DRUKUJ

 

O grzeczności (cz. 1)

Publikacja:

 14-11-23

Autor:

 Alosza
O grzeczności (cz. 1)

Sokrates: Witaj kochany Fajdrosie. Dobrze, żem cię spotkał, bo taki ciężar dźwigam, że już chyba sam go dalej ponieść nie zdołam. Toteż zaraz jak tylko ciebie z daleka ujrzałem pomyślałem sobie: O ten młody i silny, to pewnie mi pomoże. Prawda, żem się nie omylił?
Fajdros: Witaj Sokratesie. O jakim ciężarze mówisz? Przecież ręce masz wolne…
Sokrates: Ręce wolne, ale umysł zajęty.
Fajdros: A …rozumiem Sokratesie, znów jakiś problem sobie wziąłeś.
Sokrates: Ty nicponiu z biedaka nie dworuj. Gdybym ja sobie co wziął, to i odłożyć bym może potrafił. Ale tu nie ja problem wybrałem, lecz on mnie wziął i przejął, a teraz mocno tarmosi i tak zajmuje, że na nic innego miejsca we mnie nie ma. I już chyba nie będę miał spokoju dopóki z nim jakoś do ładu nie dojdę. Pomóż Fajdrosie, kochana głowo, bo przechadzam się tam i sam, a ten jak trzymał, tak trzyma. Może jakbyśmy się we dwóch do niego zabrali, to jakoś lepiej by poszło.
Fajdros: No dobrze Sokratesie, pomogę ci. Ale co to właściwie za problem?
Sokrates: Otóż było tak. Usłyszałem od pewnego podróżnika, przybyłego z dalekiej północy, że u niektórych ludów jedno jest słowo na „grzeczny” i „posłuszny”. Jakoś mi to sąsiedztwo do myślenia dało. Bo jeśli grzeczność i posłuszeństwo to coś bliskiego, a ja zawsze chciałem być dla ludzi grzeczny, to może ja swoją duszę do jakichś niewolniczych cnót przyuczałem. Bo komuż być posłusznym, jak nie niewolnikom? Dzieciom jeszcze, lecz marna to pociecha dla mnie starego.
Fajdros: Jak to Sokratesie? Nie trzeba być grzecznym w takim razie wedle twojego nowego poglądu? Dziwne to jakieś.
Sokrates: I ja tak myślałem początkowo, ale teraz już nie wiem. Zobacz: Małe dziecko komu prędzej będzie rozrabiać, własnym rodzicom, czy raczej komuś obcemu?
Fajdros: Mnie się wydaje, że prędzej własnym rodzicom, bo obcego może się trochę krępować.
Sokrates: Nieprawdaż? A krępowanie się, to odbieranie sobie wolności. Ale idźmy dalej. A człowiek dorosły, to łatwiej poczuje się skrępowany wśród równych sobie, czy wśród lepszych od siebie?
Fajdros: Wiadomo przecie. Wśród lepszych.
Sokrates: A jak kogo przesłuchują, by wybadać, czy niedawno odkrytej zbrodni on to nie popełnił, to człowiek niewinny będzie grzecznie w tym brał udział, czy raczej w gniew wpadnie?
Fajdros: Jak niewinny a zbrodniarza w nim wypatrują, to może cierpliwość stracić.
Sokrates: I szpetnego coś tamtym w oczy rzuci?
Fajdros: Może i rzuci.
Sokrates: Nieprawdaż, a jak winny, to raczej grzecznie będzie próbował się wyśliznąć? Tak mi też jeden powiadał, co to zna się na badaniach w takich sprawach.
Fajdros: Grzeczny jest gorszy zatem?
Sokrates: Gorszy grzeczny raczej. Ale poczekaj no. A jak mężczyzna wchodzi do gospody, ale nie jaki tam niewieściuch, tylko mąż prawdziwy, to jak on tam wchodzi? Czy tak, żeby nikomu nie przeszkadzać, cicho i przy ścianie, czy raczej pewnie środkiem idzie, choćby miał i trochę w czym komu zawadzić?
Fajdros: Taki to środkiem pójdzie raczej.
Sokrates: Prawda, że ładniej, żeby środkiem? A jeszcze to mi powiedz. Jakbyś wybierał się w długą podróż, to wolałbyś odbywać ją z tym, kto ma ci do zaoferowania tylko swoją grzeczność, czy z takim, co czymś ciekawszym by cię drogą raczył? Zważ przy tym, że z takim grzecznym, to nawet w rozmowie spotkać się trudno, bo co się do niego zwrócić i przybliżyć, to ten uskoczy, byleby tylko miejsca ci zrobić. Jak z takim argumenty ważyć, gdy on ci w niczym się nie przeciwi, nic nie poprawi, do dowodzenia nie wezwie? Nie masz żadnego oparcia w takim, co nie daje oporu.
Fajdros: Doprawdy Sokratesie… Nie wiem, czy i tu masz rację… Może jednak grzeczny lepszy do podróży?
Sokrates: Niż ten drugi, co bardziej rzeczy, niż siebie i swoją grzeczność ma na widoku?
Fajdros: Może i tak.
Sokrates: A wolisz za towarzysza dobrego, czy złego rozmówcę?
Fajdros: Dobrego.
Sokrates: A w rozmowie, to lepszy dla ciebie taki, który mówi do rzeczy, czy lepszy może taki, co od rzeczy?
Fajdros: Do rzeczy, wiadomo.
Sokrates: A do rzeczy, który prędzej dojdzie: taki co jej wypatruje, czy taki, co czym innym zajęty?
Fajdros: Lepiej, żeby wypatrywał.
Sokrates: Jeśli tedy wolisz lepszego rozmówcę i jeśli lepszy taki, co do rzeczy mówi i jeśli do rzeczy można mówić, gdy się rzeczy, a nie czego innego wypatruje i jeśli grzeczny ciągle czym innym, niż rzeczą zajęty, to wolisz przecie nie takiego, który nadto grzeczny w podróży.
Fajdros: No niby tak wychodzi.
Sokrates: Mnie się wydaje, że jakbyśmy teraz poszli za tym, co się powiedziało i pozbierali co tam było najważniejsze po drodze, to mamy tyle: Grzeczność łączy się z niepewnością siebie, lękliwością, winą, nudną ugodowością – ogólnie z krępowaniem się, a więc – rezygnowaniem z wolności. A znów brak grzeczności z byciem u siebie, swobodą, pewnością swego. Czy nie tak jakoś nam się to układało?
Fajdros: Tak to było.
Sokrates: Piękną perłę znaleźliśmy kochany Fajdrosie!
Fajdros: I mnie się ona zaczyna podobać Sokratesie.
Sokrates: Nieprawdaż, dobrze mówią, że dwie myślące głowy, to nie jedna.
Fajdros: Dobrze.
Sokrates: Ale czekaj no, jeśli grzecznym być nie bardzo wypada, to czemuś ty mi tak ładnie pomógł w tych rozważaniach? Nie było powiedzieć: „A idź stary marudo swoją drogą i własnych problemów pod nogi mi nie rzucaj!”. Albo jeszcze co grubszego.
Fajdros: Jak to, przecież wtedy Sokratesie inaczej o tym wszystkim myślałem. Dopiero w naszych rozważaniach pokazały się przewagi niegrzeczności nad grzecznością. Następnym razem lepiej się sprawię.
Sokrates: Prawda, już jestem spokojny. Ale czekaj no jeszcze, a w tej chwili, to jest tamten raz, czy już następny może?
Fajdros: Jak to?
Sokrates: Czemu my tak grzecznie rozmawiamy, skoro wiemy już, że lepiej byłoby niegrzecznie? Może byś mi jakoś szpetnie przymówił? Nie krępuj się kochany Fajdrosie.
Fajdros: Teraz? Ani myślę!
Sokrates: W dziwne miejsce jakieś zawędrowaliśmy jednak. Bo jeśli nie mamy ważyć naszej rzeczy lekko, to albo trzeba pójść za tym, co nam w rozmowie wyszło i zachowaniem potwierdzić powagę rozważania, albo przyznać, że to, co znaleźliśmy, to głupstwo może jakieś.
Fajdros: Sam nie wiem Sokratesie.
Sokrates: A powiedz mi to.
Fajdros: Co takiego?
Sokrates: Jak rodzic widzi, że jego małe dziecko niegrzecznie się zachowuje, to jak powinien postąpić: reagować z umiarem i namysłem, czy raczej puścić sobie wodze i awanturą na awanturę odpowiedzieć?
Fajdros: Z umiarem.
Sokrates: A jak dwóch mężów o coś się spiera, to ładniej rzecz wypada, kiedy oni przekleństwami się obrzucają, jeden drugiemu w słowo ciągle wchodzi i za brody się tarmoszą, czy kiedy każdy spokojnie drugiego słucha, a w swoim czasie własne racje jasno i na zimno przedstawia?
Fajdros: Ładniej jak spokojnie rozmawiają.
Sokrates: I mnie się tak zdaje. Jest jakieś dostojeństwo w takiej grzeczności i moc jakaś w tym, że każdy spokojnie dostać potrafi, a nie wierci się i nie wije. A jak posła trzeba pchnąć, by traktował z innymi krajami, to który się lepiej nada: narwaniec jaki, mówiący co mu ślina na język przyniesie, czy raczej mąż wyważony i dobrze ułożony?
Fajdros: Wiadomo przecie, że ten drugi.
Sokrates: No przecie. Chyba, żeby po wojnę tamtego wysłać chcieli, to się pewnie szybko z tym uwinie. Ale jak co innego ma przywieźć, to grzeczny lepszy, bo potrafi się miarkować i celu z oczu nie tracić.
Fajdros: To jakby to właściwie było Sokratesie, że grzeczność lepsza jednak?
Sokrates: Jak mówisz?
Fajdros: No bo teraz jasno się pokazało, że grzeczny więcej może.
Sokrates: Nieprawdaż? Najpierw wyszło nam, że mniej, a potem, że więcej. Może więc my o dwóch rzeczach mówiliśmy w jednym słowie upchanych. Co byś na to powiedział?
Fajdros: Na co?
Sokrates: Na to, że są dwa rodzaje grzeczności. Pierwsza to krępowanie się i raczej nic dobrego ani ładnego z niej nie ma. Druga grzeczność to miarkowanie się i ta z kolei zazwyczaj pięknie i akuratnie wypada. Pierwsze jest wynikiem słabości jakiej, a druga mocy. Bo przecie, kiedy my tu tak grzecznie sobie rozmawiamy, to nie ze skrępowania, tylko dlatego, że mocno się lubimy i o siebie dbamy.
Fajdros: No dobrze Sokratesie, jakoś to nam się poskładało, ale jest jeszcze jedna bieda.
Sokrates: Pewnie więcej nawet. A niby co takiego?
Fajdros: Skąd człowiek ma mieć pewność, czy on jest grzeczny ładnie i akuratnie, czy też raczej grzeczny ze skrępowania?
Sokrates: Mnie się wydaje, że jak kto swoje sprawy własnemu sumieniu powierza i starannie tam roztrząsa, to nie ma potrzeby karać się krępowaniem i innym ludziom pod osąd podawać.
Taki dobrze w sobie rozeznany może być siebie pewny. A jak kto przeciwnie, rachunku z własnego życia sobie nie czyni, to przez innych dopiero czuje się do niego wywołany. Bo przecie kiedy ludzie ze sobą przebywają i rozmawiają, to rozglądają się w sobie wzajem. A jak kto do własnej duszy sam nie zagląda, to nieswojo mu przy ludziach z powodu tego zapuszczenia i nie wie taki, co innym się z jego zabałaganienia pokaże. A że własnego wglądu w siebie nie ma, to czyni ze spojrzenia innych ważną miarę, wydając się w ten sposób po raz wtóry. Chowa się tedy taki w skorupę grzeczności i jak najmniej z niej stara pokazywać. Ta grzeczność jest sposobem znikania. A znów tamta grzeczność, o któreśmy powiedzieli, że polega na miarkowaniu się, jest formą przytomnej obecności. Obecności, której starcza i na to, by dbać o innych i o całą sytuację. Jak celem pierwszej grzeczności jest znikanie, tak celem drugiej bycie obecnym.
Fajdros: A jak się komu tak przykro przydarzy, że zacznie w siebie patrzeć i tam nic krzepiącego nie zobaczy? Co z takim będzie?
Sokrates: Jak kto myśli, że tam same cuda znajdzie, to znak, że jeszcze do patrzenia się nie wziął i co najwyżej śni o tym. Ale znowu kto uczciwie się do tego bierze, to przecie niepodobna, żeby nic tam dobrego nie zobaczył, bo już samo szczere patrzenie całkiem ładnie wygląda na początek.
Fajdros: Sokratesie, nie wziąłeś jednak pod uwagę, że taki ściśnięty grzecznością zamiast uprawiać te żmudne badania o których mówisz, może sobie postanowić, że będzie robił wszystko śmiało.
Sokrates: Jak to?!
Fajdros: Ano zwyczajnie. Powie sobie, że lepiej się nie krępować i będzie swobodnym.
Sokrates: A czym on będzie swobodny?
Fajdros: Sobą przecież.
Sokrates: Fajdrosie, ja ciebie proszę, jak on ma być sobą swobodny, kiedy siebie jeszcze nie znalazł i nie rozeznał?
Fajdros: Z postanowienia będzie brał swobodę.
Sokrates: Jak mówisz? Będzie taki chodził i mruczał sobie w duszy: jestem swobodny, jestem swobodny, nic mnie nie krępuje, nic mnie nie krępuje, nic mnie nie krępuje - i tak w kółko?
Fajdros: Pamiętać będzie o swoim postanowieniu i działać wedle niego jak należy.
Sokrates: Przecie on albo będzie pamiętał o tym postanowieniu, albo nie. Jeśli nie będzie, to nic nie zmieni, jeśli znowu będzie, to mając je cały czas na widoku, nic tylko tą swoją grzecznością będzie zajęty. I jak taki co siebie nie czuje i w sytuacji nie ma się czasu rozejrzeć zacznie być z przymusu niegrzeczny, to aż strach pomyśleć, co z tego będzie. Groza albo śmiech jaki. Bo jak kto wyczucia siebie nie ma, to dziwacznie i niezgrabnie może się tylko ruszać. Nie, mój Fajdrosie, tu skrótu żadnego nie ma, a jak kto się upiera, że znajdzie, to tylko drogi przez to nadkłada, albo bezpowrotnie ją gubi.
Fajdros: Mamy więc dwa rodzaje grzeczności - krępowanie się i miarkowanie. Aby móc miarkować jak należy, a nie musieć się krępować, trzeba już wcześniej w duszy sprawy swoje i siebie samego starannie rachować. Kto zaś tego nie czyni, to i przy ludziach z miarkowaniem będzie miał kłopot.
Sokrates: Ładnieś to nam pozbierał. Ale zobacz no!
Fajdros: Co takiego?
Sokrates: Ach, ty urwisie, przecie widzę, że to w ręku trzymasz i mnie starego tylko zwodzisz. Jak tak mi przed oczami postawiłeś najważniejsze z tego, co znaleźliśmy, to zobaczyłem, że my o szacunku rozmawiamy. Bo przecie powiadasz, że tu o nic innego, tylko o szacowanie chodzi. Naprzód tego, co w duszy, potem tego, co wokół. Może byśmy gdzie przysiedli?
Fajdros: Jak podejdziemy jeszcze kilkadziesiąt kroków, to dojdziemy do samego wzgórza. Stamtąd będziemy mieć widok na okolicę. Może tam?
Sokrates: A to potem z górki niby będzie? To koniecznie się tam zatrzymajmy, żebyśmy zbyt prędko nie przeszli pozostałej drogi.
Diogenes: Poczekajcie!
Sokrates: Kto do nas pędzi?
Fajdros: To Diogenes Sokratesie.
Sokrates: Zatem czekać wypada.
Fajdros: Przyda się tamta głowa.
Sokrates: Ale i te warto by zachować. A w ręku co on tam trzyma?
Fajdros: Zdaje się, że torbę.
Sokrates: Nie lada gościa przyjdzie nam podjąć Fajdrosie. Bo przecie my tutaj jakby trochę u siebie jesteśmy, zadomowieni w rozmowie, a on z zewnątrz do naszego skromnego dobytku przybywa. Trzeba by go gotowaną strawą ugościć. Ciekawym, czy mu posmakuje.
Fajdrosie: Ja mu wszystko ładnie podam.
Diogenes: Zaraz tylko jak zobaczyłem coś na drodze, pomyślałem sobie, że może ludzie jacy.
Sokrates: To ładnie z twojej strony Diogenesie, żeś to przypuścił. A cóżeś tam robił?
Diogenes: Siedziałem i cieszyłem się ładną pogodą. Bardzo zajmująca robota. A wy tu chyba rymy jakieś składacie, bo widzę Fajdros mocno skupiony.
Fajdros: Ja Diogenesie właśnie zbieram się do tego, żeby ci wytłumaczyć o czym rozmawialiśmy z Sokratesem.
Diogenes: I masz już wszystkie swoje kawałki?
Fajdros: My o grzeczności. A dokładniej Diogenesie rzecz nasza wygląda tak: Grzeczność może być czymś dobrym, ale może też być czymś złym. Jeśli ona jest krępowaniem, to jest zła i szpetna. Jeśli zaś miarkowaniem, to jest dobra i akuratna. Kto siebie zaniedbuje i sumienie ma z tego powodu nieczyste, ten przy innych będzie się krępował. Kto znów sam z sobą sprawy jak należy trzyma, ten krępować się nie ma powodu, choć miarkować – i owszem – jak trzeba, to potrafi. I teraz uważaj Diogenesie, na koniec nam się pokazało, że grzeczność za każdym razem z rachowaniem, czyli szacowaniem jest związana. Ta zła w taki jakiś sposób, że ona z braku wewnętrznego rachunku się bierze, a dobra sama jest zewnętrznym rachunkiem. Kto więc w duszy potrafi się szacować, ten i później umie jak należy miarkować. A kto tego wewnętrznego szacowania poniecha, temu i w świecie na zdolności miarkowania zbywa.
Diogenes: Jakże? A pamiętasz Sokratesie jak Teofrast przymówił milczącemu podczas uczty sąsiadowi? Jeżeli jesteś niewykształcony – powiada - rozumnie czynisz milcząc, jeżeli zaś na wykształceniu ci nie zbywa, to milcząc czynisz niemądrze. Wy tu więc bajki sobie opowiadacie, bo przecie tamten milczał może dlatego, że nic do powiedzenia nie miał, a nie dlatego, że sumienie mu dokuczało. A i to zważcie, że niemało po świecie chodzi rozgadanych i rozzuchwalonych szelm.
Sokrates: Przecie my dla takich szelm miejsce mamy, tylko mało o nich się mówiło. To są ci, co miarkować się nie potrafią. Widać wcześniej się nie szacowali, ale zamiast grzecznie się skrępować, oni mocno wszystkim pokazują, jak to do krępowania nie mają powodu. Po tym jednym już widać, że krępowanie im na myśli. A tamten milczek mógł mieć sto powodów dla swojego zachowania, nic przecie o nim nie wiemy. Mogło być, że to biedak jaki, który w samotności siebie nie szacuje, a jak go inni swoją obecnością do tego wywołają, to tak tą robotą zaczyna być zajęty, że już dla nich czasu nie ma. Albo może i tak z nim było, jak my tu wcześniej mówili, że się skrępował i w grzeczności ukrył. A jeśli by było jak mówisz, że on nic do powiedzenia nie miał, to przecie i nic do pomyślenia. A jeśli tamten nie myślał, tedy i nie był. Nie mógł się znaleźć znaczy, a to już najlepiej świadczy, że nie przywykł do szacowania siebie. Tu jest przewalone drzewo, może na nim sobie spoczniemy?
Diogenes: Spocznijmy. A z tym szacunkiem, to jak mówicie?
Fajdros: Właśnie Sokratesie, trzeba nam teraz za to się zabrać. Co to takiego ten szacunek, w samej rzeczy? Trzeba by go jakoś ująć.
Sokrates: A to tropić go widzę chcecie teraz. Może jednak dacie się namówić, żeby nie ujmować, tylko tak poobchodzić i z różnych stron pooglądać. Jak my go zbyt mocno chwycimy i ujmiemy, to coś mi się zdaje, że i jemu przy tym coś ujmiemy, a przez to z fałszem w rękach zostaniemy.
Diogenes: Żeby tylko nam się w głowie nie zakręciło od tego obchodzenia. No i żeby za uroczyście nie było, bo nie przepadam.
Fajdros: Ja się zgadzam Sokratesie, róbmy jak mówisz.
Sokrates: Żeby nam Diogenes gdzie nie przepadł zacznijmy od ubrania.
Fajdros: Ubrania?
Sokrates: Uszacenia znaczy. Powiedzcie mi, uszacenie po co nam jest właściwie?
Diogenes: Tylko po to, żeby zimno nie było.
Fajdros: No i jeszcze po to, żeby wstydu nie było. Bo przecie śmiech pokazywać się na golasa.
Sokrates: A zatem szacunek jakoś chroni przed zimnem i wstydem. Dzięki szacunkowi trochę cieplej między ludźmi i na golasa nie muszą się sobie pokazywać.
Diogenes: Ty Sokratesie żarty sobie stroisz!
Sokrates: Jakże to Diogenesie, mężu przedziwny? Naprzód przestrzegasz przed zbyt wysokim tonem, a kiedy ja próbuję żartem nas nastroić, to mnie łajasz.
Diogenes: Może lepiej od razu do naszego obchodzenia się zabrać.
Sokrates: A to zabawa nie bywa formą obchodzenia?
Fajdros: Prowadź zatem Sokratesie.
Sokrates: Cośmy już wcześniej podejrzeli, pamiętacie? Tak nam jakoś wychodziło, że jak kto szacuje siebie, to zawsze znaleźć będzie się potrafił. Przyjmujecie to, czy zbijacie?
Diogenes: A nie tak jest Sokratesie, że łatwo się znajduje ten, który zna miejsce własnego pobytu, czyli sytuację w której jest. Jak kto na przykład w jakimś towarzystwie od dawna bywa, to się łatwo i dobrze w nim znajduje. A jak pierwszy raz, to może być, że znaleźć się nie potrafi. I tak samo z miastami. Kto zna wszystkie kąty Aten, ten wie co z sobą tu począć, a kto pierwszy raz przybywa, ten może nie od razu poczuć się swobodnie. I z podróżami, dla przykładu, znowu to samo. Dla kogo zwykła rzecz, ten wie jak o siebie zadbać, a kto pierwszy raz gdzie dalej się wypuścił, to z trudem może się w tym znaleźć. Tu nie o szanowanie, ale o doświadczenie chodzi.
Sokrates: Jakże to Diogenesie? A gdyby ciebie w jakie nowe towarzystwo posłać, gdzie ludzie zamożni i na wysokich urzędach postawieni, ty byś tam się pogubił?
Diogenes: Jakoś nie myślę, żebym miał.
Sokrates: A to ty bywalec musisz być niesłychany i tam w beczce tańce z gośćmi urządzać.
Diogenes: Ja to co innego. Przecież ty wiesz Sokratesie, że filozof jest zawsze u siebie.
Sokrates: Nieprawdaż, filozof z siebie nigdy nie wychodzi i wszędzie spokojnie po swojemu się zachowuje, więc nie traci. Ale przecie właśnie filozof, to ten który najstaranniej sprawy ważne szacuje. A jeśli on zawsze u siebie, to przecie spełnia warunek o którym mówiłeś Diogenesie i zna miejsce swojego pobytu bardzo dobrze. Kto siebie szacuje, więc zna i ceni, ten na siebie może spokojnie liczyć i nie tracić głowy.
Fajdros: Racje ma więc Sokrates.
Sokrates: Trochę mam, ale Diogenes nie mniej chyba. Tak sobie teraz myślę, że tu może o nic innego jak o doświadczenie chodzi. Bo taki filozof, który dba o siebie bardziej niż inni i własnej duszy nie zaniedbuje, ale wszystko starannie sobie rachuje, bardzo musi być doświadczony. Przecie on zdarzeń i przygód więcej przechodzi, niż ktoś, kto byle jak żyje i wszystko przez palce puszcza. Doświadczenie to zwracanie się do świata, więc bez skupienia i starannego rachunku obejść się nie może. Im kto bardziej żyje uważnie, tym więcej na świecie dostrzega, tym bardziej tedy jest do świata zwrócony, czyli doświadczony. A kto ciągle w rozproszeniu, trochę tym a trochę tamtym zajęty, jak go tam przypadek podpuści, to taki choćby i sto lat kręcił się po świecie, niewiele się na nim pozna. Weźmy dwóch podróżnych mężów. Pierwszy, dajmy na to, raz jeden wcześniej gdzie dalej się wypuścił, ale robił to na swój rachunek i bacznie wszystko co się wokół niego działo obserwował i ważył. Drugi, dziesięć razy już w podróży był, ale zawsze innych się w niej trzymał i na nich zdawał. Pierwszy drogą był przejęty, drugi sprawami przypadkowymi się przejmował. A przecie czym się przejmujemy, tego się trzymamy. Który tedy z nich będzie bardziej w podróży doświadczony? Którego byśmy wzięli za przewodnika, gdyby naszą dziatwę miał poprowadzić? Tego, który choć raz tylko był, to wszystkiego jak należy doglądał, czy tego, co dziesięć razy, ale zawsze jakby z oczami zawiązanymi jechał?
Diogenes: A cóż to Sokratesie za zabawa nowa: Czym się przejmujemy, tego się trzymamy?
Sokrates: A tylko tyle mówię: Jak kto się pięknymi rzeczami przejmuje, to pięknie też będzie się trzymał, a jak kto rzeczami małymi, to licho też będzie się trzymał, a może nawet puszczał. Jak kto przejmuje się drogą, choćby pierwszy raz nią szedł, to może ją dobrze poznać. A kto znowu wiele razy jakąś drogą podąża, ale ani razu przejąć się nią nie chciał, to trudno będzie mu jej w pełni doświadczyć.
Diogenes: No dobrze, niech tak będzie, że przyjmujemy na razie sąd taki: kto siebie szacuje, ten będzie potrafił się znaleźć. Czy jeszcze coś wiemy o szacunku?
Sokrates: Popróbujmy może tego: szacunek jest zrobieniem miejsca.
Fajdros: Co by to właściwie znaczyć miało?
Sokrates: Jak się w wąskim przejściu spotka dwóch mężów, to który powinien miejsce drugiemu zrobić - starszy młodszemu i niewolnik wolnemu, czy odwrotnie?
Fajdros: No nie, jak mówisz będzie.
Sokrates: I tak samo z miejscem siedzącym, jeśli dla kogo tam braknie?
Fajdros: No raczej, Sokratesie.
Sokrates: A w rozmowie, jak trzeba się powściągnąć i miejsce drugiemu dla wypowiedzenia zrobić?
Fajdros: I tu tak samo będzie.
Sokrates: Widać z tego, że kto szacunek chce okazać, miejsce robi. A dalej, szacunek jest uwagą i przeliczaniem.
Fajdros: Nie da się zrobić miejsca, bez zachowania uwagi. A przeliczanie?
Diogenes: Gospodarczo jakoś z tą liczbą i wagą.
Sokrates: Nieprawdaż, jak jest majątek, to jest i gospodarowania trzeba, bo inaczej wszystko prędko się rozpuści. A większego dobra nad siebie samego nikt przecie nie ma.
Fajdros: Teraz widzę, żeśmy o tym mówili, jak o rachowaniu własnych spraw było.
Sokrates: A taką jeszcze rzecz do obejrzenia wam podam. Jakbyśmy tu teraz zobaczyli niemowlaka, opuszczonego na ścieżce, i zamiast go zostawić, wzięli do miasta, znaleźli mu dom i wychowawcę, to jedna sytuacja. A druga taka, że krok duży dajemy nad przeszkodą, co się na ścieżce pojawiła, rozmowy nie przerywamy i losowi w paradę nie wchodzimy. W pierwszej sytuacji rośnie człowiek, w drugiej ludzkie zwierzę na łące marnieje. I ja was pytam, co tu przyczyną a co skutkiem?
Fajdros: Człowiek przyczyną naszego szacunku, wiadomo Sokratesie.
Sokrates: A co by to była za przyczyna, co raz się przyczynia, a innym znów razem nie przyczynia. Bo przecie w tym drugim wypadku my dalej poszliśmy, mimo że pamiętać o tym już nie chcemy.
Fajdros: Znaczy jak mówisz Sokratesie?

Data:

 2008

Podpis:

 P. Jabłoński

http://www.opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77629

 

Powyższy tekst został opublikowany w serwisie opowiadania.pl.
Prawa autorskie do treści należą do ich twórcy. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Szczegóły na stronie opowiadania.pl