieś o czym gadacie między sobą. Tomek mi wspomniał o Karolinie, gdy do księdza szliśmy.
- Tomciu mam prośbę – mówiąc to, Natalia zaczęła delikatnie płakać – Przytul mnie.
- Oczywiście Natalko – wstałem, i tak też zrobiłem.
- Tomuś, jeszcze jedno – mówiąc to pocałowała mnie w policzek.
- Tak Natalko?
- Opowiedz mi o Karolinie, chciałabym ją poznać – mówiąc to spojrzała mi w oczy – chcę ją poznać, taką jaką ją zapamiętałeś.
- Oczywiście Natalko, przepraszam że wcześniej o niej nie mówiłem.
- Och Tomuś, co było, a nie jest, nie wpisuje się w rejestr.

Opowiedziałem Natalii wszystko o Karolinie, to jak się poznaliśmy w Sławie, o tym jak niemal od razu się zaprzyjaźniliśmy po kilkunastu rozmowach minuty, która była właściwie o niczym. O tym jak przez całe wakacje, niemal codziennie któryś z nas jechał w odwiedziny do tej drugiej osoby, o tym jak spędzaliśmy ze sobą niemal każdą sekundę życia. Spowiadaliśmy się sobie niemal z każdej sekundy życia, z każdej troski, każdej łzy. Wszystko co leżało nam na sercu, było nam doskonale znane. Absolutnie żadnych tajemnic. Pewnego dnia pod koniec września, tego samego roku w którym się poznaliśmy, Ojciec Karoliny, swoją drogą, fiut jakich mało, upił się po tym jak stracił pracę, następnie ją pobił tak że miała siniaki na całym ciele. Skatował ją tylko dlatego że zadaje się z nie zasługującym by żyć bezbożnikiem, jak mnie uwielbiał nazywać. Wówczas uciekła z domu do swojego Wujka, opowiedziała mu o wszystkim, ten postanowił ją przywieść do Leszna, właśnie do mnie. Moi rodzice, którzy zdążyli poznać, a nawet polubić Karolinę, zdecydowali nie zostawiać tego w ten sposób, zgłaszając sprawę do prokuratury.

- Wiesz Natalko, ja bardzo tęsknię za nią – Myśląc o tym wszystkim nie mogłem powstrzymać się o płaczu.
- Tomku, ja cię naprawdę w pełni rozumiem. Domyślam się, jak bardzo wielką pustkę czujesz. Mam też świadomość tego że mogę jej nie wypełnić. Jednak ciągle tu obok ciebie jestem. Tak samo jak wtedy dla niej, tak teraz dla mnie, jesteś wspaniałym przyjacielem, i będziesz nim cokolwiek by się nie stało – mówiąc to, nie przestawała mnie tulić.
- Ja...naprawdę zrobię gnojowi krzywdę, jak tylko go dorwę – gniew po raz kolejny mnie ogarniał.
- I ja to rozumiem. Wybacz że cię o to spytam, chciałabym jednak wiedzieć, co dokładnie się wtedy stało – po raz kolejny o to zapytała.
- Wtedy, jak sprawa trafiła gdzie trzeba, a Karolina do szpitala... ja …. naprawdę bałem się o nią. Bardzo o nią się bałem – łzy leciały ze mnie niemal wodospadem – ja.... nie potrafię o tym mówić, wybacz mi.
- Nie umiem sobie wyobrazić twojego bólu, jednak pragnę pomóc ci go ukoić. W tym nie zdołam ci pomóc, póki nie będę znać jego przyczyny.
- Dziękuję chociaż za to. Kocham cię tam samo jak i ją, wiesz? - Łzy dalej leciały strumieniem.
- To ja dziękuje że mnie tak wysoko stawiasz – ramiona Natalii ściskały mnie jeszcze bardziej.
- Jej ojciec wtedy.... gdy już wróciła do domu....
- Zrobił jej coś złego tak?
- Ten skurwiel.... on ją zabił – w tym momencie nie wytrzymałem i mój gniew przejął nade mną kontrolę – rozumiesz kurwa?– tego nie powiedziałem, tylko z całej siły wydarłem, tak że pewnie słyszano mnie na zewnątrz – A potem tak niby kurwa przypadkiem zniknął, chuj go wie gdzie!? Niech ja go tylko dorwę, to zgodnie z obietnicą, urwę mu kutasa i każę go mu zeżreć!! A potem będę z sadystyczną przyjemnością patrzał jak się wykrwawia na moich oczach!
- Tomku błagam, opanuj się – Natalia przytuliła mnie tak mocno, jak nigdy dotąd, i stało się coś dziwnego. Poczułem jak gniew momentalnie ze mnie ulatuje, zniknął jakby coś go wyssało. Jednocześnie poczułem wokół siebie silny powiem wiatru. Natalia natomiast poleciała w kierunku swoich pleców, jak odbita z całej siły piłka baseballowa. Wylądowała na meblościance, zaś energia z którą poleciała, przeniosła się na wszystko co się w niej znajdowało, niszcząc w drobny mak całą zawartość. Czy to ja zrobiłem? Ja chyba jestem jakimś odmieńcem. Jak to możliwe że mój gniew dosłownie eksplodował? Co się kurwa ze mną dzieje?

Natychmiast z Księdzem podbiegliśmy do Natalii, która leciała ze ściany na ziemię. Złapaliśmy ją, i położyliśmy bezpiecznie na ziemi, z dala od spadających elementów meblościanki.

- Natalia, żyjesz? – zawołałem do niej, lekko ją szturchając.
- Ttto....ttttooo....tttomek...jjj...jjaa.. – próbowała coś powiedzieć, jednak zwijała się z bólu.
- Cholera, niech Ksiądz dzwoni po karetkę, i to natychmiast!
- Nawet nie musisz mi tego mówić! – od razu pobiegł do telefonu stacjonarnego.
- Natalia, błagam, przeżyj. Kurwa, ja nie chcę cię stracić. Nie daruje sobie, gdy umrze mi druga przyjaciółka. Za nic w świecie sobie tego kurwa nie daruje! Nie daruje i tyle – wolałem zduszonym głosem. Natalia wyraźnie chciała chwycić moją dłoń, postanowiłem jej w tym pomóc, czując że chce mi powiedzieć coś telepatycznie. Tak więc sam ją złapałem za rękę i skupiłem swoje myśli tylko i wyłącznie na niej.
- Tomku, spokojnie, nie denerwuj się – powiedziała do mnie używając swojej telepatycznej mocy – Nie obwiniaj się. To nie była twoja wina, wiem że nie zrobiłeś tego celowo. Już spokojnie.
- Ale ja sobie tego naprawdę nie daruje jeśli coś ci się przeze mnie stanie – odezwałem się również drogą telepatyczną.
- Spokojnie, wyjdę z tego cało. Ile razy dałam sobie rade gdy nas Kłusownicy zaatakowali, to miałabym sobie nie dać rady z głupim urazem?
- Natalko, jest coś czego ci nie powiedziałem. Ja cię....ja cię kocham wiesz?
- Nie mów? Poważnie? – W jej oczach było widać łzy.
- Tak, kocham cię, ale nie tak że jak siostrę czy coś w ten deseń. Czuję w środku to że ja naprawdę cię kocham. Tak jak naprawdę się kocha. Nigdy ci tego nie mówiłem, bałem się jak zareagujesz.
- Karetka zaraz tu będzie – zawołał Pastor.
- Proszę Księdza, ja nie chcę by coś się jej stało – powiedziałem cały przestraszony.
- Na pewno nic się Natalii nie stanie. Bądźmy dobrej myśli.
- To wszystko moja wina. Sam siebie nie kontroluję.
- Nie mów tak Tomku, też się przestraszyłem gdy ujrzałem to.... to co zrobiłeś. Wierzę że nie zrobiłeś tego specjalnie, prawda? - powiedział Pastor, starając się zachować spokój, jednak nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Widać było jak bardzo się przestraszył niekontrolowanego ataku tej dziwnej energii z mojego ciała.
- Tak. Ja tylko za nic w świecie nie chcę stracić Natalii. Nie wybaczyłbym sobie tego.


Niecierpliwie oczekiwaliśmy karetki, ja zaś dodatkowo obawiałem się jak się wytłumaczymy z tego jak Natalia mogła oberwać w tak...specyficzny sposób. Wyraz twarzy księdza mówił sam za siebie. Podejrzewał podobnie jak ja iż informacje z podanej przez niego legendy, mogą okazać się prawdą. A co jeśli ja faktycznie jestem Źródłem? A Natalia ma jakiś związek z równowagą? Przecież jakoś musiała się znaleźć w kamieniu. A jej amnezja w stosunku do tego kim jest i skąd się wzięła? Może właśnie nie miała pamiętać kim jest, lub to bardzo wiarygodnie udawać. A co jeśli przed chwila wyznałem miłość dziewczynie, która chce mnie tylko wykorzystać? Po raz kolejny mam głowie nic więcej jak tylko mętlik. Dlaczego jestem taki a nie inny? Jeśli mam faktycznie tę moc, to dlaczego akurat ja ją musiałem dostać? Dlaczego ja do cholery? Teraz mam w oczach tylko strach. Boje się po raz drugi stracić bliską mi osobę, której bezgranicznie ufam.

Data:

 Marzec 2014

Podpis:

 Tomasz Wasiołka

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=76666

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl