DRUKUJ

 

Dywan

Publikacja:

 14-07-11

Autor:

 Alberto
Akt I

Biblioteka-bawialnia obok salonu. Wystrój „po balowy”, na stoliku whiskey i cygara. Para wygodnych foteli i kanapa. Pod sufitem żyrandol ze świecami, za oknami noc.

Scena I

Filip i Arkadiusz, obaj w smokingach bez muszek wchodzą do pokoju. Filip odpala cygaro nie zatrzymując się.

Filip:
Ciągle świece? Czy prąd tu nigdy nie zagości?

Arkadiusz: (Wskazując na żyrandol)
Już jest! One odwracają uwagę gości.

F:
Jakże to, uwagę odwracają? Od czego?

A:
Całkiem skutecznie, od dywanu okropnego.
Małżonka moja, ukochana go wybrała
Ale rozumu na zakupy nie zabrała.

F:
Od kiedy wobec żony jesteś tak krytyczny?

A: (kręci głową)
Kiedy przestałem być młody i romantyczny.
Albo może, gdy ona sama zaprzestała
Lata temu, ciągle mi serce zawracała!
Piękna była, wiotka i taka szczebiotliwa!
Teraz, po tylu latach, jest tylko życzliwa.

F:
Starość okrutna jedynie wadami nęci.
To jej dar najczęstszy, ale cóż tu się święci?
Chyba słyszałem nasze damy jakże dworne!
Ciekawe co niosą za przysmaki wyborne!

A: (Nie słuchając Filipa, tępo patrzy w dywan)
Spalę ten dywanik, w cholerę ja go spalę

F: (Śmieje się)
A co zostanie? Pustka na przeciw powale?

A:
Podłogę też wypalę i panele wstawię.


F:
Wątpię by salon zyskał w takowej oprawie.

A:
Nieistotne, w końcu bym postawił na swoim
Wszystko to małżonka wybrała w domu moim.
Nic tutaj w ogóle nie jest po mojej myśli!

F: (Ucisza gestami, chichrając pod nosem)
Nie tak głośno, bo usłyszy i coś pomyśli!

A:
Nie martw się wcale. Dla nas to mała błahostka.
Ona jest głucha od takiego o, wyrostka. (pokazuje miarę)

F:
Widzę, że ty nie bardzo kochasz żonę swoją...

A:
Nie uważasz, że to dlatego bo jest moją? (Podchodzi do krzesła)
Nie mam co tu narzekać, mój Filipie drogi (Siada, wzdycha i odpręża się, lecz minę ma nietęgą)
Małżonka moja robi wspaniałe pierogi.
I gotuje i piecze oraz sporo warzy
Ale spróbować tego nikt się nie odważy

F:
To znaczy, że jednak nie gotuje wybitnie?

A: (Krzywi się na samą myśl)
Niestety nie. Na nic kłamstwa nawet ambitne.

F:(Wybucha śmiechem)
Trzymaj się! Musisz się trzymać drogi kompanie!
Głowa do góry! Nie są tak złe nasze panie!

A:
Taki jesteś odważny i wielce szlachetny?
Spędź z moją dzień a dam Ci ten dywan szpetny!

F:
Nie mogę, bo ktoś inny mnie dzisiaj zachwyca
Lepiej siądźmy, nim skroń nam ozdobi szlafmyca







Koniec sceny pierwszej

Scena II

Filip, Arkadiusz, Paulina i Elżbieta, obie w sukniach balowych. Paulina w bardziej wyzywającej kreacji i szalu wchodzi do pokoju.

Paulina: (Ironicznie, ale z uśmiechem. Nie mylić z ironicznym uśmiechem)
Panowie! Cóż wy tutaj w ukryciu działacie?
Spiski jakieś? Czy tylko pączki podjadacie?

Filip: (odwracając się do Arkadiusza)
Spójrz Arku jaka ona piękna i drobniutka!
W kształcie pełna, śliczny uśmiech i twarz milutka
Jej oczy w nas promiennym gorącem tryskają
Mężczyźni jej pewnie nigdy nie odmawiają

Arkadiusz:
Widzę i wciąż patrzę. Ale cóż mi z tego?
Za nią ma szkapa lezie, nici więc z dobrego

F:
Szacunku by się przydało do niej choć trochę!
O żadnej kobiecie tak mówić się nie godzi!

A:
Stary jestem i wydaje mi się, że mogę.
Psioczę o każdej, póki jakaś nie nadchodzi

F:
Strasznie starym capem jesteś! I bez sumienia!

A:
Co do drugiego, to tak mam od urodzenia.

P: (podbiegając jak dziecko)
Co tu się takiego złośliwego wyrabia?
Czy ja słyszę, że kogoś się tutaj obmawia?
Jeśli tak, czuję się oburzona i wściekła!
Jak to? Beze mnie taka rozmowa zaciekła?

F: (odrobinę zamieszany)
Gdzieżby tam! Paulino jedyna i wspaniała!
Bez ciebie żadna by się tu nie odbywała!

P: (Wojowniczo, acz urokliwie)
Sądzisz zatem, że jestem na ploteczki łasa?
Że myślę wciąż kto? Z kim? I jaka z tego kasa?
Że jestem taka wścibska i wszędzie się wciskam?
Wciąż patrzę w cudze życia i na tym korzystam?



F: (próbuje zagłuszyć Paulinę z przerażeniem na twarzy)
Skądże! Nawet tak nie myślę! To wbrew mej woli!
Na takie teorie nikt sobie nie pozwoli!

A: (Do tej pory gapiąc się bezmyślnie na Paulinę, klepie Filipa w ramię)
Niepotrzebnie się wzburzyłeś, młody Filipie
To dla niej radość, co nie przystoi dziewczynie.

P: (Śmiejąc się i rozciągając się na kanapie )
Każda kobieta swe własne normy ustawia
Taka jej właściwość, że tak jak chce rozmawia
A wy mężczyźni biedni musicie nas słuchać
Nie ma innej metody, by nas udobruchać

F:
Jesteś taka pewna swej kobiecej natury?

P:
Co ty mówisz? Sądzisz, że to są jakieś bzdury?!

F: (jąkając się)
Nie, ależ nie! Ja tak nie mówię! O skaranie... (Łapie się za kark)

A: (Odpychając Filipa)
Zejdź mi w końcu z drogi, głupi baranie!
(Ustawia się tyłem do drzwi, pochyla nad kanapą i głaszcze rękę Pauliny, ta wygina głowę do góry by na niego spojrzeć)
Młodzież dziś jest tak bardzo niezdecydowana
Przez taką kruszynę słowem jest powalana
To pokolenia starsze i ekstrawaganckie
Potrafią poskramiać was, damy eleganckie (Schyla się by pocałować rękę)

(W tej samej chwili wchodzi Elżbieta z zasłoniętą tacą, widząc co się dzieje bierze rozbieg i uderza nią w głowę Arkadiusza. Na podłogę rozsypują się ciastka)

E:
Pozbierajże to, Ty nędzny stary pierniku!
Twoi bracia na podłodze leżą bez liku!
A wtedy gdy porządek będzie już gotowy
Ja zaraz przyniosę dokument rozwodowy!

A:
Ależ poczekaj mój reniferku kochany!

E:
Nie gadaj a sprzątaj kartoflu zakopany!

(Wychodzą z pokoju, nastaje niezręczna cisza. Paulina ogląda paznokcie, Filip układa włosy)


F: (udając pewnego siebie)
Więc...tego... Co u Ciebie ciekawego słychać?

P: (mrucząc pod nosem i przewracając oczami)
Za chwilę przyjdzie mi tu z nudów pewnie zdychać...
Ależ nic, tylko twe precyzyjne pytanie
Każe mi wymyślić temat a to wyzwanie
Mężczyzny to zadanie kobietę zabawiać
Ona jedynie powinna w porę się stawiać
Przepraszam, pragnę rozmowę kontynuować
Ale muszę teraz wyjść i nos przypudrować

(Paulina wstaje i wychodzi)

F: (Patrzy się tępo w podłogę)
Ależ ta dama wspaniała mnie onieśmiela
Nie wiem co powiedzieć, głowę moją wybiela
Język mi się pląta a w głowie mam bolączkę
Tak jakbym w jedną sekundę złapał gorączkę

(Filip podchodzi do barku, nalewa sobie whisky i ponownie patrzy na podłogę)

F:
Naprawdę ten dywan jest straszliwie paskudny

(Za drzwiami, stoi Paulina i patrzy przez dziurkę od klucza)

P:
O boże drogi! Jakże ten chłopak jest cudny!
Przystojny, uroczy i nawet całkiem smukły
Podobają mi się nawet te jego kudły
W jednym momencie zamarł jak tylko mnie ujrzał
Pobawię się jeszcze by do rozmowy dojrzał

(Paulina odchodzi, Filip wypija whisky)













Koniec sceny drugiej


Scena III

Filip, Elżbieta i Paulina.
Filip siedzi na kanapie i mierzwi palcami włosy. Wchodzi Elżbieta.

Elżbieta:
Czyżby coś Ciebie trapiło mój gościu młody?
Czyży ten alkohol był tylko dla ochłody?
Ależ nie! Twój biedny wzrok zionie wielkim bólem!
Czyżbyś walczył może z jakimś ogromnym trudem?

Filip:
Droga pani, to całkowicie zbędna troska
Ależ nic się nie dzieje. To jakaś pogłoska!
Nie mam obecnie żadnych do zmartwień powodów
Szkoda czasu by szukać przeciwko dowodów

E: (dosiada się, wyraźnie uwodzi)
Nie wydaje mi się, mój malutki młodzianie
Wyglądasz tak jakby Cię czekało skonanie
Czyżby zaszkodziło Ci jedno z moich dań?
A może humor Ci popsuła jakaś z pań?
Ha! Widzę to wyraźnie po twojej reakcji
To nie może być sprawką cudownej kolacji!
Opowiedz mi wszystko! Mów zaraz przystojniaczku!
A ja naleję Ci jeszcze trochę koniaczku

F:
Jest pani, przyznać muszę, nazbyt dobrotliwa

E: (Nachylając się)
Powiedz jeszcze, że jestem bardzo urodziwa!

F:
Lecz takich komplementów się nie winno składać
Tak mówiąc, mógłbym kogoś tu jeszcze okłamać (dodaje szeptem)

E:
Mój drogi, co tam szepczesz pod nosem cichutko?

F:
Że takich słów mógłbym powiedzieć nie malutko!
Lecz tobie, zamężnej mówić tak się nie godzi
Małżeństwu i wybrankowi to zawsze szkodzi





E: (ciągle się nachylając)
A tam! Co z niego za poważny wybranek!
Żaden z niego milutki, słodziutki kanarek
Wredna to ropucha i wiecznie wciąż wstawiona!
Każdego dnia jestem przez nią taka strapiona!

F:
Właśnie, gdzie to Arkadiusz teraz się znajduje?

E:
Na pewno nie tutaj, co jakoś odchoruję.
Jesteśmy ty i ja, w całej okazałości...

F:
To jednak budzi we mnie pewne niepewności.
Powtórzyć pytanie pozwolę, gdzie pani mąż?

E:
Pewnie za tymi kwiatami dla mnie biega wciąż
Widzisz miły, co go postraszę rozwodami
To on jak wariat biega potem za kwiatami
Generalnie, kocha mnie ten brzuchaty staruch
Choć między nami panuje czułości bezruch
Czasem go odrobinkę bardziej motywuję
Żeby mu przypomnieć jak bardzo mnie miłuje
Zanim kwiaciarnię jakąś znajdzie o tej porze
A znajdzie na pewno, żaden sen go nie zmorze
Będziemy mieli momencik na intymności
Już się niczym nie martw, niech miłość tu zagości


(Próbuje pocałować Filipa, ten odskakuje)

F:
Czyli rozwód jest kłamstwem? To złudne obawy?

E:
A jakże! Tylko straszyłam, tak dla zabawy.

(Wstaje, podchodzi do Filipa)

F:
Czyli poza tym, kochasz małżonka swojego?

E:
Jak najbardziej, ale pokocham i nowego!
Zwłaszcza kiedym zła nań, tak jak w obecnym czasie
Zemszczę się Tobą na tym zbereźnym grubasie
Nie widzisz, że mam dziś na Ciebie wielką chrapkę?!



F:
Droga pani, nie traktujcie mnie jak zabawkę!

(Elżbieta podbiega i całuje Filipa, w tej chwili otwiera drzwi Paulina, ale po widoku tym szybko wychodzi)

F: (Wyrywa się i odskakuje)
Kto to był? Czy aby nie była to Paulina?

E:
Kochaneczku, niech Ci przez to nie rzednie mina
Chodź zaraz tu do mnie, nie daj się dalej prosić...

F:
Teraz niestety muszę pani coś ogłosić
Nie po to przekroczyłem gospodarza progi
By teraz bez powodu przyprawić mu rogi
Przeprosić drogą panią teraz jestem winien
Poszukam Arkadiusza, tom właśnie powinien

(Wychodzi innymi drzwiami)

E:
Nie przyskrzyniłam ptaszka, a to wielka szkoda
Chyba nie podoba mu się moja uroda
Dzisiaj znów przyjdzie mi tulić się do pijaka
Cóż tu poradzić, ciężka moja dola taka.

(Wypija pozostałość z szklanki Filipa)

E:
Ależ ten nowiutki dywanik jest cudowny!

(Paulina nadal stoi za drzwiami)

P:
Ale ten obrzydliwy chłopak jest okropny!
Zmieniłam właśnie swoje zdanie całkowicie!
Nawet jeśli bardzo podobał mi się skrycie.
Chciałam dać mu szansę, a nawet uszczęśliwić!
Taki babiarz! Chcę mu kastracje umożliwić!
Zemstę jakąś straszliwą jemu przygotuję
Nie dowie się za co. I tak odpokutuje!







Koniec sceny trzeciej
Scena IV

Filip, Paulina, Arkadiusz i Mateusz ubrany w strój kucharza z tasakiem w ręku i chochlą za pasem.

(Filip wchodzi do pustego salonu)

F:
Nareszcie sobie poszła przedziwna Elżbieta
Niesamowicie mnie przeraża ta kobieta
Pojęcia nie mam co to w jej głowie się kłębi
Z nudów czy szaleństwa męża swojego gnębi?
(wzdycha)
Wpakowałem się w to na swe własne życzenie
Przyszedłem na kolację. Była jak marzenie!
A prawie przyszłoby mi się skompromitować
Jak kurtyzana miałbym ją odpokutować

(Zza drzwi dobiegają krzyki i przekleństwa)

Co to za raban straszliwy? Cóż to za wrzaski?
Czyżby kogoś zarzynali bez cienia łaski?

(Do pokoju wchodzi Mateusz z tasakiem w ręku)

M:
Chyba ją zarąbię! Zatłukę prosto w ciemię!
Zaraz pokażę jaka bestia we mnie drzemie!

F:
Ależ patelni mistrzu! Spokój! Co się stało?

M:
To już nieważne! Za moment będzie bolało!
Stłukę na miazgę i każę opanierować!
Śmiała powiedzieć, że nie potrafię gotować?
Soli, majeranku też dodam, i psom rzucę!
Czas swój zmarnuje, ale jej życie ukrócę!

F:
Skąd ta obelga? Kto takie rzeczy powiedział?
Na pewno w ogóle nic o Tobie nie wiedział!

M:
Wiedział dokładnie. Wiedział dobrze bo mi płaci
Ale już nie długo, bo wnet swą głowę straci





F:
Spokojnie Mateuszu! Co się porobiło?

M:
Gospodyni Elżbiecie już całkiem odbiło!
Moja kuchnia tylko dla królów i dla szlachty!
Dla bogatych też, jeżeli mają konszachty
A ta baba naurągać mi próbowała!
Jak byle kuchcika nędznego zwyzywała
Nie odpuszczę, nie jestem jakimś pomywaczem
Jestem artystą kucharzem a nie partaczem!
Powiedz gdzie jest, wystaw mi ją zaraz pod tasak
Zaraz z niej coś pysznego zrobię psom na smak

F:
Najpierw powiedz co cię spotkało i co zaszło!

M: (Mówiąc do tasaka)
Ta brzytwa przejdzie przez nią jak przez miękkie masło...
(Do Filipa)
Czemu w układanie mojej zemsty się wtrącasz?

F:
Chciałem Ci powiedzieć, że złej rzeczy pożądasz!
Najpierw opowiedz mi wszystko ze szczegółami...

M:
Mam Cię zanudzać tak zbędnymi detalami?
W takim układzie dobrze. Niech będzie. W porządku.
Przeżyjmy mą hańbę jeszcze raz od początku
Razem z pomocnikami kolację tworzyłem
A tu wpada Elżbieta, oczom nie wierzyłem!
Dziw, że ta baba wie gdzie się kuchnia znajduje!
Lecz ukryłem zdziwienie i dalej gotuję.
Gospodyni nasza była bardzo wzburzona
Pewnikiem, na swojego męża obrażona
I krzyczeć zaczęła! I sprawdzać oraz pytać!
Machać rękami, nogami, zębami zgrzytać!
Nawet do garnków moich patrzy i narzeka
Jak jakiś pudelek mały, prawie że szczeka
To, że słone i że tamta masa za zimna
A galaretka przecież taka być powinna
Biega po kuchni całej i jak rozkazuje!
Myślałem, że zaraz mi do zupy napluje
Już ją miałem, kulturalnie, tą chochlą zdzielić
A ta staje i poczyna jęzorem mielić
I powiedziała mi...myślałem że to omam
Że się jej marzy na kolację hipopotam
A najlepiej jakby był nafaszerowany
Albo, jak zechcę, to też karmelizowany
Już miałem wręcz ochotę kopnąć ją w poślady
A ta wychodząc mówi: „I tak nie dasz rady”
F:
Do złości masz powody, a co do kolacji...

M:
Czekaj jeszcze chwilę, to nie koniec relacji
Wyleciałem z domu, szukając zwierzaka
Nawet w zoo go nie było, noc pechowa taka
Ale o co jej chodziło wnet zrozumiałem
Do mojej kuchni weszła z szyderczym zamiarem
Chciała mnie wystawić wszystkim na pośmiewisko!
A była tego, przyznać muszę, całkiem blisko
Z tym, że ja ją zaskoczę innym zakończeniem
Jej głowa na tacy będzie nocy zwieńczeniem

F: (Odchodząc, mówi do publiki)
Już wszystko wiadomo, nie wyżyła się na mnie
To i na Mateusza nakrzyczała snadnie

M:
Powiesz mi w końcu gdzie ją znaleźć? Chcę zabijać!

F:
Sądzę, że powinieneś ją łukiem omijać
Dam Ci radę, zapomnij już o tym kaprysie
Źle by to wyglądało w twoim życiorysie

M:
Co w nim będzie ode mnie jedynie zależy!
W to, że zabiłem w ogóle nikt nie uwierzy (śmieje się okrutnie)

(Wbiega zdyszany Arkadiusz w szaliku i z kwiatami w rękach)

A:
Czy ona jest tutaj? Elżbieta? Moja żonka?
Szukam ciągle... Nigdzie nie ma tego skowronka (Dodaje z ironią)

M:
Też jej poszukujesz? Ja zaraz Ci pomogę!
Dopadniemy ją razem. Ja zagrodzę drogę!
Ty ją od tyłu obezwładnisz swoją bronią! (Ogląda trzymany przez Arkadiusza Bukiet)
Ale nie tą, kwiaty szkody żadnej nie zrobią.
Zechcesz, pożyczę Ci do ogłuszania pałę
Dogonimy, dopadniemy i w łeb zakałę!









A:
Mateuszu! Co ty mówisz za okropności?!
Co ty mówisz za bzdury i straszne straszności?
Później pomówimy na temat mojej żony
Wydajesz mi się trochę niezrównoważony
Filipie, mej najukochańszej nie widziałeś?
Nie było jej tutaj kiedy z nim rozmawiałeś? (zmierza wzrokiem śmiejącego się Mateusza)

F:
Zupełnie nie widziałem tu żadnej osoby
A tasak Mateusz ma tylko dla ozdoby!
(Odwraca do siebie Arkadiusza idącego w stronę Mateusza)
Jest trochę wzburzony, lecz brak w nim okrucieństwa
To dobry, miły człowiek bez cienia szaleństwa.

(Mateusz udaje, że tnie powietrze z wariackim wzrokiem)

Tylko dziś jakoś bardzo skrzętnie to ukrywa

A: (Patrząc na Mateusza)
Jak nań patrzę to z ust okrzyk mi się wyrywa
Naprawdę sądzisz, że on nam wcale nie grozi?
Jego zachowanie mnie całkiem w środku mrozi!

F:
Dziś proszę uprzejmie się nim nie niepokoić
Trzeba mu tylko czegoś by się uspokoić!

(Pochodzi do Mateusza)

Kumplu! Przyjacielu! Mój drogi Mateuszu!
Prosiłbym Cię abyś nie tracił animuszu.
Czy ty, który karmisz tę naszą wielką ziemię
Poradziłbyś może na ból co we mnie drzemie?
Wieki dzielą nas od posiłku ostatniego
I głód straszliwy mnie męczy drogi kolego.
Chciałbyś może coś na deserek wyczarować?
Od ciebie każdą słodkość można odchorować!

M:
Prawda. Może zajmę się jakimś procederem
Dłuższą chwilę mi dajcie, a wrócę z deserem.

(Mateusz uspokojony wychodzi)








F: (Przez chwilę patrzy na bukiet w ręku Arkadiusza)
Gdzie ty o tej porze znalazłeś takie kwiatki?

A: (Pierwszy wers mówi powoli, dukając każde słowo)
Znalazłem obok kościelnej puszki na datki.
Miłość bowiem wymaga czynów karygodnych!
Czasem dla opinii społecznej niewygodnych
Muszę ten tonący statek jakoś ratować!
Bym mógł się dalej świętym spokojem radować

F:
Czyli dla żony nie brakuje ci miłości!

A:
Robię to dla swej uwielbianej stabilności.
Zmiany nie dla mnie są, ani jakieś rozpady
Po rozwodzie miałbym pewnie same odpady
Chyba, że kucharz mnie z problemu oswobodzi
Nie kłamię, życie mu to pewnie wynagrodzi!
Niezwykle często nasze najmniejsze marzenia
Są całkowicie niemożliwe do ziszczenia
Teraz mi wybacz, bo się właśnie śpieszę srodze
Muszę żonę znaleźć, by nie spać na podłodze (Wychodzi pośpiesznie)

F: (Siada i głośno wypuszcza powietrze)
Na pewno nie chcę tu zostać aż do śniadania
Nie spodziewałem się takiego zamieszania
Jeden z jakimś tasakiem jest skrajnie wkurzony
Jeden współmałżonek jest wściekle napalony
Jeden kwiaty z pobliskiego kościoła kradnie
Tak dalej pójdzie to coś mi na głowę spadnie!

P: (Wchodząc z promiennym uśmiechem do pokoju)
Tutaj się ukryłeś, mój mały przystojniaczku!
Mam pomysł by tej nocy dodać trochę smaczku.
Chciałbyś może mi towarzyszyć na balkonie?
Tylko my dwoje i piękny widok na błonie!

(Bierze go pod pachę i nie czekając na reakcję kieruje Filipa do wyjścia)

F: (Lekko zszokowany)
Z ogromną radością! Tylko twój płaszcz zabiorę.
I już kierunek na zewnątrz z tobą obiorę.





Koniec aktu pierwszego


II akt

Słychać tłuczone szkło, wystrzał i krzyk mężczyzny

Scena I

Do salonu wbiega Arkadiusz z rewolwerem w ręku, Mateusz z nożem i w zakrwawionym fartuchu oraz przerażona Paulina.

P:
Panowie! Wystrzał! Właśnie wystrzał usłyszałam!
Potem coś okropnego w ogrodzie ujrzałam!
Ale... To ty Arku pistolet trzymasz w dłoni!
Strzelałeś?! Odpowiadaj! Po coś użył broni?!

A:
Spokojnie kobieto, to tylko stan pozorny!

P:
Nie ukryjesz tego, że jest całkiem potworny
Zobaczysz, gdy tylko Filip wróci z ogrodu!
Jesteś mordercą co zabija bez powodu! (Okłada Arkadiusza pięściami)

A:
Przecież nigdy w życiu nikogo nie zabiłem!
Tym razem, mimo chęci nawet nie trafiłem

P:
A trafiłeś! Tyś okrutny jak nocna mara
Tutaj zaraz ukaże się twoja ofiara
Mateuszu pilnuj go i strzeż mnie mój druhu! (Obejmuje Mateusza)
(Odkrywa, że jego fartuch jest cały we krwi i zaczyna krzyczeć)
Co ta krew paskudna robi na twym fartuchu?!

M:
Kucharz się z fartucha w ogóle nie tłumaczy
To tylko okrycie co nic prawie nie znaczy

P:
A czemu krew jest także na twoim tasaku?!

M:
Kucharz nigdy nie mówi co robi dla smaku
Cały, trudny proces jego uzyskiwania
Nie jest byle jakim tematem do gadania

(Wchodzi Filip z Elżbietą na rękach)

F:
Panie i Panowie, tragedia miejsce miała
I Elżbietę ze sobą do grobu zabrała

(Kładzie ją na kanapie i patrzy po zebranych)

Widzę Arku, że narzędzie zbrodni odszukałeś
Ale to nie najlepiej, że je dotykałeś
Najsampierw policja powinna je zobaczyć

P:
I wziąć go do więzienia by to wytłumaczyć !
Przed chwilą właśnie on a nie kto inny strzelał!

F:
Więc widziałaś jak strzelać w domu się ośmielał?

A:
Wcale widzieć nie musiała, bo się przyznaję
I na znak dobrej woli pistolet oddaję
Jednakże muszę dodać z przekorą największą
Nie chciałem skończyć z kobietą mi najwierniejszą!

P:
A widzisz! Chęci brak, a efekt wręcz powala!
Że ta ziemia nosić takich ludzi pozwala!

A:
Mylisz się mała kobietko z twarzą podlotka
Strzeliłem, faktycznie, ale mierzyłem w kotka!
Jakaś bura maszkara przez okno tu wlazła
Chciałem by jak najszybciej wyjście odnalazła!
Na nic się zdały moje prośby i błagania
Prawie mnie cholera zmusiła do biegania!
A wyganiać koty miotłą mi się nie godzi
Wymyśliłem więc co innego mu zaszkodzi.
Pogoniłem go zatem ostrzegawczym strzałem
Oczywiście uciekł, tak jak się spodziewałem
To, że nie kłamię, możecie sami zobaczyć!
Kota tu nie ma, coś to musi przecież znaczyć!

F:
To dlaczego Elżbieta bez życia tu leży?

A:
Może zatrucie? To sprawdzić najpierw należy!

M:
Zatrucie macie sobie z głów natychmiast wybić!
Moim to przecież zadaniem było ją żywić
I jej zdrowie zasłaniam swoją reputacją
Na pewno nie moją zatruła się kolacją

A:
Lecz na sam pierw, przed wszystkimi oskarżeniami
Trzeba się rozejrzeć za jej obrażeniami
Równie dobrze może to być kucharza wina!
Może to przez niego ta wydarzeń lawina
Wytłumacz zaraz! Jakie jest alibi twoje?
Mów zaraz gdzie byłeś? Ja powiedziałem swoje!

M:
Ty mnie oskarżasz! Gratuluję Ci odwagi
Jednakże tobie całkiem brakuje rozwagi
Prawdą jest, że także poszedłem do ogrodu
Bo jest to obowiązek mojego zawodu
A poszedłem całkiem sam, choć to dosyć kręte
Ponieważ musiałem wtedy nazbierać mięte

A:
A po cóż Ci była potrzebna ta broń biała?
Całkiem sama w ciemnej kuchni zostać nie chciała?

M:
Ona mi zapewnia poczucie bezpieczeństwa!
I respekt wobec tutejszego koleżeństwa

P:
Skąd zatem ta krew co cię całego okrywa?
To jest dowód co nas do oskarżeń porywa!

M:
Skąd oraz jak się na mnie znalazła nie powiem
Bo tak do końca nie wiem i już się nie dowiem

F:
Kolego, coś tu szyjesz nićmi zbyt grubymi
Nie przekonasz nas wymówkami tak marnymi
By się dowiedzieć musimy obejrzeć ciało
Chociażby to jej rozebrania wymagało

(Wszyscy patrzą przez chwilę na Elżbietę i drygają z obrzydzenia)

A:
Nie uważasz może, że to nader drastycznie?
Ochoty mi brak by ją dotykać fizycznie.








M:
Po prawdzie żadnej krwi tu w ogóle nie widzę
Sprawdziłbym nawet, ale okrutnie się brzydzę
Filipie, wszyscy wiemy, że ją dotykałeś
(Patrzą przez chwilę na Elżbietę i drygają z obrzydzenia)
Krwi jakiej, albo choćby śladu nie widziałeś?

F:
Wcześniej nic mi się w oczy nie zdołało rzucić
Może trzeba ją jakoś na plecy obrócić?

A:
Denatką zabawiać się raczej nie wypada
Chociaż, lepiej teraz póki się nie rozkłada

M:
Ale z ran zwykle powinna wylewać się krew
A podłoga jest suchutka, tej zasadzie wbrew

P:
Może wsiąkła w te niezliczone jej falbanki?
Przez te szmatki nie zobaczymy nawet ranki!

A:
A jeśli w ogóle nie ma tam żadnej rany?
I ciągle jej szukamy niczym te barany?
I co Filip robił w ogrodzie w tamtym czasie!
Mógł ją udusić! W mojego strzału hałasie!

P:
Cóż to za zmyślona i spiskowa teoria?!
Byliśmy razem, gdy się stała ta historia!
Razem ujrzeliśmy ją na ziemi leżącą
I ani trochę nie wyglądała na śpiącą
A jeszcze wcześniej usłyszeliśmy z broni huk
Który był powodem, że upadła na ten bruk

A:
Bardzo jesteś pewna w tym swoim samosądzie
Najpierw zobaczymy co wyniknie w oglądzie
(Patrzy na Elżbietę)
Lub postarajmy się jakoś tego uniknąć
Bóg wie jaka trauma może z tego wyniknąć
Dziwne, czemu Paulina na mnie naskakuje?
Może jak swoją winę ukryć, kombinuje?

F:
Właśnie przegiąłeś, a gdzie na to dowody?
Może powiesz jakie byśmy mieli powody?



A:
Takie są już śledztwa i ich postępowanie
Najważniejsze są czyny, a nie czcze gadanie
Najważniejsi są winni. Zmyśli się pobudki!
Dowody podrzuci i proces będzie krótki

M:
To przecież podejście zwyczajnego zbrodniarza
Który kłamać zamierza i prawdę podważa
Czy nie ma w Tobie poczucia sprawiedliwości?

A:
Ono nie sprzyja mojej wewnętrznej radości.
Jeżeli żywym krzywda się żadna nie stała
Głupio by sprawa taka myśli zaprzątała

M:
Wychodzi na to, że takie skrajne lenistwo
Jest groźniejsze niż każde inne obrzydlistwo

(Arkadiusz się zamyśla)

A:
Lenistwa niesłusznie proszę mi nie zarzucać
To nie wada, którą od tak można narzucać
Bo tutaj każdy jeden miał swoje ochoty
By wnet do tej morderczej zabrać się roboty

P:
Ciekawe bardzo co mną by mogło kierować?!

A:
Zawiść wielka mogła chęć w Tobie spowodować!
A dokładniej była to zemsty chęć straszliwa
I tak krwią się zbrukała twa dłoń urodziwa

P:
Zemstę wyssałeś chyba z najgrubszego palca
Czemuż ja ciągle słucham takiego padalca?!

A:
Bo ma on jeszcze coś wszystkim do powiedzenia
I na nic próby mnie od tego odwiedzenia
Pragnęłaś tego z czystej zazdrości dziewczęcej
Jak dwie chcą czegoś, żadna nie może mieć więcej

P:
Cóż by to miało być takiego specjalnego?



A:
Nie co a kto! Chcecie Filipa dorodnego!

(Filip i Paulina wzdrygają się gwałtownie)

F:
Ale jak ty, się o tym wszystkim dowiedziałeś?!

A:
Przyznać musisz, że tego się nie spodziewałeś!
Spokojnie, żalu do Ciebie nie mam żadnego
Elżbieta zwykła się zalecać do każdego
Wiem o tym, bo te ściany mają moje oczy
A mych pośredników bardzo trudno się mroczy

P:
Kto Ci o moich uczuciach wrednie donosił?

A:
Ty sama mówiłaś głośno! Nikt Cię nie prosił.
Pod salonem to stwierdziłaś całkiem donośnie
Czasami taka szczerość odpłaca się groźnie

(Paulina nie potrafi wydobyć z siebie słowa)

A Mateusza, jest klarowne co przemogło

M:
Niby cóż według twej opinii być to mogło?

A:
Nic innego jak obraza twej funkcji jawna!

M:
Faktem jest, że męczy mnie to od całkiem dawna
A Ty, z kolei miałeś powodów tysiące!
Problemy, kłopoty z nią i sprawy gnębiące

P:
Bez dowodów i śledztwa każdy tu jest winien
Sądzę, że detektywa ktoś wezwać powinien

A:
Taka opcja w ogóle nie wchodzi w naszą grę!
To jest powodem czemu wciąż w te domysły brnę
Sprawę tę musimy całkiem sami rozwiązać
Tak najłatwiej uda nam się z tego wyplątać
By nikt nie poszedł siedzieć, policję odradzam
Jako dobry gospodarz na to się nie zgadzam
Więc pytam, kto jest mordercą? Cisza grobowa?
(Paulina próbuje coś powiedzieć, bez skutku)
Nikt się nie zgłasza? A więc wina jest zbiorowa!

F:
Raczej wszyscy są niewinni. Wciąż komplikujesz!
Chcesz odwieźć od siebie karę, więc manewrujesz

A:
Przysięgam po raz ostatni, ja nie zabiłem
Chcecie na mnie donieść? Tyle dla was zrobiłem!
Dogadzałem wam dzisiaj całymi siłami!
Dzieliłem się wszystkimi swoimi dobrami!

M:
Nawet jeśli to on, wsypać go niestosownie
Przyjął was bogato, jak sam obiecał słownie

P:
A ty z jakiego powodu wciąż go osłaniasz?
Przecież aż tak dużo u niego nie zarabiasz!

M:
Ale właśnie spodziewam się dużej podwyżki
Oraz dostaję wszystkie jedzenia nadwyżki

P:
Co zatem robimy? Idziemy na śniadanie?
A ta niech dalej sobie leży na dywanie?!

A:
Co w takim momencie należałoby zrobić
Trzeba najpierw przemyśleć i się zastanowić
Teraz potrzebujemy planu dokładnego
Lepiej to załatwić bez wysiłku zbędnego















Koniec sceny pierwszej



Scena II


A:
Myślę, że od razu można by ją pochować
Choćby w moim ogrodzie można ją przechować!

M:
Uważasz, że to twoim jabłonkom pomoże?
Owoce powieli, wszystkie robaki zmoże?

P:
Brawo! Mamy tu mordercę i psychopatę!
Niech się wypełni, dajcie tu zaraz łopatę!

F:
Nie posądziłbym cię o coś tak okropnego
Zrobisz to tylko dla ogrodu zadbanego?

A:
Obecnie to wy wyjątkowo przesadzacie
Skargi wciąż słyszę, w ogóle nie doradzacie
Zaproponowałem to dla dobra wspólnego!

M:
Gratuluję gestu, naprawdę wybitnego!
Widzę, że jabłkami chciałeś nas obdarować
Przekupić nas chcesz i milczenie spowodować?
Już nigdy owoców twoich żadnych nie przyjmę
Szarlotki z nimi w środku już z pieca nie wyjmę

A:
Wspólną korzyścią nazywam zwłok tych ukrycie
A nie kosze jabłek na całe długie życie (mruga znacząco)

F:
Naprawdę ucieszyłby Cię taki dorobek?
Ta myśl, że w twoim ogrodzie stoi nagrobek?

A:
Nagrobek? Znowu przesadnie się zapędzacie!
Jeszcze budowlanki ode mnie wymagacie
Ja się tam nie znam! Co mnie marmury i groby!
Na co mi w moich ogrodach takie ozdoby
Usypie się tam pagórek jakimś szpadelkiem
I otoczy się szczelnie kwiecistym szpalerkiem

P:
Takiego to pochówku jej życzysz nędznego?
Bez księdza, stypy ani choć krzyża żadnego?

M:
Paulina ma rację! Ma być tak jak należy!
Teraz byt Elżbiety przecież od nas zależy!

(Przytakują sobie zgodnie, przez dłuższą chwilę)

Porzućmy ją choć w parku całkiem samiuteńką
Podłóżmy jej coś i zostawmy nad studzienką

A:
Lecz policja ją znajdzie i do mnie się zwróci!
A problem zamiast zniknąć to zaraz powróci

M:
Nie, jeśli rano zgłosimy jej zaginięcie
Oberwie się innym, nas czeka pominięcie
Że uciekła z domu, wbrew zakazom dodamy
Że wariatka skrajna i miewała omamy
I cokolwiek by wcześniej tu nie wystąpiło
Grunt by się zdawało, że później nastąpiło
Tym sposobem będziemy bez winy i czyści
I plan o pochówku uroczystym się ziści
Jak ją znajdą zrobimy jej kondukt żałobny
Nawet ufundujemy grobowiec ozdobny

P:
W ogóle nie myślisz! Wracaj lepiej do garów.
Obejdzie się bez posągów i innych darów
Zanim ktoś się nią w parku zainteresuje
To pies ją obgryzie, co go nikt nie tresuje
Albo bezdomny ją porwie dla towarzystwa
Lub z powodu chorej potrzeby macierzyństwa
Róbcie co tylko chcecie ja umywam ręce
Nie wezmę udziału w tej strasznej trupów męce (wychodzi)

A:
Nie ma za grosz siły charakteru męskiego
Bardzo mało z niej pożytku jako takiego
Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi zwłok utylizacja
Mamy męskie zadanie, ogólna to racja
Filipie! Włącz się nareszcie w rozmowę naszą!
Musisz nam pomóc bo jeszcze zwłoki się skwaszą
Nie bój się, Paulina cię na tym nie przyłapie
Coś mi mówi, że szybko tutaj nie przyczłapie

F:
Nawet jeśli jakkolwiek wam tylko doradzę
To współudział! W więzieniu sobie nie poradzę




M:
Najlepiej o więzieniu wcale nie wspominać
W ogóle nie chcę Ci pesymizmu wypominać
Ale teraz przyda się pozytywne myślenie
Potrzebne nam jest cwane, młodzieńcze wejrzenie
Musimy natychmiast połączyć nasze siły
By za kratkami nie skończył się ten dzień miły
Bez Ciebie nas obu przywita karcer mierny
Sądziłem, że jest z Ciebie kompan bardziej wierny

F:
Ja wam pomóc muszę niezależnie od woli
Arek na wolności mi zostać nie pozwoli
Wsypie mnie choćby i na pierwszym przesłuchaniu
Albo wręcz zabije przy następnym spotkaniu
Arkadiusz to sztuka zawistna wyjątkowo
Pociągnie mnie za sobą bezwarunkowo
Na taki problem znam sposób który zadziała
Prawniczka znajoma mi o nim powiedziała
Jednakże jest ryzykowny i wielce nikczemny

A:
Wyjaw nam w końcu co to za sposób tajemny!
Teraz nam szkodzi każda godzina bezczynna
Mów o metodzie, nieważne czy jest niewinna

F:
O ile wam wystarczy zaangażowania
Gdyż potrzeba go wiele do tego zadania
Pozbycie się ciała permanentne być musi
Tylko jego spalenie problem stale zdusi
Na końcu tego miasta wielka huta stoi
Włamiemy się tam, jeśli nikt z was się nie boi
I podkradniemy się do pieca żelaznego
Tam wrzucimy ciało do ognia ogromnego

A:
Ten plan się wydaje jak najbardziej realny!
Rzecz jasna jest on całkowicie niemoralny
Ale wykonać go będzie prosto nad wyraz
Moim automobilem jechałem tam nie raz
Z resztą jeszcze jedno go czyni takim mocnym
Bo w hucie wre praca także w rytmie nocnym
Robią nocą, ponieważ chcą zwiększyć produkcje
Wprowadzają tam właśnie pewną rewolucję
W ciemności mogą wszystkie swoje filtry ściągnąć
Mogą przyśpieszyć i tak do rana dociągnąć
Wtedy nie męczą ich wszelkie kontrole marne
Tylko, że nad ranem wszystko wokół jest czarne



M:
Wszyscy dokładnie wiemy jak to się odbywa
Ten pomysł mankamentu jednego nabywa
Tam pracują chyba tysiące robotników
W ominięciu ich nie wróżę dobrych wyników

A:
Sądzę, że ten plan nie jest aż taki problemowy
Ci hutnicy potrzebują dobrej namowy
Pewnie za opłatą będziemy niewidzialni
Niczym ciemni kominiarze w mrocznej kopalni
Tam dla nich to norma, wiem bo nie jestem malcem
Że mafia jest za pewne stałym ich bywalcem

M:
Mimo tego trzeba Elżbietę przygotować
Na podróż musimy ją jakoś zapakować
Zatem panowie, jak ją w samochód wciśniemy?
Z nią w takiej sukience się nigdzie nie wkradniemy

F:
Według mnie tego kwestia jest niezmiernie prosta
Niczym usunięcie z nosa małego krosta
By jej zapewnić jak najlepsze wieczne spanie
Powinniśmy wrzucić ją w tym pięknym dywanie
Tak dwie sztuki na jednym ogniu upieczemy
I obydwu twych problemów się pozbędziemy

A:
Rewelacyjny jest twój bystry pomyślunek
Już mam wrażenie, że zniknął ten nasz frasunek
Lecz twoje przysłowie musi być poprawione
Sztuki nie pieczone są a ogniem trawione!













Koniec sceny drugiej

III akt

Filip, Arek i Mateusz, wszyscy bez marynarek próbują wyjść z salonu trzymając zrolowany dywan, z którego wystają stopy. Nagle na scene wchodzi Paulina

Scena I



P:
No proszę! Panowie wzięli się za sprzątanie!
Czy nie jest za późno na dywanów trzepanie?
A może chcecie zmienić mebli ułożenie?
Takie ćwiczenia poprawiają krwi krążenie
Lecz o tej porze jest to pomysł dość dziecinny
W dodatku wystrój wnętrz to interes rodzinny
Każdy jej członek o tym decydować powinien
Lecz jednego nie ma... czego ktoś tu jest winien
Więc co panowie wymyślili ciekawego?
Mam nadzieję, że coś najzupełniej prawego?

A:
Niech się panieneczka przestanie niepokoić
Nawet może się całkowicie uspokoić
Wszystko już przemyślane, teraz działać pora!

P:
Pomagać waszym działaniom nie jestem skora
Ciekawi mnie co czeka moją koleżankę
Bo wiesz, to samo spotka twoją wybrankę!

A:
Nie musisz mi przypominać o tych detalach
Czy to ma żona czy nie, jesteśmy w opałach
Już mój stan kawalerski zaakceptowałem
Choć muszę przyznać, że się go nie domagałem
Lecz teraz już wszystko się chyli ku końcowi
Elżbieta zmierza ku cmentarnemu dołowi
Jej ciało w wielkim grobowcu tej nocy spocznie
Wśród kwiatów i aniołów na pewno odpocznie

P:
Twoje skąpstwo całkiem przeczy tej pięknej mowie
Jestem pewna, że wyląduje w jakimś rowie






A:
Nieprawda to i kłamstwa, grób będzie gotowy!
Jednakże tylko i wyłącznie pamiątkowy (szeptem)
Przestań wreszcie zamartwiać swoją piękną głowę
Lepiej niech w niej zagoszczą już sny kolorowe
Załóż czym prędzej swoją piżamę i zaśnij
Wsuń się pod swój ciepły kocyk i drzwiami trzaśnij

P:
Całe godziny dzielą mnie od snu zaznania
Póki co, mam tu jeszcze jedno do dodania
Przechodził obok, być może nasz wybawiciel
Pewnej profesji szanowanej przedstawiciel
Od razu go w Arkowe progi zaprosiłam
Ukażesz mnie, że o zgodę nie poprosiłam? (śmieje się)
W tej chwili niepytanie o nią właściciela
Nie szkodzi a nawet wasze grzechy wybiela
Może go tutaj do salonu zaprosimy?
Nudzi mnie już, że w stałym gronie się kisimy

A:
Nie widzisz dziewczyno, że mamy tu problemik?
Brakuje nam czasu i chęci do polemik
Nie ma już miejsca dla nikogo zbędnego!
Jak wejdzie, załatwię nam trupa kolejnego

P:
Cieszę się, że tak bez namysłu się zgodziłeś!
Do bycia gospodarzem się chyba urodziłeś! (wychodzi)

A:
Za minutkę szlag mnie najpewniej w głowę trafi
Lub temu gościowi coś złego się przytrafi! (pauza, mruczy coś o „babach”)
Tylko bo nie mają swych piersi owłosionych (zamyślony, do publiki)
Należą do tych grup najbardziej uprawnionych
Od wieków zarania, cały świat podbijamy
Kontynenty odkrywamy, krew przelewamy
Ciągle dla bab musimy się dwoić i troić
By one mogły rozkazywać i się stroić

(Paulina słysząc to wraca do pokoju)

P:
I prać wasze gacie i gotować kolacje!
By się wam podobać i czasem przyznać racje
Waszemu życiu nadawać sens i nie dać tyć
Bo samą maczugą i mięchem nie da się żyć
Ale porzućmy te damsko-męskie rozmowy
Gość czeka i na przywitanie jest gotowy



A:
Niech czym prędzej wejdzie, bo gorzej być nie może
Jeśli to nie gliniarz to nam jeszcze pomoże.

P:
Holrocie! Zapraszamy Ciebie do salonu!
Spróbujcie się wstrzymać od zgryźliwego tonu (do towarzyszy)
Proszę, powitajcie detektywa Holrota!
Który właśnie przekroczył nasze skromne wrota.

A:
Może została chociaż jedna kula w broni
Wystarczy chwila by zrobić dziurę w mej skroni
To jedyne wyjście, które mi pozostało
Choć pewnie tchórzostwo będzie to wyrażało

M:
Jeszcze spokojnie, wszystko się może odmienić
Może chce on się tylko z Pauliną ożenić!
I nie będzie się tutaj za bardzo rozglądał
Ukryj nogi! Może nie będzie tam zaglądał (Do Arka, który po chwili zakrywa wystające z dywanu nogi własnym kapeluszem)

Holrot:
Witam serdecznie wszystkich tutaj zgromadzonych
Wyglądacie panowie na ciut poruszonych...?
A nie ma się czego obawiać w zupełności!
O ile dochowaliście prawu wierności
Wstąpiłem na ciepłe tej damy zaproszenie
Bym się zgodził wystarczyło jedno jej wejrzenie
A czemu panowie tak późno tu siedzicie?
Zabawa tylko? Co to sprawia, że nie śpicie?

A:
Nie nazwałbym tego problemem jakimś wielkim
Chcemy pozbyć się dywanu sposobem wszelkim (siada na zwiniętym dywanie)

H:
Tego dywanu? A jakie macie powody?
Przecież brak takiej ozdoby narobi szkody!

A:
Kolejny całkowicie gustu pozbawiony... (do publiki)
Skądże znowu! On po prostu jest... wybarwiony.








H:
Cóż to znaczy? Nigdy o tym nie słyszałem!

A:
Jesteś pierwszym co nie wie, a kogo spotkałem
Przez lata tkanina traci na swoim kolorze
I do wystroju przestać pasować tym może

H:
Mówi pan zatem, że dywan zaczyna blaknąć? (z akcentem na ostatni wyraz)
Jeżeli tak jest, to mógł pan głupotę palnąć

A:
Nie chodzi o blaknięcie tylko wybarwienie
Proces w którym następuje kolorów zamienienie
Przez wilgotność, ciśnienie i temperaturę
Jaskrawe kolory stają się całkiem bure

H:
Naprawdę dziwnych rzeczach się dowiaduję
A myślałem, że w tkaninach się odnajduje

A:
I takim sposobem do grona mych kompanów
Zawitał znawca wszelkich nici i dywanów
Zostawmy już te tematy, bo nas dobiją
Męskie umysły od kolorów tylko gniją
Ważne są tylko trzy, ze wszystkich światu znanych
Męski, kobiecy i dla niezdecydowanych

H:
Zgadzam się, lecz czemu teraz go wyrzucacie?
W nocy? W smokingach? Do świtu nie doczekacie?

M:
Ponieważ teraz o tym zdecydowaliśmy
A czekania za stosowne nie uznaliśmy

H:
Całkowicie zrozumiałe! Może pomogę?
Może z wami wyniosę? A chwycę za... nogę!
(z okrzykiem triumfu odsłania spod kapelusza Akra wystające nogi Elżbiety)
Wszyscy pod ścianę! Niech nikt się ruszyć nie waży!
Zastrzelę każdego co choć drgnąć się odważy! (wyciąga rewolwer, wbiegają policjanci)



Koniec sceny pierwszej




Scena druga


H:
Słusznie Paulina zrobiła tu mnie wzywając
Też nie zrobiłem głupio ludzi zabierając
Bo mam tu sprawę z najgorszymi zbójnikami
Którzy swą naturę chowają pod frakami
By na taką zbrodnię w swym domu się pokusić
Doprawdy wszelką dobroć trzeba w sobie zdusić
Takie mendy zamiast obracać milionami
Powinny się w melinach okładać łokciami
Ale dosyć już tych wywodów, czas do pracy
Zaraz się okaże czy z was twardziele tacy
Zakuć ich zaraz i przeszukać im kieszenie
Broni szukać! Swej nie podkładać zamierzenie
Bo Paulina nas dziś o uczciwość prosiła
Choć wątpię by korzyść z tego wynosiła

A:
Spokojnie drogi panie! Możemy choć usiąść?
Wnet odkryjesz niewinność naszą, mogę przysiąść!

H:
Przysięgi mi zawsze bigos przypominały
Jak sam nie robiłeś to zawsze jest zwietrzały
Wiedz, że siedzenie jest nielicznych przywilejem
Tych których nie traktujemy pałą lub klejem
Nie wiem jeszcze jak się z wami muszę obchodzić
Korci mnie by któryś mógł się guza dorobić

M:
Ale jakże to? Klejem chcesz nasz potraktować?!

H:
Jeśliś taki ciekawy możesz wnet spróbować!
Już nie jeden po naszym kleju oddał duszę
Niechaj któryś sprawdzi czy zostało coś w pusze!

M:
Uważam, że nie potrzebujemy pośpiechu!

H:
Strach wielki, wyraża mówienie na wydechu
Jeżeli ktoś się boi to zawsze ma powód
Chociażby ot taki w kieszeni zbrodni dowód
No? I cóż tam znaleźliście przy tych skowronkach? (Do policjantów)
Coś na bilet na długie wakacje we Wronkach1?

Policjant:
Ten staruszek we fraku miał przy sobie nowy
Nawet błyszczący, rewolwer sześciostrzałowy

A:
Mam go tylko przez brak poczucia bezpieczeństwa
Nigdy nie strzeliłem w człowieka, to oszczerstwa!

H:
Zbóje czasem nie biorą swych ofiar za ludzi

A:
Fakt, jej człowieczeństwo dyskusję teraz budzi...

Policjant:
A ten w czerwonym fartuchu ma za pasem nóż!

M:
Mój fartuch jest biały! To są ślady krwi! No cóż...
Czasem jakiś „bystrzak” prześlizgnie się przez pobór
Nie długo pociągnie przez naturalny dobór

H:
Cóż Cię w te krwawe wzorki udekorowało?

M:
Maciupeńkie zacięcie to spowodowało

H:
A na czyim ciele to zacięcie powstało?

M:
Wstyd mówić... memu ramieniu się oberwało

H:
Mówisz, że ten morderca strzelał też do ciebie?!

M:
Nie! Gdyby spróbował to byłby teraz w niebie
To nie żarty, że nie ruszam się bez tasaka
Umiem nim wiele, to nie jakaś moda taka

H:
Opowiadaj, co się stało? Skąd te krwi ślady?








M:
Są przez to, że niektórzy nie mają ogłady
Gdy poszedłem do ogrodu szukając mięty
W tych ciemnościach chodziłem długo jak najęty
Gdy nagle cisze nocy ten wystrzał zagłuszył
I wtedy mój tasak bez potrzeby się ruszył
Pół ramienia mi prawie odciął ten skubaniec
Lecz słusznie. Wśród ostrych noży to jest wybraniec!

(Holrot zdziwiony przytakuje krótkim „aha”)

H:
Gdzie zatem miało swe miejsce to wydarzenie?

M:
Chodzi o mego ramienia z nożem zderzenie?
W krzakach pośrodku ogrodu, zaraz przy mięcie
Słyszałem wystrzał i coś jakby szkła pęknięcie

H:
A to coś nowego! Nikt mi o tym nie wspomniał
Cieszę się, żeś sobie to tak szybko przypomniał
Wiedźcie, że takie szczegóły prawda miłuje
Zawsze je przytula! A detal ją buduje
Skąd to szkła pęknięcie? Teraz pada pytanie
Nie znajdzie się odpowiedzi przez gadanie...
Mundurowi! Szukać mi tu szkła pękniętego!
Z pewnym uwzględnieniem terenu trawiastego
I dokładnie! Bym wam nie kazał butów ściągać!
To dla nich motywacja by się nie ociągać (Mówi za wychodzącymi policjantami)
Jest faktem, że bez butów szkło się zaraz znajdzie
Chodząc całkiem boso szkło zawsze w stopę wejdzie
Teraz przejdziemy do głównego podejrzanego
Bo jeden fakt jest bez alibi obronnego
Oddano strzał a w twej broni kuli brakuje! (Mówi do Arka oglądając rewolwer)
Ja bardzo poważnie ten ubytek traktuję

A:
Fakt, to ja strzelałem aby przegonić zwierzę
Które prawie zakłóciło naszą wieczerzę

H:
Cóż to był za potwór? Wilk? Albo żbik straszliwy?

A:
Dachowiec. Brudny, głodny i wręcz obrzydliwy






H:
Więc Ty strzałem kotka małego pogoniłeś?
Chcę Cię do celi wsadzić za to co zrobiłeś!
Lecz na razie znamy twe słowa a nie czyny
Sprawdzimy czy jest paragraf na te wyczyny
Teraz pokaż mi miejsce w które strzał oddałeś

(Arkadiusz rzuca się całym sobą w stronę szafy)

Chociaż z tą jedną rzeczą się nie ociągałeś!

A:
Wypaliłem w stronę tej szafy. Na niej stał kot
Zaraz potem uciekł przez ten głośny grzmot

(Holrot ogląda, a następnie wchodzi do szafy. Podchodzi do niego dwóch policjantów i pod rząd szepczą mu coś do uszu. Następnie krąży po pokoju, ogląda barek, stół i w końcu klęka na chwilę przy ciele Elżbiety)

H:
A gdzie wtedy młoda para się podziewała?
Już spała czy jeszcze czegoś się spodziewała?

P:
Byliśmy na balkonie gwiazdy oglądając
I wtedy ją znaleźliśmy, w dół spoglądając
Pobiegłam wtedy do salonu to obwieścić
Proszę moją postawę w raporcie umieścić (pół głosem do Holrota)
Wtedy Filip w własnych ramionach przyniósł ciało
Sam z własnej woli to zrobił! Że mu się chciało... (Druga część szeptem)
Lecz mogę potwierdzić, że był ze mną cały czas
Nikt tu nie zaprzeczy, bo widzieli wtedy nas

H:
Czyli samotnie zawitał pan do ogrodu? (do Filipa)

F:
Tak jak widać z dosyć wyraźnego powodu

H:
Zatem proszę się nie dziwić i ściągać buty!
Bez tych min, ja jestem na cztery łapy kuty
Oraz wiem, że coś istotnego tam znajdziemy
Dzięki czemu do winnego zaraz dojdziemy

(Filip mimo kajdanek ściąga buty, odbiera je Holrot pod którymi znajduje przyklejoną etykietę od szampana)





H:
Dokładnie tego nam do szczęścia brakowało!
Mym szarym komórkom się trochę pobiegało
Lecz cała historia się właśnie ułożyła
Wręcz sama na fakty się ona nałożyła
Te wyjaśnienia zaczną się zaskakująco
A reszta potoczy się wręcz śpiewająco (Chwyta dzban z wodą)
Bo proszę was tu zebranych, Elżbieta żyje!

(Oblewa Elżbietę, która zrywa się i zaczyna oczyszczać usta z nazbieranej tamże cieczy poprzez zamaszyste splunięcie)

I Muszę przyznać, że wcale się z tym nie kryje

E:
Co się dzieje?! Czemu ciastka nie pozbierane? (Rozgląda się po podłodze)
Czemu moje łokcie są tak poobcierane?!
Czemu mnie tak głowa boli? I czemu leżę?!

A:
Z pewnością nie rozumiem, ani w to nie wierzę.

E:
I co tu Policja robi? Żądam wyjaśnień!

H:
Za chwilę dostarczę Pani wszelkich objaśnień
Najpierw powiedz, co robiłaś w swoim ogrodzie?
Czemu tam poszłaś, w ciemnościach i w tej pogodzie?

E:
Rozumiem, że bez wysiłku się nie obejdzie
Sądzę, że po tym towarzystwo się rozejdzie
Gdy byłam przy oknie mój szal na trawę upadł
Poszłam więc do ogrodu by nikt go nie ukradł
Ach ten ból! Potem już nic więcej nie pamiętam (Łapie się za głowę, po chwili wącha swoją rękę)
Jak się dowiem skąd ten smród to wojnę rozpętam!
















H:
To zapach szampana moja droga. Już mówię!
Choć pełen niechęci z prawdą się wnet rozmówię
Faktem jest, że szampan spadł z dużej wysokości
I naruszył biednej Elżbiecie górne kości
Naprawdę nie sądzę, by był to atak wrogi
Wątpię, też by spadł od tak sobie, bo był drogi (Robi pauzę)
Nie ma trupa żadnego, więc nie ma zabójcy
Nie ma też winnego pośród tej męskiej trójcy
Bo na przekór pozorom to nie Arek zabił
Znalazłem kulę z rewolweru, który nabił!
Co jest pomylone i dziwne, palnął w szafę
To nie przestępstwo, zamiast w żonę, strzelił gafę
Nie ważne to, bo wśród prawd jedna się wyróżnia
Wariatów od ekscentryków kasa odróżnia
Jedni więcej jej mają a drugim brakuje
Są podobni, lecz pierwszy w szpitalu ląduje (Kręci głową)

A:
Nie sądziłem, że na przekór poszlakom wszelkim
To nie ja skończę w tej celi z kłopotem wielkim
Chylę czoła przed twym profesjonalizmem
Bez tego przyszłość zionęłaby fatalizmem
Zawsze jakoś żywię do was większą sympatię
Gdy wykazujecie do mnie taką empatię

H: (Nie słuchając Arkadiusza)
Nie był to kucharz, choć przeczy temu wrażenie
On naprawdę się zaciął czując zaskoczenie
Wśród krzaków mięty znaleźliśmy ślady krwawe
Co oznacza, że jego słowa były prawe

M:
Bo mój honor na inne nigdy nie pozwala!
Kłamstwo oraz udawanie gniew mów wyzwala!

H:
A więc butelkę zrzuciła jedna z dwóch osób
I do tego z werandy, inaczej nie sposób
Lecz nie był to Filip, obecny między nami
To że był pierwszy w ogrodzie, niech was nie mami
Jeśli coś wiedział o butelce, mógł jej szukać
Gdyby ukrył jej szczątki mógłby mnie oszukać
A w tym czasie szkłem był pokryty cały trawnik
Z tym bajzlem nie obroniłby go żaden prawnik
Jest też dowód, że wcale nie patrzył pod nogi
Wdepnął w etykietę, a to błąd nazbyt srogi





F:
To ciało bez ducha mnie nazbyt zszokowało
Tym, że się nie rozglądałem poskutkowało

H:
Jedynie Paulina miała taką sposobność
Jednakże zawiodła ją w działaniu pochopność
Zaraz poszła po policję, jako niewinna
Lecz naszą wielką sprawność uwzględnić powinna
Myślała, że jej urok wystarczy zupełnie
A ja zaraz jej wszystkie żądania wypełnię
Nie sądziła, że na przekór tym ułatwieniom
Zacznę pracować wbrew senności pragnieniom
Jako jedyna wiesz co się dokładnie stało
I ilu ludzi w tym zdarzeniu udział brało (Zwraca się do Pauliny)

P:
Przyznaję się! Już na nic się zdadzą wymówki
Nic już nie ukryje tak małej jak ja krówki2
Przez moje to działania butelka wypadła
Lecz sam Filip spowodował, że ona spadła
Ten drań złamał moje biedne, małe serduszko
Bo za bardzo ciągnęło go Elżbiety łóżko
Zależy mi na nim, a on harce odstawia!
Zbytnio z nią figlował co mnie wrogo nastawia

F:
Od kiedy moja przyjaźń coś dla Ciebie znaczy?!

P:
Od zawsze! Że nie wiedziałeś, Cię nie tłumaczy!
Chciałam zemścić się nań jakoś wyrachowanie (wzdycha długo)
Pomysły opuściły mnie niespodziewanie
I wtedy gdy odeszliśmy w miejsce ustronniejsze
Użyłam tych metod, które są skuteczniejsze
I już prawie butelka w łeb pusty go trzaśnie
A on jakby na przekór się pochylał właśnie
Resztę już znacie, nie mam już nic do dodania

H:
Prawdę mówiąc, nie mam takiego wymagania
Dobra, wracamy na komisariat panowie!
Nawet zbędne by tutaj było pogotowie
Sprawa zagmatwana, lecz zupełnie bez zbrodni
Grunt, że teraz już wszyscy razem są pogodni





P:
Co? Jakże to tak? Całkiem wolno mnie puścicie?

H:
Jeśli Elżbieta nie pozwie Cię za pobicie

E:
Nie mam żalu, o ile ze stołu posprząta
Paulina trochę za rzadko z miotłą się krząta

H: (Nie słuchając, zwraca się do publiki)
Pozory wciąż klapki na oczy zakładają
Tylko mądrzy ludzie je szczętnie omijają
To tyle! Sądzę, że morał z wami zostanie...

Policjant: (Wbiega uwalony smarem)
Szefie! Coś jest z autem! On ruszyć nie jest w stanie!
To zajmie chwile, a silnik już rozbierają

F:
Do problemów ze złej strony się zabierają!
Bez sensu czas tracić na poszukiwania
Może to tylko kwestia paliwa nalania?



Koniec


Wierzę w głębi ducha, że Ci się podobało
Dowcipów i mądrości tu nie brakowało

Napisałem to nad morzem i oceanem
Nawet zakończyłem nie tak głupim morałem

Siebie jednakże nigdy nie nazwę poetą
Jestem odrobinę znudzonym wierszokletą

Data:

 2014

Podpis:

 Alberto

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77131

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl