DRUKUJ

 

Koniec Swiata

Publikacja:

 14-06-06

Autor:

 tsanyonet
Jakąś dziwną logiką przyjmuje się, że koniec wieku to synonim końca wszystkiego. Właśnie w tym czasie wychodzą na światło dzienne wszelkiej maści przepowiednie, przepowiadane przed zastosowaniem ziółek (baba Wanga) lub tabletki (Nostradamus). Ludzie w czasach poza klęskogennych byli całkiem normalni i zajmowali się innymi, pożyteczniejszymi sprawami, jak wojny, naprzykład ... Nie dziwmy się więc, że pod koniec tysiąclecia przepowiednie wracają z dziesięciokrotnie większą siłą. Dodamy do tego Dolby i kino 3D a obraz apokalipsy sam się uzupełni, bez naszego udziału nawet.

Jak nędznie musiały wyglądać apokalipsy na przełomach wieków jakiejś 50 tysięcy lat temu. Z rysunków w jaskiniach, kiedy nic oprócz węgla, kredy i ochry nie było, trudno wywnioskować, jakie przeżycia i myśli targały naszych przodków jaskiniowców przed nadejściem zagłady (chwila moment... a skąd wiedzieli kiedy jest przełom wieku?).

Dziś wszystkie telewizyjne kanały popularno-naukowe prześcigają się w nadawaniu programów apokaliptycznych. Codziennie lecą przynajmniej dwa filmy o tytułach typu „Zagłada świata”, „Koniec naszej cywilizacji” itp. Tylko w czasie świąt oglądałem 4 takie dzieła sztuki filmowej, które pod względem technicznym były bez zarzutu: świetne animacje, collage autentycznych zdjęć z próbnych wybuchów jądrowych z lat 50-tych ubiegłego wieku i klęsk żywiołowych świeższej daty. Braki rzeczywistych wydarzeń uzupełniały sekundowe migawki tworem bujnej wyobraźni twórców, których chyba opłacano według ilości efektów specjalnych.
Ulubione ujęcie filmowców to spadająca z nieba bryła, przeszywająca horyzont na wskroś i wpadająca efektownym wybuchem w samym środku zmontowanego miasta, najczęściej znana metropolia (Nowy Jork, Londyn lub Paryż), tak jakby spadając na Czelyabinsk straciła na znaczeniu. Jednak w tym coś jest, bo Google się zawieszają podczas lokalizowania tej metropolii.

Temat katastrof kosmicznych i koniec życia na ziemi często bywa poruszany w rozmowach z moimi znajomymi. Dlatego zdecydowałem się upolować program, który potwierdzi lub zaprzeczy takiej możliwości, a ja, zaopatrzony w fakty i liczby, będę mógł prowadzić bardziej merytoryczną dyskusję.

I trafił się taki na National Geographic (sorry za kryptoreklamę) i wbrew pozorom w cale nie przypadkowo, bo ogłaszano go 3 dni wcześniej, co 15 minut w trakcie innych programów apokaliptycznych.
Nadszedł czas nadawania... tytułu dokładnie nie pamiętam, „Przepowiednie Majów” czy coś w tym rodzaju. Usiadłem wygodnie by nie spaść z krzesła i nawet herbaty sobie nie zrobiłem.
Młody, dwudziestoparoletni prezenter prowadził rozmowy i wywiady z autorytetami w dziedzinie cywilizacji Majów. Na początku była rozmowa z, jakby inaczej, dyrektorem muzeum Majów w Meksyku. Narracja toczyła się wokół wiedzy astronomicznej Majów. Jakoś jednak nie powaliło mnie to z nóg. Po tym, co już wiem na temat wiedzy astronomicznej w starożytnym Egipcie i Sumeru dawno przestałem patrzeć na ludzi sprzed 5000 lat jak na nieświadomych tłumoków.

Prowadzący w dość zaangażowany sposób zadawał pytania związanych z przepowiednią, lecz dyrektor koncentrował się na opowieściach związanych z obyczajami i stylem życia wielkich Majów na tle doskonałych panoramicznych ujęć miasta Popocatepetl, które urzekało swoją monumentalnością. Pokazano zabudowania czegoś, co nazwano „stadionem”, choć niczym tego nie przypominało. Potem odtworzono „grę w piłkę nożną” na tymże stadionie, co raczej należałoby nazwać „piłką kolanową”, bo wolno było kopać tylko kolanem. Podczas gry piłkarze „odtwarzali ruchy gwiazd i planet, a więc gra sama w sobie była przepowiednią”.
Takie stwierdzenie zadziałało na mnie jak uderzenie łokciem w żebro. Byłem tak zaskoczony tą konkluzją, że przez następne kilka minut na chwilę się zawiesiłem i zanim zresetowałem następne niezbite dowody, jeśli padły, zostały przeze mnie utracone bezpowrotnie.

Reasumując tę część programu, zbliżająca się zagłada świata została przepowiedziana w opuszczonym jakieś 1000 lat temu mieście podczas gry piłki kolanowej. Jestem trochę sceptycznie nastawiony, bo nie ma wzmianki na temat roli, jaką mógł odegrać w tym wszystkim sędzia. A co jeśli była tam jakaś „boska ręka” Maradony lub Henry'ego...

Scenerię zamieniono na lodowiec w Peruwiańskich Andach. Nie trzeba było wielkiego wysiłku ze strony prowadzącego by wciągnąć paleoklimatologa Lonniego Thompsona w rozmowę, bo ten pasjonat zmian klimatycznych sam się rwał do kamery. W lodzie na wysokości 5000 m n.p.m. zachowały się ślady wielkich zmian klimatycznych po kataklizmie sprzed 5200 lat. Badania jak najbardziej solidne i profesjonalne. Coś rzeczywiście musiało się wydarzyć w tym czasie, o czym świadczy gwałtowne ochłodzenie. O tym na pewno wiedzieli Majowie i wydarzenie to znalazło się na licznych inskrypcjach i obrazach.

I teraz, nie wiem, czy byłem już lekko zdekoncentrowany czy była przerwa reklamująca kolejny program apokaliptyczny, ale przyznaję, że umknęło mi bezpośrednie skojarzenie tego faktu z przepowiednią zagłady świata. Wygląda na to, iż skoro wydarzyło się 5200 lat temu, to jakoś tam wypada, że powtórka będzie teraz. Dla uściślenia, datę 21.12 wzięto z tego, że zazwyczaj w tym dniu oglądano mecze piłki nożnej, czy kolanowej... Czy jak jej tam.

Gwóźdź programu to wizyta w Muzeum w Dreźnie. Ale się ten chłopak najeździ: Meksyk, Peru... a teraz Niemcy. A ja nie mogę się doczekać by ktoś fundnął mi wycieczkę do Kołobrzegu, jeszcze tam nie byłem.
W tym muzeum znajduje się autentyczny, unikatowy, jeden z niewielu skryptów w języku Majów, nie obraz, nie inskrypcja, lecz skrypt, czarno na białym, że się tak wyrażę. Nikolai Gruber... chyba (nigdy nie miałem głowy do nazwisk kustoszy muzeów), to specjalista, który bada skrypt od 20 lat. I on jest „przekonany” i „wierzy” w to, że skrypt „bez wątpliwości” powiada o zagładzie ziemi.
Kamera najeżdża na skrypt... wstrzymuję oddech... hm. Rozczarowałem się trochę widząc wielokolorowe szlaczki, zigzagi (bardziej na zig, niż na zag), owale, kółeczka i kwadraciki. No bo jak, przecież już Grecy jakieś 500 lat przed Chrystusem używali alfabet i pisali sylabami, a tu Majowie 10 wieków po Chrystusie się bawili w paint-and-twist, jak moja 5-letnia wnuczka.
Niemniej jednak słucham z zaciekawieniem tłumaczenie tego na język zrozumiały dla mnie:
”Ten niebieski szlaczek tutaj, to rzeka... a ten trójkącik.. o tutaj... to zapadająca się góra... ta brązowa plama wyżej to chmury... a żółte kółeczka pomieszane z czerwonymi krzyżykami to ogień i ława... a teraz tu... widzisz to zielone ciało krokodyla, wydobywającego z siebie wszystkie wody ziemi... nie ma żadnych wątpliwości... to koniec świata”.
I ani słowa... znaczy się obrazka, o spadających z nieba asteroidach czy ustawianiu planet, które zdaje się mogłyby być tylko dodatkiem do głównego dania. Chyba, że Gruber coś przekręcił w tłumaczeniu.

Patrzę na kalendarz, którego dostałem od Prezesa Spółdzielni ( o rany, kończy się w grudniu tego roku) i sobie myślę: ja też mógłbym przepowiedzieć przyszłość naszej planety. Co prawda moje doświadczenie i obserwacje życia ledwo przekracza 50 lat, ale zawsze coś. I nie będą to szyfrowane szlaczki, puzzle czy mahjongi. Powiem wprost: koniec świata nastąpi, kiedy trzecia gwiazda na pasie rycerza z konstelacji Orion obróci się o 45 stopni lewoskrętnie po przekątnej w cyklu 26-ścu tysięcznym. Wtedy rezonans fal mózgowych wszystkich układających pasjansa poruszy płyty tektoniczne. Datę każdy wybierze sam... ze swojego kalendarza.

Data:

 2012 - 2014

Podpis:

 Tsanko Ivanov

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77007

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl