DRUKUJ

 

Sinus cosinus

Publikacja:

 14-07-29

Autor:

 Gomez
Sinus cosinus

Zawsze byłem najlepszy w klasie. Ze wszystkich przedmiotów. Wynikało to zarówno z moich zdolności jak i też starszej o dwa lata siostry. Z nudów od małego uczyłem się razem z nią. Rodzice byli zadowoleni, nie musieli się mną zajmować, gdy siedziałem nad książkami i zeszytami. W wieku czterech lat potrafiłem już pisać i czytać. Gdy poszedłem do szkoły nikt nie mógł się ze mną równać. Dyrektorka chciała mnie przenieść od razu do wyższej klasy, lecz rodzice się nie zgodzili. „Nie będziemy mu zabierać dzieciństwa” powiedzieli.
Język polski, rachunki, przyroda, w późniejszych klasach doszła historia, geografia, fizyka i chemia. Z wszystkich przedmiotów byłem najlepszy. Nawet uczyłem moją starszą siostrę gdy nie dawała sobie rady z matematyki i fizyki. Wygrywałem szkolne zawody przedmiotowe, jeździłem na olimpiady języka polskiego i zawody matematyczne, uczestniczyłem w konkursach historycznych i geograficznych.
Odznakę „wzorowy uczeń” otrzymywałem każdego roku, już od pierwszej klasy. Moje zdjęcie widniało na tablicy ściennej pomiędzy sekretariatem i gabinetem pani dyrektor.
Miałem również czas na zajęcia dodatkowe, występowałem w szkolnym chórze, tańczyłem tańce ludowe w balecie, uczestniczyłem w zajęciach szkolnego klubu sportowego. Byłem chlubą szkoły, na uroczystych akademiach poświęconych jakimkolwiek rocznicom zawsze przedstawiano mnie jako wzór do naśladowania.
W ósmej klasie szkoły podstawowej przyszedł do nas nowy uczeń, Emil. Przyjechał z rodzicami do Gdańska z Warszawy. Zamieszkali na pierwszym piętrze kamienicy przy ulicy Kaletniczej, tuż nad filarami i przejściem prowadzącym na podwórze, na które wychodziło się prosto z kin Kameralne i Leningrad.
Po lekcjach Emil nie zostawał w szkole, nie bawił się z nami na boisku, nie przychodził na nasze podwórko przy ulicy Ogarnej. Zaraz po zajęciach wracał do swojego mieszkania.
Emil nie należał do wyróżniających się uczniów w nauce, to stwierdziliśmy już na pierwszych lekcjach. Jeszcze z przedmiotami humanistycznymi sobie radził, lecz ze ścisłych, takich jak matematyka czy fizyka był bardzo słaby. Trudności sprawiały mu proste równania arytmetyczne pierwszego i drugiego stopnia, a trygonometria, która z kolei była moim konikiem i którą lubiłem najbardziej, dla niego była czarną magią.
W tym czasie przygotowywałem się już do egzaminów do szkoły średniej, pragnąłem dostać się do klasy matematyczno-fizycznej I Liceum Ogólnokształcącego przy Wałach Piastowskich. Dużo się uczyłem, przerabiałem podręcznik Gdowskiego i Plucińskiego, zadania w nim zawarte prezentowały wysoki poziom, ich rozwiązanie gwarantowało otrzymanie wysokiej noty na egzaminie.
Na jednej z lekcji, Sylwester, nasz wychowawca, jednocześnie nauczyciel matematyki, po klasówce, która słabo poszła Emilowi, zadał mu pytanie.
- Chcesz kontynuować naukę w szkole średniej czy też powtarzać jeszcze raz tę samą klasę?
- No raczej nie, nie.. - jąkał się Emil -nie, nie.. właściwie jeszcze nie zdecydowałem.
- To zdecyduj się, bo z takimi wynikami daleko nie zajedziesz.
Po lekcji Sylwester poprosił mnie do pokoju nauczycielskiego.
- Emil obniża średnią naszej klasy, obciąża to też pośrednio moje kwalifikacje pedagogiczne. Chciałbym byś mu pomógł w matematyce i fizyce. Z tych dwóch przedmiotów może nie zaliczyć drugiego półrocza. Przygotuj go należycie. Przekażę tobie zestaw zadań do nauki. Emil jest też bardzo tajemniczy. Otrzymałem niepokojące sygnały dotyczące jego rodziców. Postaraj się z nim zaprzyjaźnić, zostań jego zaufanym przyjacielem. W jakiś sposób odwdzięczę się tobie.
Za bardzo nie orientowałem się jakie to niepokojące sygnały otrzymał Sylwester lecz przystałem na jego propozycję. Sylwester był przewodniczącym komisji olimpiady matematycznej, do której się również przygotowywałem, a której wygranie gwarantowało przyjęcie do mojej wymarzonej klasy bez egzaminów wstępnych.
Zostawałem z Emilem po lekcjach w szkole i nadrabiałem z nim zaległości z fizyki i matematyki. Trochę nie było mi to na rękę, w tym czasie opracowywałem algorytmy całkowe i różniczkowe na olimpiadę, równania z jedną i dwoma niewiadomymi nie były dla mnie żadnym wyzwaniem. Nie mogłem jednak odmówić Sylwestrowi licząc na jego późniejszą pomoc.
Parabola, hiperbola, równania kwadratowe i sześcienne, prawo Gaussa, Newtona, cewka Faradaya, wstęga Möbiusa i przebieg funkcji, przerabialiśmy temat po temacie z zestawów zadań dostarczonych przez wychowawcę.
Raz w tygodniu w pokoju nauczycielskim zdawałem relacje z postępów w nauce Emila. Sylwester wypytywał mnie o efekty mojej z nim pracy. Był zadowolony z odpowiedzi.
- Coś wspominał o rodzicach? -zapytał na koniec jednego ze spotkań.
- Nie -odparłem zdziwiony pytaniem- Nie rozmawialiśmy na ich temat, zajmujemy się wyłącznie matematyką i fizyką.
Sylwester lekko zirytował się.
- Prosiłem cię przecież byś zdobył jego zaufanie, masz stać się jego przyjacielem, masz rozmawiać nie tylko o fizyce i matematyce.
Ciekawe jak on to sobie wyobrażał, pomyślałem po cichu. Mam wyciągać od niego informacje? Jakie? Mam pytać o rodziców? Z resztą Emil przebywał ze mną tylko podczas lekcji, po szkole nie miałem z nim żadnego kontaktu. Mieszkałem na ulicy Ogarnej, on na Kaletniczej, chociaż było to niedaleko, to nie przychodził na nasze podwórko, nie chodził z nami po ulicach Głównego Miasta. Próbowałem raz namówić go na lody do nowo otwartego koktajl baru przy ulicy Długiej, ale nie odpowiedział na moje zaproszenie. Tak samo było z biletami na trzecią cześć Winnetou - ostatnia walka, które zdobyłem po kilkugodzinnym oczekiwaniu w kolejce przed kasą kina Leningrad, która ciągnęła się aż do kina Przyjaźń. Odmawiał. Nie widziałem możliwości bliższych z nim spotkań jeśli inicjatywa nie wyszłaby od niego.
Nieoczekiwanie sytuacja sama się rozwiązała i to w najmniej dla wszystkich stron spodziewanym kierunku.
Tłumaczyłem mu zadanie o dwóch pociągach wyjeżdżających ze stacji A i stacji B z różnymi prędkościami, poruszających się na oddzielnych torach. Miał obliczyć po jakim czasie i na którym kilometrze od stacji A i stacji B się miną.
Myślał, myślał, tarł czoło, po pewnym czasie jakby znalazł rozwiązanie.
- To abstrakcja. Nie istnieje stacja A i stacja B.
- To wstaw jakiekolwiek miasta. Zamiast A na przykład Gdańsk, zamiast B Kraków.
- A Paryż?
- Może być Paryż.
- Sztokholm też?
- Nawet Pekin. Tylko przyjmij jakąś odległość między miastami.
- Czy to muszą być pociągi?
- Niekoniecznie. Mogą samochody, mogą być nawet samoloty.
- A statki?
- Też, tylko zacznij wreszcie liczyć -lekko mnie zdenerwował gadaniną nie na temat.
- Ja chcę obliczyć prawdziwy czas i prawdziwą odległość gdy się spotkają. Jeden statek wypływa z Gdańska, drugi ze Sztokholmu.
- To musisz mieć rzeczywistą prędkość statków, którą się liczy w węzłach. I jest ona też uzależniona od warunków pogodowych panujących w danym czasie na morzu.
- Potrafiłbyś to wyliczyć?
- Oczywiście, lecz nie ja, tylko ty sam to wyliczysz, ja ci pomogę. Niezbyt skomplikowana fizyka, prędkość wiatru, kierunek prądu morskiego, wysokość fali, na wszystko są wzory, trzeba tylko podstawić dane.
- Skąd je weźmiemy.
- Są publikowane w rocznikach. Dla każdego portu, dla każdego morskiego akwenu są różne. Warunki pogodowe też. Musimy wiedzieć o jakiej porze roku, o jakiej porze dnia statki wypłyną.
- Kutry - poprawił mnie Emil wyraźnie podniecony.
- Kutry -zdziwiłem się- jakie kutry?
- No zwyczajne, rybackie -zaczerwienił się jakby zdradził mi jakąś tajemnicę.
Na następne nasze spotkanie przytaszczyłem encyklopedię morską ze wszystkimi dostępnymi danymi na temat dynamiki morza.
Dnia dwudziestego czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku kuter rybacki z Gdańska wypływał rankiem o godzinie piątej zero zero, kuter rybacki ze Sztokholmu wypływał tego samego dnia rankiem o godzinie szóstej zero zero.
Podstawiliśmy dane do wzorów. Mieliśmy trochę problemów z kształtem fali i wysokością jej nabiegania lecz tu niezawodna stała się trygonometria. Spłaszczona sinusoida w miarę oddalania się od brzegu przekształcała się w stopniu wprost proporcjonalnym do zbliżającej się cosinusoidy, i dopiero to równanie drugiego stopnia pozwoliło nam precyzyjnie określić prędkości obu jednostek pływających oraz wpływ kierunku i prędkość wiatru w danym dniu kalendarzowym, na danym akwenie. Ustaliliśmy odległości, wyliczyliśmy dokładnie czas spotkania się dwóch kutrów na godzinę piętnastą trzydzieści cztery.
Emil był uradowany.
- Ta matematyka i fizyka rzeczywiście się do czegoś przydają.
- A taki byłeś nieprzekonany -Jego satysfakcja sprawiła mi radość.
Emil zdał poprawkowe klasówki z matematyki i fizyki.
Na ostatnim spotkaniu w pokoju nauczycielskim Sylwester przeglądał moje notatki. Nie do końca był zadowolony.
- Nie udało ci się zdobyć jego zaufania. Nic o nim nie wiemy.
- Dlaczego pan chce o nim coś więcej wiedzieć? Nie wystarczy, że Emil zdał poprawkowe klasówki. Cel został osiągnięty. Pańska reputacja jest uratowana. Zapraszałem go na lody, do kina. Nie chciał. Też nie mam czasu, przygotowuję się do olimpiady.
- Olimpiada, olimpiada….-nagle zamilkł, przerzucał nerwowo ostatnie kartki notatek- co to za kutry? Co to za wyliczenia? To przecież nie moje zadanie.
- Zamiast pociągów wyjeżdżających ze stacji A do stacji B -wyjaśniałem.
Sylwester zatrzymał się na wzorze obliczającym załamanie i wyniesienie fali.
- Prawidłowo to wyliczyłeś?
- To Emil wyliczył, ja mu tylko pomagałem -pragnąłem by Sylwester docenił samodzielność mojego ucznia.
- Na pewno najpierw sinus a potem cosinus? Nie odwrotnie?
- Na pewno -odpowiedziałem lekko urażony, że nie docenia mojej wiedzy.
- Który jest dzisiaj? -gwałtownie obrócił się w kierunku kalendarza wiszącego na przeciwległej ścianie.
- Dziewiętnasty -nie zdążyłem powiedzieć, gdy wybiegł z pokoju.
Olimpiadę wygrałem bez problemu, Sylwester gratulował mi sukcesu, dostałem się do klasy matematyczno-fizycznej o profilu elektroniczna technika obliczeniowa w wiodącym liceum ogólnokształcącym w Gdańsku przy Wałach Piastowskich. Po jej ukończeniu zdałem celująco egzaminy na Politechnikę Gdańską na wydział matematyki stosowanej.
Obecnie jestem szanowanym profesorem, autorytetem na skalę światową w dziedzinie liczb zespolonych i rachunku różniczkowego. Moje teoretyczne rozwiązania wprowadzane są w globalnym przemyśle elektronicznym. Jestem zapraszany na sympozja i panele matematyczne odbywające się we wszystkich miastach świata.
O Emilu od tamtego czasu nic nie wiedziałem. Zajęty nauką i swoją późniejsza karierą nie interesowałem się jego losami.
Aż do pewnego dnia, gdy wychodząc z siedziby Uniwersytetu Technicznego w Sztokholmie zaczepił mnie mężczyzna w moim wieku.
Przyjechał specjalnie na mój wykład z odległej Uppsali by mi powiedzieć, że dwudziestego czerwca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku o godzinie piętnastej trzydzieści trzy płynąc kutrem rybackim został zatrzymany wraz z rodzicami tuż przy granicy strefy terytorialnej na Morzu Bałtyckim przez polską Straż Graniczną. Zdążył jeszcze zobaczyć nadpływający o godzinie piętnastej trzydzieści cztery szwedzki kuter rybacki, który po nadaniu kilku sygnałów dźwiękowych zawrócił w kierunku Szwecji.
Za próbę nielegalnego przekroczenia morskiej granicy rodzice jego zostali skazani na karę wieloletniego więzienia, on sam trafił do domu poprawczego.
Dopiero w latach dziewięćdziesiątych mogli legalnie wyjechać i osiedlić się w Szwecji. Jego rodzice już nie żyją.
Wyczułem w jego głosie wyrzut i rozgoryczenie. Odwrócił się. Odszedł.
Nie zobaczyłem Emila nigdy więcej.

Data:

 2014

Podpis:

 Gomez Golowacz

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77227

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl